Showing posts with label Książki kucharskie. Show all posts
Showing posts with label Książki kucharskie. Show all posts

16/12/2014

Barszcz ukraiński i ryba po grecku, czyli o polskiej kuchni

Parę tygodni temu na Facebooku zamieszkała w Nowym Jorku polska znajoma linkowała artykuł o potrawie, która nie tylko w USA, gdzie ma przydomek "żydowskiej penicyliny", postrzegana jest jako narodowe danie diaspory Żydów aszkenazyjskich (pochodzących z Europy Wschodniej). Tą potrawą jest rosół, który należy przecież także do kanonu kuchni polskiej. I wywiązała się dyskusja, na ile kraje tego regionu Europy mogą  rościć sobie pretensje do konkretnych potraw. Niedawno ja znowu wbiłam kij w to samo mrowisko, linkując poniższy obrazek - i  był to pretekst do dyskusji, na ile polskie są dania, które jako takie postrzegamy.


Popularne w Polsce serniki, makowce czy babki wypiekane są w wielu krajach Europy Wschodniej i Centralnej, i nie tylko ciasta, ale i wiele dań słonych, to efekt wzajemnego przenikania się kuchni wielu narodów, a także kuchni diaspory żydowskiej, i bardzo trudno udowodnić, jak wiele tradycyjnych polskich dań faktycznie wywodzi się z Polski (i z której? Tej obejmującej obszar przed zaborami? Jagiellonów?).  Czy rosół, uchodzący na świecie za narodowe danie Żydów aszkenazyjskich, wymyślili Słowianie, i został on zaadoptowany przez społeczność żydowską, czy też odwrotnie? Co zawdzięczamy sąsiadom i zmieniającym się granicom? W Budapeszcie jadłam najlepsze naleśniki z bakaliami, nadziewane słodkim białym serem - a przecież dla wielu to także czysto polska potrawa. Gulasz i paprykarz słusznie uznajemy za węgierskie, ale już dawno przyjęły się w polskim menu. Do barszczu, sałatki jarzynowej (zwanej w Anglii sałatką ROSYJSKĄ) i wódki roszczą sobie prawa różni nasi wschodni sąsiedzi (choć pierwsza pisemna wzmianka o wódce, z 1409 roku, pochodzi ze źródła polskiego), ze Skandynawami dzielimy namiętność do koperku, śledzi, wypieków drożdżowych oraz owoców jagodowych,  Niemcy upodobali sobie kapustę kiszoną (znaną w UK pod niemiecką nazwą sauerkraut, i postrzeganą jako typowo niemiecki specjał) - ale Polacy także zjadają  jej tony, i  jest przecież podstawowym składnikiem kolejnej polskiej narodowej potrawy, czyli bigosu. Niemieckie pierniki mogą rywalizować ze staropolskimi... A propos Niemców - większość potraw, które w Wielkiej Brytanii postrzegane są jako niemieckie, wywodzi się z Austrii...I tak dalej...
Mina Holland, redaktorka kulinarna Observera, miała przed sobą zatem nie lada zadanie, gdy zaczęła pracę nad swoją ambitną książką pt. The Edible Atlas. Around the World in Thirty-Nine Cuisines (w wolnym tłumaczeniu: Jadalny Atlas. Dookoła świata w 39 kuchniach). 

W przypadku nacji wyspiarskich, Brytyjczyków czy Japończyków, znacznie łatwiej prześledzić rozwój kultury kulinarnej, a nawet historię poszczególnych dań. Pudding pod nazwą Spotted Dick (Nakrapiany Rysio) to z całą pewnością wynalazek tubylców. Ale o kuchni polskiej czy szwedzkiej Mina pisze w rozdziałach traktujących zbiorowo o kuchniach Europy Wschodniej i Skandynawii. Ten pierwszy zaczyna od cytatu z książki, którą tu recenzowałam - Eating Animals. Babka autora, Jonathana Safrana Foera, była Żydówką z Polski - i dla Miny to właśnie wstępne rozdziały, w którym opisuje on dorastanie w kulturze kulinarnej aszkenazyjskich Żydów, a nie główny temat książki, były najbardziej intrygujące. Pisze ona o tym, jak jedzenie diaspory żydowskiej jest nierozerwalnie związane z kuchniami Europy Centralnej i Wschodniej, a także o wpływie, jaki miał na nie komunizm. Na koniec rozdziału podaje trzy przepisy: na barszcz, rosół i babovkę - tradycyjny czeski wypiek, które otrzymała od Polki i Czeszki.
To książka niezbędna  wszystkim tym, których zainteresowanie kulinariami wykracza poza przepisy. Umożliwia ona fascynującą podróż dookoła świata i "zwiedzenie" wszystkich kontynentów  przez pryzmat historii i tradycji kulinarnych.

23/01/2013

Encyklopedia Kuchni Brytyjskiej, C - Curry

"Hinduskie" curry to mięso (wszelakie - od najpopularniejszego kurzego, przez jagnięce, po baranie, a nawet koźlinę), ryby lub warzywa w pikantnym sosie z cebuli, czosnku i świeżego imbiru, z dodatkiem różnych zestawów przypraw. Słowo curry wywodzi się z tamilskiego „kari“, oznaczającego po prostu „sos“, nazywanie tej potrawy "curry z sosem" lub "w sosie", co niegdyś zobaczyłam na popularnym polskim blogu, jest zatem nietrafne (nikt w Anglii nie mówi "curry with sauce" bo sos to integralna część potrawy i nie ma "curry bez sosu"). Jest wiele rodzajów curry, mniej lub bardziej ostrych, a najczęściej jedzone nosi nazwę tikka masala. Pierwszy przepis na curry pojawił się już w 1747 roku, w książce kucharskiej Hannah Glasse. Glasse jest uważana za pierwszą pisarkę kulinarną w angielszczyźnie, stworzyła bowiem pierwszą książkę kucharską "dla ludzi" - przed nią książki zawierające przepisy były przeznaczone dla kucharzy, ergo - do użytku w kuchniach arystokratycznych. Historia Glasse jest przy tym b. ciekawa: była nieślubnym dzieckiem, a potem wdową z kilkorgiem dzieci na utrzymaniu, i choć jej książka sprzedawała się doskonale, i uczyniła ją na jakiś czas zamożną, trafiła do więzienia dla dłużników i zmarła w biedzie. Jej przepisy były pierwszymi, które były uproszczone, praktyczne i szybkie, przynajmniej na tyle, na ile było to możliwe w XVIII- wiecznej kuchni. Jej curry było potrawką z mięsa, np. królika, której mało wyrazisty smak poprawiały hinduskie przyprawy takie jak podprażone i zmielone nasiona kolendry. Wkrótce kucharze zaczęli stosować gotowe mieszanki przypraw, którymi doprawiano mdłe, bo z konieczności dokładnie gotowane, warzywa i mięsa. 
Przepis Hanny Glasse, stąd
Popularność curry wciąż rosła, a po upadku Imperium napływ emigrantów z Bangladeszu* i pojawienie się dużej ilości restauracji i tańszych tzw. curry houses (w Birmingham, angielskiej stolicy curry, zwane także balti houses), a więc knajpek gotujących wyłącznie curry, z dodatkami w postaci ryżu, chlebka naan, aloo gobi i innych, przyczyniło się do tego, że curry stało się jednym z ulubionych dań na wynos (take away) i dziś stanowi, obok fish & chips, narodową potrawę Wielkiej Brytanii. W samych Indiach na tego rodzaju potrawy raczej nie używa się określenia curry, a autentyczne hinduskie dania rzadko smakują tak samo, jak te podawane w restauracjach w UK, choć ze względu na to, że brytyjscy turyści w Indiach domagali się tikka masala z kurczaka, UK obecnie eksportuje to danie do Indii i Bangladeszu. 

Robert Makłowicz wspominał w Guardianie, że gdy w czasie studiów dorabiał pracując przy budowie parkingu pod Londynem, płacił niewielką sumę koledze Hindusowi, by jego żona przygotowywała aromatyczne hinduskie posiłki na lunch dla nich obu. Dzięki temu nie był skazany na nieapetyczne (dla niego) kanapki z Marmite czy frytki z octem, jak jego biali koledzy, lecz jadł „po królewsku i dochowując wierności kulinarnej spuściźnie Brytyjskiego Imperium.“
My jemy curry bardzo często. By nie ograniczać się tylko do najbardziej popularnego kwartetu, czyli tikka masala, jalfrezi, korma i green thai (które Osobisty Anglik gotuje z pamięci, i które stanowią w UK lwią część wszystkich curries, zarówno w sklepach, jak i restauracjach), wykupiliśmy abonament w jednej z firm, jakich tu wiele, która dostarcza gotowe mieszanki przypraw, wraz z przepisami, prosto do domu. Dzięki temu spróbowaliśmy już pysznych curries z Goa, Sri Lanki, z różnych regionów subkontynentu indyjskiego, etc. Największym bowiem problemem, a przy tym najlepszą gwarancją sukcesu, jest skomponowanie mieszanki przypraw, których może być z łatwością 20 w samym curry, nie wspominając o przyprawach potrzebnych do zwyczajowych dodatków, takich jak dhal, aloo gobi czy raita. Osobom z UK bardzo polecam takie serwisy, choć podrażają one koszt obiadu.
Nasz zestaw do copiątkowego curry (Friday Night Curry)
Wracając do wyjątkowego miejsca curry w tutejszej  kulturze kulinarnej: tak jak w Polsce w piątkowy wieczór wychodzi się po pracy na drinka czy na kawę, tak tutaj spotkania towarzyskie często łączą się z wizytą w pubie (bo wiele z nich serwuje curry czy dania kuchni tajskiej) lub restauracji, by wspólnie zjeść curry (stąd też nazwa naszych zestawów przypraw). Dla wielu osób curry na wynos i film to idealny sposób na spędzenie weekendowego wieczoru. Poniedziałkowym rytuałem Hestona Blumenthala, gdy jeszcze był żonaty (w zeszłym roku zostawił żonę po 22 latach razem) było KUPNE, gotowe curry i oglądanie filmu.
W sieci oraz książkach kucharskich brytyjskich szefów i kucharzy, znajdziecie mnóstwo receptur na curries - sprawdzone i nieskomplikowane przepisy są np. u Nigelli i Jamiego. Nie brakuje też książek dla osób bardziej zaawansowanych: polecam szczególnie dzieła Madhur Jaffrey - recenzję jej najnowszej książki znajdziecie u Bei. Jeśli nie chcecie kupować 20 przypraw i tłuc ich w moździerzu, są oczywiście gotowe sosy, choć doznania smakowe nie będą równie wysublimowane - sekret dobrego curry to dobrej jakości, niezwietrzałe przyprawy. BTW, przeraziła mnie pewna znajoma, gdy zapytała czy tikka masala ze słoika pasuje do makaronu - miałam już wizje straszliwej kulinarnej zbrodni, ale, uspokajam koneserów curry, szczęśliwie sos nie zbrukał makaronu.

*Wiele, jeśli nie większość, restauracji hinduskich w UK, prowadzą Bengalczycy z Bangladeszu.

30/11/2012

Stir - up Sunday, Cyber Monday itede

Ostatnia niedziela była Stir-up Sunday, przed nią importowany z USA Black Friday, po niej był zaś Cyber Monday - Brytyjczycy kolejny rok kupią więcej prezentów w sieci, niż w sklepach.* Poszliśmy na Paradę Latarni i wybieramy się na otwarty już kiermasz świąteczny - jednym słowem, jestem  w pełnym Elfzilla mode. W tym roku będę piekła ciasteczka ze świeżo nabytej książki, Scandinavian Christmas, autorstwa Trine Hahnemann. Zbiera ona znakomite recenzje, bowiem skandimania trwa w UK w najlepsze.
Książka jest pięknie wydana

Na małe ekrany powróciło Forbrydelsen (The Killing), trzecia i ostatnia seria - nie zliczę, ile we wszystkich najważniejszych gazetach było artykułów o serialu, Sarze Lund, swetrach Gudrun & Gudrun, skandynawskiej kuchni, skandynawskim Bożym Narodzeniu, Duńczykach, Kopenhadze, etc etc, wyszło też kilka książek nt serialu i Danii, a pierwszy i drugi odcinek miały 1 milion widzów - absolutny rekord jak na serial z napisami.
Tu londyński Evening Standard radzi, jak mieć prawdziwie duński wieczór
Ci, którzy przepowiadali, że kuchnia peruwiańska strąci skandynawską z wierzchołka, nie mieli racji - we wrześniowym, a więc najważniejszym numerze, brytyjskie Vogue nazwało niedługo działającą skandynawską Hedone w Londynie restauracją roku, krytycy pisali w tonie ekstatycznym, Michelin nagrodził - a szefuje tam kulinarny bloger. Jeśli już, to drugim  i trzecim najważniejszym trendem są restauracje monotematyczne (tylko hamburgery, tylko hot - dogi itp) oraz street food i food trucks.
Dzięki programowi BBC The Great British Bake Off ** wspaniałe brytyjskie wypieki piecze samodzielnie coraz więcej ludzi, i to czwarty najważniejszy trend.
A skoro o ciastkach i ciasteczkach mowa - mamy, nareszcie mamy! Po latach szmuglowania z Belgii i Francji, niezawodna sieć Waitrose zaczęła wreszcie sprowadzać "ciasteczkowe masło", czyli pastę do chleba ze zmielonych ciastek Speculoos. W UK nosi ona nazwę Lotus biscuit spread i spożywanie jej grozi uzależnieniem i, w konsekwencji, przybraniem na wadze. Kupno jej traktuję jako ćwiczenie silnej woli, wymagające samodyscypliny godnej Rocky'ego Balboa.

Na dodatek są dwie wersje: smooth i crunchy
Co roku najlepszą gwiazdkową reklamę ma sieć John Lewis, zawsze taką, od której wzruszenie drapie w gardle, i tym razem też nie zawiodła:


A teraz przyznajcie się: co robiliście, jak mnie tu nie było?


* Czy również zauważyliście jednak różnicę między płciami? Większość moich koleżanek zaczyna kupować prezenty z dużym wyprzedzeniem, ekstremistki nawet w styczniu, w czasie poświątecznych wyprzedaży, tymczasem większość znanych mi mężczyzn wpada do John Lewis czy innego domu towarowego z obłędem w oku 23 grudnia. W tym również Osobisty Anglik, w związku z tym dostał email z linkiem do specjalnej "tablicy" na Pinterest już w listopadzie.
** Formuła nieco podobna do Masterchefa: amatorzy konkurują kulinarnie, ale tylko w baking (pieczeniu, na słono i słodko), były trzy edycje i rekordowa publiczność. Sprzedaż parafernaliów do pieczenia wzrosła w niektórych sieciach domów towarowych o ponad 10%, a felietoniści i pisarze kulinarni drobiazgowo analizowali we wszystkich gazetach. Mam nadzieję, że jak polska stacja kupi licencję, to nie ze stuletnim opóźnieniem, jak w przypadku Masterchefa.

14/10/2012

Encyklopedia Kuchni Brytyjskiej, C - cz. VII

Jedną z największych zagadek w historii, może nie ludzkości, ale na pewno kraju, w którym, przez zrządzenie kapryśnego losu, się urodziłam, jest ta: dlaczego nie znalazł się choć jeden zmyślny sadownik, któremu by zaświtała w głowie myśl: co zrobię z jabłkami, których nie sprzedam? Czyżby ani jeden rodak/czka nie wyściubił nigdy nosa do krajów, gdzie ten problem z powodzeniem rozwiązano już dawno temu? Owszem, za komuny to był problem, ale wszak mówimy o czasach dawniejszych. Wymówką nie są też pieniądze ani receptura: maszyneria służąca rozwiązaniu problemu nie była szczególnie wymyślna ani arcydroga, a receptura chroniona szczególną tajemnicą. Zaiste, nie tylko nikt w Polsce nie produkował do niedawna cydru, bo o tym trunku dziś mowa, ale też nikt chyba nie wie, skąd taka ziejąca w kulinarnej spuściźnie dziura* w kraju chełpiącym się sadami i jabłkami. Ponoć dziś przedsiębiorczych chętnych do produkcji cydru tłamszą przepisy, ale wyjaśnienia dla historycznej niemożności produkcji prostego i taniego napitku z łatwo dostępnego surowca jak nie było, tak nie ma. Wszelkie teorie mile widziane. Moja jest taka, że dawniej w Pl było mniej sadów (tak słyszałam) i nie było dużej nadwyżki owoców, a gdy posadzono nowe i zdążyły wyrosnąć drzewa, nastał już aktywnie zniechęcający do samodzielnego myślenia system.
Grzany cydr smakuje mi bardziej, niż "zwykły" - doskonały ze słoną przegryzką. (Zdjęcie z Pinterest)
Im więcej o tym myślę, tym bardziej się dziwuję: bo weźmy pod uwagę fakt, że cydr, czyli niskoprocentowy alkohol produkowany z jabłek, to jeden z najstarszych drinków, znany i wytwarzany na Wyspach Brytyjskich (i nie tylko) już przed najazdem normańskim. Cydr i piwo przez setki lat były powszednim trunkiem wszystkich, od wieśniaka po króla - przed nastaniem nowoczesnej kanalizacji picie wody było znacznie bardziej ryzykowne, niż dziś, i zarówno piwo, jak i cydr dawano do picia nawet małym dzieciom (choć trzeba tu zaznaczyć, że zawierały one zwykle mniej alkoholu, niż dzisiejsze) i to codziennie. Z tego samego powodu, w XIV - wiecznej Anglii niemowlęta chrzczono, zanurzając je właśnie w bardziej higienicznym cydrze, a nie wodzie. Jak kontrowersyjnie twierdzą niektórzy food historians, szampan to wynalazek angielski, i maczali w tym palce producenci cydru - ci Anglicy z hrabstwa Somerset produkowali także na boku wina musujące, dodając cukier do kwaśnych win francuskich i opracowując metodę powtórnej fermentacji, a niejaki Christopher Merrett złożył w Royal Society pismo opisujące proces wytwarzania wina musującego już w 1632 roku, 6 lat przed tym, jak mnich Dom Perignon odkrył szampana.
Pomysł z Pinterest

Cydr zawsze był tani, dlatego do niedawna miał opinię "studenckiego napitku", który pije się nie dla smaku, lecz dla efektu, i z braku laku - wielu dzisiejszych 30- i 40 - latków po raz pierwszy upiło się właśnie tanim cydrem z supermarketu. Ale, podobnie jak w przypadku wielu innych brytyjskich produktów, choćby serów i czekolad, a także piwa, dokonała się w ostatnich 10 - 20 latach rewolucja i dziś zarówno w supermarketach, jak i w drogich delikatesach czy w restauracjach, znajdziemy szereg doskonałej jakości cydrów, produkowanych przez coraz większą liczbę ambitnych, niezależnych producentów - radzę pytać o tzw. farmhouse ciders, czyli niemasowe cydry, produkowane w Anglii z angielskich jabłek, żadne tam Magners i im podobne. Mają one różną zawartość alkoholu, a smakują też bardzo różnie, od cierpkich i "ziemistych", przez łagodne i neutralne, po słodkie - dobry sprzedawca czy szef kuchni powinien mieć wiedzę na ten temat i dobrać cydr czy perry do Waszego gustu i posiłku.

Kuzynem cydru, zwanym zresztą często, niepoprawnie, pear cider, czyli gruszkowym cydrem, jest perry - niskoprocentowy alkohol wytwarzany z gruszek. Zarówno cydr, jak i perry są najlepszymi przyjaciółmi brytyjskich serów. Grzane są świetną alternatywą dla wina, a nawet są lepsze, bowiem wino często gasi zapach i smak przypraw, a cydr je podkreśla - poniżej podaję przepis. Pyszne są także dania z dodatkiem cydru - aż trzy przepisy go wykorzystujące znajdziecie w kilkakrotnie przeze mnie polecanej (tu i na FB), najlepszej książce kucharskiej na zimę ever, czyli Roast Figs Sugar Snow Diany Henry.



Hot spiced cider (by Valentine Warner)
Ingredients
1 litre good, interesting medium cider
2 thumb-sized pieces of ginger
1 stick of cinnamon, a grating of nutmeg
1 heaped tablespoon dark sugar
5 cloves, 200ml brandy
Method
Heat all the cider, sugar and spices gently and simmer for a few minutes. Pour in the brandy and serve.


* Tak jak niewytłumaczalne dziury w przekładach klasycznych dzieł, o czym smęciłam tu nieraz.

09/07/2012

Jak mieszka Anioł?

Pamiętacie Angel Adoree, właścicielkę cukierni w stylu vintage i autorkę wielkiej urody książki kucharskiej, The Vintage Tea Party Book? Pisałam o niej tu, a niedawno swoją recenzję zamieściła też Karolina. Odniosła taki sukces, że już niedługo ukaże się kolejna książka, pt. The Vintage Tea Party Year  - tym razem nie będzie tylko o popołudniowej herbatce, ale o różnego rodzaju przyjęciach: kinderbalach, imprezach noworocznych, urodzinowych, weselnych, rocznicowych - na razie wiem tylko tyle, ale kupuję w ciemno. Choć nie ma tej informacji na Amazonie, wygląda na to, że i tym razem będzie zawierała ilustracje Adele Mildred, i że będzie to majstersztyk wydawniczy.
Angel konsekwentnie buduję swoją markę, i obecnie pracuje nad własną linią papeterii (poproszę!) oraz herbat (yes, please!). Można ją też wynająć jako przewodnika po londyńskich przybytkach vintage, a także jako stylistkę.

Angel pierwsza od lewej
Jej miłość do wszystkiego, co vintage, nie jest li tylko zabiegiem marketingowym - w Sunday Times można było obejrzeć jej mieszkanie, pękające w szwach od staroci.
Ciekawe, czy nowa książka Angel zepchnie z podium moją jak na razie książkę kucharską nr 1 w 2012 roku, czyli Scandilicious Baking. 


O poprzedniej, świetnej, książce Signe Johansen pisałam tu - jej nowe dzieło jest z mojego punktu widzenia jeszcze lepsze, bo wolę piec, niż gotować. I jest to jedyna książka w mojej pęczniejącej kolekcji, z której chciałabym wypróbować KAŻDY przepis, i w której żadny nie wygląda na zbyt trudny. Ale o tym w osobnej recenzji.

15/05/2012

Polska kuchnia najlepsza nie po polsku, albo...

...kolejny zgryźliwy post poruszający temat niemrawości polskich wydawnictw (pierwszy był tu), choć bez obaw, będzie przede wszystkim o polskiej kuchni i książkach kucharskich.
O najpiękniej wydanej książce z przepisami na polskie potrawy, która zostawia konkurencję w pyle (i w tyle), czyli  Rose Petal Jam Beaty Zatorskiej, ze zdjęciami Simona Targeta, miałam pisać tuż po tym, jak ją kupiłam, a więc ok. 1,5 roku temu. Bodźca, by wreszcie to zrobić, dostarczyła mi jednak Lo i jej relacja z targów książek kulinarnych (świadomie nie piszę "kucharskich", bo wiele książek zawierających przepisy wymyka się tej kategorii) w Paryżu, gdzie stoisko Polski było jednym z najuboższych. Po to, by zobaczyć książkę o polskiej kuchni na prawdziwie światowym poziomie, trzeba się było wybrać na stoisko...Australii, tam bowiem od wielu lat mieszka autorka i tam, po angielsku, ukazało się jej dzieło. I choć jej strona (link powyżej) zapowiada polskie tłumaczenie w styczniu 2012, książki chyba nadal nie wydano w kraju nad Wisłą (?).
Zdjęcia okładek z tego bloga, gdzie można przeczytać recenzję "Dżemu..."z punktu widzenia cudzoziemki
"Dżem z płatków róży" świadczy o szerokich horyzontach i inicjatywie wydawców z krajów anglosaskich: Beata jest lekarzem, a nie szefem kuchni czy pisarką kulinarką (food writer),  nie prowadzi rubryki kulinarnej, ani, jak sądzę, nie ma znajomości wśród redaktorów książek kucharskich. A jednak ciekawy pomysł i lekkie pióro Beaty, oraz urzekające zdjęcia jej męża wystarczyły, by wydawnictwo Tabula Books podjęło się wydania "Dżemu...", czego zapewne nie żałują, ze względu na entuzjastyczne recenzje oraz nagrody, jakie książka zebrała.

Dzieło Zatorskiej wpisuje się w tak popularny na Zachodzie nurt kulinarnych wspomnień (food memoir), łączy bowiem nostalgiczną podróż autorki do kraju i czasów dzieciństwa, z przepisami, które przekazały jej poprzednie pokolenia - szczególnie jej babcia Józefa. Już kiedyś cytowałam tu słynne zdanie  Lin Yutang'a (林語堂): what is patriotism but the love of the food one ate as a child? (czym jest patriotyzm, jeśli nie uwielbieniem dla potraw, które znamy z dzieciństwa?) - nie wiem, czy autorka je zna, ale z pewnością jej książka potwierdza tę tezę*.
Zawiera ona greatest hits polskiej kuchni: pierogi, tytułowy dżem, naleśniki z serem (twaróg zastępuje ricotta), śledzie w kwaśnej śmietanie, karpatkę, placki ziemniaczane, placuszki z jabłkami, gołąbki, barszcz, bigos etc. etc. Dla zaprzyjaźnionych obcokrajowców może być doskonałym wprowadzeniem do polskiej kuchni. Dla Polek/Polaków raczej nic nie będzie tu nowością, ale dla nich ta książka ma zupełnie inne walory, wielu bowiem odnajdzie tu Polskę swego dzieciństwa (tu przypomina mi się inny, niezwykle popularny w angielszczyźnie cytat: the past is a foreign country, czyli 'przeszłość to zagranica'), a więc kraju, którego już nie ma. Wielu zachwycą fotografie Simona, męża autorki - jakoś wciąż trudno o rodzimych fotografów, którzy umieliby uchwycić to, co jest konwencjonalnie piękne - może trzeba dystansu cudzoziemca, a może nasi wolą modny trend, który nakazuje odnajdywać piękno w odrapanych blokach.  


Beata i Simon
Książka jest dostępna w brytyjskim Amazonie, ale osobom z UK polecam kupić ją tu, wyjątkowo Amazon nie jest najtańszy.
Chciałam też przy okazji wspomnieć o innej książce z mojej rosnącej w zatrważającym tempie kolekcji -  poświęconej wypiekom doskonałej książce kucharskiej Baked in America. Jak sama nazwa wskazuje, są tu przepisy kuchni amerykańskiej, ale jeden z dwóch autorów, David Lesniak, ma polskich rodziców, i niektóre przepisy pochodzą od "Momma Lesniak" i są nieco zamerykanizowanymi wersjami polskich ciast i ciastek.


Jabłecznik Mamy Leśniak
Przepisy na polskie potrawy znajdziemy też czasem u chyba najsłynniejszej Amerykanki polskiego pochodzenia, czyli Marthy Stewart - w poświęconej ciastkom i ciasteczkom Cookies jest na przykład przepis na Chruściki (zapisane Chrusciki i z fonetyczną wersją w nawiasie).


*Tylko ten rodzaj patriotyzmu jest mi bliski. Inne, te bliższe nacjonalizmowi, to, jak powiedział wielki Anglik, Samuel Johnson: (patriotism is) the last refuge of a scoundrel. 

17/03/2012

Obnażam się...czytelniczo

Codziennie czym innym pachnąca Wiedźma zarzuciła mi (dobrodusznie), że niedostatecznie się obnażam, jeśli chodzi o to, co, gdzie i z jakimi autorami wyczyniam. Ponoć tylko flirtuję, kuszę, pokazuję odrobinę dekoltu, ale moje "prywatne pasje ujawniam zdecydowanie zbyt rzadko". Dziś zatem cała naga prawda o mym czytaniu.

1. O jakiej porze dnia czytasz najchętniej?

Książki/e-booki - wieczorem, przed snem. W ciągu dnia, szczególnie w niedzielę, czytam prasę na iPadzie. Jak już kiedyś ujawniałam, jestem wielką fanką aplikacji prasowych, szczególnie wydań niedzielnych - niedziela bez Sunday Times...brr, nawet nie chcę myśleć, co by było, gdybym nie mogła nakarmić tego nałogu. Aplikacje, z klipami wideo, grafikami/animacjami, i linkami między artykułami, mają ogromną przewagę nad papierowymi wydaniami i nigdy nie wróciłabym do kupowania gazety w kiosku.

2. Gdzie czytasz?

W łóżku w sypialni lub na kanapie w salonie. Czasem zdarza mi się przeczytać artykuł online przy stole, na Maku.

3. W jakiej pozycji najchętniej czytasz?

Zwisając z żyrandola... Jak każdy chyba, na siedząco lub na leżąco.

4. Jaki rodzaj książek czytasz najchętniej?

Generalnie: powieści i literaturę faktu (fiction and non-fiction). Jeśli chodzi o beletrystykę, dużo powieści współczesnych pisarzy anglojęzycznych - od lat nie przeczytałam książki po polsku. Raczej tzw. obyczajowe niż kryminalne lub science - fiction. Jako że byłam jedną z 1.3 miliona (sic!) osób obdarowanych tu Kindle w ostatnie Boże Narodzenie, nadrabiam ostatnio luki w anglojęzycznej klasyce, jest ona bowiem, by and large, dostępna za darmo lub za grosze. Na oko na każde dwie powieści czytam jedną książkę z kategorii non - fiction, najczęściej z zakresu socjologii, nauk ścisłych, lingwistyki, feminizmu, dziennikarstwa, historii Anglii, a ostatnio nawet... self - help (no skoro miała być pełna nagość...). Dość często czytam też wspomnienia, auto/biografie i książki podróżnicze, mam też dwie półki pełne pozycji okołokulinarnych.
Dzięki latorośli odkrywam nowych autorów dziecięcych lub wracam do ulubionych z własnego dzieciństwa.

5. Jaką książkę ostatnio kupiłaś lub dostałaś?

Zbierający same pochlebne recenzje aktualny bestseller pt. Snow Child, książkę kucharską najnowszej domowej boginii Rachel Khoo (o której wkrótce w osobnym poście) a na Kindle - masę klasyki, ostatnio wszystkie opowiadania E. A. Poe (koszt: £0.00).



6. Co czytałaś ostatnio?

Znakomity, zabawny zbiór esejów wszechstronnie utalentowanej Nory Ephron, pt. I remember nothing (jako e-book). Dygresja: jej nazwisko w Pl jest mało kojarzone, tymczasem jej książki od lat trafiają na listy bestsellerów w UK i USA, no a przede wszystkim powinna być znana jako scenarzystka i reżyserka. Ja ją czczę i wielbię i za książki, i za scenariusze do: When Harry Met Sally, Sleepless in Seattle, Heartburn (najpierw popularna książka, potem film, ze znakomitymi rolami Meryl Streep i Jacka Nicholsona - lata temu w Pl Dorota Stalińska zrobiła z niej sztukę teatralną pt. Zgaga) oraz Julie i Julia (który też reżyserowała). Nora jest też cenioną kucharką i znawczynią tematyki kulinarnej, dlatego jedzenie i gotowanie odgrywa ważną rolą w jej artykułach, książkach i scenariuszach.
Wcześniejszy zbiór esejów,  I feel bad about my neck, który też mam i który też bardzo mi się podobał
7. Co czytasz obecnie?

No właśnie ów wstydliwy poradnik (self - help manual) jednej z najbardziej znanych life coaches na świecie (nie należy mylić life coach z coach - w Pl oglądałam program, w którym uparcie nazywano takiego life coach 'coach'em', niesłusznie), Marthy Beck. Jako osoba głęboko sceptyczna wobec wszelkiej maści gurus i life coaches (nie mówiąc już o motivational speakers), która nie wierzy w duchy, paranormalne siły, cuda, życie wieczne, etc. etc.,  postanowiłam jednak się przekonać, skąd popularność książek Beck, zwłaszcza, że ukończyła ona Harvard i była tam wykładowcą. Jest ona też "uciekinierką" ze wspólnoty mormońskiej, w której dorastała, i ma niepełnosprawne dziecko. Gdy zatem ujrzałam jej książkę pt. Finding Your Own Way na półce w mojej bibliotece, postanowiłam się dowiedzieć, czy się czegoś nauczę. I muszę przyznać, że nie tylko znakomicie się ją czyta, ale też jest w niej dużo interesujących informacji z różnych dziedzin, np. antropologii i fizyki. Nie wyzbyłam się mego sceptycyzmu, ale kto wie, jestem dopiero po lekturze 1/4 całości...

8. Używasz zakładek czy zaginasz rogi?

Serio? No pewnie, że zakładek, jestem dobrze wychowana. Używam papierowych, darmowych zakładek, najczęściej z biblioteki czy księgarni, gdzie często dostępne są zakładki reklamujące np strony internetowe dla bibliofili etc. Mam też specjalne zakładki do książek kucharskich i okołokulinarnych.

9. E-book czy audiobook?

Zdecydowanie to pierwsze - jestem wzrokowcem i nie spędzam długich godzin w samochodzie czy pociągu, a tylko w takim wypadku sięgnęłabym po audiobooka.

10. Jaka jest Twoja ulubiona książka z dzieciństwa?

W pierwszej 10 znalazłyby się wszystkie usual suspects: Pollyanna, Pippi, Mała Księżniczka, Ania z Zielonego..., Muminki, Dzieci z Bullerbyn, Tajemniczy Ogród, Mikołajek, Godzina Pąsowej Róży... Jednak na pierwszym miejscu zawsze będzie Miś o Bardzo Małym Rozumku - jestem pewna, że to właśnie A.A. Milne zawdzięczam  anglofilię.

11. Którą z postaci literackich cenisz najbardziej?

Niedawno skończyłam Małe Kobietki i przypomniałam sobie, jak bardzo lubię Jo March, choć, a może właśnie dlatego, że ja w jej wieku byłam zupełnie inna. Nie będę oryginalna, jeśli z postaci bardziej współczesnych wybiorę Lisbeth Salander. Inne ulubione bohaterki to Cassandra Mortmain z I capture the Castle, Linda Radlett z Pursuit of Love, Jane Eyre i Elizabeth Bennett.
Z mężczyzn: kto nie przepada za Sherlockiem i Rhettem Butlerem?

Przy okazji: pamiętacie, jak pisałam o wielkim rozdawaniu książek z okazji Światowego Dnia Książki? W tym roku zgłosiłam się do rozdawania i zostałam zaakceptowana. Co oznacza, że dostanę 25 egzemplarzy I capture the castle (była do wyboru, co po raz kolejny potwierdza jej status klasyka i niewybaczalność braku polskiego przekładu). Oczywiście jedną będzie można tu wygrać - szczegóły wkrótce.

27/02/2012

Sobotnia Kuchnia od kuchni

W piątkową noc mogłam dać sobie spokój i nie iść do łóżka wcale, bo i tak nie zmrużyłam oka, wiedząc, że budzik zadzwoni o 4 rano. Spodziewałam się także, że mogę obudzić się z pryszczem, który można będzie dostrzec z Księżyca*, bo wszak równowaga we Wszechświecie musi zostać zachowana. Na szczęście wstałam "tylko" blada niczym Morticia i z Rowami Mariańskimi pod przekrwionymi z niewyspania szparkami w miejscu oczu. Pokusa, by pójść w ślady Barbary Cartland, była silna, jednak powstrzymałam rękę sięgającą po puder, wiedząc, że w studiu będzie profesjonalna makijażystka. Przywróciwszy się do stanu jako-takiej wyglądalności ubrałam różową sukienkę Asos, ten pasek Hobbs i Wasze ulubione pantofle Jigsaw, po czym ruszyliśmy w drogę do Richmond, tam bowiem zaplanowaliśmy zaparkować.
Pociągiem podmiejskim dojechaliśmy do Waterloo, a stamtąd do studia mieliśmy już blisko. Recepcjonista/ochroniarz okazał się, jakżeby inaczej, z Polski. Dotarliśmy na miejsce przed ósmą, jak nam przykazano, po czym okazało się, że do studia wejdziemy dopiero na 10 minut przed rozpoczęciem programu - czyli o 9:50. Relaksowaliśmy się zatem w tzw. green room, dokąd przybyła też, w towarzystwie swej mamy, nastoletnia laureatka ogólnokrajowego konkursu na potrawę z jagnięciny. Takie konkursy organizowane są tu co roku w szkołach średnich, by popularyzować wśród młodzieży wiedzę o zdrowym żywieniu i umiejętności kulinarne. Nagrodą był wyjazd do Londynu i różne atrakcje związane z jedzeniem, np. odwiedziny w kuchniach najlepszych restauracji oraz wizyta na planie Saturday Kitchen.
Po przypudrowaniu i podpisaniu stosownych dokumentów ("zobowiązuję się nie kląć i nie reklamować"etc.) powędrowaliśmy do studia, gdzie przywitał nas najpierw Daniel Galmiche, szef wspaniałej restauracji z największą piwnicą w całym UK (3000 gatunków win!), The Vineyard. Daniel, jak przystało na Francuza, jest czarujący, a o swojej pracy mówi z zaraźliwym entuzjazmem. Polecam Wam bardzo jego książkę kucharską, zresztą zobaczcie, jak wysoko jest oceniana na Amazonie. Jest w niej przepis na to confit z kaczki (duck confit with lentils) - nawet ja, która fanką kaczki nie jestem, musiałam przyznać, że smakowała wybornie. Tu klip pokazujący, jak ją przyrządzić, a chwilami kamery lądują na nas:

Wcześniej jednak równie miły Ben Tish, dla którego to był debiut w SK, młody utalentowany Anglik, przygotował równie pyszne danie z morszczuka (pan-fried hake on the bone, with Arbequina olive oil mash, surf clams, chorizo and flat leaf parsley). Ta ryba nienajlepiej mi się kojarzyła, bo często była jedyną rybą dostępną w Pl za komuny, i nadal nie jest droga - tak przygotowana jednak okazała się bardzo smaczna. Wspaniałe było piure ziemniaczane z hiszpańską oliwą Arbequina. Ben specjalizuje się w kuchniach hiszpańskiej i włoskiej, i bardzo ciekawie nam opowiadał o swoich restauracjach: Salt Yard, Dehesa i Opera Tavern (wszystkie w Londynie). Tzw. modern tapas są teraz modne. W tym klipie ( też co jakiś czas migamy) opowiada m.in. o słynnej hiszpańskiej pata negra.

Na końcu przywitał nas prowadzący James Martin, który jest prawie naszym sąsiadem - no dobrze, jeśli "sąsiedztwo"zdefiniować jako odległość paru mil, bo on też mieszka na północ od Winchesteru, ale w domu i okolicy godnych milionera. Ten program wryje mu się w pamięć, a to za sprawą zabawnego przejęzyczenia - tu nie podlinkuję, ale podpowiem, że ma związek z Rick'iem Stein'em i że jeśli wpiszecie Saturday Kitchen Feb 25th w YouTube, znajdziecie ten fragment bez trudu.
James przygotował bardzo staroświecki ale pyszny pudding pod nazwą Figgy Dowdy, a także pokazał, jak się robi custard - niestety nie widzę tego klipu na YT, ale być może się pojawi. Na koniec zaś wszyscy troje wspólnie ugotowali wybrane przez celebrytę food heaven (jego ulubione danie/składnik) - był to strzępiel (pan-fried sea bass with courgette ribbons and mussel soup), droga i wykwintna ryba.
A właśnie, gwiazda... No cóż, nie groziło nam, że jej blask nas oślepi i że ugną się pod nami kolana - bowiem George Lamb to prezenter programów młodzieżowych i teleturniejów, których nie oglądamy, dlatego ledwie kojarzyliśmy jego twarz i nazwisko. Miało to ten pozytywny efekt, że nie czuliśmy się szczególnie spięci. (Jeśli klikniecie na jego biografię w Wiki, którą podlinkowałam powyżej, zauważycie, że już jest tam wzmianka o "naszym" programie).
Te z Was, które miały do czynienia z TV, wiedzą, że studio rzadko wygląda na żywo równie atrakcyjnie, co na wizji, i tak było tym razem. Realia są zawsze mniej glamourous, mniej wykwintne, niż to, co widzimy na ekranie - to właśnie magia telewizji. I mimo, że to program BBC, reklama, jaką zapewnia, jest bezcenna - wina, które są dobrane do potraw, natychmiast są wykupowane (ludzie od razu dzwonią do specjalistycznych sklepów i zamawiają całe skrzynki), książki kucharskie szefów, którzy występują, znacznie lepiej się sprzedają, podobnie gadżety kuchenne. Ściana z kamienia okazuje się plastikowa, ludzie są niżsi/szczuplejsi, niż się spodziewaliśmy, itd. itp.
Półtoragodzinny program minął znacznie szybciej, niż zwykle, gdy oglądamy go w zaciszu domowym. Po zejściu z anteny zebraliśmy się w  green room, gdzie molestowałam wszystkich szefów, by ze mną zapozowali. Mimo pięknej, słonecznej pogody, było zimno, dlatego włożyłam już trencz.

Z Benem
Z Danielem

Z Jamesem
Powróciliśmy do Richmond w dobrych humorach, które jeszcze poprawił nam krótki spacer do jednego z dwóch butików Williama Curley, gdzie wydaliśmy fortunę na trufle, piedmonckie orzeszki laskowe w czekoladzie i makaroniki.
Spełniwszy jedno marzenie, muszę postawić sobie kolejne wyzwanie. I już krystalizuje mi się pomysł, ale na razie cicho - sza.

*Ten gag wykorzystano m.in. w filmie "Moje wielkie tłuste greckie wesele" oraz w jednym z odcinków serialu Frasier.

03/02/2012

Wieczór z Williamem Curley, Master Chocolatier

Było o bieliźnie, a dziś o czekoladzie, tej najbardziej wyrafinowanej. Miałam bowiem wielką przyjemność skosztowania czekoladek i deserów samego Williama Curley, zdobywcy prestiżowego tytułu Best British Master Chocolatier w latach 2007 - 2011 (nie zdziwiłabym się, gdyby i w tym roku utrzymał ten tytuł), a zatem oficjalnie najlepszego, hmm, no właśnie, jak jest po polsku master chocolatier? Bo przecież nie chodzi o masowego producenta czekolady, ani nawet o manufakturę, lecz o wysoce wykwalifikowaną i wyspecjalizowaną osobę, która na małą skalę tworzy autorskie kreacje czekoladowe, eksperymentując z różnymi, zawsze jednak najwyższej jakości, składnikami. To prawdziwe cukiernicze dzieła sztuki.
Wspaniałe czekoladki Williama w eleganckim opakowaniu
Staram się zawsze zaskoczyć Drugą Połówkę prezentem na naszą rocznicę ślubu i tak się szczęśliwie złożyło, że w okolicach tej daty bar The Black Bottle (należący do tego samego pana, który jest właścicielem doskonałego gastropubu The Black Rat) zaprosił Williama na Chocolate and Wine Evening - wieczór degustacji czekolad i dobranych do nich przez sommeliera win.  Takie łączenie czekolady i wina, a nawet czekolady i perfum, jest obecnie bardziej trendy, niż tradycyjne wieczory łączące sery i wino. Udało mi się kupić bilety i był to wieczór, który wspominać będziemy bardzo długo i z błogim uśmiechem na ustach.
The Black Bottle


Od razu powiem: to najlepsza czekolada i najlepsze wina, jakich próbowałam. 





Nasze menu przedstawiało się następująco: 


1. Na początek szampan Laurent Perrier i czekoladka z nadzieniem ze świeżej marakuji i mango.


Passion fruit and Mango Couture Chocolate- A fresh passion fruit and mango ganache enrobed in 66% Amedei chocolate
2. Wino Four Vines “Naked” Chardonnay, Kalifornia oraz czekoladka z dodatkiem japońskiego owocu cytrusowego yuzu (zapowiadany w UK na wielki przebój kulinarny tego roku).
Yuzu Couture Chocolate - An infused chocolate ganache with the Japanese citrus plant Yuzu and enrobed in  66% Amedei chocolate.
3. Wino Roaring Meg Pinot Gris, Nowa Zelandia. Ciekawostka: Roaring Meg była słynną nowozelandzką prostytutką. Do tego czekoladka - "delicja": biszkopt z  pomarańczowym ganache i marmoladą z pomarańczy.
Jaffa Cake - Genoise sponge with a homemade orange marmalade, orange ganache topped with 70% Amedei chocolate
4. Wino Geoff Merrill, Reserve Cabernet Sauvignon, Australia, z czekoladką łączącą jałowiec i galaretkę z czarnej porzeczki. Niezwykła.
 Juniper and Cassis Couture Chocolate - A juniper infused ganache with a cassis pate de fruit base
 5. Wino Finca Sophenia, Reserve Malbec, Argentyna. Czekoladka ze słonym karmelem na bazie cukru muscovado.
Muscovado Caramel - A muscovado caramel in a 70% dark chocolate shell.
Baton salted caramel

6. Wino deserowe Banyuls ‘oak aged reserve’, Cornet et Cie, Francja. Z tym winem dostaliśmy nie czekoladkę, lecz cały deser: czekoladowy mus z "sosem" czereśniowym, ciastem genueńskim i kremem z Kirschem. Bardzo wyrafinowana interpretacja tortu szwarcwaldzkiego.

Foret Noire - Layers of Toscano chocolate mousse, cherry compote and chocolate Genoise. Centred with a Kirsch crémeux
Desery Williama

7. Wino deserowe Nugan Estate, Riverina, KLN Vineyard, Australia, z czekoladką gianduja z bazą z orzechów laskowych z Piedmontu.

 
Piedmont Hazelnut- Gianduja ganache with a piedmont hazelnut crunchy base.       
8. Wino musujące Deseado. Czekoladka z pomarańczowym karmelem z nutą octu balsamicznego.
Orange and Balsamic Caramel- An orange caramel hinted with balsamic vinegar in a 65% Amedei chocolate shell.
Jak widać, William używa do swoich wyrobów czekolady Amedei, uznawanej, obok Valhrony, za najlepszą na świecie. W październiku 2011 ukazała się jego książka, Couture Chocolate, która zebrała same superlatywy, i zdobyła nagrodę dla najlepszej książki o czekoladzie 2011 roku. Poniżej William opowiada, z pięknym szkockim akcentem (on pochodzi z Glasgow, jego żona zaś, która z nim pracuje - z Japonii - stąd yuzu i inne egzotyczne smaki), o swej książce, jednym z najlepszych podręczników dla tych, którzy chcą sami przygotować takie cuda i jednej z najpiękniejszych książek kucharskich w mojej pokaźnej kolekcji.  Możecie wypróbować jeden z przepisów, a ja na szczęście nie muszę go nawet tłumaczyć, bo niezawodna, utalentowana Lo już to zrobiła, korzystając z książki Williama, by przygotować największy czekoladowy przebój ostatnich lat: salted caramel - czekoladki z nadzieniem karmelowym z dodatkiem morskiej soli. Mój mąż także wypróbował kilka przepisów, za każdym razem osiągając rezultaty godne zwrotu "niebo w gębie".



W barze z niskimi, belkowymi sufitami było bardzo nastrojowo, bo za jedyne oświetlenie służyły nam świece, ale nie sprzyja to robieniu zdjęć, zatem niestety nie mam żadnych, pokażę Wam jednak dedykację Williama dla mnie, bo oczywiście zabrałam jego Couture Chocolate ze sobą w tym właśnie celu:
Z ostatniej chwili: mamy w Winchesterze już gastropub z gwiazdką Michelina, mamy restaurację i cukiernię bardzo znanego tu szefa kuchni Raymonda Blanca, delikatesy innego słynnego szefa, Jamesa Martina, a już niedługo pojawi się u nas restauracja Union Jacks Jamiego Olivera. Takiego wyboru mogą nam pozazdrościć znacznie większe miasta.

14/11/2011

Podsumowania i polecanki - kulinarnie

Stało się już tradycją, że przed świętami piszę o prezentach: tych, które chciałabym otrzymać a przede wszystkim podarować, oraz/lub tych, które faktycznie kupiłam. W tym roku postanowiłam upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i przy okazji podzielić się odkryciami w kilku sferach, a zacznę od kulinarnej, bowiem jutro jest Stir Up Sunday, i chciałam się pochwalić, że w tym roku po raz pierwszy przygotowałam  Christmas Pudding. Korzystałam z ręcznie zapisanego, bardzo starego przepisu od dawna nieżyjącej matki mojej sąsiadki Sandry - zrobiłyśmy nasze puddingi wspólnie w jej kuchni, i mam nadzieję, że to się stanie tradycją, bo uwielbiam moich sąsiadów, i choć niczego bardziej nie pragnę niż wyprowadzki do wymarzonego domu, z całą pewnością podtrzymam tę przyjaźń.
Pamiętacie, jak pisałam o jednej z największych sensacji kulinarnych ostatnich lat, jaką był Christmas Pudding z ukrytą skarmelizowaną pomarańczą Hestona Blumenthala dla sieci Waitrose? Puddingi wyprzedały się błyskawicznie, po czym sprzedawano je na eBay za £150 za sztukę (w Waitrose kosztowały ok. £15). W tym roku ta sieć znowu wyprodukowała pudding Hestona, tym razem nawet w dwóch rozmiarach (większy z pomarańczą, mniejszy z mandarynką - dla nas lepszy) i znowu wszystkie zniknęły w rekordowym tempie - tym razem nie miałam szczęścia, ale mają je znowu rzucić i czyham, czyham. Jeśli uda mi się go upolować, oznacza to, że będziemy mieli trzy puddingi (mnie wyszły dwa), czyli o wiele za dużo - na szczęście jednak lody puddingowe są po prostu przepyszne, a sam pudding można trzymać, i to poza lodówką, przez wiele miesięcy.
Lody z Christmas Pudding - przepis z BBC Good Food
A skoro o sensacjach mowa - o tym koncentracie pisano nawet w Polsce. Taste No 5 Umami Paste to "dziecko" Laury Santtini, Angielki włoskiego pochodzenia.
Piąty smak zamknięty w tubkę
Ten koncentrat z pomidorów, borowików, parmezanu, anchois, czarnych oliwek, czosnku, octu balsamicznego i przypraw naprawdę podkreśla smak potraw i nie przesadzę mówiąc, że uzależniliśmy się od niego. Odrobina dodana do risotto czy curry czyni je jeszcze pyszniejszymi, nawet "zwykła" bruschetta z pomidorami i mozzarellą lepiej smakuje z dodatkiem tego piure. Umami Paste jest dostępny, zgadnijcie gdzie?...tak, tak, w Waitrose, za £2.99 - w Amazonie też, ale niestety znowu ze sporą przebitką. Nie będę się upierać, że to prezent porównywalny do biżuterii od Tiffany'ego, ale osobiście znam wiele osób, które by ucieszył.
Inny drobiazg dla domowej bogini to ten "stempel" do ciastek. Mam taki i muszę przyznać, że stemplowanie ciastek to niezła zabawa, nie tylko dla dzieci.
Innym takim drobiazgiem, który mi umila pieczenie, są te zakładki z Anthropologie. Jasne, można użyć innych, niekoniecznie z kulinarnymi ilustracjami, ale ja lubię estetyczną konsekwencję.


Tradycyjnie już kupuję małżonkowi do świątecznej skarpety dobrego gatunku kawę lub herbatę. W tym roku kupiłam herbatę zapakowaną w tę puszkę, ozdobioną sloganem z II wojny światowej, który w ostatnich latach zrobił tu zawrotną karierę (także jego różne parafrazy) - jeśli odwiedziliście UK i nie zobaczyliście ani jednego kubka, ścierki czy innego przedmiotu z tym zdaniem, to idźcie czym prędzej do okulisty, no chyba, że spędziliście cały czas w odciętej od cywilizacji chacie na Orkadach.


Największym odkryciem tego roku, jeśli chodzi o knajpy, jest dla mnie wizyta w uznawanej za najlepszą w UK, czyli pewnie tym samym w Europie*, restauracji wegetariańskiej, Terre a Terre w Brighton. Oprócz może obiadu w duńskim Falsled Kro i lunchu w lokalnym The Black Rat, nigdy nie zjadłam równie pysznego posiłku. Na pewno zaś był to posiłek najbardziej zaskakujący, zaś potrawy najbardziej niezwykłe (ale nie udziwnione). O tym, co jadłam, napiszę osobno.
Książka z przepisami z restauracji
*Tu jest stosunkowo dużo wegetarian, choćby dlatego, że mieszkają tu tysiące hinduistów, i dużo restauracji wegetariańskich, natomiast w "kontynentalnej" Europie jest z tym  generalnie gorzej, dlatego ośmielam się zakładać, że Terre a Terre ma bardzo niewielką konkurencję.

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails