Showing posts with label Amazon. Show all posts
Showing posts with label Amazon. Show all posts

15/05/2012

Polska kuchnia najlepsza nie po polsku, albo...

...kolejny zgryźliwy post poruszający temat niemrawości polskich wydawnictw (pierwszy był tu), choć bez obaw, będzie przede wszystkim o polskiej kuchni i książkach kucharskich.
O najpiękniej wydanej książce z przepisami na polskie potrawy, która zostawia konkurencję w pyle (i w tyle), czyli  Rose Petal Jam Beaty Zatorskiej, ze zdjęciami Simona Targeta, miałam pisać tuż po tym, jak ją kupiłam, a więc ok. 1,5 roku temu. Bodźca, by wreszcie to zrobić, dostarczyła mi jednak Lo i jej relacja z targów książek kulinarnych (świadomie nie piszę "kucharskich", bo wiele książek zawierających przepisy wymyka się tej kategorii) w Paryżu, gdzie stoisko Polski było jednym z najuboższych. Po to, by zobaczyć książkę o polskiej kuchni na prawdziwie światowym poziomie, trzeba się było wybrać na stoisko...Australii, tam bowiem od wielu lat mieszka autorka i tam, po angielsku, ukazało się jej dzieło. I choć jej strona (link powyżej) zapowiada polskie tłumaczenie w styczniu 2012, książki chyba nadal nie wydano w kraju nad Wisłą (?).
Zdjęcia okładek z tego bloga, gdzie można przeczytać recenzję "Dżemu..."z punktu widzenia cudzoziemki
"Dżem z płatków róży" świadczy o szerokich horyzontach i inicjatywie wydawców z krajów anglosaskich: Beata jest lekarzem, a nie szefem kuchni czy pisarką kulinarką (food writer),  nie prowadzi rubryki kulinarnej, ani, jak sądzę, nie ma znajomości wśród redaktorów książek kucharskich. A jednak ciekawy pomysł i lekkie pióro Beaty, oraz urzekające zdjęcia jej męża wystarczyły, by wydawnictwo Tabula Books podjęło się wydania "Dżemu...", czego zapewne nie żałują, ze względu na entuzjastyczne recenzje oraz nagrody, jakie książka zebrała.

Dzieło Zatorskiej wpisuje się w tak popularny na Zachodzie nurt kulinarnych wspomnień (food memoir), łączy bowiem nostalgiczną podróż autorki do kraju i czasów dzieciństwa, z przepisami, które przekazały jej poprzednie pokolenia - szczególnie jej babcia Józefa. Już kiedyś cytowałam tu słynne zdanie  Lin Yutang'a (林語堂): what is patriotism but the love of the food one ate as a child? (czym jest patriotyzm, jeśli nie uwielbieniem dla potraw, które znamy z dzieciństwa?) - nie wiem, czy autorka je zna, ale z pewnością jej książka potwierdza tę tezę*.
Zawiera ona greatest hits polskiej kuchni: pierogi, tytułowy dżem, naleśniki z serem (twaróg zastępuje ricotta), śledzie w kwaśnej śmietanie, karpatkę, placki ziemniaczane, placuszki z jabłkami, gołąbki, barszcz, bigos etc. etc. Dla zaprzyjaźnionych obcokrajowców może być doskonałym wprowadzeniem do polskiej kuchni. Dla Polek/Polaków raczej nic nie będzie tu nowością, ale dla nich ta książka ma zupełnie inne walory, wielu bowiem odnajdzie tu Polskę swego dzieciństwa (tu przypomina mi się inny, niezwykle popularny w angielszczyźnie cytat: the past is a foreign country, czyli 'przeszłość to zagranica'), a więc kraju, którego już nie ma. Wielu zachwycą fotografie Simona, męża autorki - jakoś wciąż trudno o rodzimych fotografów, którzy umieliby uchwycić to, co jest konwencjonalnie piękne - może trzeba dystansu cudzoziemca, a może nasi wolą modny trend, który nakazuje odnajdywać piękno w odrapanych blokach.  


Beata i Simon
Książka jest dostępna w brytyjskim Amazonie, ale osobom z UK polecam kupić ją tu, wyjątkowo Amazon nie jest najtańszy.
Chciałam też przy okazji wspomnieć o innej książce z mojej rosnącej w zatrważającym tempie kolekcji -  poświęconej wypiekom doskonałej książce kucharskiej Baked in America. Jak sama nazwa wskazuje, są tu przepisy kuchni amerykańskiej, ale jeden z dwóch autorów, David Lesniak, ma polskich rodziców, i niektóre przepisy pochodzą od "Momma Lesniak" i są nieco zamerykanizowanymi wersjami polskich ciast i ciastek.


Jabłecznik Mamy Leśniak
Przepisy na polskie potrawy znajdziemy też czasem u chyba najsłynniejszej Amerykanki polskiego pochodzenia, czyli Marthy Stewart - w poświęconej ciastkom i ciasteczkom Cookies jest na przykład przepis na Chruściki (zapisane Chrusciki i z fonetyczną wersją w nawiasie).


*Tylko ten rodzaj patriotyzmu jest mi bliski. Inne, te bliższe nacjonalizmowi, to, jak powiedział wielki Anglik, Samuel Johnson: (patriotism is) the last refuge of a scoundrel. 

27/02/2012

Sobotnia Kuchnia od kuchni

W piątkową noc mogłam dać sobie spokój i nie iść do łóżka wcale, bo i tak nie zmrużyłam oka, wiedząc, że budzik zadzwoni o 4 rano. Spodziewałam się także, że mogę obudzić się z pryszczem, który można będzie dostrzec z Księżyca*, bo wszak równowaga we Wszechświecie musi zostać zachowana. Na szczęście wstałam "tylko" blada niczym Morticia i z Rowami Mariańskimi pod przekrwionymi z niewyspania szparkami w miejscu oczu. Pokusa, by pójść w ślady Barbary Cartland, była silna, jednak powstrzymałam rękę sięgającą po puder, wiedząc, że w studiu będzie profesjonalna makijażystka. Przywróciwszy się do stanu jako-takiej wyglądalności ubrałam różową sukienkę Asos, ten pasek Hobbs i Wasze ulubione pantofle Jigsaw, po czym ruszyliśmy w drogę do Richmond, tam bowiem zaplanowaliśmy zaparkować.
Pociągiem podmiejskim dojechaliśmy do Waterloo, a stamtąd do studia mieliśmy już blisko. Recepcjonista/ochroniarz okazał się, jakżeby inaczej, z Polski. Dotarliśmy na miejsce przed ósmą, jak nam przykazano, po czym okazało się, że do studia wejdziemy dopiero na 10 minut przed rozpoczęciem programu - czyli o 9:50. Relaksowaliśmy się zatem w tzw. green room, dokąd przybyła też, w towarzystwie swej mamy, nastoletnia laureatka ogólnokrajowego konkursu na potrawę z jagnięciny. Takie konkursy organizowane są tu co roku w szkołach średnich, by popularyzować wśród młodzieży wiedzę o zdrowym żywieniu i umiejętności kulinarne. Nagrodą był wyjazd do Londynu i różne atrakcje związane z jedzeniem, np. odwiedziny w kuchniach najlepszych restauracji oraz wizyta na planie Saturday Kitchen.
Po przypudrowaniu i podpisaniu stosownych dokumentów ("zobowiązuję się nie kląć i nie reklamować"etc.) powędrowaliśmy do studia, gdzie przywitał nas najpierw Daniel Galmiche, szef wspaniałej restauracji z największą piwnicą w całym UK (3000 gatunków win!), The Vineyard. Daniel, jak przystało na Francuza, jest czarujący, a o swojej pracy mówi z zaraźliwym entuzjazmem. Polecam Wam bardzo jego książkę kucharską, zresztą zobaczcie, jak wysoko jest oceniana na Amazonie. Jest w niej przepis na to confit z kaczki (duck confit with lentils) - nawet ja, która fanką kaczki nie jestem, musiałam przyznać, że smakowała wybornie. Tu klip pokazujący, jak ją przyrządzić, a chwilami kamery lądują na nas:

Wcześniej jednak równie miły Ben Tish, dla którego to był debiut w SK, młody utalentowany Anglik, przygotował równie pyszne danie z morszczuka (pan-fried hake on the bone, with Arbequina olive oil mash, surf clams, chorizo and flat leaf parsley). Ta ryba nienajlepiej mi się kojarzyła, bo często była jedyną rybą dostępną w Pl za komuny, i nadal nie jest droga - tak przygotowana jednak okazała się bardzo smaczna. Wspaniałe było piure ziemniaczane z hiszpańską oliwą Arbequina. Ben specjalizuje się w kuchniach hiszpańskiej i włoskiej, i bardzo ciekawie nam opowiadał o swoich restauracjach: Salt Yard, Dehesa i Opera Tavern (wszystkie w Londynie). Tzw. modern tapas są teraz modne. W tym klipie ( też co jakiś czas migamy) opowiada m.in. o słynnej hiszpańskiej pata negra.

Na końcu przywitał nas prowadzący James Martin, który jest prawie naszym sąsiadem - no dobrze, jeśli "sąsiedztwo"zdefiniować jako odległość paru mil, bo on też mieszka na północ od Winchesteru, ale w domu i okolicy godnych milionera. Ten program wryje mu się w pamięć, a to za sprawą zabawnego przejęzyczenia - tu nie podlinkuję, ale podpowiem, że ma związek z Rick'iem Stein'em i że jeśli wpiszecie Saturday Kitchen Feb 25th w YouTube, znajdziecie ten fragment bez trudu.
James przygotował bardzo staroświecki ale pyszny pudding pod nazwą Figgy Dowdy, a także pokazał, jak się robi custard - niestety nie widzę tego klipu na YT, ale być może się pojawi. Na koniec zaś wszyscy troje wspólnie ugotowali wybrane przez celebrytę food heaven (jego ulubione danie/składnik) - był to strzępiel (pan-fried sea bass with courgette ribbons and mussel soup), droga i wykwintna ryba.
A właśnie, gwiazda... No cóż, nie groziło nam, że jej blask nas oślepi i że ugną się pod nami kolana - bowiem George Lamb to prezenter programów młodzieżowych i teleturniejów, których nie oglądamy, dlatego ledwie kojarzyliśmy jego twarz i nazwisko. Miało to ten pozytywny efekt, że nie czuliśmy się szczególnie spięci. (Jeśli klikniecie na jego biografię w Wiki, którą podlinkowałam powyżej, zauważycie, że już jest tam wzmianka o "naszym" programie).
Te z Was, które miały do czynienia z TV, wiedzą, że studio rzadko wygląda na żywo równie atrakcyjnie, co na wizji, i tak było tym razem. Realia są zawsze mniej glamourous, mniej wykwintne, niż to, co widzimy na ekranie - to właśnie magia telewizji. I mimo, że to program BBC, reklama, jaką zapewnia, jest bezcenna - wina, które są dobrane do potraw, natychmiast są wykupowane (ludzie od razu dzwonią do specjalistycznych sklepów i zamawiają całe skrzynki), książki kucharskie szefów, którzy występują, znacznie lepiej się sprzedają, podobnie gadżety kuchenne. Ściana z kamienia okazuje się plastikowa, ludzie są niżsi/szczuplejsi, niż się spodziewaliśmy, itd. itp.
Półtoragodzinny program minął znacznie szybciej, niż zwykle, gdy oglądamy go w zaciszu domowym. Po zejściu z anteny zebraliśmy się w  green room, gdzie molestowałam wszystkich szefów, by ze mną zapozowali. Mimo pięknej, słonecznej pogody, było zimno, dlatego włożyłam już trencz.

Z Benem
Z Danielem

Z Jamesem
Powróciliśmy do Richmond w dobrych humorach, które jeszcze poprawił nam krótki spacer do jednego z dwóch butików Williama Curley, gdzie wydaliśmy fortunę na trufle, piedmonckie orzeszki laskowe w czekoladzie i makaroniki.
Spełniwszy jedno marzenie, muszę postawić sobie kolejne wyzwanie. I już krystalizuje mi się pomysł, ale na razie cicho - sza.

*Ten gag wykorzystano m.in. w filmie "Moje wielkie tłuste greckie wesele" oraz w jednym z odcinków serialu Frasier.

15/12/2011

Poczytaj mi tato - część III

EN: I have to start by recommending our amazingly talented friend Jennie's latest pop-up book,  Pop - up London. The amount of detail and the sheer brilliance of this children's guide to the capital are astounding. It is so frightfully good that it is currently sold out nearly everywhere! I'd encourage those of you in the UK to either scour your local bookshops or wait for Amazon to re-stock (you can pre - order here), it is worth the trouble - if you don't believe me, and I will happily admit that I am biased, read Sasha Wilkins', one of the most influential British bloggers, review here.
PL: Post o książkowych podarunkach muszę zacząć od najnowszej książki typu pop - up* naszej przyjaciółki Jennie. Jak w przypadku wszystkich jej książek, także i ten wyjątkowy przewodnik po brytyjskiej stolicy zachwyca bogactwem detali i ciekawych informacji. O tym, jak wspaniałe jest to dzieło, niech świadczy fakt, że pierwszy nakład jest niemal kompletnie wyczerpany, zaledwie 2 miesiące od daty ukazania się. Chętni mogą jednak zamówić Pop - up London w przedsprzedaży, bo wydawca już zamówił dodruk.

Jennie projektuje też clothes plasters - bardzo przydatne do zakrywania dziurek lub plam łatki, które wystarczy zaprasować na dowolnej tkaninie, i nie trzeba bawić się w szycie. Poniżej pokazuję londyńskie, ale wybór jest bardzo duży (do obejrzenia na stronie Jennie), w UK można je kupić w bardzo wielu sklepach dziecięcych a także w sieci domów towarowych John Lewis.

EN: Staying with the London theme: recently I have found one of the best guides for children: London Unlocked. It is indispensable, if you are planning a trip to the capital with kids, packed with entertaining tidbits of knowledge and useful suggestions for fun activities. What's even better, it is part of a series, so there is also Edinburgh Unlocked, Devon & Cornwall, etc.


PL: Wybierającym się na zwiedzanie Londynu z dzieciakami gorąco polecam przewodnik London Unlocked. Pełen ciekawych faktów i naprawdę udanych, a nie, jak czasem bywa, drętwych, podpowiedzi, jak dzieciom zapewnić rozrywkę w wielkim mieście. Jest cała seria tych przewodników: po Edynburgu, Devon i Kornwalii, itd.
I jeszcze Londyn - przybornik Muji (to raczej dla nastolatki, albo nawet dorosłej osoby):

EN: Speaking of incredible illustrations, just look at this beauty:


This series of fairy tales is published by a high-end publisher, the Folio Society, they are all exquisite and have commensurate price tags. Not really for small children, unless they are extremely tidy ones. For now, I am happy with a 10-book collection about myths and legends, by Marcia Williams. When I learnt to read, Greek myths were my favourite stories and I still love them.

PL: Te bajecznie pięknie wydania baśni publikuje The Folio Society, wydawnictwo specjalizujące się w kolekcjonerskich, najwyższej jakości publikacjach - za odpowiednio wysoką cenę. Mam nadzieję, że kiedyś będę mogła zacząć kolekcję książek FS. Na razie jednak zadowoliłam się kompletem 10 książek Marcii Williams o mitach i legendach, m.in. mitach greckich i legendach arturiańskich. Kiedy nauczyłam się czytać, moją ulubioną książką były Mity Greckie, i do dziś to jedna z moich pasji.


EN: On the 23rd, we are going to see Hansel and Gretel at the relatively new Berry Theatre, which is not far from us (in all the doom and gloom, it is good to know new theatres are being opened). There are many excellent books of Brothers Grimm's fairy - tales (including pop-ups), but this was the one I liked the most:

PL:  W piątek idziemy obejrzeć przedstawienie Jasia i Małgosi w stosunkowo niedawno otwartym Berry Theatre (tym samym mamy w promieniu 20 mil kolejny z kilku teatrów do wyboru). Zaś w niedzielę, Christmas Day, BBC przygotowało dla dzieci animację cudownej kontynuacji The Gruffalo, The Gruffalo's Child (o zeszłorocznej animacji pisałam tu). Obejrzymy całą trójką, a o filmach i serialach, gdy cdn.


*Niedawno znajoma z W-wy, która chciałaby się w Pl specjalizować w redagowaniu i publikacji takich książek, potwierdziła moje niewesołe przypuszczenia: w Pl nie wydaje się takich książek, chyba żaden polski ilustrator nie specjalizuje się, tak jak Jennie, w pop-ups, i jedyne dostępne są sprowadzone z zagranicy, najczęściej po angielsku. Owszem, produkcja takiej książki jest droższa, ergo ceny wyższe, ale czy naprawdę mniejsza cenowa przystępność to jedyny powód, dla których nie powstają w Polsce takie książki? To kolejne dziwactwo niedojrzałego polskiego rynku, niewiele mniej absurdalne niż to, że nie dodrukowuje się popularnych tytułów, np. Gruffalo.

14/11/2011

Podsumowania i polecanki - kulinarnie

Stało się już tradycją, że przed świętami piszę o prezentach: tych, które chciałabym otrzymać a przede wszystkim podarować, oraz/lub tych, które faktycznie kupiłam. W tym roku postanowiłam upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i przy okazji podzielić się odkryciami w kilku sferach, a zacznę od kulinarnej, bowiem jutro jest Stir Up Sunday, i chciałam się pochwalić, że w tym roku po raz pierwszy przygotowałam  Christmas Pudding. Korzystałam z ręcznie zapisanego, bardzo starego przepisu od dawna nieżyjącej matki mojej sąsiadki Sandry - zrobiłyśmy nasze puddingi wspólnie w jej kuchni, i mam nadzieję, że to się stanie tradycją, bo uwielbiam moich sąsiadów, i choć niczego bardziej nie pragnę niż wyprowadzki do wymarzonego domu, z całą pewnością podtrzymam tę przyjaźń.
Pamiętacie, jak pisałam o jednej z największych sensacji kulinarnych ostatnich lat, jaką był Christmas Pudding z ukrytą skarmelizowaną pomarańczą Hestona Blumenthala dla sieci Waitrose? Puddingi wyprzedały się błyskawicznie, po czym sprzedawano je na eBay za £150 za sztukę (w Waitrose kosztowały ok. £15). W tym roku ta sieć znowu wyprodukowała pudding Hestona, tym razem nawet w dwóch rozmiarach (większy z pomarańczą, mniejszy z mandarynką - dla nas lepszy) i znowu wszystkie zniknęły w rekordowym tempie - tym razem nie miałam szczęścia, ale mają je znowu rzucić i czyham, czyham. Jeśli uda mi się go upolować, oznacza to, że będziemy mieli trzy puddingi (mnie wyszły dwa), czyli o wiele za dużo - na szczęście jednak lody puddingowe są po prostu przepyszne, a sam pudding można trzymać, i to poza lodówką, przez wiele miesięcy.
Lody z Christmas Pudding - przepis z BBC Good Food
A skoro o sensacjach mowa - o tym koncentracie pisano nawet w Polsce. Taste No 5 Umami Paste to "dziecko" Laury Santtini, Angielki włoskiego pochodzenia.
Piąty smak zamknięty w tubkę
Ten koncentrat z pomidorów, borowików, parmezanu, anchois, czarnych oliwek, czosnku, octu balsamicznego i przypraw naprawdę podkreśla smak potraw i nie przesadzę mówiąc, że uzależniliśmy się od niego. Odrobina dodana do risotto czy curry czyni je jeszcze pyszniejszymi, nawet "zwykła" bruschetta z pomidorami i mozzarellą lepiej smakuje z dodatkiem tego piure. Umami Paste jest dostępny, zgadnijcie gdzie?...tak, tak, w Waitrose, za £2.99 - w Amazonie też, ale niestety znowu ze sporą przebitką. Nie będę się upierać, że to prezent porównywalny do biżuterii od Tiffany'ego, ale osobiście znam wiele osób, które by ucieszył.
Inny drobiazg dla domowej bogini to ten "stempel" do ciastek. Mam taki i muszę przyznać, że stemplowanie ciastek to niezła zabawa, nie tylko dla dzieci.
Innym takim drobiazgiem, który mi umila pieczenie, są te zakładki z Anthropologie. Jasne, można użyć innych, niekoniecznie z kulinarnymi ilustracjami, ale ja lubię estetyczną konsekwencję.


Tradycyjnie już kupuję małżonkowi do świątecznej skarpety dobrego gatunku kawę lub herbatę. W tym roku kupiłam herbatę zapakowaną w tę puszkę, ozdobioną sloganem z II wojny światowej, który w ostatnich latach zrobił tu zawrotną karierę (także jego różne parafrazy) - jeśli odwiedziliście UK i nie zobaczyliście ani jednego kubka, ścierki czy innego przedmiotu z tym zdaniem, to idźcie czym prędzej do okulisty, no chyba, że spędziliście cały czas w odciętej od cywilizacji chacie na Orkadach.


Największym odkryciem tego roku, jeśli chodzi o knajpy, jest dla mnie wizyta w uznawanej za najlepszą w UK, czyli pewnie tym samym w Europie*, restauracji wegetariańskiej, Terre a Terre w Brighton. Oprócz może obiadu w duńskim Falsled Kro i lunchu w lokalnym The Black Rat, nigdy nie zjadłam równie pysznego posiłku. Na pewno zaś był to posiłek najbardziej zaskakujący, zaś potrawy najbardziej niezwykłe (ale nie udziwnione). O tym, co jadłam, napiszę osobno.
Książka z przepisami z restauracji
*Tu jest stosunkowo dużo wegetarian, choćby dlatego, że mieszkają tu tysiące hinduistów, i dużo restauracji wegetariańskich, natomiast w "kontynentalnej" Europie jest z tym  generalnie gorzej, dlatego ośmielam się zakładać, że Terre a Terre ma bardzo niewielką konkurencję.

05/08/2011

Najpiękniej wydana książka kucharska ... ever?

Wyobraźcie sobie książkę, która łączy najpiękniejsze ubrania vintage, najwykwintniejsze przepisy na popołudniową herbatkę oraz kompetentne porady dotyczące stylu, makijażu, gotowania i urządzania przyjęć z klasą. Potem okraście ją wybitnej urody ilustracjami i zdjęciami. Niemożliwe? A jednak - Angel Adoree (yes, really), właścicielka cukierni Vintage Pattiserie we wschodnim Londynie, połączyła wszystkie swoje pasje - modę i urodę vintage, Afternoon Tea i tea parties - w jednym tomie pod tytułem The Vintage Tea Party Book. W swojej cukierni Angel urządza właśnie takie przyjęcia - herbatki, w stylu vintage: kelnerki są ubrane w autentyczne ubrania vintage, a także umalowane i uczesane w stylu lat 40. i 50, a zastawa jest także vintage i mismatched (nie do kompletu). Panuje tu teraz moda na takie fajfy w ramach "wieczorków panieńskich" (hen party - polska nazwa niestety nie jest dobrym przekładem, bo tutaj to imprezy często kilkudniowe) - czekoladowe penisy, wódka z Red Bullem i męskie striptizy to raczej domena panien z niższych warstw z Newcastle i innych robotniczych miast Północy. Nawet Kate Moss podała tradycyjną herbatkę w czasie swojego trwającego cały weekend hen party. Także PR-owcy podchwycili ten trend i  z okazji np. wypuszczenia na rynek nowego produktu czy promocji nowej książki zapraszają na Afternoon Tea - i im bardziej tradycyjna i vintage, tym lepiej. Rozkwitły wokół tej mody różne biznesy (jak to zawsze w tym przedsiębiorczym kraju), np. wypożyczalnie starej porcelany*.


Książkę zamówiłam już w przedsprzedaży, bowiem nie mogłam się przecież oprzeć połączeniu vintage, herbaty i przepisów, kiedy ją jednak dostałam z zachwytem odkryłam, że przerosła moje oczekiwania.
Przepis  na truflowe serca z Earl Grey. I sowa!!!
Przepisy, zarówno na słone, jak i słodkie dania są po prostu zniewalające, ale co je wynosi na najwyższy poziom wyrafinowania to sposób podania.
Tradycyjne w UK bunting (chorągiewki) pojawiają się zawsze przy okazji przyjęć (takie z flagą brytyjską widzieliście może przy okazji ślubu księcia Williama) - Angel podaje, jak je zrobić z...kanapek
Ilustracje autorstwa Adele Mildred są urocze i kojarzą mi się z Alicją z Krainy Czarów
Nie wiem sama, które są piękniejsze: ilustracje czy zdjęcia?  
Instrukcje, jak suszyć jadalne kwiaty
The Vintage Tea Party Book omawia po kolei wszystkie etapy przygotowania takiego przyjęcia: od zaproszeń, przez wygląd gospodyni i przepisy, zarówno na potrawy, jak i napoje - stanowią one większość zawartości, po dekoracje stołu i pomieszczenia. Znajdziemy tu wskazówki, jak wybrać sukienkę vintage - bo, pisze Angel, wybór doskonałej sukienki jest sztuką. Są porady dotyczące fryzur retro (przy okazji można się nauczyć angielskich nazw owych koafiur - bo wiele ma nazwy własne) oraz tego, jak należy naklejać sztuczne rzęsy. 
Tu np. instrukcje, jak ułożyć fryzurę zwaną Victory Rolls

Zanim mnie przeklniecie za zachęcanie do wydawania pieniędzy - obecnie brytyjski Amazon oferuje tę książkę za 10 funtów, co jest bardzo niską ceną za książkę tak pieczołowicie opracowaną i wydaną. Łamałam sobie głowę, by przypomnieć sobie, kiedy ostatnio wydanie tak małej kwoty dało mi tak dużo przyjemności - i poddałam się. To także idealny prezent dla Anglofili/ek - Angel, "kapłanka" tego bardzo brytyjskiego "kultu", jakim jest picie herbaty, pisze: "Jestem Brytyjką i jestem z tego dumna" i opisuje historię brytyjskiej flagi, nie ukrywa też swojej fascynacji rodziną królewską (portret królowej Elżbiety II pojawia się w książce kilkukrotnie).
Nie wypróbowałam jeszcze żadnego przepisu, po trosze dlatego, że wszystkie są równie kuszące, i przeżywam "osiołkowy" kryzys niemożności wyboru, ale na pierwszy ogień pójdą chyba kawowe "czarne laseczki" - ciasteczka o kształcie laski, zainspirowane ikonicznym wizerunkiem Londyńczyka Charlie Chaplina. Ale pewnie zanim je upieke i będę mogła podać przepis, i tak już będziecie miały swoje egzemplarze.


Przy okazji wszystkim vintage - filkom i Londynofilkom polecam przewodnik po wszystkim, co w Londynie vintage: The Vintage Guide to London.


* Sama Angel założyła Vintage Pattiserie dzięki zastrzykowi gotówki w wysokości 100 tysięcy funtów, który zdobyła w popularnym tutaj telewizyjnym programie Dragons' Den, gdzie ludzie "z ulicy" prezentują swoje wynalazki i pomysły na biznes potencjalnym inwestorom, doświadczonym przedsiębiorcom - multimilionerom. Niewielu udaje się zdobyć ten początkowy kapitał - tym większy mój podziw dla pięknej i kreatywnej Angel.

17/12/2010

Jeszcze o rybkach. I o włosach

W poście o rybkach, co słusznie mi w komentarzach "wytknęłyście", zabrakło konkluzji - powinnam przecież była napisać o efektach*. Powiem tak: jeśli ktoś ma większe problemy ze stopami, typu popękane pięty czy odciski, znacznie lepiej zrobi, jeśli podda się pedikiurowi tradycyjnemu, albo jeszcze lepiej: pójdzie do specjalisty, jakim jest podiatra. Tu w UK mamy to szczęście, że jest to uznany zawód - podiatria (podiatry lub chiropody) to normalny, 3-letni kierunek uniwersytecki, wykładany na wielu uczelniach (nie jest to specjalizacja w ramach studiów medycznych,  lecz osobny kierunek, zaś podiatra nie jest lekarzem - jest medical professional) - moja szwagierka jest podiatrą. Nikt nie śmiałby tu zawracać głowy takimi rzeczami jak odciski ortopedzie - każda minuta pracy takiego specjalisty za dużo kosztuje, by chodzić do niego z takimi z punktu widzenia lekarza - specjalisty drobnymi dolegliwościami -  spokojnie poradzi sobie z nimi profesjonalista, którego wykształcenie trwało znacznie krócej i który odpowiednio mniej kosztuje**.  Zawód ten istnieje także np. w Norwegii, USA i Kanadzie, ale Polska nie jest jedynym krajem, gdzie nie ma tego kierunku - niedawno o tym, że podiatrów nie ma np. w Japonii pisała też popularna blogerka LibertyLondonGirl. Jest to też zawód przyszłości - w USA np szacuje się, że popyt na usługi podiatryczne rośnie z każdym rokiem.
Wracając do efektów rybnego pedikiuru - stopy są nieco gładsze, ale tak naprawdę największa korzyść to relaks - jeśli lubicie refleksologię, to efekt jest podobny. Czyli - bez spektakularnych zmian, ale czujesz się odprężona, no i w przypadku rybek - rozbawiona (a śmiech to zdrowie). Jedna osoba pytała też o koszt - obecnie w UK popularne są tzw. agregatory zniżek - czyli strony internetowe, które umożliwiają wykupienie kuponu na np. zabieg kosmetyczny z bardzo dużym upustem, o ile ofertę tę wykupi odpowiednio dużo osób. Te strony to np. Groupon czy Wahanda, i taki pedikiur kosztuje 10 - 15 funtów - normalna cena zaś to ok. 40 funtów - jak więc widzicie, upust jest duży. Rybki niestety nie nauczyły się jeszcze malowania paznokci, trzeba więc dopłacić za pomalowanie.
Mam nadzieję, że odpowiedziałam na Wasze pytania.
A teraz ja mam pytanie: myślę nad nową fryzurą (bliskość Nowego Roku tak nastraja) i, jako faszonistka nie mogłam nie zauważyć, że wśród celebrytek zapanowała moda na "bob'a" i grzywki. Powiedzcie, co myślicie o tej fryzurze:
Nicole Richie
I skoro mowa o włosach, chciałam Wam polecić dwie rzeczy, które, mówiąc górnolotnie, mogą zmienić Wasze życie. Pierwsza to suszarko - lokówka Babyliss Big Hair Styler. Dostałam ją w prezencie na rocznicę ślubu i jako osoba o długich, odpornych na układanie włosach jestem zachwycona - i nie tylko ja, sądząc po ekstatycznych wręcz recenzjach na Amazonie.

Drugim odkryciem są kosmetyki do włosów Morrocan Oil, na bazie oleju arganowego. Tutejsza prasa kobieca i blogi urodowe dostały lekkiego bzika na punkcie tego olejku  - gdzie nie spojrzę, ktoś się nim zachwyca. I rzeczywiście działa, bo świetnie odżywia włosy. Wadą jest wysoka cena, ale z drugiej strony jest to kosmetyk bardzo wydajny.


* Na studiach dziennikarskich czułam się jak, nomen-omen, rybka w wodzie w takich gatunkach jak esej, felieton oraz tekstach poradniczo - lajfstajlowych (czym się teraz zajmuję) - co, jak sądzę, widać w moich postach. Reportaż natomiast mniej mi pasował,  a to dlatego, że lubię dygresje.
** Opieka medyczna w UK jest znacznie bardziej cost - effective niż w Polsce, właśnie dlatego, że szanuje się pieniądze podatników i kosztowni, bo dobrze zarabiający lekarze - specjaliści nie zajmują się duperelami, którymi mogą się zająć lekarze pierwszego kontaktu i pielęgniarki. Jeśli lekarze w Pl chcą dobrze zarabiać, powinni wpłynąć na Ministerstwo Zdrowia w Pl, by czerpało przykład z tutejszego - ale o tym innym razem.

01/09/2010

Muminki lubią dobrze zjeść

W "poprzednim" życiu (nie w sensie reinkarnacji), kiedy to robiłam błyskotliwą karierę w międzynarodowej korporacji i rozbijałam się samolotami po Europie, bywałam co jakiś czas w Finlandii. Helsinki, "metropolię" o urbanistycznym rozmachu  porównywalnym z tym, który można "podziwiać" w mniejszych polskich miastach wojewódzkich, odwiedziłam kilka razy, dzięki czemu poznałam kuchnię fińską, która od razu przypadła mi do gustu. Znałam już i lubiłam kuchnię duńską, ale kuchnia fińska okazała się znacznie bardziej wschodnia, niż kuchnie krajów skandynawskich (Finlandia zaliczana jest do Skandynawii ze względu na geograficzne położenie, ale etnicznie i językowo to nie jest część Skandynawii). Na fińskie tradycje kulinarne duży wpływ miało sąsiedztwo z Rosją - to jedyny kraj, poza Polską i Rosją, gdzie widziałam herbatę podawaną na staroświecki sposób - w szklankach z metalowymi koszyczkami, czasem nawet parzoną w samowarze. W menu tradycyjnej fińskiej restauracji znalazłam np. przybyłe z Rosji paschę czy kisiel. Finowie lubią też, jak my, rozmaite marynaty: ogórki, grzyby itd, co na pewno ma związek z surowym klimatem. Jedzą też dużo ryb, np. śledzi, które są z kolei pomiataną rybą w UK (choć jeszcze 30 - 40 lat temu były bardzo popularne), mięso reniferów, zaś w deserach i wypiekach często wykorzystują jabłka oraz różnego rodzaju dzikie owoce jagodowe, w tym takie, które nie rosną w Polsce, np. polarne jagody - stwierdzenie, że Finowie mają najlepsze na świecie owoce leśne nie jest ze strony Finów arogancją, lecz uzasadnioną dumą.

Finlandia nie słynie jednak z kuchni, a głównie z dizajnu, kierowców wyścigowych, komórek, i Muminków. Choć Tove Jansson była Szwedką - czy też, jak o sobie mówią przedstawiciele sporej mniejszości szwedzkiej w Finlandii - "szwedzką Finką", i książki pisała po szwedzku (wszystko w Finlandii ma napisy po fińsku i szwedzku, dzięki czemu dużo rozumiałam - bo choć fiński jest do niczego niepodobny, no może trochę do węgierskiego i estońskiego, to za to szwedzki jest b. podobny do duńskiego, którym władam), to jednak Muminki są bezsprzecznie fińskie. Zobaczywszy zatem w Amazonie pierwsze brytyjskie wydanie Moomins Cookbook (Książki kucharskiej Muminków), wydanej z okazji 65 - lecia Muminków, nie mogłam się oprzeć - Muminki i kuchnia fińska! Książka ma nawet podtytuł: An Introduction to Finnish Cuisine (Wprowadzenie do kuchni fińskiej), zaś na pierwszej stronie jest cytat z jednej z książek: Everything fun is good for the stomach. Cytatów okołokulinarnych jest więcej - "Ludzie, którzy jedzą naleśniki, nie mogą być zupełnie źli. Łatwo się z nimi dogadać" (i trudno się z tym nie zgodzić).  Książka jest pięknie wydana - w twardej okładce i, co dla fanów Muminków najważniejsze, bogato ilustrowana. Tu moje zdjęcie ze środka:

Jest to w założeniu książka skierowana do dzieci, zatem większość ze 150 przepisów jest prosta i odpowiednia dla dziecięcych podniebień - zapiekanka rybna, owsianka, kisiel, placek z jabłkami itp. Nie miałam jeszcze okazji żadnego wypróbować, ale na pewno zrobię tę zapiekankę rybną z tuńczyka oraz cynamonowe ciasteczka. I choć, jak wspomniałam, to książka przeznaczona dla dzieci, które już próbują gotować, nie mogło zabraknąć instrukcji  prawidłowego parzenia kawy - Finowie bowiem piją ją hektolitrami i jest to ich niealkoholowy napój narodowy (alkohol narodowy to oczywiście wódka, choć ja osobiście polecam likiery i nalewki z owoców leśnych).
Muminki są dość dobrze znane w UK, a w związku z rocznicą w sklepach tutejszych pojawiło się mnóstwo Muminkowych gadżetów, np. takie foremki - ale o tym osobno.



19/07/2010

Ze stosu na nocnym stoliku

Pociągnę jeszcze książkowo, choć już nie okołokulinarnie.
Nie udało mi się wycyganić od "św. Mikołaja" Kindle - i w sumie dobrze się stało, bo i tak wolałabym iPada - ale konsekwencje są takie, że stos książek na nocnym stoliku, czekających na swoją kolejkę, rośnie w tempie szybszym, niż jestem w stanie je "przerobić". A i tak staram się trzymać wyznaczonej sobie miesięcznej "racji" w postaci 3-4 książek, która zaledwie uszczknie moją liczącą sobie niemal 1 000 tytułów Wish List w Amazonie. Gdyby jednak chodziło o ograniczenie się do Amazonu, łatwiej zapanowałabym nad pokusą. Problem w tym, że w UK jest jeszcze wiele innych miejsc, gdzie można tanio kupić książki, głównie z drugiej ręki - a obrót takimi książkami jest dużo większy, niż w Polsce. Ostatnio kupiłam How to Eat Nigelli za...3 funty. Radzę wszystkim szperać w sklepach fundacji charytatywnych, szczególnie jednej z największych, Oxfam. W ich flagowym sklepie na Marylebone High Street, swoją drogą najlepszej ulicy zakupowej w Londynie, kilka razy znalazłam za grosze nowiutkie egzemplarze recenzenckie książek, których jeszcze nie było w księgarniach! w tym jedną z ołówkowymi adnotacjami recenzenta.

Czy zastanawialiście się, jak wyglądałoby Przeminęło z Wiatrem, napisane przez czarnego niewolnika i wyzwoleńca? Ta książka, którą kiedyś bezkrytycznie pochłonęłam i zaliczam wciąż do najlepszych romansów, jest krytykowana przez czarnych Amerykanów za przedstawianie wyidealizowanego obrazu białych właścicieli i przemilczanie gorszych aspektów nieludzkiego systemu. Kwestie moralne związane z traktowaniem ludzi jak własności, przemocą itd tak naprawdę w ogóle nie pojawiają się w Przeminęło z Wiatrem. Teraz jednak mamy książkę przedstawiającą tę drugą stronę medalu. Co prawda akcja dzieje się w latach późniejszych, na początku lat 60. zeszłego wieku, a więc w czasach, gdy civil rights movement pod przywództwem Martina Luthera Kinga nabiera tempa, gdy prezydentem jest postępowy Kennedy, ale dzieje się w stanie Mississippi, gdzie od wojny secesyjnej niewiele się zmieniło, a segregacja trwa w najlepsze.  The Help (Służące) autorstwa pochodzącej z Południa USA debiutantki Kathryn Stockett to opowieść szokująca, bo większość z nas tu w Europie ma tylko mgliste pojęcie o tym, jak daleko była posunięta segregacja i rasizm na amerykańskim Południu, w końcu nie tak dawno; wzruszająca, zabawna, pełna postaci z krwi i kości, obnażająca zarówno najgorsze, jak i najlepsze strony ludzkiej natury. Książka jest bestsellerem zarówno w USA, jak i w UK (i, co mnie podnosi na duchu już zawczasu, mimo tego, że odrzuciło ją ponad 40 wydawnictw!), i podobno zbiera doskonałe recenzje także w Polsce. To musiało być duże wyzwanie dla tłumaczki, bo spora część książki napisana jest dialektem czarnych mieszkańców Południa (tu można się przekonać, jak autorce udało się uchwycić ten specyficzny styl mówienia). Cieszę się, że polski przekład jest udany. Gorąco polecam.

Na południu, w Alabamie, rozgrywa się też akcja jednej z najbardziej kochanych przez czytelników powieści wszechczasów, Zabić Drozda. Książkę tę czytałam kiedyś po polsku, a rok temu wróciłam do niej w oryginale - i zachwyciłam się od nowa. Wspominam o niej dlatego, że ma wszak podobną tematykę - rasizm, uprzedzenia, prawa człowieka, równość wobec prawa, przemoc, ale i sprawiedliwość, miłość ojcowska, triumf dobra nad złem; dlatego, że w The Help jest kilka odniesień do niej, i dlatego, że 11 lipca minęło 50 lat od jej publikacji. Z tego względu wydawnictwo Arrow wydało specjalną, jubileuszową edycję. Jeśli jeszcze nie czytaliście - a powinna to być moim zdaniem lektura obowiązkowa, w wielu szkołach w świecie anglojęzycznym jest - to naprawdę warto. Godny zobaczenia jest też film ze wspaniałą kreacją Gregory Pecka.

24/01/2010

Z cyklu Listy: 5 najbardziej romantycznych książek

Zbliża się V Day i w związku z tym wszystkie sklepy są już w pełnym Walentynkowym swingu. Kalendarz sklepów w UK kręci się wokół "specjalnych okazji": najpierw Walentynki, potem Dzień Matki, Dzień Ojca, koniec roku szkolnego, wakacje, początek roku szkolnego, Halloween i behemot  Bożego Narodzenia. Prawie nie ma takiego okresu, żeby wystawy i promocje nie były powiązane z jakimś świętem lub okazją. Wynika to oczywiście z zimnej handlowej kalkulacji, ale i z obsesji kartkowej - sklepy kapitalizują na fakcie, że ludzie wręczają kartki zazwyczaj razem z drobnym chociaż upominkiem. Dlatego kartki można tu kupić nawet w sklepie ogrodniczym: a nuż ktoś kupi i wygodnie mu będzie od razu  kupić kwiatka w doniczce w prezencie. W UK nadal daje się kartki z KAŻDEJ okazji  i są tu całe sieci sklepów niemal wyłącznie z kartkami - nie tylko urodzinowymi  i na Boże Narodzenie, ale też z gratulacjami z okazji narodzin dziecka, kupna domu, życzące chorym powrotu do zdrowia, gratulujące nowej pracy, zaręczyn, ślubne (cywilno-partnerskie), przepraszające, dziękujące (za przysługę, prezent, przyjęcie), dla nauczycieli, na każdą okrągłą rocznicę ślubu itede, itepe. Są kartki tanie i drogie, ręcznie robione, humorystyczne, kiczowate i bardziej wyrafinowane - zwykle reprodukcje malarskie. Te kartki zwyczajowo eksponuje się na kominku.
Wkrótce zatem Walentynki i sklep z używanymi książkami Greenmetropolis urządza głosowanie na najbardziej romantyczną książkę wszechczasów. Bardzo lubię Greenmetropolis - coraz częściej kupuję, a nawet ostatnio sprzedałam tam książkę. Część dochodu z każdej książki przeznaczana jest na sadzenie lasów. Ponadto każda książka w miękkiej okładce ma tę samą cenę: 3,75 funta, wliczając koszty przesyłki. Udało mi się tam już parę razy upolować książki, które nawet w Amazonie, gdzie też można kupić książki używane, i co najmniej połowa tego, co tam kupuję, jest właśnie z drugiej ręki, byłyby droższe. Jest to o tyle łatwe, że dostaję powiadomienie, kiedy poszukiwana przeze mnie książka jest dostępna.
Wracając do naszych baranów: oto moja subiektywna lista 5 najbardziej romantycznych książek:

1. Wichrowe Wzgórza  Emily Bronte. Wolę Wichrowe Wzgórza od Jane Eyre Charlotte Bronte, choć słynne zdanie: Reader, I married him to chyba najbardziej zwięzłe ujęcie szczęśliwego zakończenia w historii literatury. Kiedy w 2007 telewizja UKTV przeprowadziła własną ankietę na najbardziej romantyczną książkę, Wuthering Heights zajęło pierwsze miejsce, a Jane Eyre - czwarte. Mam nadzieję, że w końcu uda mi się odwiedzić plebanię w Haworth.

2. Duma i Uprzedzenie Jane Austen - jakże mogłabym pominąć prześwietną "krajankę"?

3. Przeminęło z Wiatrem Margaret Mitchell  - przeczytałam po raz pierwszy całość, jednym cięgiem, mając chyba 14 czy 15 lat i wciąż pamiętam to olśnienie: taka miłość jest możliwa? Film trafiłby zaś na listę 5 najbardziej romantycznych filmów.

4. Wielki Gatsby Scott F. Fitzgerald - tym bardziej zachwyca, im więcej się wie na temat związku autora i jego żony Zeldy - a mnie ta para fascynuje.

5. Miłość w czasach zarazy Gabriel Garcia Marquez - jak w tytule - miłość i śmierć z dużą dozą magicznego realizmu, to destylat romantyzmu.

Na zdjęciu okładka do jednego z wielu wydań Wichrowych Wzgórz, zaprojektowana przez b. znaną w UK projektantkę tkanin, Celię Birtwell.

10/01/2010

O emigracji prawdziwie

Tato, musisz mi pomóc. Musisz wytłumaczyć mamie moją sytuację z pracą. Ona myśli, że w Anglii łatwo o pracę - że mnie jest łatwo, bo byłam w czołówce na moim roku. Ale wcale tak nie jest. Moje wykształcenie się nie liczy. Nikt tam nawet nie słyszał o SGH. Nie potrafią nawet wymówić pełnej nazwy. Dla nich jestem po prostu kolejną Polką, która przyjechała by być au pair lub czyścić toalety. To wszystko, do czego się wg nich nadaję.



To fragment z książki pt. Poles Apart (tytuł to gra słów - Poles to Polacy, ale poles apart  to obiegowy zwrot, oznacza "biegunowo różne"), napisanej przez Angielkę, Polly Courtney. Autorka zadedykowała książkę "prawdziwej Marcie", której historia zainspirowała ją do napisania powieści o młodej Polce, szukającej szczęścia w Londynie. Ta znajomość z Martą musiała być zażyła, gdyż Angielce, która nie ma za sobą doświadczenia emigracji, udało się wręcz nadzwyczajnie wcielić w skórę młodej polskiej imigrantki i nakreślić wiarygodny obraz jej doświadczeń, uczuć i przemyśleń. Osiągnięciem jest choćby to, że większość polskich słów nie zawiera błędów, za to zawiera polskie czcionki typu ę - prawdziwy wyczyn, gdyż przekręcanie nazwisk i słów słowiańskich to norma.
Marta,  mieszkanka Łomianek i wyróżniająca się absolwentka marketingu na SGH, przyjeżdża do Londynu w połowie ostatniej dekady, z przysłowiowymi stoma funtami w kieszeni. Jej sytuacja i tak jest nieporównanie lepsza od innych imigrantów ze świeżo przyjętych do Unii krajów Europy Wschodniej (wiem, że do dziś niektórzy się obruszają w Pl, że Pl zaliczana jest do Europy Wschodniej, a nie Centralnej, moja rada: get over it): dzięki znajomościom ma zapewniony dach nad głową, i to nie bylejaki. Marta trafia do jednej z najdroższych i najelegantszych dzielnic Londynu - South Kensington. Autorka umiejętnie pokazuje kontrast między skromnym pochodzeniem bohaterki a środowiskiem bogatej i uprzywilejowanej angielskiej upper middle class. Marta na początku obrusza się, gdy Anglicy pytają ją, czy będzie operką - ona, z dyplomem SGH, nie zamierza się zniżać do takich zajęć. Szybko jednak dostaje lekcję pokory - jak tysiące Polaków przed nią, Marta zaczyna zdawać sobie sprawę, że polskie wykształcenie jest nic lub niewiele warte, że nikt nawet nie słyszał o SGH, a tym bardziej nie wie, że w Pl to uczelnia prestiżowa. Nikt też nie ceni doświadczenia uzyskanego w Pl, zwłaszcza w firmach, które nie są międzynarodowymi korporacjami - a nawet jeśli są, to fakt, że to filie w Pl, jest postrzegane na niekorzyść. Byłam zaskoczona, że Angielka tak trafnie opisała sytuację, którą i ja, i wielu moich znajomych w UK przerobiło nie raz. O ile nie ma się wykształcenia, które dość łatwo przekłada się na tutejsze realia (stomatologia, medycyna, inżynieria itp. - słowem, porządny zawód) to szanse na pracę na poziomie dostępnym dla absolwentów tutejszej uczelni są znikome. Taka jest prawda, wbrew mitom szerzonym na niektórych forach emigracyjnych. (Przy okazji mam nadzieję, że emigracja i normy unijne przyczynią się do tego, że polski system szkolnictwa wyższego będzie zreformowany. Kto ma pieniądze na to, by studiować np. filologię 5 lat, przy czym ostatni rok "studenci" de facto pracują, bo to rok poświęcony na "pisanie pracy", i już prawie nie chodzi się na wykłady czy zajęcia? Angielski system jest o wiele bardziej efektywny - 3 lata intensywnych studiów dziennych, które obejmują co najmniej ten sam zakres, co polskie studia pięcioletnie. I Bachelor's degree, to jak najbardziej dyplom ukończenia wyższych studiów. Niektórzy moi polscy znajomi się oburzyli, gdy tutejsze ministerstwo oświaty oficjalnie uznało polski tytuł magistra za równoznaczny z tutejszym Bachelor's, ale nie mieli racji. Ogromna większość Brytyjczyków poprzestaje na Bachelor's, studia magisterskie to tutaj studia podyplomowe, często wykraczające poza zakres polskiej magisterki. Nikt, poza studentami takich kierunków jak weterynaria czy medycyna, nie ma czasu ani pieniędzy, ani, co ważniejsze, potrzeby, by studiować dłużej niż 3 lata. Jeśli chce kontynuować edukację, może wybierać między doktoratem a magisterką - żeby zrobić doktorat, nie trzeba wcześniej robić magistra. Decyduje się na to niewielu, głównie osoby z bogatych rodzin, lub te, które chcą robić karierę naukową.)

Marta odkłada ambicję na półkę i zaczyna rozdawać ulotki. Jedyną dobrą stroną tego upokarzającego zajęcia okazuje się to, że w pracy Marta poznaje przystojnego i inteligentnego Polaka, Dominika, i zakochuje się. On także nie może znaleźć lepszej pracy, a gdy w końcu wydaje się, że ją znalazł, okazuje się, że nieuczciwa firma przyjęła go tylko po to, by z niego zrobić kozła ofiarnego. Zniechęcony, Dominik postanawia wrócić do Krakowa. Przedtem jednak traci też zaufanie Marty...
Po różnych perypetiach Marcie udaje się wreszcie, z pomocą angielskiej przyjaciółki, dostać pracę w agencji marketingowej, ale i tu zazdrosne tubylki zastawiają na nią pułapki. Office politics, i wbijanie noża w plecy nie jest angielską specyfiką, ale bycie imigrantem a więc słabsza pozycja na starcie, sprawia, że biurowi intryganci mają ułatwione zadanie. Nie zdradzę tu, czy Marcie udało się wyjść z opresji obronną ręką, i czy ona i Dominik będą razem, bo zepsułabym przyjemność osobom, które zdecydują się na lekturę (mogę pożyczyć mój egzemplarz).
Mimo że autorce nie udało się do końca ustrzec przed stereotypami, i to zarówno w stosunku do Polaków (prowincjonalny ubiór, łamana angielszczyzna), jak i do Brytyjczyków (wszyscy bogaci Anglicy z wyższej klasy średniej to aroganci i hipokryci), polecam tę książkę, szczególnie Polakom z UK, ale i innym mieszkającym za granicą, choć powinna zaciekawić też osoby z Polski.
Na stronie autorki dostępnych jest 5 rozdziałów za darmo. Książkę w oryginale można też kupić w Amazonie.  Polskie tłumaczenie nosi tytuł Oddaleni, ale nie mogę znaleźć informacji, czy już jest w Polsce. Na pewno jest dostępne w księgarni internetowej dla Polaków w UK, Piąta Strona Świata.

02/01/2010

Le Freak, c'est chic

Nigdy nie sądziłam, że to mnie spotka. Ale, wraz z impulsem rozkładania szydełkowych serwetek po domu, i zainteresowaniem programami TV o antykach, niewątpliwym objawem starzenia się jest  rosnący entuzjazm dla higienicznego trybu życia, a co za tym idzie, codziennej dawki ćwiczeń. I tak oto, po raz pierwszy w moim, do tej pory stanowczo kanapocentrycznym, życiu (nie wierzycie? a ile znacie osób, które nienawidzą jeździć na nartach?), stałam się exercise freak - maniaczką ćwiczeń. Winię szatańską korporację Nintendo i ich demoniczne Wii Fit - ćwiczenia z konsolą. Nic nie podejrzewając, półtora roku temu zaczęłam używać i dziś jestem już w szponach nałogu. Nintendo przebiegle głaszcze moje ego, po każdej pozie jogi kadząc mi i wydając werdykt: Yoga Master. Co prawda, sporty typu slalom narciarski bezlitośnie sprowadzają mnie na ziemię (werdykt: Couch Potato) - nie muszę chyba mówić, że to jogę uprawiam nałogowo.


Na święta dostałam dwa kolejne zestawy ćwiczeń:  Wii Your Shape, oraz nowe, jeszcze bardziej demoniczne i uzależniające Wii Fit - Wii Fit Plus. Zastanawiałam się też nad Yoga for Wii, do którego sprzedaży diabelskie Nintendo zakontraktowało anielską twarz i ciało naszej własnej Anji Rubik - zniechęciły mnie jednak recenzje na Amazonie.
Styczeń to w UK tradycyjnie miesiąc diet i nagłych zrywów aktywności fizycznej - już w lutym wszystko wraca do normy (czyt. obżarstwa i oglądania TV na kanapie), ale ja straciłam nadzieję na wyzwolenie się z sideł nałogu.

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails