Showing posts with label Wesele. Show all posts
Showing posts with label Wesele. Show all posts

28/01/2014

Na zamówienie - kurze imprezy

Z blogowego marazmu wychynęłam na prośbę pewnej, jak twierdzi wiernej, czytelniczki, która poprosiła mnie o opisanie, jak wyglądają wieczorki panieńskie w UK. Wprawdzie pisałam już o jednym takim wyjeździe (bo angielskie imprezy trwają często co najmniej cały weekend, a czasem tydzień!, a nie tylko jeden skromny wieczór), ale byłam też na kilku innych, a i słyszę, że podobnie jak Walentynki, tak i ta anglosaska tradycja przeszczepiana jest powoli i na polski grunt - czemu ja przyklaskuję.
Brytyjski hen do lub hen party (stąd kura w tytule - ich męski odpowiednik to stag do) coraz rzadziej trzyma się utartego, mało wybrednego scenariusza, wg którego wieczór przebiegał tak: drinki, taniec, męski striptiz, czekoladowe penisy i inne sprośne prezenty, jeśli mówimy o trwającej jedną noc imprezie, lub wyjazd do Benidorm, lub innego taniego "kurortu" w Hiszpanii, pełnego przedstawicieli brytyjskiej klasy robotniczej. Coraz częściej na weekend panieński wynajmowane są wiejskie posiadłości, a nawet dwory czy zamki.
To tu świętowałyśmy zamążpójście Charlie - posiadłość tę można wynająć na wakacje, a jeśli każdy zapłaci za siebie (może tam  w sumie w dwóch budynkach przenocować 27 osób, nie licząc małych dzieci - prócz dworu na zdjęciu, jest  mniejszy budynek - zaadaptowana stajnia, w której jest nocleg dla 8 osób, do wynajęcia razem lub osobno), to wcale nie jest astronomicznie drogo. Generalnie polecam wynajmować domki w UK na spółkę z innymi, im więcej osób, tym wychodzi taniej, no i wybór nieporównywalnie lepszy. UK to idealne miejsce na takie wakacje, w Walii, Kornwalii, Devon czy Lake District jest mnóstwo nieruchomości, w których fani Downton Abbey na pewno by się zakochali 

Wyjazdy zagraniczne - np. do Pragi czy Krakowa - są znacznie popularniejsze wśród mężczyzn, może dlatego, że kryterium pt. tani alkohol figuruje wyżej na liście męskich priorytetów. Zarówno kobiety jak i mężczyźni często się przebierają, z tym - i to jest jedna z osobliwości tubylca płci męskiej, kto jest fanem brytyjskich komików, ten jest zaznajomiony z tą skłonnością - że chętniej i bardziej fantazyjnie przebierają się mężczyźni (często za kobiety, uczennice lub zakonnice). Hen dos mniej polegają na alkoholu i młodych, nieznajomych mężczyznach, a bardziej na różnych zabawach- my na przykład w ten wyżej wspomniany weekend bawiłyśmy się m.in. w karaoke, a na innym wieczorze miałyśmy lekcję przygotowywania koktajli (no dobrze, w tym przypadku akurat alkohol był bardzo istotny, ale przynajmniej musiałyśmy same sobie drinka przyrządzić) w wynajętym tylko dla nas całym barze - niedawno moja znajoma też była na takim właśnie hen do, połączonym z cocktail masterclass. W większych miastach modnie jest wynająć instruktora, np. ikebany czy robienia kapeluszy, i popijając szampana i jedząc ciasta nauczyć się czegoś nowego. Czasem taka impreza zaczyna się wytworną Afternoon Tea w 5-gwiazdkowym hotelu, po czym hens  idą na kolację do restauracji, a następnie do klubu. Albo zaprasza się stylistkę specjalizującą w vintage, która demonstruje fryzury i makijaż vintage. Wiele hens wspólnie jedzie do spa. Możliwości jest wiele, i udana impreza zależy w dużej mierze od kreatywności i umiejętności organizacyjnych świadkowej (maid of honour) i bridesmaids (druhen - mam nadzieję, że ta tradycja też się przeniesie do Polski, i zamiast tylko pary świadków, będą także druhny i drużbowie), bo to ich obowiązek - panna młoda tradycyjnie nie powinna nawet kiwnąć palcem. To, co mi się właśnie najbardziej podoba, to to, że jest to okazja, by powspominać wspólnie spędzone chwile i celebrować kobiecą przyjaźń. Jest to także prezent, lepszy od zestawu do fondue. (Potencjalnie ciekawym tematem na osobny post byłaby analiza, dlaczego takie imprezy w gronie kobiecym nie są popularne np. we Francji, gdzie przyjęte jest imprezowanie w parach, a nie w gronie osób tej samej płci, jak mi ostatnio tłumaczyła mieszkająca na stałe tutaj Francuzka)
Ja nie miałam niestety hen do - gdybym kiedyś odnawiała śluby (bo na razie nie mam w planach kolejnego ślubu, ekhem), kusiłoby mnie wynajęcie Vintage Patisserie.
Jedyny zgrzyt, jaki czasem się pojawia, to zaporowy dla niektórych koszt - to jest jednak rzadkie, bo przyszli małżonkowie mają najczęściej przyjaciół i znajomych z podobnej sfery społecznej, o podobnym poziomie dochodów, a przy tym większość ludzi jest zwyczajnie na tyle wrażliwa i dobrze wychowana, by nie narażać bliskich osób na wydatki, na które ich nie stać. To tradycja, która pozwala okazać młodej parze, jak bardzo są ważni dla Krewnych-i-Znajomych, i warta kontynuacji.
A jak to wygląda obecnie w Polsce i innych krajach, w których mieszkacie?

30/04/2011

Wasz szpieg z Krainy Deszczowej*...

... posłusznie donosi, że uczciłyśmy Ślub Stulecia należycie, w sukniach i welonach. Były oklaski, wzruszenie i głośne okrzyki aprobaty dla Pocałunku Na Balkonie. A także obgadywanie Sukni i Strojów i Kapeluszy Gości. W odróżnieniu od pracownic polskiego wydania ELLE, które spekulowały na Facebooku, czy suknia będzie od Valentino, Very Wang czy Chanel (tak, wiem, brwi sięgnęły mi końca czoła, gdy to czytałam), dla mnie i dla wszystkich mających nawet małe pojęcie o modzie brytyjskiej i rodzinie królewskiej było oczywiste, że Kate na 100% wybierze brytyjskiego projektanta, pytanie było tylko, kogo (wybranie kogoś z zagranicy byłoby wielkim faux pas, delikatnie mówiąc). Ujrzawszy pannę młodą, Wasza korespondentka od razu poczyniła porównanie z suknią ślubną Grace Kelly, bodaj najpiękniejszą suknią ślubną wszechczasów - koronka, talia osy i długie rękawy. Sarah Burton z "następczyni McQueena" katapultowała się na oczach milliardów do pozycji "projektantki TEJ Sukni" i już krążą plotki, że koncern LVHM chce ją ukraść Gucci by objęła stanowisko Johna Galliano w Dior. Nie usłyszałam/przeczytałam jednego krytycznego słowa o sukni.

Bo też suknia była idealna - nie za strojna, ale i nie zgrzebna, wytworna, ale nie przyćmiewająca urody nosicielki, okazała i z długaśnym trenem, ale nie jak pognieciona wielka beza. Kreacja na miarę współczesnej baśni (dla mnie najbardziej baśniowy moment całej imprezy to przejazd karetą). Kolumnowa suknia siostry księżnej, także z kolekcji Alexander McQueen (w czerwonej wersji tej kreacji w zeszłym roku można było podziwiać Cameron Diaz) również zachwyciła. No i zawsze rozbraja ta urocza tradycja małych druhen (bridesmaids) i drużb (page boys), kultywowana w UK także na ślubach "plebejuszy".

Z uporem godnym lepszej sprawy zawsze trąbię o tym, że tradycja zakładania kapeluszy/fascynatorów na ślub warta jest przeszczepienia na polski grunt, i mam tę satysfakcję, iż miliony ludzi mogło zobaczyć, że mam rację. Projektant kapeluszy Philip Treacy (rozsławiony w dużej mierze przez Isabellę Blow, ale faworyzowany także przez np. Camillę, żonę księcia Karola) był najbardziej popularną marką wśród gości, obok Jimmy Choo, której szpilki wybrało wiele pań.
Makijaż panny młodej to mój ulubiony "soft smoky eye" czyli przydymione oko w wersji dziennej: podkreślone czarnymi kreskami na dolnej i górnej powiece oczy, róż w odcieniu jasnoróżowym i takież usta. Kate zresztą niemal zawsze tak się maluje, woląc, tak jak ja, podkreślać oczy zamiast ust. Do tego subtelny manikiur - udało mi się zdobyć informację, że wykonano go w salonie Jo Hansford (b. znany salon w Londynie, odwiedzany przez tamtejszą elitę) przy użyciu dwóch lakierów: Bourjois nr 28, odcień Rose Lounge, i Essie nr 423 odcień Allure. W odróżnieniu od manikiuru i fryzury, makijaż  Kate wykonała sama, nie wiadomo więc, jakich kosmetyków użyła, podejrzewam jednak, że róż był w kremie lub sztyfcie - róż o takiej konsystencji daje bardziej naturalny efekt i wtapia się w skórę. Popularne tutaj, jeśli chodzi o makijaże ślubne, są róże marek Nars, Bobbi Brown lub Daniel Sandler.

A na koniec bardzo zabawna parodia:


*...ale nie ostatnio, na szczęście.

28/04/2011

Royal Wedding Frenzy

Nie wiem, jak w Polsce, ale tu (a także, wydałoby się, w zwariowanym na punkcie brytyjskiej arystokracji republikańskim USA) od tygodnia o niczym innym się nie mówi, jak o jutrzejszym ślubie księcia Williama i Catherine Middleton. Jutro jest, dekretem premiera, dzień wolny od pracy (wolne jest także w następny poniedziałek, i to nie dla uczczenia moich urodzin - jest to tradycyjny tu wolny poniedziałek "bankowy", czyli Bank Holiday). Spragnione odrobiny romansu starsze panie koczują przy Westminster Abbey, a jak kraj długi i szeroki na ulicach odbędą się tzw. street parties - uliczne biesiady, często ze stołami i krzesłami wyniesionymi bezpośrednio na ulicę - rzadka w dzisiejszych czasach okazjach, by poznać swoich sąsiadów. Nicholas poszedł dziś do szkoły "w cywilu", ale w barwach narodowych, i z talerzem upieczonych przeze mnie muffinków, bo w szkole też odbywa się impreza składkowa. Od paru tygodni wszystkie biznesy podczepiają się pod Royal Wedding - dosłownie wszystko, od herbaty po, hmm, antykoncepcję i jedzenie dla psów, sprzedaje się pod hasłem "dla uczczenia Ślubu". Zalało nas prawdziwe tsunami okolicznościowych ściereczek, kubków, ciastek itd. Pokażę Wam zaledwie malutką próbkę, subiektywnie najbardziej stylowych lub najbardziej dziwacznych, suwenirów.
Świecznik
Perfumy - o dziwo, ponoć całkiem ładnie pachną
Sieci nail bars oferują patriotyczny manikiur
Kolor nakrętki lakieru z lewej nawiązuje do koloru sukienki marki Issa, którą Kate Middleton miała na sobie, gdy ogłoszono zaręczyny
Herbata "Królewska Mieszanka"
Jeśli jednak pijesz herbatę z torebki, możesz użyć takich uchwytów
Jedna z ciekawszych ścierek, z pieskiem rasy corgie
Ozdobne poduszki
Pamiątkowa porcelana b. popularnej wśród klasy średniej Emmy Bridgewater
Czekoladki Prestat - ta firma ma status oficjalnego chocolatier  królowej
Panny, które tak myślą, mogą się pocieszyć perspektywą usidlenia księcia Harry'ego
Okolicznościowa afternoon tea w jednym z londyńskich hoteli
Amatorki robótek mogą kupić gotowy zestaw, który pozwala na zrobienie na drutach całej rodziny królewskiej

Dla antymonarchistów

Ja spędzam jutrzejszy dzień w gronie koleżanek, oglądając ceremonię w TV, popijając szampana i jedząc cupcakes (znacznie cyniczniej nastawieni mężowie zajmują się wspólnie dziećmi, ha!). Gospodyni zobowiązała nas do trzymania się dress code: będziemy zatem albo we własnych sukniach ślubnych (te, które jeszcze w nie wchodzą) lub w wedding guest outfits - a zatem w odświętnych sukienkach i kapeluszach lub fascynatorach. A Wy, będziecie ogladać?

13/01/2010

Mały trend na duże piękności

Widziałam ostatnio tyle sesji modowych, w których wystąpiły modelki o większych niż przyjęte przez świat mody za standardowe wymiarach, że można już mówić o mini-trendzie. Sam "Kaiser" Karl Lagerfeld zrobił takie zdjęcia, a to praktycznie pieczęć uwierzytelniająca, że mamy do czynienia z bona fide trendem. W sesji zatytułowanej Coco a Go-Go dla V Magazine wystąpiła artystka burleskowa (swoją drogą burleska to również ważny trend na Zachodzie, nie wiem, czy już są polskie Dity von Teese?)


I jeszcze jedno zdjęcie z "size issue" (dosłownie: wydanie poświęcone rozmiarom) V Magazine, hołdujące kobietom noszącym rozmiar większy niż 34-38:



Modelki o krąglejszej figurze już od dawna pojawiały się na wybiegu, ale zwykle jako kuriozum, i swoją innością wywoływały sensację. Tym razem wyraźnie wyczuwa się zmianę zeitgeist   - zaczęło się zeszłego lata od malutkiego zdjęcia w amerykańskim wydaniu Glamour, przedstawiającego nagą kobietę, ani chudą, ani grubą, ot, "normalną", ale z wyraźną, choć małą, fałdką tłuszczu na brzuchu. To przeoczenie magazynowego retuszysty sprawiło, że do redakcji napłynęła lawina listów aprobujących pokazywanie nieretuszowanych zdjęć "zwykłych" kobiet i domagających się więcej takich sesji.


Ikoną kobiet i fantazją mężczyzn jest mająca figurę klepsydry aktorka Christina Hendricks, występująca w kultowym w USA i UK serialu Mad Men. Dawno nie było na ekranie bohaterki, która wyglądałaby tak kobieco. Także w "prawdziwym"życiu Christina ubiera się w podkreślające kobiece kształty sukienki - niesamowicie ujął mnie fakt, że swoje druhny, zamiast odziać w jednakowe i najczęściej szpetne sukienki, jak to się zwyczajowo robi w USA i coraz częściej w UK, ubrała w starannie wyszukane sukienki vintage. Moim zdaniem - rewelacja.




25/08/2009

Wesele drugie

Mam spore opóźnienie z powodu urlopu i nie napisałam jeszcze o drugim w tym roku weselu, na którym byliśmy 1 sierpnia. Młoda para, Barny i Charlie (Charlie to skrót od Charlotte), są bardzo dobrani, i pomyśleć, że choć mieszkali w tym samym mieście od lat, spotkali się dopiero dzięki internetowi. Łączy ich m.in. zamiłowanie do przebieranych imprez (fancy-dress costume parties) i dobrego wina. Gdy na liście prezentów umieścili 8 stojaków do wina (każdy mieszczący 48 butelek), osoba zajmująca się listami zadzwoniła do nich, by się upewnić, że nie zrobili błędu - zapewnili, że nie. On zarządza rodzinną firmą, ona zaś jest prawniczką (barrister) specjalizującą się w rozwodach (o czym jeszcze będzie), i oboje pochodzą z tzw. dobrych rodzin, zatem i ślub i wesele urządzono nie szczędząc grosza. Panna młoda wyglądała zjawiskowo w sukni włoskiego projektanta, która kosztowała majątek. Ślub odbył się w zabytkowym kościele St Cross, gdzie zarówno Very Reverend (główny kapłan) Reg Sweet, jak i kilkoro gości odczytało wzruszające teksty o małżeństwie, zaś przyjęcie w ogromnym namiocie (nie mogę sobie przypomnieć, jak marquee może się nazywać po polsku, chyba po prostu "duży namiot"), rozbitym na terenie wielkiej posiadłości koło Winchesteru. Tym majątkiem zarządza nasz wspólny znajomy Tim (jest tzw. estate manager) i dlatego właściciele, arystokraci do których ta posiadłość należy od stuleci, zgodzili się na urządzenie wesela w ich ogrodzie. Stoły pięknie udekorowała inna znajoma (która jest utalentowaną ilustratorką książek dla dzieci), wykorzystując znaną wszystkim słabość Charlie do butów - każdy stół (były okrągłe i wszystkie miejsca starannie przydzielono tak, by goście jak najlepiej się bawili) nosił nazwę od rodzaju obuwia: i tak był stół Szpilkowy, Klapkowy, Trampkowy itp.
Każdy gość znalazł przy swoim nakryciu prezent na pamiątkę: słoiczek, ze słonym czatnejem lub słodkim lemon curd, ugotowanymi przez samą pannę młodą, z ręcznie wypisaną etykietką.
Jedzenie było pyszne, ale oczywiście najważniejszym punktem programu były tradycyjne przemowy. Jak zawsze, humor przeplatał się ze wzruszeniem. Nie omieszkano nawiązać do faktu, że Charlie, jako specjalistka od rozwodów, puściłaby Barny'ego z torbami. Nie sądzę jednak, by tak się stało - nigdy nic nie wiadomo, to prawda, ale oni są wyjątkowo dobrani, no i Barny ma już 39 lat, i wszyscy już myśleli, że się nie ustatkuje. A on po prostu czekał na "tę jedną jedyną" i warto było.
W podróż poślubną młoda para wybrała się na Borneo.
Zamieszczam poniżej zabawny wiersz Pam Ayres, który odczytano w czasie ceremonii ślubu. Nie wiem, czy jest polskie tłumaczenie.

Yes, I'll Marry You
Pam Ayres
Yes, I'll marry you, my dear,
And here's the reason why;
So I can push you out of bed
When the baby starts to cry,
And if we hear a knocking
And it's creepy and it's late,
I hand you the torch you see,
And you investigate.

Yes I'll marry you, my dear,
You may not apprehend it,
But when the tumble-drier goes
It's you that has to mend it,
You have to face the neighbour
Should our labrador attack him,
And if a drunkard fondles me
It's you that has to whack him.

Yes, I'll marry you,
You're virile and you're lean,
My house is like a pigsty
You can help to keep it clean.
That sexy little dinner
Which you served by candlelight,
As I do chipolatas,
You can cook it every night!

It's you who has to work the drill
and put up curtain track,
And when I've got PMT it's you who gets the flak,
I do see great advantages,
But none of them for you,
And so before you see the light,
I do, I do, I do!

31/05/2009

Weekend panieński - po


Weekend był taki, jakiego się spodziewałam - a nawet bardziej, bo np. Rozebrani Kamerdynerzy (Butlers in the Buff) byli dla wszystkich, poza główną druhną, która ich usługi zamówiła, kompletną niespodzianką. Ale od początku...
Dworek okazał się prawdziwie angielskim miejscem - stary, pokryty wisterią, w środku tak ciemny, że mimo słonecznej pogody trzeba było włączać światło, wypełniony antykami, zbrojami i wypchanymi trofeami myśliwskimi, z łożami z baldachimem w każdej sypialni (four-poster beds), kominkami wielkości kawalerki i ścianami obitymi adamaszkiem... Zapewne także nawiedzony... Większość jednak czasu, ze względu na pogodę, spędziłyśmy w okazałym ogrodzie. Był uproszczony krykiet (nie wzięłam udziału - jako jedyna cudzoziemka otwarcie przyznałam, że jestem za stara, by nauczyć się skomplikowanych reguł nowego dla mnie sportu - you can't teach an old dog new tricks), były wyścigi w workach i ze skakanką (tu już dołączyłam, choć był to dla mnie pierwszy raz, przez całe dzieciństwo w Polsce nie miałam okazji, w UK zaś to uświęcona tradycja, takie wyścigi organizuje się z różnych okazji), i, co najważniejsze, wylegiwanie się na trawie i sączenie lejącego się strumieniem angielskiego letniego koktajlu Pimm's. To wszystko, dodam, robiłyśmy przebrane za Jaskiniowców.
Wieczorem do naszego wyłącznie damskiego grona wtargnęli nadzy mężczyźni, których zadaniem było podawanie nam drinków. Ze stroju kamerdynera panom zostały muszki, mankiety i małe fartuszki...Nie wkleję zdjęć, gdyż umieszczając tu goliznę mogłabym się narazić na nieprzewidziane konsekwencje, ale kto umie korzystać z Google, niewątpliwie trafi na stronę firmy Butlers in the Buff (the male order company), a na niej na wiele, wiele zdjęć rozebranych mężczyzn...
Po drinkach nadeszła pora na kolację, która była wspaniałą ucztą, nigdy wcześniej nie widziałam piętrowej pavlovy (deser z bezy, bitej śmietany i owoców). Po kolacji nastąpiła zmiana strojów - tym razem w ruch poszły peruki, a w pokoju zaroiło się od Spice Girls, dziewczyn z ABBY, Tin Turner (były trzy), jednej Dolly Parton i jednej Madonny. Dzięki Playstation i grze SingStar karaoke okazało się przednią zabawą, a szlagiery śpiewałyśmy wszystkie, nie tylko osoba z mikrofonem. Zważywszy że wszystkie dziewczyny oprócz mnie śpiewały we własnym języku, i to przeboje znane najczęściej od dziecka lub lat nastoletnich, nikt nie był stremowany lub zażenowany.
Zabawa zakończyła się po pierwszej, a następnego dnia wszystkie powoli rozjechałyśmy się do domów.
Dla wielu z nas to był najbardziej udany weekend panieński, na jakim kiedykolwiek byłyśmy.
Co najważniejsze, oczywiste było, że 'kura' bawiła się równie doskonale.


29/05/2009

Weekend panieński - przed


Jutro wyjazd na weekend panieński (hen weekend). Tak, weekend, nie wieczór, bo co jak co, ale balować to Angielki potrafią. Brytyjczycy na wyjazdy kawalerskie i panieńskie przeznaczają całe weekendy, i tanie bilety lotnicze umożliwiły im świętowanie 'końca wolności' w Barcelonie, Pradze czy Krakowie. Kryzys trochę ukrócił te ekscesy, ale nasz weekend i tak będzie wystawny - przyszła panna młoda wynajęła dworek w malowniczym zakątku hrabstwa Somerset. Jestem lekko przerażona, gdyż wśród zapowiedzianych atrakcji są zawody sportowe w stylu Jaskiniowców (tych z kreskówki) oraz karaoke w odpowiednim do wybranego wykonawcy czy zespołu przebraniu (przepowiadam zbiorowe fałszowanie ABBY).
Będziemy oblewać ślub 'kury' - bo tak właśnie określa się po angielsku przyszłą mężatkę (kawaler to stag czyli jeleń, rogacz). Z pewnością będzie dużo smiechu, hulanek i swawoli - raport zdam po powrocie, choć nie obiecuję, że wyjawię wszystkie pikantne szczegóły.

26/04/2009

One wedding and no funeral


Wczoraj byliśmy na ślubie i weselnym przyjęciu naszej przyjaciółki Lizzie, która poślubiła zasiedzianego w Anglii Irlandczyka Eamonna. Użyłam sformułowania 'przyjęcie weselne', gdyż samo 'wesele' mi nie pasowało, kojarzy mi się bowiem z typową polską biesiadą, suto zakrapianą alkoholem, z kapelą rzępolącą Białego Misia, ciągnącą się do białego rana, a czasem, z poprawinami, przez kilka dni. Takie wesela pamiętam z dzieciństwa i dlatego nigdy nie chciałam mieć typowego polskiego, 'wiejskiego' wesela (bo po wojnie także 'miastowi' zaczęli urządzać wesela w stylu wiejskim). Przeczytałam w artykule Gazety pt 'Wykształciuch się żeni, przaśne wesele odpada', że takie wesela są już coraz rzadsze, a młodzi Polacy coraz częściej chcą przyjęć z klasą, które przypominają tutejsze. Wesela w UK są krótsze i mniej wystawne - niewiele par stać na opłacenie alkoholu w całości, zazwyczaj gości podejmuje się szampanem do wstępnych toastów i winem do obiadu, a inne drinki, np. piwo, koktajle czy coś mocniejszego goście kupują sami u barmana (albo specjalnie wynajętego, albo, jak to było na przyjęciu wczorajszym, które odbyło się w pubie, po prostu w barze). Pub zamknięto o północy, ale zarówno my, jak i wiele osób pożegnało się już po 22. Nie było sprośnych przyśpiewek czy rytuałów w stylu oczepin, były za to tradycyjne speeches (przemowy), które wygłaszane są zwykle przez świadka pana młodego i ojca panny młodej, ale na wczorajszym przyjęciu przemawiał zamiast niego starszy brat Lizzie (on także gave her away, czyli podprowadził do ołtarza, do oczekującego pana młodego - kolejna piękna tradycja), gdyż rodzice Lizzie już nie żyją. Te przemowy zwykle są bardzo dowcipne - przytaczane są anegdoty z dzieciństwa i panieńskich/kawalerskich lat młodej pary, by ich delikatnie zawstydzić, a gości rozbawić. Często wynajmowana jest kapela weselna, która zwykle gra po prostu covery znanych przebojów, czasem DJ. Ze wzgledu na pochodzenie pana młodego, na wczorajszym weselu przygrywał zespół mający w repertuarze głównie tradycyjną muzykę irlandzką. Do jedzenia podano całego prosiaka pieczonego na rożnie, rozmaite sałatki i pieczywo, ok. 9 zaserwowano trzy rodzaje sernika (czekoladowy, karmelowy i z truskawkami) oraz tort weselny. Wszystko to jako bufet, nie było zatem stojących godzinami na stołach więdnących wędlin.
Moim ulubionym angielskim obyczajem jest zakładanie na ślub kapeluszy lub tzw. fascynatorów (fascinators)- ozdób do włosów z materiału, sztucznych kwiatów i piór, oraz fakt, że Angielki ubierają się na wesele kolorowo, często w sukienki z wzorami kwiatowymi lub w groszki. I wczoraj na ponad trzydzieści pań zaledwie jedna wystąpiła w czerni.
Młoda para założyła listę prezentową w znanym domu towarowym John Lewis - nie było zatem kopert i zastanawiania się, ile wypada dać w prezencie - sądząc po wątkach na różnych forach, to temat wciąż żywy w Pl. W ogóle w UK bardzo rzadko wręcza się młodej parze gotówkę - nawet jeśli para nie ma listy, zwyczajowo obdarowuje się ich bonami prezentowymi do największych domów towarowych.

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails