Showing posts with label Selfridges. Show all posts
Showing posts with label Selfridges. Show all posts

28/12/2011

What is the name of the most famous elf? Elf-is

W tytule typowy niskich lotów żarcik wyciągnięty z Christmas Cracker'a - w Polsce dzielimy się opłatkiem, tu - dwie osoby ciągną za swój koniec crackera, który zawiera żarcik, papierową koronę i prezencik, zwykle śmieciowy, choć domy towarowe, takie jak Selfridges, sprzedają wersje luksusowe, np. Lancome - w środku takiego crackera są miniaturki perfum i kosmetyków tej marki. Ten sam dom towarowy sprzedaje też bestsellerowy Lancome Advent Calendar (bo kto powiedział, że kalendarze adwentowe są tylko dla dzieci?) - za każdym okienkiem kryje się miniaturka, i to nie tylko produktów tej marki, ale także kilku innych, np. Shu Uemura i Giorgio Armani (obie marki, szczególnie Armani, należą do moich ulubionych).

Nicholas w koronie z Christmas Cracker, jedzący ziemniaka pieczonego w gęsim tłuszczu (jak zawsze niemal wszystkie potrawy M przygotował korzystając z przepisów Nigelli).  W tle nasze Christmas Card "tree"
Brukselka z kasztanami i chorizo (powinna być pancetta, ale zapomnieliśmy kupić, a chorizo znakomicie ją zastąpiło). Obok Christmas Cracker
Brukselkową "łodygę"(?) daliśmy Edisonowi do zabawy
Wybaczcie, że nie zdążyłam tu z życzeniami. Mam nadzieję, że święta upłynęły Wam radośnie i w zdrowiu i dziękuję  serdecznie za wszystkie prezenty, kartki i życzenia. Nasze święta takie były, a spędziliśmy je w dużej mierze z przyjaciółmi. W tym roku Boże Narodzenie było typowe dla Południa Anglii, a więc niebiałe.
Mój Christmas Pudding na etapie przygotowania
Spośród ton pysznego jedzenia, jakie pochłonęliśmy (świąteczna żarłoczność poprzedzona była wyrzeczeniami diety, o którym to ataku niepoczytalności kiedy indziej) wyróżniam kupne, ale Hestonowe ciasto - Spiced Popping Candy Cake. Na bazie z orzeszków laskowych i shortbread (maślanych ciastek, typowych dla Szkocji) umieszczono czekoladowo - pomarańczową masę ganache. Tym, co je wyróżnia i zapewnia tzw. wow factor, jest posypka z popping candy, czyli "strzelających" słodyczy, i płatków złota (tu jest przepis, jeśli chcecie odtworzyć pomysł Hestona). I tak oto drogie i dekadenckie ciasto szefa - celebryty przywołało wspomnienie zgrzebno - przaśnych czasów dzieciństwa za komuny, kiedy takie efekty zapewnialiśmy sobie liżąc oranżadki w proszku...
A już w styczniu nowa seria Hestona w TV, w której będzie nas uczyć jak gotować jak on w zwykłej kuchni - can't wait!
W Waitrose można kupić także popping candy:
W tym roku zarówno nasze drzewko, jak i papier prezentowy, były częściowo w stylu skandynawskim - czyli dużo czerwonych reniferów i serc - plecione ozdoby w kształcie serca,  tzw. Julehjearten, to duńska tradycja Bożonarodzeniowa
Udekorowany świątecznie dom w Danii - jakże chciałabym, by 2012 zbliżył mnie do realizacji marzenia o takim domu...
Oprócz rozkoszy podniebienia i spotkań z przyjaciółmi, jak zawsze największą dla nas przyjemnością świąt są Christmas Specials, czyli specjalne programy telewizyjne, m.in. animacja The Gruffalo's Child i Downton Abbey Christmas Special (polecam recenzję na polskim blogu Rusty Angel, choć diametralnie nie zgadzam się z autorką nt. Richarda) - przy okazji: nie byłam jednak w Highclere Castle na kiermaszu, i jestem zbyt zła, by wyjaśniać, dlaczego - ale będę tam w kwietniu, obiecuję.
Przyszły rok to 200 rocznica urodzin Dickensa - który notabene ukształtował tradycje świąteczne w Anglii w tak wielkim stopniu, że mówi się o nim, iż "wynalazł" Boże Narodzenie (invented Christmas) i będzie się w związku z tym wiele działo (już ukazały się dwie nowe, znakomite biografie) - wczoraj pokazano pierwszy odcinek Great Expectations, z aktorem o urodzie Adonisa w roli głównej - doskonała adaptacja, bardzo polecam, i nie tylko dla Douglasa Booth'a *mrugam*. Więcej  w moim podsumowaniu 2011 roku w TV, które, podobnie jak filmowe, mam nadzieję jeszcze tu napisać przed 1 stycznia, a na razie uraczam Was zdjęciem Douglasa:

03/12/2011

I am dreaming of..Heston's mince pies

Nasz szkolny Christmas Fair bardzo się udał, dziękuję Wam za życzenia i pytania. Szkoła Nicholasa jest niewielka, a rodzice bardzo zaangażowani, te mamy, które działają w School Association czyli czymś w rodzaju Komitetu Rodzicielskiego, organizują sporo specjalnych imprez, z których dochód zasila kasę szkoły, dzięki czemu różne przyjemności, takie jak wycieczki czy świąteczne przedstawienie (panto), które przyjechało do szkoły, kosztują nas niewiele. Jedna mama - marketingowiec robi profesjonalny newsletter, poza tym komunikacja ze szkołą odbywa się także na bieżąco w systemie emailowym*. Sprzedaliśmy masę losów na loterię (to do tego się zgłosiłam), bo też i fanty, ufundowane przez lokalne biznesy, były naprawdę godne pożądania: warte ponad setkę funtów kosze wypełnione wiktuałami, kupon do dobrego salonu fryzjerskiego, zestaw nowości książkowych itd. Nam się też poszczęściło, bo wygraliśmy kilka butelek dobrego alkoholu. Oprócz kiermaszu, fundusz szkoły zasiliły też pieniądze z kartek świątecznych - tak jak w zeszłym roku rysunki dzieci przetworzono w profesjonalnej drukarni - niektóre z Was czytających mogą się spodziewać takiej kartki *mrugam*.  W tym roku dzieci narysowały  też swoje autoportrety, które następnie zostały przeniesione, wszystkie razem, na lniane ścierki i torby zakupowe - jeszcze nie zrobiłam zdjęcia, ale obiecuję pokazać, jak wspaniale i (zabawnie) wyszły, i jaki to doskonały prezent dla rodziny.
Wczoraj odbyła się kolejna impreza, z której dochód wesprze szkołę - kurs gotowania. Tata jednej z uczennic to wysokiej klasy szef kuchni, który ma 4 restauracje i gastropuby, i jest zdobywcą gwiazdki Michelin**, brał też udział w telewizyjnym programie kulinarnym pt. The Great British Menu. Udostępnił on swój czas i umiejętności za darmo, dzięki czemu opłaty za kurs pójdą na konto SA. Wyspiarze to jeden z najbardziej hojnych i kreatywnych narodów świata, jeśli chodzi o dobroczynność - bardzo to inspirujące i na pewno jeszcze napiszę o tym, jak to się tu robi.
Na kiermaszu było też stoisko z grzanym winem i mince pies. Moje pierwsze mince pie w tym roku było jednak od Hestona - z sosnowym cukrem pudrem. Pyszne!




Marzę o kolejnym opakowaniu, a także o innych wytwornych smakołykach:
...domku z piernika (z Selfridges)...
...jadalnych bombkach z czekolady (marki Gü)...


...marcepanowych owocach (Fortnum & Mason)...

...kolejnych jadalnych bombkach (Laduree)...

...a jak o francuskich świątecznych słodkościach mowa, to także chciałabym Bûche de Noël (Yule Log - Polano Bożonarodzeniowe) Laduree
...lub takie, bardziej bajkowe (Maison Blanc)...
...marzę też o specjalnie na Boże Narodzenie robionych, gruszkowo -kasztanowych, z drobinkami jadalnego złota, makaronikach od Laduree...
...i niejadalnym, ale za to słodkim, pierniczku - zawieszce od Tiffany'ego

 *Kiedy pomyślę, jak niewiele się działo pod tym względem w mojej podstawówce, i jak słaby był kontakt nauczycieli z rodzicami, to mi smutno - no ale ja chodziłam do bylejakiej szkoły na głuchej prowincji, gdzie wiele dzieci pochodziło z wyjątkowo biednych, nawet jak na owe ponure czasy, domów. Wielu rodziców w szkole Nicholasa to bardzo zamożni przedstawiciele klasy średniej, pracujący często na wysokich stanowiskach, czyli typowi mieszkańcy Winchesteru, jednego z najdroższych i najbardziej snobistycznych miejsc na Wyspach. By nie odstawać strojem, mój "mundurek" na odprowadzanie i odbieranie synka to kalosze Hunter, kurtka Barbour lub macintosh marki Boden (Boden - wearing classes to już odnotowany przez słownik oksfordzki synonim middle class).
** Errata po publikacji: dziś dowiedziałam się, że ma  razem 3 gwiazdki.

23/10/2011

Encyklopedia Kuchni Brytyjskiej - C, część IV - chocolate

Kolejne tygodnie poświęcone poszczególnym produktom/potrawom układają mi się jak na zamówienie: bo zeszły tydzień w UK był zarówno Tygodniem Czekolady, jak i Tygodniem Curry (zważywszy, że to już, obok fish & chips, narodowa potrawa nr 1, dziwię się, że dla curry nie zarezerwowano osobnego tygodnia). Jak już kilka razy pisałam, brytyjski rynek czekolady przeżył, podobnie jak rynek serów, prawdziwą rewolucję w ostatniej dekadzie. Wzdychający dawniej do czekolad belgijskich, francuskich czy szwajcarskich, Brytyjczycy dziś wiodą prym, jeśli chodzi o sektor czekolady premium, zwanej też artisan chocolate - najdroższej i produkowanej w ograniczonych ilościach z najlepszej jakości składników. Najstarszy londyński dom towarowy Fortnum & Mason to jedyny chyba na świecie sklep, który zatrudnia chocolate buyer - osobę, która na pełny etat zajmuje się wyszukiwaniem i próbowaniem czekolad producentów z całego świata. Obok cupcakes, makaroników i whoopie pies, czekolada od wytwornych chocolatiers - Paula A. Younga, Williama Curley, czy drogich sieci - Rococo, Hotel Chocolat, Artisan du Chocolat,  pojedynczych butików typu Melt (przy czym, jak zawsze w UK, prawie wszystkie sprzedają swoje towary online) to jeden z największych trendów w żywności ostatnich lat. Niemal wszyscy mają też oczywiście swoje książki kucharskie.

Właśnie ukazała się (niesamowita) książka Williama Curley, do której wstęp napisał  sam Pierre Koffman

A niedługo ukaże się książka Melt
Ostatnio najmodniejsze były salted caramels, czyli słone karmelki w czekoladzie, zaobserwowałam też trend na czekoladowe dim sum - można takiego spróbować w hotelu The Grand Imperial - oraz chocolate pairing: kursy dobierania różnych gatunków czekolady do różnych gatunków sera, lub czekolady do win.

Deska serów... i czekolad. Zdjęcie z mojego ulubionego źródła wiedzy o tym, co w czekoladze piszczy - Chocablog
Stoisko Paula A. Young'a na zorganizowanej w Londynie z okazji Tygodnia Czekolady  wystawie/targach/pokazach pod nazwą Chocolate Unwrapped (zdjęcie z Chocablog)
Od kilku lat nasila się też marketingowy trend na wiązanie czekolady z kolejnymi świętami - od czekoladowych jajek i kurczaczków wielkanocnych (to szczególnie mocno czekoladowe święto), przez duchy i dynie na Halloween (wczoraj byłam w butiku Hotel Chocolat, w którym roiło się od nich, a także od nietoperzy), po choinki i bałwanki na Boże Narodzenie - do wieszania na choinkę lub jako prezenty, oraz czekoladowe monety do skarpet. No i oczywiście malutkie czekoladki w okienkach adwentowego kalendarza.
Ta czekoladowa czaszka o nazwie HEADONISM firmy Hotel Chocolat jest dostepna tylko w wybranych sklepach tej sieci. Jest ozdobiona płatkami złota, co czyni z niej produkt ultraluksusowy. Nie mnie jednej przypomina zapewne słynne dzieło Damiena Hirsta
Oprócz rodzimych firm i chocolatiers, w UK obecne są niemal wszystkie najlepsze marki zagraniczne: Vahlrona, Amedei, Domori, Michel Cluizel i inne. W ostatnich latach powstały sklepy internetowe dedykowane wyłącznie czekoladzie z górnej półki - ja korzystałam z Chocolate Trading Co., ale są i inne, no i nawet najbardziej wybrednego konesera powinny zadowolić stoiska z czekoladą w Fortnum & Mason czy Selfridges. Tutejsi szefowie kuchni - celebryci do gotowania i pieczenia zwykle używają czekolad Vahlrony lub tutejszej marki (będącej własnością firmy Cadbury), tańszej, ale bardzo jakościowo przyzwoitej, a przy tym organicznej i częściowo Fairtrade: Green & Blacks - tej właśnie czekolady 70% używam do brownies etc, choć czasem szarpnę się też na czekoladę Willie'go Harcourt - Cooze (przy okazji: jego czekolada nie jest towarem trudno dostępnym, jak czytałam na pewnym polskim blogu - z łatwością można ją kupić np. w Waitrose, w ostateczności także w jego sklepie internetowym).

Najnowsza książka kucharska Valhrony. Wstępem opatrzył ją sam Pierre Herme
Rzecz jasna, przytłaczającą większość tutejszego rynku czekolady stanowi tania, zawierająca dużo cukru, a niewielki procent kakao, czekolada takich firm jak Cadbury*. Ponieważ to smak dzieciństwa, Brytyjczycy są bardzo przywiązani do swoich batoników typu Crunchie, i gdy Unia Europejska chciała im narzucić wymóg, zgodnie z którym tylko produkty zawierające X% kakao kwalifikowałyby się do nazwy chocolate, Wyspiarze odpowiedzieli stanowczym "No! Nie będzie Niemiec (ani Belg czy Francuz) pluł nam... na naszą czekoladę!". Ja sama tych zwyczajów nie przejęłam - jestem bardzo wymagająca, jeśli chodzi o jakość czekolady, i większość tej produkowanej masowo jest dla mnie za słodka. Tym większą przyjemność czerpię z czekoladowej rewolucji, jaka się tu dokonała w ostatniej dekadzie.
W następnym odcinku: curry, crumble i cydr.

* Ta firma ma fascynującą historię, o której może kiedyś napiszę.

21/09/2011

Pytania do siebie

Niedawno Maniaczytania, autorka znakomitego bloga o książkach, przyznała mi nagrodę One Lovely Blog Award, co było szalenie miłe - dziękuję! W ramach podziękowań postanowiłam odpowiedzieć na serię pytań, które niedawno krążyły w anglojęzycznej blogosferze. Gdyby Wam kiedyś zabrakło weny, możecie skorzystać z tego kwestionariusza.

1. Jakie wydarzenie wywarło największy wpływ na twoje życie, i dlaczego?

Było kilka takich wydarzeń, ale wiele moich przekonań i wyborów ma swoje źródło w tych 12 miesiącach, które spędziłam w Danii. Wyjechałam tam w wieku 17 lat. Prosto z bardzo rygorystycznej, wybitnie konserwatywnej, nawet jak na konserwatywne polskie realia, szkoły trafiłam do typowo liberalnej szkoły duńskiej - to był prawdziwy szok kulturowy, ale nie w sensie negatywnym, wręcz odwrotnie. Po powrocie tęskniłam bardzo za Danią, gdzie mój światopogląd i wartości podzielała większość znanych mi osób, a nie mniejszość, jak w geograficznie niedalekiej, ale pod względem mentalności bardzo innej Polsce. Z podobnych względów decyzja o wyjeździe do Anglii na stałe przyszła mi z łatwością i nigdy jej nie żałowałam. Kariera polityczna (a także dziennikarska) takiej np pani (trudno mi było uwierzyć, że ona jest "for real", i  że nie jest to nieudolna próba satyry, ale koleżanki zapewniają, że ta pani takie brednie wypisuje na serio i jest podobno w pełni władz umysłowych, choć nie do końca rozwiały moje wątpliwości co do tego ostatniego) skończyłaby się tutaj, zanim by się zaczęła.
Zamek Egeskov, Dania


2. Gdybyś miała cały dzień wolny od obowiązków, tylko dla siebie, to jak byś go spędziła?

Wsiadłabym w pociąg do Londynu, a tam: kawa i cynamonowa bułka w Nordic Bakery, następnie przechadzka po Marylebone High Street i zakupy we flagowej księgarni Oxfam'u, może odwiedziny w  największym w Europie dziale z butami w Selfridges; potem lunch w The Wolseley, następnie wystawa w National Gallery lub V&A, herbatka dla faszonistek (Prêt-à-Portea)w hotelu Berkeley Knightsbridge... Wszystko to pod warunkiem, że oprócz wolnego dnia dostałabym od losu także zastrzyk gotówki - jak marzyć, to marzyć. Jeśli nie: napisałabym parę postów na zapas, poczytałabym książkę, upiekłabym coś słodkiego, zmniejszyłabym i uporządkowała trochę zdjęć, napisałabym kilka zaległych mejli...
Herbatka w Berkeley. Porcelana jest marki Paul Smith
3. Czego, jeśli chodzi o jedzenie lub picie, nie mogłabyś się wyrzec?

Kawy. Kiedy w ciąży piłam jej mało, i słabą, było to duże wyrzeczenie, bo od kiedy uzależniłam się od kawy mieszkając w Danii (to jeden z przykładów, jak duży wpływ miał na mnie ten kraj), nie wyobrażam sobie dnia bez choć jednego espresso. Bez herbaty też bym długo nie pociągnęła.

4. Gdybyś mogła się wybrać w podróż w dowolne miejsce, nie licząc się z kosztami, to dokąd byś pojechała, i dlaczego właśnie tam?

Do Bhutanu. Każdy turysta musi mieć wizę, a liczba wydawanych rocznie jest bardzo ograniczona, nie są też tanie. Tym samym Bhutan to miejsce idealne miejsce dla mnie, turystycznej snobki (nie ma nic gorszego w moim mniemaniu, niż wyjazdy typu all - inclusive do Tunezji czy Egiptu) - rząd tego państwa, jedynego na świecie, który mierzy obok GDP, także GNH (Gross National Happiness - 96% obywateli deklaruje, że są szczęśliwi) wprowadził te ograniczenia ze względów głównie ekologicznych. Telewizja dotarła tu dopiero w 1999 roku, i jest to kraj przesiąknięty buddyzmem (jedyny, gdzie dominuje tantryczna odmiana buddyzmu, Mahayana), gdzie podobno najbardziej nawet zblazowani i bywali w świecie podróżnicy wyzbywają się cynizmu.

Klasztor w Bhutanie
5. W oryginale: Who do you have a crush on? Kto ci się podoba/w kim się platonicznie podkochujesz?

Jak wspominałam ostatnio, kobiety często podkochują się w bohaterach powieści, i ja nie jestem wyjątkiem: zarówno Mr Darcy, jak i Rhett Butler są zawsze "do usług", jak na prawdziwych dżentelmenów przystało. Timothy Olyphant aka Raylan Givens w doskonałym serialu Justified.
Timothy Olyphant
Idris Elba. Michael Chabon. Michael Fassbender. Więcej grzechów nie pamiętam.

6. Gdybyś rządziła swym krajem, co byś zrobiła?

Uff, od czego zacząć?! Na pewno chciałabym zreformować edukację: obecny system jest w dużej mierze odpowiedzialny za głębokie podziały w tutejszym wciąż klasowo podzielonym społeczeństwie, bo zamiast je niwelować, jeszcze je umacnia. Niedawne zamieszki mają źródło m.in. w tym, że w biednych dzielnicach szkoły są często kiepskie. Tym samym osoby już na starcie pokrzywdzone nie mają żadnych szans na wyrwanie się z kręgu ubóstwa, i to nawet wtedy, gdy są zdolne i chcą się uczyć - Anglia ma najbardziej zróżnicowane pod względem poziomu szkoły podstawowe i średnie w Europie, jeśli nie na świecie: od doskonałych, z których uczniowie trafiają potem do najlepszych uczelni świata, po tak złe, że nastolatki je kończące to pół - analfabeci. W Polsce też zainwestowałabym w edukację - ale za to w tę uniwersytecką, bo wystarczy spojrzeć na listę 100 najlepszych uczelni świata, by przekonać się, że potęgą pod tym względem nie jesteśmy.
Mniej poważnie: 10 Downing Street miałoby zawsze zapas tego, co dla sieci Waitrose przygotowuje Heston Blumenthal. Minionego lata objadałam się jego Salted Caramel Popcorn Ice- Cream (lody o smaku popcornu o smaku słonego karmelu).

7. Gdybyś mogła spędzić jeden dzień w czyimś ciele, kogo byś wybrała?

Annę Wintour, szefową amerykańskiego Vogue. Nie żebym była żądna władzy, ale wspaniale byłoby się przekonać, jak to jest być jedną z najbardziej wpływowych kobiet świata, dla której wszyscy tańczą tak, jak ona im zagra *mrugam*. No i poza tym spędziłabym cały dzień na pogawędkach z Karlem i innymi projektantami, może nawet zadzwoniłabym do Michelle O.  i odwiedziła Marca J. w jego studio, na lunch zaś wybrałabym się z Tomem F.
Mogę chociaż ją podejrzeć przy pracy - film dokumentalny The September Issue,  polecam

20/03/2011

Dziś Dzień Makaronika

Makaroniki to przyjemność dekadencka. Nie tylko ze względu na kaloryczność i wyrafinowany wygląd, ale także ze względu na cenę. Na stoisku Pierre Herme w Selfridges za trzy makaroniki zapłacimy 5 funtów, w Laduree niecałe 6 funtów za pięć. Gdy zatem otrzymałam mejlem ofertę z konkurencyjnej londyńskiej cukierni L'Orchidee, by spróbować makaroników po nieco niższej cenie, z darmową przesyłką wprost do domu, w obliczu nadchodzącego święta makaronika poczułam się zobligowana, by z niej skorzystać.
Makaroniki przybyły w metalowej puszce, szczelnie opatulone folią bąbelkową, dzięki której całkiem dobrze zniosły podróż Royal Mail.
Nasza kotka Thelma tylko obwąchuje pudełko, makaroników nie tknęłaby końcem pazura
W ramach oferty mogłam spróbować tylko słodkich makaroników. L'Orchidee oferuje też wykwitne makaroniki słone (rzucam tu podstępnie wyzwanie najambitniejszym polskim blogerkom kulinarnym): o smaku np. foie gras i fig czy z pasztetem z wędzonego łososia. Mam nadzieję uraczyć się nimi podczas wizyty w Londynie, a tymczasem słodkie makaroniki w czterech smakach przekonały mnie, że L'Orchidee może rywalizować ze sławniejszą konkurencją.
Od góry: waniliowy, czekoladowy, pistacjowy i truskawkowy
Konsystencja, jak i rozmiar  i proporcje były właściwe, nadzienie nie było zbyt słodkie, ale wystarczająco sycące, o wyrazistym smaku. Najbardziej smakowały mi makaroniki czekoladowe i pistacjowe - po skosztowaniu makaroników z różnych cukierni utwierdzam się w przekonaniu, że to właśnie pistacjowe makaroniki lubię najbardziej.

Wspaniały przepis mistrza makaroników, Pierre'a Herme, jak i oszałamiające zdjęcia znajdziecie u nieocenionej Lo na jej blogu Pistachio.

22/01/2011

Słowniczek mody - część III. Przewodnik po dżinsach

Kilkakrotnie proszono mnie o udzielenie porad na temat fasonów dżinsów oraz o przybliżenie obfitości angielskich terminów ich dotyczących. Dżinsów mamy obecnie tyle krojów, że można mówić, z przymrużeniem oka, o dżinsologii (denimology). Ta mnogość fasonów oraz marek sprawia, że w UK są już sklepy specjalizujące się w dżinsach, a dom towarowy Selfridges oferuje  (dość kosztowną) usługę pod nazwą Bodymetrics - to w skrócie skan figury w specjalnym urządzeniu i dobór (a nawet uszycie) takich dżinsów, które zakamuflują to, co trzeba zatuszować, jednocześnie eksponując zalety sylwetki. W Kalifornii, szczególnie w Los Angeles, mnóstwo jest firm, które konkurują na zatłoczonym już rynku dżinsów dizajnerskich (które można zdefiniować jako te, które kosztują powyżej 100 funtów za parę - większość kosztuje 150 - 200 funtów, i więcej). Zeszły rok był pierwszym, w którym moda odnotowała nowy fenomen: It-jeans. Mieliśmy It-girls, potem It-bags*, teraz, dzięki dżinsowym bojówkom (combats lub combat trousers) pod nazwą Houlihans słynnej marki J Brand, noszonych zeszłego lata przez wszystkie celebrytki i redaktorki pism o modzie, mamy także dżinsy, które świadczą o statusie i wtajemniczeniu w arkana mody.
W nadchodzącym sezonie najmodniejsze fasony dżinsów to flares, czyli dzwony, w związku z powrotem lat 70., oraz przykrótkie dżinsy - rurki (cropped skinny jeans), które są dłuższe, niż rybaczki (Capri) i kończą się nie w połowie łydki, lecz tuż nad kostką.
Flares (dzwony) marki Made in Heaven
Kolejny hit J Brand - model Agnes, cropped skinny jeans (przykrótkie rurki)
Nie znaczy to, że policja modowa przyjdzie Was zaaresztować, jeśli założycie dżinsy o innym fasonie - nadal można je nosić, tyle, że nie będą one superzgodne z trendami.
Wszystkie powyższe modele są marki Oasis

Od lewej:1. skinny (rurki), 2. boyfriend (boyfriend) czyli dżinsy podwijane, typu bootcut, czyli z lekko rozszerzonymi nogawkami 3. klasyczne dżinsy boyfriend, a więc luźne i z prostymi nogawkami (straight leg), z zakładkami i przetarciami 4. jeggings, zwane jeggingsami - to dżinsowe leggingsy, jeszcze bardziej obcisłe, niż rurki 5. cropped skinny, czyli przykrótkie rurki 6. najbardziej popularny od lat krój, czyli bootcut - klasyczne dżinsy - biodrówki, z lekko rozszerzonymi w łydkach nogawkami, po to, by mieściły się pod nimi kozaki (boots - botki, kozaki, cut - krój, cięcie).
Jeszcze jeden ważny fason to straight leg - a więc dopasowane dżinsy z prostymi, nierozszerzanymi, nogawkami. Świetny przykład tego fasonu, spodnie o nazwie, której trudno się oprzeć: Perfect Shape Jeans, oferuje moja ulubiona japońska firma Uniqlo. Są to biodrówki z kieszeniami na pupie umieszczonymi nieco wyżej, niż w większości dżinsów - prosta, ale efektywna sztuczka, dzięki której nogi wydają się dłuższe (przy okazji, fason boyfriend optycznie skraca nogi).


O czym informuje nas opis dżinsów po angielsku pokażę na przykładzie tego modelu poniżej.




Czarne rurki Acne

Na metce znajdziemy opis: High - waisted stretch jeans, W28 Reg. High - waisted oznacza, że to dżinsy, które mają pas sięgający talii. Ten krój jest mniej popularny od mid- rise, czyli dżinsów z pasem na poziomie pępka, i low- rise, czyli z pasem na biodrach, a więc biodrówek. Następnie wspomniano o stretch - jako że to rurki, fakt, że dżinsy mają dodatek elastanu i dzięki temu są nieco bardziej rozciągliwe, niż klasyczne dżinsy, poprawia wygodę noszenia, spodnie lepiej też leżą. W28 - W to skrót od waist czyli talia, zaś 28 to liczba cali. W28 to zatem dżinsy przeznaczone dla osób, które mają ok. 70 cm w talii. Reg to skrót od regular, a więc oznacza, że spodnie mają nogawki o standardowej długości - często w opisie nogawek znajdziemy po prostu literkę R (Standardowe) lub L od Long (Długie). Jeśli stałyście w kolejce, w której rozdawano smukłość, i macie nogi niczym gazela (długie, nie owłosione), możliwe że zamiast Regular a nawet Long musicie wybrać model Tall, czyli dla wysokich. Wiele zachodnich sieci oferuje dżinsy w trzech wersjach, oprócz Regular i Tall,  także linię dla osób "kieszonkowych" pod nazwą Petite (i nie tylko dżinsy, ale także inne ciuchy).
Mamy też rozmaite wariacje głównych fasonów - możecie zetknąć się np. z określeniem tapered, które oznacza, że nogawki zwężają się u dołu, carrot (marchewka - czyli znowu nogawki szersze u góry i zwężone u dołu, fason dla młodych, wysokich i szczupłych), peg leg - coś jak skrzyżowanie haremek i marchewek, to też fason, w którym niewiele osób czułoby się swobodnie.
Na koniec zaś szminka marki Lipstick Queen o nazwie Jean Queen, której odcień stworzono tak, by podkreślała ten specyficzny błękit tradycyjnych dżinsów (denim blue, o odcieniach (washes) dżinsów można by napisać osobny post). Szminka pasuje ponoć wszystkim typom urody - trochę trudno mi w to uwierzyć, ale sprzedaje się znakomicie, wykreowała ją wszak "królowa szminki", Australijka Poppy King, która swojego bzika na punkcie pomadek przekuła w międzynarodową karierę i dobrze prosperującą firmę, produkującą wyłącznie kosmetyki kolorowe do ust.


* Wbrew temu, co jeszcze czasem można przeczytać na różnych forach, astronomicznie drogie modele torebek marek dizajnerskich, które są symbolami statusu, czyli It-bags, tylko przejściowo, w mrokach najgłębszej recesji, przestały być przedmiotem pożądania. Wkrótce przyszła Alexa marki Mulberry i It-Bags powróciły triumfalnie do łask, a szefowie Mulberry, której zyski wzrosły nie o kilka, lecz o kilkaset procent w ciągu 12 miesięcy, tarzają się w pieniądzach. Najnowszy model Mulberry, Tillie, już jest rozchwytywany.

30/10/2010

15 seconds of fame

This is going to be one of my random English - language posts, as for some reason it is easier for me to write about an  embarassing pursuit of my "15 minutes (more like 15 seconds) of fame" in English - same with swearing.
Jay Rayner is arguably the best - fed man in Britain. He is The Observer's restaurant critic, but writes for a wide range of other magazines as well, and regularly appears on television, reporting on various food - related issues. He is, rather unusually, both an acclaimed novelist and a prize-winning food writer, a combination that I find delightful, which is why I stalked him during his foray into the Hampshire countryside (not really).
Jay was hired by one of the main commercial channels, Channel4, to front a series called Food: What goes into your basket? As the title suggests, the series was created to investigate the food industry. It is, in truth, quite a derivative idea - there had been many similar programmes on British TV already, and no doubt there will be more. If you start flicking channels at any given time, day and night, you are bound to stumble upon at least one cooking or food -related programme, and it doesn't even matter that much how many channels you have. There are some people that claim the profusion of cooking shows is partly to blame for the Brits' porkiness, but I doubt it.*
Food... was, also unusually, filmed largely on a working Hampshire farm. Not just any old farm, though - Laverstoke Park Farm is now a trusted brand that foodies across the UK recognize and seek out in supermarkets and delis, and buy online. I wrote about their delicious buffalo burgers before - but they also produce buffalo ice-creams, which Lucas Hollweg, Sunday Times's chef and food columnist described just last week as the best he'd ever tasted (he was referring specifically to the coffee flavour ice cream, but they do a range of flavours and I have also tried and loved them - there are Laverstoke Park ice cream parlours in Selfridges and Harvey Nichols, but you can also buy them in tubs from Waitrose). Where there are buffalos, there is mozarella, too, and theirs is moreish. The owner, Jody Scheckter (whom we met), believes in raising his livestock ethically and promoting slow- growing heritage breeds (the farm is certified as both organic and biodynamic) - their meat is considerably more expensive, but also noticeably tastier - well, one follows the other and the old adage "you get what you pay for" is certainly true yet again. The ultimate accolade for any food producer is being stocked at that temple to all things organic, fairtrade and carbon- neutral - the American chain Whole Foods - and Laverstoke Park DOES supply Whole Foods stores in London.

I found out about filming in Hampshire on trusty Twitter - all the other people in the audience, it turned out, got their tickets from a specialist website called Applause Store, where you sign up and hope to be picked to be in the audience for various shows, most notably Top Gear. You don't get paid, so people do it for the thrill of being on TV and meeting TV personalities live - as was my motivation (it was not to stalk Jay, I swear). I have now signed up, so I might get some more "seconds of fame" yet.
What was reduced to about 25 mins of screen time was filmed over 5 hours. It is hard work being a member of an audience - first we had to wait 1,5 hrs (I kid you not) for a bus to take us a distance of about 2 miles (if we'd walked, it'd have taken much less time), then we were treated to loads of unhealthy food (the irony of that wasn't lost on us) in the form of Mars bars and the like; fortunately, there were bowls of fresh fruit as well. We were then herded to a barn, that had been adapted as a TV studio, where we stood in a semi-circle for about 5 hrs, staring at Jay and Ravinder, looking interested. As it happens, it really was interesting: the items discussed were: olive oil, nostalgia foods (as in: traditional English foods that people here ate in the Sixties and Seventies) and eating deer. We were given food to taste - after discussing olive oil, Ravinder Bhogal, Jay's co-presenter and a chef, who looked beautiful in a Phillip Lim dress and Miu Miu shoes, made little doughnuts, using olive oil instead of butter to make the pastry. Then they gave us steak and kidney pie, mashed potatoes and peas, TWICE - to show us the difference between the way food was made 30 or 40 years ago, and what it tasted like now. I have to say: food made from the old -fashioned tins (mash was made from instant powder, ughh) tasted horrible and artificial, whereas modern style food, exactly the same dishes, tasted much better. It was, however, much fattier and 3 times more expensive - which goes some way to explain the obesity epidemics. Ready made pies and mash, and convenience foods in general now contain a lot more fat (and therefore calories) than they used to, as fat makes them taste better and consumers demand better-tasting food.
We were also treated to venison and beetroot pie - very filling dish, perfect for winter - but the whole discussion about eating venison meat and the preparation of the pie was not shown on TV at all - instead, they showed an item about supermarket pizza, which had been filmed with a different audience.
In the end, I appeared on the screen twice or maybe thrice, each time for a few seconds. I was crippled with shyness when Jay asked me a question and mumbled incomprehensibly (my mouth was full of food at that point, in my defence). I did, however, manage a couple of photos with him - unfortunately, when you ask a stranger to take a photo, don't be surprised when you end up with one picture, that would have been nice, had it been in focus:

... and one where I DO look like some swivel-eyed stalker - which is, of course, in focus:



* Currently the sixth fattest nation on Earth.

23/10/2010

Shoes, glorious shoes

Jak wspomniałam, wrzesień okazał się miesiącem, w którym wiele sieci "otworzyło" sklepy internetowe, ale także miesiącem dwóch istotnych, z punktu widzenia butoholiczki, wydarzeń.
Dom towarowy Selfridges otworzył galerię butów - Shoe Galleries. To największy taki dział z butami na świecie: przy ponad 3 tys. metrów kwadratowych większy od Turbine Hall w muzeum Tate Modern - jeśli byliście, to wiecie, jak ogromna jest ta hala. Ponad 5 tys. par od ponad 120 marek, z każdego niemal przedziału cenowego - nie jest to, szczęśliwie, przybytek wyłącznie dla bogatych; sieciówkę River Island na przykład poproszono o specjalną kolekcję, i ceny tych butów to przeciętnie 60 - 70 funtów za parę.
Uroczyste otwarcie
Drugim ważnym wydarzeniem była specjalna kolekcja Manolo Blahnika dla innego, równie wartego odwiedzenia, londyńskiego domu towarowego - Liberty. Mieszczący się w pseudo - tudorowym budynku Liberty jest bardziej angielski, niż Selfridges, i słynie z Liberty prints - wzorów, które zdobią wszelkiego rodzaju towary, od mydełek, przez porcelanę i akcesoria do ubrań, tapet i mebli. Mam taką charakterystyczną walizeczkę od Liberty, pokażę ją innym razem.
Kolekcja Blahnika obejmuje nie tylko buty, ale także różne drobiazgi, np. notesik pokryty płótnem z nadrukiem jego słynnych szkiców.
Poduszka
Hello, lover - tak w jednym z odcinków Seksu... mówi Carrie do pary Manolos na wystawie



Charakterystyczny, lekko wygięty obcas -  dzięki temu szpilki Manolo są wyjątkowo wygodne (jak na szpilki)

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails