Showing posts with label Nicholas. Show all posts
Showing posts with label Nicholas. Show all posts

15/10/2013

O szkole specjalnej

Update szkolny: Nicholas zaczął czwartą już klasę (choć ma dopiero 8 lat, taki tu przeklęty system  - na szczęście coraz więcej tubylców narzeka, ja już przestałam strzępić język), ale w nowej szkole. Jest to szkoła specjalna, jedyna taka w promieniu 50 mil - a my, zupełnie przypadkowo, mieszkamy o rzut oszczepem, najbliżej zapewne w całej historii tej szkoły. Dojście zajmuje nam 7 minut (mierzyłam). Wystarczy jednak mieszkać dalej niż 5 mil, a automatycznie przysługuje transport - oczywiście przystosowany do potrzeb niepełnosprawnych, z personelem z CRB (Criminal Records Bureau  - w UK każdy, kto pracuje z dziećmi, jest sprawdzany na okoliczność wyroków, by wyeliminować pedofili, jeżdzących po pijanemu etc) - oprócz kierowcy, w busie czy taksówce musi też być tzw. escort, a więc opiekun/ka na czas przejazdu. Dla mnie niestety oznacza to, że nie mam szansy bliższego zapoznania się z rodzicami, bo około 90% dzieci jest dowożonych na koszt hrabstwa, i rodzice ani ich nie przywożą, ani odbierają.
Wykorzystuję więc każdą okazję, a jest ich szczęśliwie wiele, by poznać rodziców. Spotkania przy kawie, kiermasze, festyny, z których fundusze zasilają szkołę - w to wszystko jestem zaangażowana (i jak zwykle podziwiam i polecam uwadze komitetom rodzicielskim w Pl, które, kiedy ja chodziłam do szkoły, nie robiły zupełnie nic, tak chyba było wszędzie, choć moja podstawówka była wyjątkowo beznadziejna).
Pomagam sprzedawać podarowane przez rodziców i personel książki dziecięce w czasie kiermaszu (Summer Fete)

Wracając jednak do szkoły: jesteśmy na 100% pewni, że podjęliśmy właściwą decyzję. Nicholas jest w grupie Maskonurów - w szkole nie ma klas, lecz grupy, liczące maksimum 10 dzieci, które mają ptasie nazwy. W każdej takiej grupie jest pedagog i trzy osoby pomagające (Learning Support Assistants): na 115 dzieci jest 85 osób personelu. Zmiana z klasy liczącej 32 uczniów, gdzie była jedna nauczycielka i jedna LSA, to ogromna poprawa. Mimo, że Nicholas miał swoją opiekunkę 25 godzin tygodniowo, i była to wspaniała osoba, nieustanne przybywanie one to one z dorosłym okazało się fiaskiem. Po naszych doświadczeniach ze szkołą "normalną" radzę wszystkim rodzicom dzieci specjalnej troski, szczególnie autystycznych: nie wysyłaj dziecka na siłę do "zwykłej" szkoły. No chyba, że mieszkasz w Finlandii, gdzie nie ma szkół specjalnych (ani prywatnych), bo szkolnictwo jest bardzo elastyczne, egalitarne i na wyższym poziomie od tutejszego (i polskiego). Zmieniłam zdanie na temat integracji, i zarówno lektury jak i rozmowy z wieloma rodzicami potwierdzają mój sceptycyzm: dla wielu, jeśli nie dla większości dzieci niepełnosprawnych, szkoła specjalna jest o wiele lepszym wyjściem. W UK dziecko z SEN (Statement of Special Educational Needs) jest 9 razy częściej zawieszane lub całkowicie wyrzucane ze szkoły zwykłej (mainstream), niż dziecko bez SEN. Integracja i motywowanie dzieci neuronietypowych przez neurotypowe to fikcja - kończy się na tym, że dziecko autystyczne spędza czas z dorosłą opiekunką, nauczyciel/ka nie mają bowiem czasu w ogóle, mając 30 neurotypowych dzieci do uczenia, na pracę ze "specjalnym", a neurotypowe dzieci bawią się między sobą, a nie z tym, który jest "inny". Jaki zatem pożytek z bycia w "normalnej" szkole? Taki, że w raporcie, w którym dziecko, którego mózg funkcjonuje inaczej, jest mierzone wg kryteriów stawianych dzieciom z mózgami typowo pracującymi, i potem miażdząco oceniane jako "poniżej oczekiwań"? Jakby powiedział ten wielki mędrzec, Homer Simpson: Doh! Apples and oranges - nie porównuj jabłek z pomarańczami. Żaden  pożytek. W szkole zwykłej każda klasa ma narzucony taki sam program, dla wszystkich uczniów, a indywidualizacja dla dziecka specjalnej troski jest kolejną fikcją - i tak jest zawsze mierzone wg programu głównego, bo cały system to wielka machina, która jest mało elastyczna. Dla kontrastu, w bardzo elastycznej szkole specjalnej każde dziecko ma prawdziwie indywidualny, dostosowany nie do wieku, lecz do możliwości, program, nie ma zadań domowych, nie ma idiotycznych raportów o byciu na poziomie rozwoju"poniżej oczekiwań" (below national expectations).
Podsumowując: silenie się na integrację i walka o utrzymanie dziecka w zwykłej szkole za wszelką cenę -  wg mnie nie są tego warte. Szkoła specjalna to nie wyrok i poddanie się - to często ogromna poprawa i zmiana na lepsze, szansa na to, że w przyszłości dziecko będzie bardziej pewne siebie, pełne wiary w swoje możliwości, szczęśliwsze, uniknie prześladowań i będzie bardziej niezależne.

28/06/2013

Literacko

Magda "maniaczka czytania" wywołała mnie do tablicy, a odpowiedź na ankiety to łatwy sposób, by znowu rozruszać blogowe mięśnie. Dziękuję za pamięć, cierpliwość i wyrozumiałość, i przepraszam za brak odpowiedzi na niektóre komentarze.

  1. Proza, poezja czy... komiks? Proza, proza i jeszcze raz proza. Choć dzięki dobrej znajomości języka odkrywam też piękno anglojęzycznej poezji - bo zawsze lepiej czytać w oryginale, a poezję - szczególnie. Są takie wiersze, jak This Be The Verse Larkina, Ode to Autumn Keatsa czy I carry your heart ee cummings, których po prostu nie wypada nie znać. Pierwsze werse  pierwszego i drugiego utworu są cytowane tak często, jak pierwsze zdanie "Dumy i Uprzedzenia" - mieszczą się zapewne w top 10 cytatów w brytyjskich mediach. Komiks ostatni raz czytałam jako dziecko (z cyklu "Tytus, Romek i Atomek").
  2. Ukochany wiersz. Nawiązując do powyższego - dzięki filmowi Jane Campion* i związkowi Keatsa z Winchesterem, odkryłam jego wiersze, z których wyróżniam właśnie Bright Star i Ode to Autumn, ten drugi zainspirowany jesiennymi krajobrazami miejsca, w którym mieszkam. Można zwiedzać moje miasto śladami dwóch literackich gigantów: Jane Austen i Johna Keatsa (są specjalne wycieczki z przewodnikami).
    Nicholas obok grobu Jane Austen w katedrze winchesterskiej, wiosna 2013
  3. Nigdy nie sięgam po... - komiksy, autobiografie celebrytów klasy Z, poradniki ogrodnicze - jak się można domyślać, w kraju z największym chyba na świecie bzikiem na tym punkcie, jest ich multum.
  4. Prezent inny niż książka - jutro otrzymam prezenty prosto z USA, o które prosiłam, i będą to ubrania oraz kosmetyki marek wcale lub trudno dostępnych (nawet jeśli tak, to często znacznie droższych) tutaj. Tak, jest to podpowiedź - każdy podarunek cieszy, ale zdarzyło mi się otrzymać prezenty z Pl marek... brytyjskich, a przecież nie brakuje w Polsce rodzimych wytwórców.
  5. Bloguję, bo... - bo wierzę w teorię 10 tysięcy godzin: głosi ona, że trzeba spędzić tyle godzin na danej aktywności/w danym zawodzie, by być w tym dobrym/kompetentnym, i to z pewnością dotyczy zawodowego pisania -  zamiast jednak pisać do szuflady, dziś aspirujący pisarze blogują.
  6. Komu wierzysz: profesjonalnym krytykom, czy czytelnikom polecającym sobie nawzajem tytuły? - wierzę profesjonalnym krytykom, wielu cenię i czytam od lat. Czerpię też często inspirację z popularnych tutaj list typu "Moje ulubione książki", "Książki mego życia" etc etc, o które pytani są pisarze, ale także inne sławy - wiele magazynów ma takie stałe rubryki. Dziś np. przeczytałam taką listę Zadie Smith, i większość z jej 10 rekomendacji była mi nieznana, a z pewnością warta przeczytania. Na wiele ciekawych pozycji trafiłam dzięki blogom i FB.
  7. Dobrą powieść ostatnio czytałam... - fantastyczną Katherine Anyi Seton, pierwszy raz wydaną w 1954, i od tego czasu stale w druku. To była ostatnia pozycja z nieoficjalnego kanonu Brytyjki, której jeszcze nie czytałam. Jej miejsce w Top 10 najukochańszych powieści jest dla mnie całkowicie zrozumiałe, jak i to, że wiele Brytyjek przyznaje się do czytania tej książki 5, 7, 9 razy! To szalenie wciągająca historia prawdziwej postaci, Katherine Swynford, kochanki, a później żony John of Gaunt, księcia z rodu Lancaster**, a tym samym przodkini wielu koronowanych głów Europy, w tym obecnej królowej Elżbiety II. Nie wiem, czy kiedykolwiek przetłumaczona na polski (podejrzewam, że podobnie jak inna pozycja z kanonu, która jest historycznym romansem, czyli Forever Amber, nie jest), ja ją zaliczam do moich absolutnych faworytek.
  8. Literatura faktu czy fikcja? -  niemal 50:50, z niewielką przewagą beletrystyki.
  9. Czasem nie czytam, wolę... - obejrzeć dobry film lub serial. 
  10. Czytasz w wannie? - bardzo rzadko, bo rzadko się kąpię *mrugam*.
  11. Jesz czytając/czytasz jedząc? - jeśli jem sama - zawsze.
*Już wkrótce BBC pokaże nowy serial wyreżyserowany przez Jane Campion - nie mogę się doczekać! Szkoda tylko, że w głównej roli obsadzono zwariowaną Scjentolożkę, Elisabeth Moss (Peggy Olson z Mad Men). Jak o przynależności Moss do tej ponurej sekty (patrz: film The Master) napisała ceniąca jej aktorstwo felietonistka Guardiana - Scjentologia?! Naprawdę? Ugggh...

**Jak wiadomo, Wojna Róż (War of the Roses), czyli rywalizacja dwóch wielkich angielskich rodów, York i Lancaster, zainspirowała G. R. R. Martina do napisania cyklu Pieśń Lodu i Ognia (Stark i Lannister, ehkm).

07/09/2012

Pojawiam się i znikam...

...i obym nie dostała bzika.
Wybaczcie długie milczenie - 6 tygodni wakacji, przy niemożliwości podrzucenia dziecka komukolwiek, skutkuje pisarskim odwykiem. A ledwie nadszedł "prawdziwy Dzień Matki" (pierwszy dzień roku szkolnego), wybywam nad Dunaj. Za tydzień będę już w Budapeszcie.
Wakacje spędziliśmy głównie w domu (tzw. staycation). Dla mnie niewątpliwym hajlajtem był jednodniowy kurs kreowania perfum, w sercu słynnego, bajkowego regionu Cotswolds (pamiętacie film Holiday?, tam właśnie trafia Cameron Diaz), w jednej z zaledwie trzech w Europie małych, niezależnych perfumery, gdzie takie kursy są prowadzone. Kurs, po wycieczce do Budapesztu, to najlepsze z moich konkursowych trofeów. Był on fascynujący, nauczyłam się mnóstwo, ale o szczegółach będzie na moim nowym, anglojęzycznym blogu - niedługo Was tam zaproszę. Obcasy nie znikną, ale mam nadzieję, że podążycie za mną.
Wakacje obracały się, rzecz jasna, wokół Nicholasa.
Mamy szczęście mieszkać obok wielkiego, wspaniałego zoo
A tu przed słynną katedrą w Winchesterze, w dniu, gdy przez nasze miasto przekazywano pochodnię z ogniem olimpijskim. Przywitało ją praktycznie całe miasto - nawet w organizacji podróży pochodni przez cały kraj Brytyjczycy okazali się niezrównani, obdarzając tym zaszczytem nie tylko celebrytów, ale niepełnosprawnych i zwykłych - niezwykłych ludzi którzy na to zasłużyli (Torch bearers byli nominowani, nie przez działaczy czy oficjeli, ale normalnych ludzi)
Nicholas i...lisek
To słynny Okrągły Stół, który można podziwiać w Winchesterze - pochodzi z czasów Tudorów
Dom Jane Austen, dziś muzeum i ośrodek jej kultu, w niedalekiej,  uroczej wsi Chawton. To tu narodził się Mr Darcy
Odwiedziliśmy, jeszcze przed Igrzyskami, stolicę. Sklep muzeum Tate Modern - na honorowym miejscu książka pop - up naszej przyjaciółki Jennie
Wyprawa do L. oznacza zawsze wizytę w jednej z trzech już londyńskich Nordic Bakery (czwarta jest na lotnisku we ...Frankfurcie) - jedna znajduje się o rzut oszczepem od polskiego konsulatu i ambasady. Moda na Skandynawię nie przemija, wręcz przeciwnie - o dowodach wkrótce. Chciałoby się, żeby będący właśnie w Londynie Makłowicz wybrał się w faktycznie modne miejsca, a nie do chińskiej restauracji w Chinatown, gdzie chodzą sami turyści (relacja z Facebooka)
Smaki skandynawskie samodzielnie upieczone, wg przepisu z ulubionej Scandilicious Baking. 
A dziś przyszła wygrana w kolejnym konkursie - herbaty znanej tu (i innych krajach, ale chyba nie w Pl) marki Teapigs, plus kubek i dzbanek.

Znikam na kolejne 2 tygodnie. Mam nadzieję że, gdziekolwiek jesteście, doświadczycie Babiego Lata.

11/06/2012

Urzeczywistniony sen bibliofila - Hay-on-Wye

Town of books - taki napis wita wszystkich wjeżdżających do miasteczka
Hay - on - Wye
Czytaliście świetną książkę Waltera Moersa pt. Miasto Śniących Książek? Jeśli tak, to być może jak ja marzyliście o mieście, którego raison d'etre byłyby książki. W poprzedni weekend je odkryłam - jest takie miejsce, i to nie w fikcyjnej Camonii, choć tak się składa, że leży ono także w krainie smoków i zamczysk, czyli Walii. Co prawda Hay-on-Wye to typowe miasto graniczne - administracyjnie w Walii, kulturowo i etnicznie bardziej jednak angielskie. Rzeka Wye, przepływająca przez Hay, stanowi granicę między Anglią a Walią. Ten malutki gród - niecałe 2 tysiące mieszkańców - zasłynął na cały świat dzięki niezwykłej koncentracji księgarni. Jest ich ponad 30, przy czym żadna nie należy do znanych sieci, a niemal wszystkie pełnią także rolę antykwariatu: tu znajdziecie rzadkie wydania i książki niedostępne gdzie indziej. To tu płyną zamówienia od bibliofili, nie tylko z UK; jak Miasto Śniących Książek z wyobraźni Moersa, Hay żyje dla i dzięki książkom. Niektóre księgarnie są wyspecjalizowane: Rose's Books kupuje i sprzedaje stare, poszukiwane książki dla dzieci, a prawdziwą mekką licznych przecież miłośników kryminałów (to bodaj najpopularniejszy gatunek literacki w kategorii fiction) jest niewielki sklep o "kawa na ławę" nazwie: Murder and Mayhem.
Rose's Books. Na sąsiedniej kamienicy zielona tablica kieruje do kolejnej księgarni, mieszczącej się w podwórzu Outcast Books
Murder and Mayhem
Najbardziej okazałą, trzypiętrową księgarnią (mieści się w niej też niezła ponoć kafejka), a przy tym podobno największym w Europie antykwariatem, jest Richard Booth's Bookshop & Cafe. Otwarte przez młodego  Richarda Bootha, żarliwego bibliofila, w 1961 roku, to miejsce było pierwszym, które zaczęło przyciągać innych bibliofili oraz antykwariuszy do Hay. W 1977 roku Booth nawet ogłosił siebie królem, a Hay niezależną od Zjednoczonego Królestwa monarchią - była to jedna z pierwszych tego typu kampanii marketingowych, która przyczyniła się do  popularności miasteczka wśród turystów. Booth jest dowodem, jak dużo może osiągnąć jedna osoba kierowana wielką pasją.

Taką osobą jest też Peter Florence, który luźną rozmowę przy kuchennym stole o zorganizowaniu dorocznego festiwalu literackiego przekuł w czyn. Dziś odbywający się od 25 lat  Hay - on -Wye Festival to największa tego typu impreza nie tylko w Wielkiej Brytanii, ale być może na świecie - zresztą formuła co roku eksportowana jest do coraz większej liczby miejsc, i Hay patronuje festiwalom literatury w tak odległych miejscach, jak Bejrut i Bogota:
Tegoroczny Festiwal rozpoczął się 31 maja, a zakończył wczoraj. Trudno mi ująć w słowa, jak wielkie wrażenie wywarło na mnie bogactwo oferty kulturalnej, dostępnej wszystkim odwiedzającym Festiwal: oprócz głównego literackiego, a więc spotkań z pisarzami takiego formatu, co Mario Vargas Llosa, Ian McEwan, Salman Rushdie czy Alain de Botton, historykami, dziennikarzami, komikami, naukowcami, artystami etc; odbywa się także Hay Fever, festiwal literatury dla dzieci, Hf2 - dla nastolatków, Hay on Earth - spotkania z naukowcami i autorami specjalizującymi się w ochronie środowiska, warsztaty Creative Writing, szereg koncertów, recitali, debat filozoficznych...w sumie ponad 900 różnych wydarzeń! Nawet osoby, które nie lubią czytać, znajdą coś interesującego.
Za wejście na teren festiwalowy się nie płaci, kupuje się bilety na każde wydarzenie osobno (polecam zakup z dużym wyprzedzeniem, ze strony festiwalowej - to samo dotyczy zakwaterowania).
Festiwal odbywa się w widocznych tu wielkich namiotach na obrzeżu miasteczka, które jest malowniczo położone - niedaleko znajduje się park narodowy Brecon Beacons. Wye to rzeka popularna wśród kajakarzy
Główny plac w Hay


Ian McEwan 
Salman Rushdie i założyciel Festiwalu, Peter Florence
Niestety nie miałam okazji wybrać się na spotkanie z którymś z ulubionych pisarzy - szczególnie żałuję, że nie zobaczyłam Caitlin Moran, mojej ulubionej felietonistki londyńskiego Timesa i autorki doskonałej, autobiograficznej książki How to be a woman (polecam). Zabrałam za to Nicholasa na oblegane spotkanie z najsłynniejszym w UK, i bardzo znanym w całym świecie anglojęzycznym ilustratorem książek dziecięcych, zamieszkałym od wielu lat w UK Niemcem, Axelem Schefflerem. Tak, tym, który stworzył Gruffalo, najpopularniejszą postać literatury dziecięcej ostatniej dekady. Z zapartym tchem oglądaliśmy, jak rysował na żywo:
Choć mogę już odhaczyć kolejne niezwykłe miejsce na mapie Wielkiej Brytanii, chciałabym bardzo powrócić do Hay na kolejne Festiwale. W czasie naszego (zbyt) krótkiego pobytu odwiedziliśmy też raj dla miłośników sów, jedliśmy pyszne lody oraz lunch we wspaniałej restauracji, o czym w następnym wpisie.
Zapraszam też do przeczytania obszerniejszej relacji Chihiro z jej podróży do Hay, ze znacznie lepszymi zdjęciami wielu księgarń.

Zdjęcia: 1, 3 i ostatnie moje, reszta z sieci. Pogoda niestety nie dopisała, mżyło, a potem padało, nie wzięłam też aparatu, i moje zdjęcia są bardzo kiepskiej jakości, za co przepraszam.

11/05/2012

Veneficus ago hic* czyli The Making of Harry Potter

Miejsce, w którym mieszkamy, rozpieszcza nas po względem rozmaitych rozrywek dla dzieci: w promieniu 20 mil od domu mamy wspaniałe, wielkie zoo Marwell, planetarium i science centre InTech, gdzie dzieci mogą przeprowadzać eksperymenty z dziedziny nauk ścisłych i słuchać ciekawych wykładów o astronomii i astrofizyce, jedyny na świecie Świat Świnki Peppy, piękne lasy, obecnie pełne bluebells, itd. itp. To jedna z przyczyn, dla której rodziny z klasy średniej, które nie chcą wychowywać dzieci w Londynie (jest to powszechna wśród wykształconych i średnio zamożnych tubylców niechęć - Londyn jest postrzegany jako mało przyjazne dzieciom miejsce), masowo przeprowadzają się tutaj. Jednak miejsce, o którym dziś napiszę, znajduje się o 1,5 godz. jazdy od nas, w Hertfordshire - to studio filmowe Warner Bros, w którym nakręcono znaczną część wszystkich 8 filmów o Harrym Potterze. 6 tygodni temu w jednym z budynków otwarto tam stałą wystawę pod nazwą The Making of Harry Potter.
Bilety (drogie - dla naszej trójki koszt to niemal £80) kupiłam już w przedsprzedaży, a więc ponad 4 miesiące temu, a i tak miałam trudności z rezerwacją na wybrany dzień - jeśli zatem chcecie się tam wybrać, polecam kupić bilety ze znaaacznym wyprzedzeniem. Uprzedzam też, że na tym wydatku prawdopodobnie się nie skończy, znajduje się tam bowiem jeden z najlepiej zaopatrzonych sklepów 'pamiątkarskich' jakie kiedykolwiek widziałam, a jestem koneserką takich przybytków. Poza tym to jeden z niewielu tego typu sklepów, gdzie sprzedaje się różne sowie gadżety, możecie być jednak ze mnie dumne, bo zachowałam wstrzęmięźliwość (no dobrze, zaporowe ceny mnie powstrzymały).
Dla fanów książek i filmów o HP Warner Bros Studio Tour to jak Lourdes dla fanatycznych katolików, i nie wyobrażam sobie lepszego celu pielgrzymek - nawet park rozrywki The Wizarding World of Harry Potter w Orlando wydaje mi się mniej "autentyczny": w końcu JK Rowling zrobiła wszystko, by amerykańskie studio nie zamerykanizowało Pottera, i pozostaje on bardzo brytyjski (jeden z powodów, dla których ją podziwiam).
Zwiedzanie studia trwa około 3 godzin - i są to bardzo, bardzo magiczne godziny. Naprawdę warto się tam wybrać - ilość zachowanych planów i rekwizytów usprawiedliwia wysokie koszty wstępu i pozwala docenić mistrzowski poziom wszystkich pracujących nad filmami, a dbałość o najdrobniejsze szczegóły oszałamia.
Tu zaczęła się przygoda Harry'ego - cupboard under the stairs
The Great Hall (wybaczcie oryginalne nazwy, nie znam polskich tłumaczeń)

Nicholas w The Great Hall, który wygląda tak, jak w filmach, choć niestety bez lewitujących świec



To nie kopie, lecz autentyczne różdżki z filmów - przy każdej podano właściciela
Gryffindor Common Room and Spiral Staircase









Sklep z sowami!


* Tu mieszka magia.

08/01/2012

Podsumowania i postanowienia - osobiste

Nie, nie będzie (jeszcze) o dietach. Choć cały kraj ogarnia coroczna mania odchudzania, ja muszę pilnować, by energii starczyło mi na zmiany znacznie, znacznie trudniejsze. Jak mawia ten wielki filozof naszych czasów, Dr House: People don't change ("Ludzie się nie zmieniają". I jeszcze: "każdy kłamie" oraz "ludziom przytrafia się to, co im się przytrafia, a nie to, na co zasługują"), i wszelkie zmiany w charakterze i nawykach wymagają tytanicznego wysiłku. Ja muszę zmienić przede wszystkim swój sposób myślenia, a konkretnie - samodestrukcyjną skłonność do autosabotażu, oraz tendencję do tego, by skupiać się na tym, czego nie mam i czego chcę, a nie na tym, czego potrzebuję.
2011 zaczął się źle a potem było jeszcze gorzej. Tuż przed świętami zlikwidowano stanowisko pracy M i w oczy zajrzała nam wizja nie tylko bezrobocia, ale i bezdomności. Szukanie pracy trwało niemal pół roku, w którym to czasie uzyskaliśmy niestety potwierdzenie porzekadła: "umiesz liczyć, licz na siebie". Jesteśmy zdani wyłącznie na siebie, a Nicholas może liczyć tylko na nas - co w świetle jego niepełnosprawności jest szczególnie bolesne. Pociesza mnie to, że w UK coraz więcej jest "adopcji" niepełnosprawnych dorosłych - gdy opiekunowie takiej osoby odchodzą lub nie mogą się takim dorosłym zajmować, odpowiednie służby znajdują mu nową rodzinę. Ta rodzina otrzymuje, w odróżnieniu od tych, które adoptują dzieci, wynagrodzenie - i tak jest to tańsze niż specjalny ośrodek.
Moje postanowienie noworoczne zatem, to stworzyć sobie miejsce pracy. Praca na pełny etat poza domem odpada - znalezienie właściwej osoby do opieki nad Nicholasem trwałoby wieki i byłoby bardzo kosztowne. O pracę na mniej niż pół etatu jest niezwykle trudno - niewiele jest miejsc, gdzie mogłabym pracować tylko między 10 a 14:30 - i pracowałabym tylko po to, by opłacić opiekę (opieka nad dziećmi w UK jest oficjalnie najdroższa w Europie, jeśli nie na świecie, i opłaty wzrastają szybciej, niż inflacja - Wielka Brytania to państwo prorodzinne tylko pod warunkiem, że sama/sam możesz zajmować się dzieckiem, inaczej wydajesz często niemal całą pensję netto na przedszkole/niańkę. Nie znam ani jednej Polki, którą stać tu na powrót do pracy po urodzeniu dziecka, poza tymi, które zaimportowały babcię z Pl. Angielki wydają przeciętnie 1/3 pensji netto na opiekę, wiele znacznie więcej, podczas gdy Francuzki czy Niemki - poniżej 10%). Wydawałoby się zatem, że moja obecna praca wolnego strzelca, z domu, jest idealna, poza tym tylko szczęśliwcy robią to, co lubią. Tak byłoby, gdybym pracowała dla tutejszego portalu - zdobycie takiej pracy jest jednak równie prawdopodobne, co wstąpienie Berlusconiego do klasztoru. W UK wzrasta bezrobocie, a konkurencja w ostatnich latach nabrała ostrości wszędzie, ale w mediach szczególnie. Kierunki dziennikarskie słusznie uważa się tu za najmniej przydatne w znalezieniu dobrej pracy, i dyplom tego typu, nawet z tutejszej dobrej uczelni, niewiele jest wart, a co dopiero dyplom i doświadczenie z Pl. Jednym słowem - jestem niezatrudnialna, dlatego w tym roku muszę wreszcie przysiąść fałdów i skończyć dwie rozgrzebane książki. Co prawda w dzisiejszych czasach na pisaniu zarabiają dobrze tylko ci, którzy piszą listy z żądaniem okupu (i nieliczne wyjątki z list bestsellerów), ale wątpliwe, bym zarobiła mniej, niż zarabiam obecnie - szczególnie, jeśli na jedną uda mi się znaleźć wydawcę stąd.
Największą przeszkodą w ukończeniu obu jest ten złośliwy wewnętrzny głos, który odbiera pewność siebie, szepcząc, że przecież ja się nie nadaję, nie mam szans itd. Bardzo trudno ten głos uciszyć - świetnie pisała o tym Chihiro, a jej wpis zmobilizował mnie, by wreszcie zacząć zgłębiać buddyjską koncepcję mindfulness, co od dawna planowałam.
W tym cholernie ciężkim pierwszym półroczu był jeden moment triumfu: zostałam wybrana, z około 3000 chętnych, jedną z 4 nowych wolontariuszy - członków BBC South Regional Audience Council - czegoś w rodzaju rady doradczej dla BBC w regionie Południa Anglii (BBC jest podzielone na kraje i regiony). I choć nie jestem czarną lesbijką z jedną drewnianą nogą, jako relatywnie młoda (ekhem) kobieta, Polka, rodzic dziecka specjalnej troski i osoba z wykształceniem i doświadczeniem medialnym, przypuszczam, że miałam przewagę nad rdzennymi, białymi mężczyznami powyżej 50, którzy chętnie się zgłaszają do takich zadań. Rady regionalne powinny reprezentować widownię w jak najszerszym przekroju i miło mi, że należę do najbardziej różnorodnej (diverse) Regional Audience Council w całej Anglii. Naszym zadaniem jest przekazywanie BBC Trust, organizacji, która zarządza BBC, opinii widzów i słuchaczy na temat BBC. Jako że to instytucja państwowa, utrzymująca się z abonamentu (de facto podatku), BBC jest surowo rozliczana ze swoich misji, przede wszystkim ze swej roli edukacyjnej, wpisanej już w dokumenty założycielskie British Broadcasting Corporation w 1922 roku.
Osoby mieszkające w Anglii (szczególnie w regionie BBC South), które chcą się podzielić przemyśleniami na temat BBC - możecie śmiało do mnie pisać.
Drugim moim postanowieniem jest, uwaga, NIE KUPOWAĆ UBRAŃ przez cały rok. Słyszę Wasz rubaszny śmiech, ale mam nadzieję, że ta publiczna deklaracja zdopinguje mnie do dotrzymania tego postanowienia. To w ramach decyzji, by skupiać się na tym, co mam i czego tak naprawdę potrzebuję, a nie na tym, czego mi brak i czego pożądam. Zaoszczędzone pieniądze przeznaczę na realizację celu, którego spełnienie uczyniłoby mnie dużo bardziej szczęśliwszą niż szafa pełna Prady - kupno własnego domu. Czy potrzebuję nowych szpilek czy sukienki? Szafy, w których od dawna nie ma już miejsca, dobitnie świadczą o tym, że nie. Potrzebuję natomiast miejsca, które będzie ostoją i prawdziwym domowym ogniskiem (home), a nie tylko kawałkiem podłogi (house). Co prawda przed nami wciąż daleka droga, ale najdłuższa nawet podróż zaczyna się od jednego kroku.
No a poza tym  - będę mogła trochę więcej wydać na dobre kosmetyki i kulturalne eskapady *mrugam*.

29/12/2011

Podsumowania i polecanki - filmowo

W porównaniu z Chihiro (polecam jej Podsumowanie filmowe), jestem słabiutka niczym euro, jeśli chodzi o ilość obejrzanych w 2011 roku filmów, ale jednak odsianie dziesięciu ziaren od ok. setki plew nie było trudne. Nie wszystkie to nowości, włączyłam też kilka filmów zwanych familijnymi. Wielu najwyżej ocenianych tegorocznych premier jeszcze nie widziałam - z chwilą przybycia na świat potomstwa wyjście do kina staje się operacją skomplikowaną i kosztowną, nie uznaję też piractwa i korzystam wyłącznie z legalnej internetowej wypożyczalni, muszę zatem czekać, aż ukaże się DVD/Blu - Ray. Nie znajdziecie tu zatem Midnight in Paris, The Artist, Drive czy A Separation, filmów, na które czekam niecierpliwie, i które na 99% mi się spodobają. Przepraszam, ale nie zawsze podaję polskie tytuły.
1. Mary and Max - przyznam, że od czasów, kiedy mieszkałam w Londynie i stykałam z koczującymi tam Aussies b. często, miałam nienajlepszą opinię o wkładzie Australijczyków w kulturę. Sama Germaine Greer mówi o swej ojczyźnie, że jest "pustynią kulturalną", ale mieszkańcy kontynentu trzech B (beer, beach and barbecue) zrehabilitowali się w moich oczach tym jednym, animowanym, ale przeznaczonym dla dorosłych, wybitnym dziełem. To prawdziwy klejnot, przede wszystkim chyba najlepszy z filmów, w których główny bohater to postać z autystycznego spektrum (tu - Zespół Aspergera), poza tym wzruszający, ale nie ckliwy, mądry, smutny, ale i ze sporą dawką humoru. Bardzo polecam.
2. A skoro mowa o filmach pozbawionych sentymentalizmu, podobał mi się Winter's Bone. Jęczące, rozpieszczone i litujące się nad sobą małolaty powinny być zmuszane, pod groźbą odcięcia od Facebooka, do obejrzenia tego filmu i czerpania przykładu z bohaterki, doskonale zagranej przez Jennifer Lawrence. Poza tym zawsze cieszy mnie, gdy to kobieta reżyseruje dobry film - reżyseria to jeden z ostatnich bastionów męskiej dominacji, szczęśliwie coraz mocniej szturmowany...
3. ...bo np. w 2012 tutejszy parlament zmieni, mam nadzieję, prawo, i wreszcie podąży w ślady mądrzejszych (jak zawsze) Skandynawów, jeśli chodzi o dziedziczenie tronu, tak, by następcą zawsze było pierwsze dziecko, bez względu na płeć, a nie, jak do tej pory - potomek płci męskiej. 2011 był dobrym rokiem dla tutejszej monarchii, ze względu nie tylko na Ślub Stulecia, ale także wielki sukces filmu King's Speech, który musiał się, oczywista, znaleźć na mojej liście. Podzielę się przy okazji plotką, że Colin Firth kandyduje obecnie do kultowej roli Profesora Higgingsa w planowanym remake'u My Fair Lady (jego głównym rywalem jest Hugh Grant), zaś Elizę, którą wszyscy pamiętamy w kreacji Audrey Hepburn, ma zagrać znakomita (i odważna) Carey Mulligan.
4. Carey pojawiła się jako jedna z sióstr Bennett w udanej adaptacji Dumy i Uprzedzenia Joe Wright'a (obejrzałam dziś po raz nie wiem który), ale 2011 był rokiem sióstr  Brontë, a nie Jane Austen (2012 będzie zaś rokiem Dickensa) i nowa wersja Jane Eyre szczęśliwie nie zawiodła - więcej napisałam tu.
5. Niedługo po powrocie z wakacji w Walii wypożyczyłam film, którego akcja dzieje się w Walii - Submarine. Oparty na powieści Joe Dunthorne'a, którego miałam przyjemność poznać osobiście (tu opisuję, jak do tego doszło), jednego z najciekawszych brytyjskich pisarzy młodego pokolenia, to film bardzo kameralny, zabawny i doskonale zagrany (ciekawostka: w Submarine główną postać gra Craig Roberts, jego matkę zaś - Sally Hawkins. W Jane Eyre ci sami aktorzy znowu grają matkę i syna).
6. Innym filmem, którego główny bohater to nastolatek, jest Hugo w reżyserii Martina Scorsese - mnie jego wolne tempo się podobało, ale kilku znajomych narzekało, że akcja zbyt wolno się rozwija. Wielkim atutem są wspaniałe zdjęcia i w tym przypadku 3D się sprawdziło.
7. Hugo to hołd złożony kinu i jego pionierom, a stary (z 1945 roku), czarno - biały film, który jest absolutną klasyką brytyjskiego kina i do którego nieustannie znajduję odniesienia w tutejszej literaturze i prasie, to Brief Encounter - jeśli np. ktoś pisze o "wymowie w stylu Brief Encounter", wiadomo, że chodzi o dobrą dykcję i elokwencję ludzi wykształconych i zamożnych. To jeden z najpiękniejszych filmów o miłości - jeśli macie słabość do Casablanki czy Przeminęło z wiatrem, koniecznie obejrzyjcie BE.
8. 9. i 10. Wspomniałam, że uwzględnię filmy dziecięce/familijne: trzy, które mi się najbardziej podobały, to How to Train Your Dragon, Rango i Tangled (wszystkie to animacje). Przed świętami zaś zabrałam Nicholasa na również animowanego Arthur Christmas (polski tytuł to zdaje się Artur ratuje Gwiazdkę), który bardzo się nam podobał i który polecam obejrzeć w przyszłe święta całą rodziną. Film miał dla mnie kilka dodatkowych, osobistych smacznych kąsków - zaczyna się w mojej ukochanej Danii, potem akcja przenosi się do Niemiec (pada nazwa Flensburg, w którym to mieście byłam na ich pięknym Bożonarodzeniowym kiermaszu!), a następnie - do Polski.
A skoro mowa o animacjach, z niecierpliwością czekam na film pt. Brave - poniżej zajawka - posłuchajcie pięknych szkockich akcentów.

28/12/2011

What is the name of the most famous elf? Elf-is

W tytule typowy niskich lotów żarcik wyciągnięty z Christmas Cracker'a - w Polsce dzielimy się opłatkiem, tu - dwie osoby ciągną za swój koniec crackera, który zawiera żarcik, papierową koronę i prezencik, zwykle śmieciowy, choć domy towarowe, takie jak Selfridges, sprzedają wersje luksusowe, np. Lancome - w środku takiego crackera są miniaturki perfum i kosmetyków tej marki. Ten sam dom towarowy sprzedaje też bestsellerowy Lancome Advent Calendar (bo kto powiedział, że kalendarze adwentowe są tylko dla dzieci?) - za każdym okienkiem kryje się miniaturka, i to nie tylko produktów tej marki, ale także kilku innych, np. Shu Uemura i Giorgio Armani (obie marki, szczególnie Armani, należą do moich ulubionych).

Nicholas w koronie z Christmas Cracker, jedzący ziemniaka pieczonego w gęsim tłuszczu (jak zawsze niemal wszystkie potrawy M przygotował korzystając z przepisów Nigelli).  W tle nasze Christmas Card "tree"
Brukselka z kasztanami i chorizo (powinna być pancetta, ale zapomnieliśmy kupić, a chorizo znakomicie ją zastąpiło). Obok Christmas Cracker
Brukselkową "łodygę"(?) daliśmy Edisonowi do zabawy
Wybaczcie, że nie zdążyłam tu z życzeniami. Mam nadzieję, że święta upłynęły Wam radośnie i w zdrowiu i dziękuję  serdecznie za wszystkie prezenty, kartki i życzenia. Nasze święta takie były, a spędziliśmy je w dużej mierze z przyjaciółmi. W tym roku Boże Narodzenie było typowe dla Południa Anglii, a więc niebiałe.
Mój Christmas Pudding na etapie przygotowania
Spośród ton pysznego jedzenia, jakie pochłonęliśmy (świąteczna żarłoczność poprzedzona była wyrzeczeniami diety, o którym to ataku niepoczytalności kiedy indziej) wyróżniam kupne, ale Hestonowe ciasto - Spiced Popping Candy Cake. Na bazie z orzeszków laskowych i shortbread (maślanych ciastek, typowych dla Szkocji) umieszczono czekoladowo - pomarańczową masę ganache. Tym, co je wyróżnia i zapewnia tzw. wow factor, jest posypka z popping candy, czyli "strzelających" słodyczy, i płatków złota (tu jest przepis, jeśli chcecie odtworzyć pomysł Hestona). I tak oto drogie i dekadenckie ciasto szefa - celebryty przywołało wspomnienie zgrzebno - przaśnych czasów dzieciństwa za komuny, kiedy takie efekty zapewnialiśmy sobie liżąc oranżadki w proszku...
A już w styczniu nowa seria Hestona w TV, w której będzie nas uczyć jak gotować jak on w zwykłej kuchni - can't wait!
W Waitrose można kupić także popping candy:
W tym roku zarówno nasze drzewko, jak i papier prezentowy, były częściowo w stylu skandynawskim - czyli dużo czerwonych reniferów i serc - plecione ozdoby w kształcie serca,  tzw. Julehjearten, to duńska tradycja Bożonarodzeniowa
Udekorowany świątecznie dom w Danii - jakże chciałabym, by 2012 zbliżył mnie do realizacji marzenia o takim domu...
Oprócz rozkoszy podniebienia i spotkań z przyjaciółmi, jak zawsze największą dla nas przyjemnością świąt są Christmas Specials, czyli specjalne programy telewizyjne, m.in. animacja The Gruffalo's Child i Downton Abbey Christmas Special (polecam recenzję na polskim blogu Rusty Angel, choć diametralnie nie zgadzam się z autorką nt. Richarda) - przy okazji: nie byłam jednak w Highclere Castle na kiermaszu, i jestem zbyt zła, by wyjaśniać, dlaczego - ale będę tam w kwietniu, obiecuję.
Przyszły rok to 200 rocznica urodzin Dickensa - który notabene ukształtował tradycje świąteczne w Anglii w tak wielkim stopniu, że mówi się o nim, iż "wynalazł" Boże Narodzenie (invented Christmas) i będzie się w związku z tym wiele działo (już ukazały się dwie nowe, znakomite biografie) - wczoraj pokazano pierwszy odcinek Great Expectations, z aktorem o urodzie Adonisa w roli głównej - doskonała adaptacja, bardzo polecam, i nie tylko dla Douglasa Booth'a *mrugam*. Więcej  w moim podsumowaniu 2011 roku w TV, które, podobnie jak filmowe, mam nadzieję jeszcze tu napisać przed 1 stycznia, a na razie uraczam Was zdjęciem Douglasa:

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails