Showing posts with label telewizja. Show all posts
Showing posts with label telewizja. Show all posts

25/02/2015

Zimna Turcja i zdziczałe truskawki

Mniej niż ja sędziwe czytelniczki zapewne nie pamiętają czasów narodzin Polsatu i innych komercyjnych kanałów telewizyjnych. Ja pamiętam, również to, że do tłumaczenia zagranicznych filmów i seriali zatrudniano, jak to zwykle, po znajomości, studentów I roku anglistyki czy amerykanistyki, a nie doświadczonych tłumaczy, i dlatego czasem to, co się działo w filmie nie trzymało się kupy. Bo scena w sądzie, w której świadek wskazuje na oskarżonego czyli defendant, a  osoba, która liznęła nieco angielskiego i udaje tłumacza, przekłada to słowo na "obrońcę", przestaje mieć sens. Problemów z jakością tłumaczeń, nie tylko w telewizji, ale także w wydawnictwach i mediach, było bez liku, zapewne same możecie mi podać dziesiątki mniej lub bardziej zabawnych przykładów. Legendarny jest lapsus, kiedy to angielski idiom to go cold turkey przetłumaczono jako wspomnianą w tytule zimną Turcję. Z wielu, wielu błędów w tłumaczeniach literackich, na które się w ostatnich 2 dekadach natknęłam, przypominam sobie np. Account Managera w agencji reklamowej, który stał się księgowym (accountant), czy Winnicę Marty, która, jak się po kilku minutach domyśliłam, w oryginale musiała być Martha's Vineyard, czyli wyspą u wybrzeży Massachussetts, będącą jednym z ulubionych miejsc wypoczynku Amerykanów, a nie bliżej nieokreślonym miejscem, w którymś jakaś nieznana czytelnikowi Marta produkuje wina. Co jest mniej zabawne, to to, że przez te 20 lat jakość tłumaczeń wcale nie poprawiła się tak radykalnie, jak można by sobie życzyć - w stosunkowo niedawno wydanym tłumaczeniu książki pt. "Słodkie życie w Paryżu" Davida Lebovitza, wild strawberries to nie żadne tam zwykłe poziomki, lecz "dzikie truskawki". Tłumacze wciąż, mam wrażenie, bywają przypadkowi, i, być może pod presją czasu, nie tylko robią zwykłe byki w postaci kalek, ale też tłumaczą terminy np. kulinarne błędnie, ponieważ nie mają czasu czy też nawyku dokształcania się w danej dziedzinie - jeśli np tłumaczę przepis na mufinki, powinnam wiedzieć, że to mix będzie znaczyło "delikatnie ręcznie wymieszać", a nie energicznie zmiksować, bo sprawdziłam, jak się robi mufiny. Oczywiście tłumacza powinien/nna wspomóc merytorycznie redaktor/ka, ale rzetelna redakcja to coraz częściej luksus.
Niewiele czytam polskiej prasy, a książek w ogóle, i wolę nie myśleć, ile jest błędów, skoro ja wyłapuję bardzo niewielki procent, głównie dzięki linkom od polskich znajomych na FB, jak np. słynne już doniesienie o oświadczynach, gdzie pojawia się kalka "Czy zrobisz mi ten honor...?" Mogę zrozumieć sporadycznie źle przetłumaczone słowo, czy specjalistyczny termin, ale mam wrażenie, że wiele artykułów z brytyjskich mediów tłumaczonych jest przez osoby, które jako-takiego angielskiego nauczyły się głównie w Polsce, może z pomocą krótkiego kursu w Londynie, lub wakacji w USA, i nie mają kwalifikacji lingwistycznych. Może się mylę, i są to tylko moje spekulacje, ale podejrzewam, że ilość błędów ma związek z powszechnym, ale błędnym przekonaniem, że język angielski jest "łatwy" (nie jest, ale to b. obszerny temat, godny osobnego wpisu) i "zwykłe", krótkie artykuły można powierzyć każdej dyspozycyjnej osobie, która "zna angielski", nieważne, jaki jest poziom tej znajomości, doświadczenie w tłumaczeniu i znajomość realiów kraju, o którym traktuje artykuł. Tylko ktoś, kto jest np. świadomym różnic między American English a British English i zna realia brytyjskie, będzie wiedział, że public school to w UK droga szkoła prywatna (Eton to właśnie public lub independent school - szkoła publiczna/państwowa to state school lub comprehensive), natomiast public school w USA to szkoła państwowa. Łatwo się pogubić, i osoba, która tłumaczyła książkę "Nie wiem, jak ona to robi" Angielki Allison Pearson, zrobiła z angielskiej szkoły prywatnej publiczną.
Zgadzam się z tym, dlatego przykro mi, że wciąż spotykam 20-latków, którzy przez wiele lat spędzonych w polskich szkołach nie nauczyli się nawet podstaw angielskiego.

Błędy zdarzają się nawet osobom, które znają dany język biegle. Tłumaczenie to trudne rzemiosło, dlatego tłumacz poświęca wiele lat na doskonalenie swoich umiejętności i nigdy nie przestaje się uczyć. Język angielski, w odróżnieniu od francuskiego, nie jest  traktowany jak święta krowa, i co roku absorbuje mnóstwo zapożyczeń i neologizmów (jedno z moich ulubionych nowych słów to omnishambles), i to bogactwo musi tłumaczy przyprawiać o niejeden ból głowy (ja nie tłumaczę profesjonalnie, a i tak często się głowię, jak coś przełożyć na polski).  Wybitnych tłumaczy - erudytów też jest, na szczęście, wielu, i z każdym rokiem ich przybywa. Mam nadzieję, że profesjonalizacja tego zawodu  i podwyższanie wymagań doprowadzi do tego, że będzie mniej  robienia honoru i nieposkromionych truskawek. Choć to oznacza również mniej okazji do śmiechu.
Dlatego będę wdzięczna, jeśli w komentarzach podzielicie się Waszymi ulubionymi wpadkami tłumaczeniowymi.




21/01/2015

Wolf Hall na ekranie

... już dzisiaj wieczorem!

Wolf Hall to jeden z najbardziej oczekiwanych seriali 2015 roku, i pierwszy odcinek BBC pokaże dziś wieczorem. Nakręcono go na podstawie dwóch pierwszych części trylogii o Tomaszu Cromwellu, Wolf Hall i Bring Up The Bodies, autorstwa jednej z najlepszych współczesnych pisarek angielskich, Hilary Mantel. Obie otrzymały prestiżową nagrodę The Man Booker, trzecia część ukaże się w tym roku, i jest na wszystkich listach najbardziej antycypowanych książek 2015. Oparte na książkach sztuki teatralne odniosły ogromny sukces - bilety były wyprzedane, a krytycy nie szczędzili pochwał.
W rolę Cromwella wcieli się mało jak dotąd znany poza Wielką Brytanią Mark Rylance - tu jest on jednak prawdziwym tytanem sceny, jednym z najlepszych aktorów teatralnych, uwielbianym zarówno przez publiczność, jak i krytyków.
W związku z serialem media brytyjskie są pełne obecnie Henryka Ósmego i Tudorów. Ta synchronizacja to jeden z powodów, dla którego tak cenię BBC - dużej wagi wydarzenia kulturalne są analizowane i dyskutowane na różnych kanałach BBC, choć Wolf Hall jest tak ważny, że biorą w tym udział także pozostałe media, np The Times zamieścił specjalny, świetnie opracowany dodatek o Tudorach, napisany w głównej mierze przez ekspertów, nie pracowników redakcji. Nie jest to czysta promocja, ograniczająca się do wywiadów z aktorami - w moim ulubionym radiu, BBC4, słuchałam na przykład rozmowy z kompozytorką muzyki do serialu (sądząc z fragmentów, doskonałej), która fascynująco opowiadała o tworzeniu współcześnie muzyki, która ma oddać ducha epoki.
Inna moja ulubiona brytyjska instytucja, National Trust, podała też informacje o tym, które z należących do nich nieruchomości wykorzystano w serialu. Z sześciu odwiedziłam dwie (jeśli jednak doliczyć posiadłości wymienione w książkach, zaliczyłam ich więcej - często bywałam w The Vyne w Hampshire).
Nicholas i ja w ogrodzie Montacute House
Te, które wystąpią w serialu, a które miałam szczęście zwiedzić, to imponujący Montacute House w hrabstwie Somerset oraz Lacock Abbey w Wiltshire.
Moje zdjęcie Montacute House


Nicholas i ja przed Lacock Abbey w Wiltshire - obecnie mieści się tu światowej sławy muzeum fotografii, bo tu mieszkał jeden z jej wynalazców
Lacock Abbey




Wieś Lacock, w której kręcono też m.in. Dumę i Uprzedzenie (serial), Cranford, oraz sceny do dwóch filmów z cyklu Harry Potter

15/01/2015

Kampania This Girl Can

Kampanie społeczne mają w Wielkiej Brytanii bardzo długą i bogatą tradycję, i moim zdaniem do dziś twórcy takich reklam są w tym najlepsi na świecie. Najnowsza jest na to dowodem: to kampania skierowana do kobiet, zachęcająca je do uprawiania sportu. Po rewelacyjnych Igrzyskach, aktywiści ze świata sportu wyszli z różnymi inicjatywami, by nie tylko podtrzymać entuzjazm tych, którzy już uprawiali jakiś sport, a także inwestować w przyszłych zwycięzców, ale także dotrzeć do tych osób, które z różnych względów nie ćwiczą.

Z przeprowadzonych w całym kraju badań wyszło też, że znacznie więcej Brytyjczyków uprawia sport regularnie, niż Brytyjek - aż 2 miliony mniej kobiet. Różnice między płciami na "Kontynencie" (czyli w reszcie Europy) są ponoć mniejsze, ale nie wiem, jak to wygląda w Polsce. Może w ostatnich 2 dekadach coś się zmieniło, ale kiedy ja chodziłam do szkoły, podział był wyraźny - to chłopców zachęcano do uprawiania sportu, szczególnie gier zespołowych,  zaś dziewczyny nie - znane mi  nastolatki ruch postrzegały głównie jako sposób na schudnięcie/utrzymanie figury. W tym wieku wygląd staje się tak ważny, że związane z wysiłkiem fizycznym pocenie się, czy potarganie fryzury powstrzymuje wiele dziewcząt. Przeprowadzone w brytyjskich szkołach ankiety pokazały, że dziewczynki równie chętnie uprawiają sport, co chłopcy, aż do wejścia w okres dojrzewania, kiedy presja, by zawsze dobrze wyglądać, skutecznie je zniechęca, i tracą nawyk regularnych ćwiczeń, w który to nawyk ciężko się znowu wdrożyć, kiedy na głowie ma się pracę i dzieci -stąd taka dysproporcja między płciami.
Kampania This Girl Can atakuje zatem stereotyp, że tylko kobiety, które dobrze wyglądają ćwicząc - szczupłe, młode i już wysportowane - mogą uprawiać sport.
Do kampanii zaangażowano "zwykłe" kobiety, a nie sportsmenki - z nadwagą, widocznym celulitem itd. Żadna nie była specjalnie malowana czy stylizowana. Świetnie zrealizowany klip, nadawany w TV w primetime, pokazuje kobiety czerpiące ze sportu radość, której nie mącą troski o to, jak się prezentują, ani kto na nie patrzy.
W tym samym tygodniu, gdy ruszyła ta kampania, Reese Witherspoon otrzymała nominację do Oskara za główną rolę w filmie Wild. To także bardzo cieszy, bo bohaterka filmu wyrusza samotnie na fizycznie wyczerpującą wędrówkę. Słuchałam dziś wywiadu z Reese i Cheryl Strayed, na której autobiografii oparto ten film. Reese nie nosi w filmie makijażu - nie mówię tu o makijażu, który udaje, że go nie ma. Aktorka, która jest także producentką, naprawdę ma na twarzy tylko krem z SPF i, jak śmiejąc się podkreśliła, nie jest to nawet krem koloryzujący.


13/01/2015

Lubię ich styl: Diane i Kalinda (Żona Idealna)

Czułam się nieco winna, wyróżniając postać Alicii w poprzednim poście, bo zarówno Diane (Christine Baranski), jak i Kalinda (Archie Panjabi) mają równie interesujący, indywidualny look. Ubrania Diane, choć w podobnym stylu, co ubrania Alicii, są nieco bardziej odważne - jako starsza i wyższa rangą prawniczka, Diane może sobie pozwolić na to, by bardziej podkreślić swoją kobiecość,  zakładając na przykład bluzki z kołnierzem wiązanym w kokardę (zwane po angielsku pussybow blouses, i w UK kojarzone z erą Margaret Thatcher) czy w cętki.
To, co mi się najbardziej podoba w stylu Diane, i co najbardziej ją odróżnia od Alicii, to okazała, kolorowa biżuteria. Grube naszyjniki, duże kolczyki, pierścienie, broszki oraz bransolety są znakiem rozpoznawczym Diane, i nie tylko fantastycznie dopełniają jej stroje, ale także idealnie przekazują cechy jej charakteru: jako odnosząca sukcesy prawniczka trzyma się dress code, ale jest na tyle pewna siebie i swego autorytetu, iż nie musi się obawiać, że wzorzysta bluzka lub rzucająca się w oczy biżuteria go podważą. Choć sporo rzeczy w jej garderobie ma ciemne lub neutralne kolory, Diane nie waha się też przed założeniem ubrań w żywych odcieniach. Jej ubrania i akcesoria pozostają w pełnej harmonii z jej charakterem: nie mamy wątpliwości, że mamy do czynienia z dynamiczną, silną kobietą, która doskonale czuje się w swojej skórze. To ona nosi ubrania, nie ubrania ją.



"Mundurek" Kalindy jest zupełnie inny. Nie musi się ona trzymać reguł w tym samym stopniu, co Alicia i Diane, i jej styl jest najbardziej seksowny. Kalinda nosi bardzo dużo skóry: kurtki - motocyklówki (biker jackets), zwane też Ramoneskami, oraz kozaki (wszystkie pochodzą od Via Spiga, i są zwężane specjalnie dla aktorki), a także szerokie, podkreślające jej szczupłą talię paski.
Pozostałe żelazne elementy mundurka Kalindy to kombinacja: bluzka koszulowa + krótka spódnica, lub sukienka z szerokim pasem w talii.

Archie Panjabi ma bardzo kobiecą, drobną figurę, zatem śmiałe stroje i kozaki na obcasach pomagają jej przekazać, że Kalinda jest twardsza, niż na to wygląda, i że jest w tym, co robi, najlepsza. Ten, kto tego nie doceni, i ma ją za słabą kobietkę, srogo się myli. Tak jak w przypadku Alicii i Diane, garderoba Kalindy pozostaje w pełnej zgodzie z jej osobowością.

09/01/2015

Lubię jej styl: Alicia Florrick

Jednym z pomniejszych argumentów potwierdzających tezę o tym, że żyjemy w złotej erze telewizji, jest to, że kostiumy, które noszą bohaterki seriali, mają wpływ na to, co nosi ulica. Kostiumy zawsze były ważne, ale dopiero media społecznościowe wywindowały kostiumologów i stylistów do pozycji wyroczni mody, obok projektantów i celebrytek. W czasie transmisji nowego odcinka popularnego serialu, firmy odzieżowe tweetują linki do swoich sklepów online, gdzie klientki mogą kupić jednym kliknięciem sukienkę czy buty, które przyciągnęły ich uwagę zaledwie parę minut temu. Styl fikcyjnych postaci, o czym pisałam już w poprzednim odcinku z tego cyklu, ma zatem coraz większy wpływ na to, jak się ubieramy.
Jedną z najbardziej obecnie podziwianych bohaterek jest Alicia Florrick, czyli Żona Idealna (The Good Wife), główna postać serialu o tym tytule, którą gra znana wcześniej z ER (Ostrego Dyżuru) piękna Julianna Margulies. Jak już dawno pisałam, bardzo lubię ten serial - jak mogłabym nie lubić, skoro najważniejsze postaci: Alicia, Kalinda oraz Diane, to mądre, niezależne kobiety o liberalnych poglądach, które otwarcie deklarują swój feminizm oraz, w przypadku Alicii, ateizm. Żadna z nich nie jest też poniżej 30stki. Każda ma swój własny "mundurek",  ale we wszystkich trzech przypadkach jest on kobiecy. Odpowiedzialny za ich garderoby Daniel Lawson  nie znosi zmaskulinizowanych kostiumów, w które często ubierane są postaci kobiece, które odnoszą sukcesy zawodowe i zajmują wysokie stanowiska. Niestety nawet w 2015 roku, im wyższe miejsce kobieta zajmuje na szczeblu drabiny zawodowej, tym większe prawdopodobieństwo, że jest w mniejszości, jeśli nie jedyną kobietą. Styliści zatem mają tendencję do tego, by unikać sukienek, bluzek, a także żywych kolorów, tak, by "rodzynek" nie odstawała na tle tego otaczającego ją morza szarych i granatowych garniturów, oraz sygnalizować, że jest "silna" i "równa mężczyznom", tonując kobiecość.
Szkarłat na tle ciemnych garniturów


Lawson szczęśliwie nie ucieka się do takich wizualnych uproszczeń, a wręcz odwrotnie: im wyżej po drabinie kariery wspina się Alicia, tym bardziej kolorowe jej ubrania. Subtelnej ewolucji ulegają też fasony  jej żakietów i sukienek - są często bardziej dopasowane w talii i z podkreślającą biodra baskinką. Alicia bardzo rzadko zakłada spodnie, nosi głównie sukienki-princeski (shift dresses), oraz kostiumy, lub żakiety ze spódnicami, zawsze ołówkowymi. Lawson ubiera wszystkie trzy główne postaci kobiece w dopasowane ubrania nie tylko dlatego, że wszystkie mają godne podkreślania figury, i taki krój jest bardziej kobiecy, ale także dlatego, że szerokie rękawy czy rozkloszowane spódnice wyglądają gorzej na ekranie, choć w realu są jak najbardziej do przyjęcia.
Alicia często nosi te same kolory, co jej koledzy: szarości, czerń, granat, beże, a więc barwy, które dominują w świecie biznesu.



Ale w jej garderobie bardzo dużo jest też czerwieni oraz ciemnych odcieni fioletu. Czerwień to chyba ulubiony kolor Alicii, szczególnie na wyjątkowe okazje - wszystkie jej najbardziej spektakularne kreacje są czerwone, bo ten kolor doskonale podkreśla jasną cerę i ciemne włosy Julianny Margulies. Alicia nosi też głównie delikatną biżuterię, ale czasem pokaźny zegarek, i rzadko pokazywana jest w butach innych niż szpilki.



W serialu pojawiają się ubrania i dodatki niemal wyłącznie firm dizajnerskich - Alicia nosi kostiumy i sukienki od m.in. Diora i od mistrza formalnego szyku - Armani, ale wiele brytyjskich firm masowych specjalizuje się w kopiowaniu tego stylu. Takie marki jak Closet,  Hybrid czy The Pretty Dress Company oferują bardzo duży wybór kobiecych sukienek, a firmy takie jak Jigsaw, L.K. Bennett czy Hobbs, ze średniej półki (między masówką a dizajnerskimi - niestety w Polsce marki mid-market są bardzo słabo reprezentowane),  bardzo dobrze wypełniają swoje zadanie, by projektować kobiece, ale spełniające wymogi korporacyjnego dress code, ubrania.

Sukienka Hybrid, model Monaco


13/11/2014

Do you pod?

Przeprowadzka, a potem urządzanie domu i ogrodu (które trwa nadal) pochłonęły mnie całkowicie, a przy tym staram się nadal pisać Projekt. Pojawiam się tu dzisiaj z poczucia obowiązku, wiedząc, że to, o czym napiszę, zachwyci i wciągnie co najmniej kilka osób spośród zaprzyjaźnionych czytelniczek/ów (macham do Kasi F.). Mogą mi potem wyrzucać, że zamiast pracować czy robić inne pożyteczne rzeczy, słuchają i słuchają, ale wiem, że tak naprawdę będą mi wdzięczne/i. Jedyne, co może kogoś powstrzymać, to niedostateczna znajomość angielskiego, jest ona bowiem niezbędna.
Są wśród Was fanki jednego z najlepszych seriali wszechczasów, The Wire, pierwszą zatem rzeczą, która powinna Was przekonać do mojej dzisiejszej rekomendacji, jest to, że historia ta wydarzyła się naprawdę 15 lat temu w Baltimore, a więc mieście, które tak genialnie sportretowano w The Wire. Druga rzecz to wspomniany już fakt, że to historia prawdziwa. Trzeci, że to opowieść w formacie, który, choć znany od pewnego czasu, wykorzystano tu w nowatorski, a nawet rewolucyjny, jak napisał Guardian, sposób.
Mówię o "serialu podcastowym" pod nazwą... Serial. Nie jest to serial radiowy, lecz serial składający się właśnie z udostępnianych co tydzień podcasts (jest tłumaczenie polskie?). Stąd moje tytułowe pytanie Do you pod? Przyznam, że ja do tej pory miałam z nimi niewielkie doświadczenie, ale furora, jaką w USA, i w ciągu ostatnich 2 tygodni także w UK, wywołał Serial, niewątpliwie spopularyzuje podcasty, i pojawi się wiele innych, mam nadzieję, które będą chciały dobić do bardzo wysokiego poziomu, jaki osiągnęła autorka Serial, Sarah Koenig. Tytaniczna praca Sary, jej zaangażowanie oraz dziennikarski warsztat nie tylko mnie powaliły na kolana.
O czym jest Serial? To drobiazgowa rekonstrukcja tragicznych wydarzeń, które miały miejsce w Baltimore na początku 1999 roku. 17-letni uczeń szkoły średniej Adnan Syed, Amerykanin w pierwszym pokoleniu (jego rodzice to konserwatywni Muzułmanie, którzy wyemigrowali do USA z Pakistanu) zostaje oskarżony o zabójstwo swojej byłej dziewczyny, Hae Min Lee, której ciało znaleziono, w nader dziwnych okolicznościach, w Leaken Park, cieszącym się złą sławą baltimorskim parku, 6 tygodni po tym, jak zaginęła. Adnan, po prawidłowo przeprowadzonym śledztwie i procesie, dostaje dożywocie. Ławnicy podjęli decyzję o winie głównie na podstawie zeznań znajomego Adnana, Jaya, i dlatego, że Adnan, który od początku twierdził, że jest niewinny, nie miał alibi. Jak się okazuje, nic w tej sprawie nie jest jednak proste, i słuchając "śledztwa" Sary, zaczynamy się zastanawiać nie tylko nad tym, jak funkcjonuje prawo, czy też "system sprawiedliwości" (jak mówi znana mi prawniczka, i z czym się absolutnie zgadzam, prawo a sprawiedliwość to dwie zupełnie różne sprawy), ale przede wszystkim nad naturą ludzką, i na ile dobrze znamy nawet najbliższe nam osoby. Serial to najbardziej wciągający kryminał, który frustruje, bo w dobie box sets i oglądania 3, 4, 5 odcinków ulubionego serialu pod rząd, odzwyczailiśmy się czekać na kolejny odcinek, a przy tym, ponieważ to historia prawdziwa, nie możemy się doczekać finału, bo potencjalnie może zmienić, albo przynajmniej wpłynąć na, życie prawdziwej, z krwi i kości, osoby. Ostrzegam, będziecie czekali na każdy kolejny czwartek, choć dziś możecie się uraczyć 8 podcastami pod rząd, i to za darmo. You are welcome.


Sarah Koenig

19/06/2014

Nowe poletko

Jeszcze piszę z Hampshire, ale za nieco ponad tydzień - przeprowadzka do Wiltshire. Hampshire jest pięknym hrabstwem, a Winchester, leżący na skraju najmłodszego Parku Narodowego South Downs, i niedaleko drugiego, tym razem najstarszego, Parku Narodowego New Forest, poszczycić się może swoim wyjątkowym miejscem w historii i wieloma atrakcjami. To miasto przyciąga młode rodziny, które opuszczają Londyn (tubylcy z klasy średniej uważają, że stolica nie jest odpowiednim miejscem dla dzieci), bo niemal wszystkie szkoły, państwowe i prywatne, mają wysoki poziom, i dobre wyniki, co w kraju, gdzie system edukacyjny jest szalenie nierówny (kompletnie przy tym nieporównywalny z polskim czy skandynawskimi, ale także na przykład francuskim czy amerykańskim) jest bardzo istotnym elementem decyzji, dokąd się przeprowadzić - do tego stopnia, że agencje nieruchomości podają szkoły w ogłoszeniach, i nieruchomości mają wyższe ceny w rejonie dobrych (tym samym pogłębiając nierówności społeczne, bo jak nie stać cię na droższy dom - nie możesz posłać dziecka do dobrej szkoły państwowej).
Ponadto w okolicy jest masa atrakcji dla dzieci: zoo, planetarium, park rozrywki, doskonale zaopatrzona, organizująca różne imprezy dla dzieci biblioteka, urządzająca także co dwa lata, na społy z teatrem, festiwal książki dziecięcej, kino, wspomniany teatr, cieszący się sławą w całej Europie międzynarodowy festiwal teatrów ulicznych Hat Fair - a to wszystko w niewielkim mieście.
Z żalem pożegnam zatem Winchester, ale po pierwsze nie wyprowadzamy się daleko (2 dni temu dojazd do nowego domu zajął nam niecałe 40 minut), a po drugie - większe, a przy tym równie historyczne i zabytkowe Salisbury również obfituje w atrakcje, o których na pewno będę tu pisać. Winchester jest mało znany polskim turystom (popularny jednak wśród przybyszów z innych krajów), ale każdy słyszał o Stonehenge  - my będziemy mieszkać bardzo blisko. Nie tylko Salisbury, ale całe hrabstwo Wiltshire pełne jest uroczych miejsc - wieś Lacock uznawana jest za jedną z najpiękniejszych w całej Wielkiej Brytanii - kręcono tam wspaniały serial Cranford, oraz niektóre sceny z filmów o Harrym Potterze. Ponadto to w Wiltshire znajduje się jeden z najpiękniejszych ogrodów krajobrazowych na świecie - Stourhead.
Buzzfeed znalazło zresztą aż 42 powody, dla których Wiltshire jest najlepszym hrabstwem. Ja dodam jeszcze nr 43 - niedawno przeczytałam, że to w Wiltshire produkowany jest najsmaczniejszy, najbardziej "dziewiczy" miód w całym UK, a to z tego powodu, że pszczoły mają do dyspozycji nieskażone łąki leżące odłogiem od zawsze, takie, jakie zniknęły już z reszty Wysp Brytyjskich - bo to należące do Ministerstwa Obrony poligony.
Lacock Abbey
Stourhead

05/03/2014

Lubię jej styl: Claire Underwood

W dzisiejszym odcinku*: przyznaję się do schizofrenii; po raz pierwszy piszę o postaci fikcyjnej; i nie mam najlepszych wieści.

Zdiagnozowałam u siebie modową schizofrenię: bo z jednej strony aspiruję do stylu Emmanuelle Alt/Ines de la Fressange, a najbardziej do stylu fikcyjnej bohaterki dzisiejszego wpisu, czyli Claire Underwood z serialu House of Cards. Stylu szlachetnego, wyrafinowanego, eleganckiego, godnego czterdziestki. Z drugiej strony wciąż ciągnie mnie do innych stylów:  boho i rock'n'roll, głównie za sprawą amerykańskiej marki Free People, od pewnego czasu dostępnej w UK; oraz vintage, który do mnie znacznie lepiej pasuje, niż romantyczno-cygański boho, bo choć w marzeniach jestem wiotka i wysoka, to zarówno z uwagi na wzrost (jego brak), figurę klepsydry, oraz wiek, nie dla mnie zwiewne maxi i strzępiące się, króciutkie spodenki dżinsowe. Jednego dnia wzdycham do peasant top (dosłownie: bluzka wieśniaczki, to bluzka o luźnym kroju, o np taka), a następnego do nobliwie seksownych (sic!) spódnic ołówkowych L'Wren Scott w Net-a-Porter. Ciężkie jest życie schizofreniczki stylistycznej.
Claire Underwood, w którą w roli swego życia wcieliła się 47-letnia (i związana obecnie z 33-latkiem, hurra!) Robin Wright, to kobieta wybitnej urody, i nie każda aktorka wyglądałaby równie dobrze w niekończącej się paradzie shift dresses (princesek), spódnic ołówkowych (pencil skirts) i koszul typu Oksford (Oxford shirts). Ta współczesna Lady Macbeth i "królowa lodu" (ice queen) to mistrzowski popis stylu formalnego, ale kobiecego. I wiem, że nie ja jedna myślałam sobie, że gdybym tak się ubierała i wyglądała, osiągnęłabym dużo więcej pod względem zawodowym. To fantazja tym silniejsza, że pracuję w domu, gdzie tylko pies z kotem mogą oceniać mój wygląd, i mogę spędzić dzień w szlafroku poplamionym jajkiem - pies to nawet by się ucieszył, bo mógłby to jajko zlizać (nie jest to wyznanie winy - nie jestem AŻ tak leniwa).



Claire hipnotyzuje swoim wyglądem, ale i zachowaniem: jej uroda, szyk, gracja, z jaką się porusza, elokwencja, delikatne gesty i ton uwiodłyby każdego, i łatwo uwierzyć, że Frank Underwood kocha ją "jak rekin krew". Jej prawdziwą, lodowatą, mroczną naturę symbolizują kolory: to bardzo wąska paleta i ogranicza się głównie do trzech: czerni, szarości i granatu. Rzadziej pojawiają się: biel, błękit i beż, oraz odcienie metaliczne (srebro). Nieprzypadkowo w I serii Claire piastuje stanowisko szefowej fundacji, która finansuje projekty oczyszczania wody - symbolika czystej, nieskażonej wody jest bardzo czytelna. Chyba spadłabym z kanapy, gdyby Claire w którejś scenie pojawiła się w czerwieni, albo w sukience w kwiaty. Wzory, żywe kolory, bardzo kobiece detale typu falbanki czy kokardki są absolutnie zakazane (chociaż dopatrzyłam się malutkiej kokardki na czapce, w której biega, ha!). Jej minimalistyczny styl na papierze prezentuje się nudnie: kilka odcieni, te same fasony, ale ten, kto oglądał serial, wie, że Claire wygląda zjawiskowo, i wiem również, że wiele kobiet ogląda serial nie tylko ze względu na fabułę, ale także po to, by delektować się jej stylem.  Podkreśla on jej wysokie stanowisko i jej rolę jako partnerki bezwzględnego polityka: nikt nie ma wątpliwości, że mamy do czynienia z prawdziwym graczem (power player), której ubrania komunikują: to ja decyduję (I'm in charge), nikt mną nie rządzi. To jedna z największych zalet serialu: Claire nie jest stereotypową, wspierającą i głównie ozdobną żoną polityka, której rola sprowadza się do udowadniania, że a) nie jest gejem b) jest pro-rodzinny.



A teraz złe wieści: to, co najprostsze, np. "mała czarna", musi być najwyższej jakości, by wyglądać równie dobrze, co na Claire, a jakość, jak powtarzam do znudzenia, kosztuje, dlatego niełatwo skopiować jej styl, kupując w masówkach. Garderoba Claire, projektowana w I serii przez Toma Broeckera (niestety nie pracował w II serii i to widać), jest niemal w stu procentach dizajnerska. Wspomniane już spódnice pochodzą od L'Wren Scott, ale także Dolce & Gabbana, sukienki od Theory, Zac Posen, Antonio Berardi, The Row, Narciso Rodriguez, Armani, Gucci, Ralph Lauren i Calvin  Klein. Dwie torebki, które Claire nosi na przemian, to model Muse od Saint Laurent, oraz Bayswater marki Mulberry. Buty firmuje Christian Louboutin. Jedyna marka masowa to Banana Republic, od której pochodzą koszule Oksford. Oprawki także nie są najdroższe, bo to Ray-Bany.

W UK jest jednak kilka marek ze średniej półki, oprócz Banana Republic i J. Crew, w których można kupić przyzwoitej jakości ubrania w stylu Claire, i przyznam, że kolejne zakupy będę planować zainspirowana właśnie nią - goodbye Emmanuelle and Ines, goodbye Dita *mrugam*.






*Fani Top Gear zauważą, że parodiuję tradycyjny wstęp Clarksona.

14/10/2013

TV i perfumy

Na drugim blogu są już trzy wpisy: dwa o ulubionych serialach telewizyjnych, oraz pierwszy o perfumach. Zapraszam.

28/06/2013

Literacko

Magda "maniaczka czytania" wywołała mnie do tablicy, a odpowiedź na ankiety to łatwy sposób, by znowu rozruszać blogowe mięśnie. Dziękuję za pamięć, cierpliwość i wyrozumiałość, i przepraszam za brak odpowiedzi na niektóre komentarze.

  1. Proza, poezja czy... komiks? Proza, proza i jeszcze raz proza. Choć dzięki dobrej znajomości języka odkrywam też piękno anglojęzycznej poezji - bo zawsze lepiej czytać w oryginale, a poezję - szczególnie. Są takie wiersze, jak This Be The Verse Larkina, Ode to Autumn Keatsa czy I carry your heart ee cummings, których po prostu nie wypada nie znać. Pierwsze werse  pierwszego i drugiego utworu są cytowane tak często, jak pierwsze zdanie "Dumy i Uprzedzenia" - mieszczą się zapewne w top 10 cytatów w brytyjskich mediach. Komiks ostatni raz czytałam jako dziecko (z cyklu "Tytus, Romek i Atomek").
  2. Ukochany wiersz. Nawiązując do powyższego - dzięki filmowi Jane Campion* i związkowi Keatsa z Winchesterem, odkryłam jego wiersze, z których wyróżniam właśnie Bright Star i Ode to Autumn, ten drugi zainspirowany jesiennymi krajobrazami miejsca, w którym mieszkam. Można zwiedzać moje miasto śladami dwóch literackich gigantów: Jane Austen i Johna Keatsa (są specjalne wycieczki z przewodnikami).
    Nicholas obok grobu Jane Austen w katedrze winchesterskiej, wiosna 2013
  3. Nigdy nie sięgam po... - komiksy, autobiografie celebrytów klasy Z, poradniki ogrodnicze - jak się można domyślać, w kraju z największym chyba na świecie bzikiem na tym punkcie, jest ich multum.
  4. Prezent inny niż książka - jutro otrzymam prezenty prosto z USA, o które prosiłam, i będą to ubrania oraz kosmetyki marek wcale lub trudno dostępnych (nawet jeśli tak, to często znacznie droższych) tutaj. Tak, jest to podpowiedź - każdy podarunek cieszy, ale zdarzyło mi się otrzymać prezenty z Pl marek... brytyjskich, a przecież nie brakuje w Polsce rodzimych wytwórców.
  5. Bloguję, bo... - bo wierzę w teorię 10 tysięcy godzin: głosi ona, że trzeba spędzić tyle godzin na danej aktywności/w danym zawodzie, by być w tym dobrym/kompetentnym, i to z pewnością dotyczy zawodowego pisania -  zamiast jednak pisać do szuflady, dziś aspirujący pisarze blogują.
  6. Komu wierzysz: profesjonalnym krytykom, czy czytelnikom polecającym sobie nawzajem tytuły? - wierzę profesjonalnym krytykom, wielu cenię i czytam od lat. Czerpię też często inspirację z popularnych tutaj list typu "Moje ulubione książki", "Książki mego życia" etc etc, o które pytani są pisarze, ale także inne sławy - wiele magazynów ma takie stałe rubryki. Dziś np. przeczytałam taką listę Zadie Smith, i większość z jej 10 rekomendacji była mi nieznana, a z pewnością warta przeczytania. Na wiele ciekawych pozycji trafiłam dzięki blogom i FB.
  7. Dobrą powieść ostatnio czytałam... - fantastyczną Katherine Anyi Seton, pierwszy raz wydaną w 1954, i od tego czasu stale w druku. To była ostatnia pozycja z nieoficjalnego kanonu Brytyjki, której jeszcze nie czytałam. Jej miejsce w Top 10 najukochańszych powieści jest dla mnie całkowicie zrozumiałe, jak i to, że wiele Brytyjek przyznaje się do czytania tej książki 5, 7, 9 razy! To szalenie wciągająca historia prawdziwej postaci, Katherine Swynford, kochanki, a później żony John of Gaunt, księcia z rodu Lancaster**, a tym samym przodkini wielu koronowanych głów Europy, w tym obecnej królowej Elżbiety II. Nie wiem, czy kiedykolwiek przetłumaczona na polski (podejrzewam, że podobnie jak inna pozycja z kanonu, która jest historycznym romansem, czyli Forever Amber, nie jest), ja ją zaliczam do moich absolutnych faworytek.
  8. Literatura faktu czy fikcja? -  niemal 50:50, z niewielką przewagą beletrystyki.
  9. Czasem nie czytam, wolę... - obejrzeć dobry film lub serial. 
  10. Czytasz w wannie? - bardzo rzadko, bo rzadko się kąpię *mrugam*.
  11. Jesz czytając/czytasz jedząc? - jeśli jem sama - zawsze.
*Już wkrótce BBC pokaże nowy serial wyreżyserowany przez Jane Campion - nie mogę się doczekać! Szkoda tylko, że w głównej roli obsadzono zwariowaną Scjentolożkę, Elisabeth Moss (Peggy Olson z Mad Men). Jak o przynależności Moss do tej ponurej sekty (patrz: film The Master) napisała ceniąca jej aktorstwo felietonistka Guardiana - Scjentologia?! Naprawdę? Ugggh...

**Jak wiadomo, Wojna Róż (War of the Roses), czyli rywalizacja dwóch wielkich angielskich rodów, York i Lancaster, zainspirowała G. R. R. Martina do napisania cyklu Pieśń Lodu i Ognia (Stark i Lannister, ehkm).

27/02/2013

Life gets in the way

Jak w tytule. Zaniedbałam bloga bardzo i przepraszam, także za brak odpowiedzi na komentarze. Nie ma też na razie postępu w blogu anglojęzycznym. Od kilku miesięcy próbuję klawiatury używać tylko w celach komercyjnych, ale generalnie nie starcza mi sił (czy raczej: samodyscypliny) na zamiary. Na pytanie, czy trzymam się zeszłorocznych postanowień uczciwa odpowiedź brzmi zatem "nie". Nie wytrwałam w postanowieniu niekupowania ubrań, choć wszystkie nabytki są znacznie bardziej przemyślane - poza tym, kolekcja Marni dla H&M była tylko jedna, i wyprzedała się w 24 godziny, i upolowany przeze mnie żakiet wart był moralnego upadku - w Londynie w kolejkach do sklepów H&M znajdowały się jednostki, które specjalnie przyleciały (sic!) z takich miejsc, jak Arabia Saudyjska, by kupić rzeczy z tej kolekcji. Poza tym, dotrzymałam mniej rygorystycznej wersji postanowienia - od pół roku wszystko, co kupiłam  (z kategorii "ubrania i dodatki"), było obniżone, albo dzięki kodom zniżkowym, lub na wyprzedaży.
Co się poza tym wydarzyło:
1. Byłam w Budapeszcie na wygranej wycieczce, a w marcu wybieram się na wygrany weekend w Londynie (don't hate me!). W lipcu zaś planuję wizytę w ukochanej Danii, czego mi tubylcy zazdroszczą, bo Skandimania trwa. Niedawno zakończyła się u nas II seria doskonałego duńskiego serialu Borgen (recenzowałam tu, a jeszcze obszerniej pisała o nim Chihiro), oglądana przez rekordową publiczność i analizowana i chwalona w rekordowej ilości brytyjskich mediów - nawet tutejsi politycy pisali artykuły chwalące uczciwość, z jaką przedstawia świat polityki, zaś felietonistki i pisarki o swym zadurzeniu w postaci duńskiej premier (jedna opisała, jak zachęca do oglądania młode dziewczyny, bo kobiety w Borgen to znakomite role models). Serial porusza najważniejsze kwestie moralne, i powinien być obowiązkowy dla wszystkich polityków - dla polskich z pewnością. Za sprawą brytyjskich mediów seriale duńskie zainteresowały nawet kuloodporną na wszystko, co nie po angielsku, amerykańską publiczność, choć tylko intelektualną elitę...

2. ...ale trzeba oddać Amerykankom, co należne - równie wielkim fenomenem jest serial Girls, a Lena Dunham to idolka milionów Brytyjek. Oglądacie? Czy u Was to też fenomen?

3. W tym roku świętujemy 200-lecie wydania Dumy i Uprzedzenia, i z tej okazji dużo się dzieje w moim mieście i pobliskim Chawton, gdzie Jane Austen napisała tę powieść. W sobotę wybieram się na specjalną wycieczkę po miejscach związanych z Austen. Niezawodna Royal Mail wypuściła pamiątkowe znaczki, a w mediach legiony fanek Mr Darcy (i Colina Firtha) piszą zaś miłosne epistoły, takie jak ta.
4. Ostatnie pół roku to był czas wielu odkryć kosmetycznych - mam mnóstwo nowych faworytów, i postaram się o nich napisać.
5. To także czas doskonalenia moich umiejętności w pieczeniu - masa nowych książek poświęconych baking przydała się, bowiem piekę przynajmniej raz w tygodniu, i stale rozszerzam repertuar.

19/12/2012

"Mamę zjadł wilk" czyli najlepsze seriale 2012. I książki

Caitlin Moran, moja ulubiona felietonistka, recenzentka i satyryczka The Times, powoli staje się tzw. skarbem narodowym (national treasure), czyli dołącza do elitarnego grona osób, takich jak Damy Maggie Smith i Judi Dench (Dame - żeński odpowiednik tytułu Sir, który przysługuje tym, którzy otrzymali knighthood, czyli szlachectwo) oraz producent i prezenter cudownych, najlepszych programów przyrodniczych świata*, czyli David Attenborough, bez których nie można sobie wyobrazić współczesnej Wielkiej Brytanii. Jej autobiograficzna książka How to be a Woman jest bestsellerem, jej artykuły są wśród najbardziej poczytnych, otrzymała też kilka branżowych nagród, w tym dla najlepszego krytyka TV. Uwielbiam wszystko, co pisze, w tym jej recenzje telewizyjne i to właśnie z jednej z nich zaczerpnęłam tytułowy cytat - Caitlin, mama dwóch dziewczynek, pisze o najlepszej wg niej pozycji w całej brytyjskiej TV w 2012: "Dzieciom mówię: Mamę zjadł wilk, nie ma mnie dla nikogo, bo leci The Hour". Właśnie skończyła się druga seria tego serialu BBC, z Dominikiem Westem (ach, wszystkie, które kochacie The Wire, wiecie, kto zacz) i z obrzydliwie utalentowaną, niehollywoodzko kształtną, z najzgrabniejszą pod słońcem pupą, stworzoną specjalnie do noszenia ołówkowej spódnicy, Romolą Garai, oraz Benem Whishaw, w którym podkochuje się dziś niejedna fangirl. Skoro mowa o spódnicach - moda: fasony, tekstury a przede wszystkim kolory, są w tym serialu, podobnie jak w przypadku Mad Men, niesamowicie dopracowane i ważne, i to jedna z przyczyn, dla których i Caitlin, i ja, tak lubimy ten serial.
The Hour, piąta seria Mad Men, Gra o Trony, Homeland - z trzema Brytyjczykami w najważniejszych rolach - to moje serialowe highlights tego roku.
Przejdę do wspomnianej wyżej autobiografii Caitlin, bo to jedna z najważniejszych dla mnie książek tego roku. Pochodząca z biednej, wielodzietnej rodziny z klasy robotniczej, niewykształcona Caitlin zrobiła błyskotliwą karierę i opływa dziś w dostatki dzięki piekielnie ostrej inteligencji, oczytaniu, determinacji, poczuciu humoru i lekkości pióra - w kraju, w którym tak trudno się wynieść ponad swoje pochodzenie, jej historia jest dla mnie źródłem inspiracji i optymizmu. W swej książce porusza ona ważne dla każdej kobiety tematy, takie jak macierzyństwo, feminizm, seks czy aborcja, z rzadko spotykaną szczerością i mądrością, nie zapominając o najwyższej próby dowcipie. Przy jej lekturze lekko bolała mnie szyja, bo przytakiwałam niemal każdemu zdaniu, a przy tym często chichotałam.
Druga ważna dla mnie książka jest także bardzo zabawna (choć uprzedzam: to często bardzo ostra, dla wielu pewnie bluźniercza, satyra), i również autobiograficzna: to wspomnienia Shaloma Auslandera pod tytułem Foreskin's Lament. Imię i nazwisko autora zdradzają jego pochodzenie - wychowany w środowisku ortodoksyjnych amerykańskich Żydów, Auslander zaczął pisać za namową psychiatry, do którego trafił z powodu depresji i myśli samobójczych. Tak zaczęła się jego osobista rozprawa ze środowiskiem i religią, w których został wychowany. Angielska pisarka żydowskiego pochodzenia, Naomi Alderman, napisała w swej przychylnej rezenzji, że książka ta z pewnością spodoba się zwolennikom Richarda Dawkinsa, a ja się do nich zaliczam. I zgadzam się jeszcze z tym zdaniem Alderman: Few books really are laugh-out-loud funny. This one is. Świetną jej recenzję (świetną, bo zgadzam się z każdym słowem *mrugam*) napisała też Chihiro, przeczytacie ją tu.
Shalom Auslander (źródło: The Times)

A jakie seriale i książki Wam się najbardziej podobały?


*Po zeszłorocznym niesamowitym serialu Frozen Planet, w te święta Attenborough i BBC uraczą nas  serią pt. Africa - już się nie mogę doczekać.

30/11/2012

Stir - up Sunday, Cyber Monday itede

Ostatnia niedziela była Stir-up Sunday, przed nią importowany z USA Black Friday, po niej był zaś Cyber Monday - Brytyjczycy kolejny rok kupią więcej prezentów w sieci, niż w sklepach.* Poszliśmy na Paradę Latarni i wybieramy się na otwarty już kiermasz świąteczny - jednym słowem, jestem  w pełnym Elfzilla mode. W tym roku będę piekła ciasteczka ze świeżo nabytej książki, Scandinavian Christmas, autorstwa Trine Hahnemann. Zbiera ona znakomite recenzje, bowiem skandimania trwa w UK w najlepsze.
Książka jest pięknie wydana

Na małe ekrany powróciło Forbrydelsen (The Killing), trzecia i ostatnia seria - nie zliczę, ile we wszystkich najważniejszych gazetach było artykułów o serialu, Sarze Lund, swetrach Gudrun & Gudrun, skandynawskiej kuchni, skandynawskim Bożym Narodzeniu, Duńczykach, Kopenhadze, etc etc, wyszło też kilka książek nt serialu i Danii, a pierwszy i drugi odcinek miały 1 milion widzów - absolutny rekord jak na serial z napisami.
Tu londyński Evening Standard radzi, jak mieć prawdziwie duński wieczór
Ci, którzy przepowiadali, że kuchnia peruwiańska strąci skandynawską z wierzchołka, nie mieli racji - we wrześniowym, a więc najważniejszym numerze, brytyjskie Vogue nazwało niedługo działającą skandynawską Hedone w Londynie restauracją roku, krytycy pisali w tonie ekstatycznym, Michelin nagrodził - a szefuje tam kulinarny bloger. Jeśli już, to drugim  i trzecim najważniejszym trendem są restauracje monotematyczne (tylko hamburgery, tylko hot - dogi itp) oraz street food i food trucks.
Dzięki programowi BBC The Great British Bake Off ** wspaniałe brytyjskie wypieki piecze samodzielnie coraz więcej ludzi, i to czwarty najważniejszy trend.
A skoro o ciastkach i ciasteczkach mowa - mamy, nareszcie mamy! Po latach szmuglowania z Belgii i Francji, niezawodna sieć Waitrose zaczęła wreszcie sprowadzać "ciasteczkowe masło", czyli pastę do chleba ze zmielonych ciastek Speculoos. W UK nosi ona nazwę Lotus biscuit spread i spożywanie jej grozi uzależnieniem i, w konsekwencji, przybraniem na wadze. Kupno jej traktuję jako ćwiczenie silnej woli, wymagające samodyscypliny godnej Rocky'ego Balboa.

Na dodatek są dwie wersje: smooth i crunchy
Co roku najlepszą gwiazdkową reklamę ma sieć John Lewis, zawsze taką, od której wzruszenie drapie w gardle, i tym razem też nie zawiodła:


A teraz przyznajcie się: co robiliście, jak mnie tu nie było?


* Czy również zauważyliście jednak różnicę między płciami? Większość moich koleżanek zaczyna kupować prezenty z dużym wyprzedzeniem, ekstremistki nawet w styczniu, w czasie poświątecznych wyprzedaży, tymczasem większość znanych mi mężczyzn wpada do John Lewis czy innego domu towarowego z obłędem w oku 23 grudnia. W tym również Osobisty Anglik, w związku z tym dostał email z linkiem do specjalnej "tablicy" na Pinterest już w listopadzie.
** Formuła nieco podobna do Masterchefa: amatorzy konkurują kulinarnie, ale tylko w baking (pieczeniu, na słono i słodko), były trzy edycje i rekordowa publiczność. Sprzedaż parafernaliów do pieczenia wzrosła w niektórych sieciach domów towarowych o ponad 10%, a felietoniści i pisarze kulinarni drobiazgowo analizowali we wszystkich gazetach. Mam nadzieję, że jak polska stacja kupi licencję, to nie ze stuletnim opóźnieniem, jak w przypadku Masterchefa.

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails