Showing posts with label książki. Show all posts
Showing posts with label książki. Show all posts

25/02/2015

Zimna Turcja i zdziczałe truskawki

Mniej niż ja sędziwe czytelniczki zapewne nie pamiętają czasów narodzin Polsatu i innych komercyjnych kanałów telewizyjnych. Ja pamiętam, również to, że do tłumaczenia zagranicznych filmów i seriali zatrudniano, jak to zwykle, po znajomości, studentów I roku anglistyki czy amerykanistyki, a nie doświadczonych tłumaczy, i dlatego czasem to, co się działo w filmie nie trzymało się kupy. Bo scena w sądzie, w której świadek wskazuje na oskarżonego czyli defendant, a  osoba, która liznęła nieco angielskiego i udaje tłumacza, przekłada to słowo na "obrońcę", przestaje mieć sens. Problemów z jakością tłumaczeń, nie tylko w telewizji, ale także w wydawnictwach i mediach, było bez liku, zapewne same możecie mi podać dziesiątki mniej lub bardziej zabawnych przykładów. Legendarny jest lapsus, kiedy to angielski idiom to go cold turkey przetłumaczono jako wspomnianą w tytule zimną Turcję. Z wielu, wielu błędów w tłumaczeniach literackich, na które się w ostatnich 2 dekadach natknęłam, przypominam sobie np. Account Managera w agencji reklamowej, który stał się księgowym (accountant), czy Winnicę Marty, która, jak się po kilku minutach domyśliłam, w oryginale musiała być Martha's Vineyard, czyli wyspą u wybrzeży Massachussetts, będącą jednym z ulubionych miejsc wypoczynku Amerykanów, a nie bliżej nieokreślonym miejscem, w którymś jakaś nieznana czytelnikowi Marta produkuje wina. Co jest mniej zabawne, to to, że przez te 20 lat jakość tłumaczeń wcale nie poprawiła się tak radykalnie, jak można by sobie życzyć - w stosunkowo niedawno wydanym tłumaczeniu książki pt. "Słodkie życie w Paryżu" Davida Lebovitza, wild strawberries to nie żadne tam zwykłe poziomki, lecz "dzikie truskawki". Tłumacze wciąż, mam wrażenie, bywają przypadkowi, i, być może pod presją czasu, nie tylko robią zwykłe byki w postaci kalek, ale też tłumaczą terminy np. kulinarne błędnie, ponieważ nie mają czasu czy też nawyku dokształcania się w danej dziedzinie - jeśli np tłumaczę przepis na mufinki, powinnam wiedzieć, że to mix będzie znaczyło "delikatnie ręcznie wymieszać", a nie energicznie zmiksować, bo sprawdziłam, jak się robi mufiny. Oczywiście tłumacza powinien/nna wspomóc merytorycznie redaktor/ka, ale rzetelna redakcja to coraz częściej luksus.
Niewiele czytam polskiej prasy, a książek w ogóle, i wolę nie myśleć, ile jest błędów, skoro ja wyłapuję bardzo niewielki procent, głównie dzięki linkom od polskich znajomych na FB, jak np. słynne już doniesienie o oświadczynach, gdzie pojawia się kalka "Czy zrobisz mi ten honor...?" Mogę zrozumieć sporadycznie źle przetłumaczone słowo, czy specjalistyczny termin, ale mam wrażenie, że wiele artykułów z brytyjskich mediów tłumaczonych jest przez osoby, które jako-takiego angielskiego nauczyły się głównie w Polsce, może z pomocą krótkiego kursu w Londynie, lub wakacji w USA, i nie mają kwalifikacji lingwistycznych. Może się mylę, i są to tylko moje spekulacje, ale podejrzewam, że ilość błędów ma związek z powszechnym, ale błędnym przekonaniem, że język angielski jest "łatwy" (nie jest, ale to b. obszerny temat, godny osobnego wpisu) i "zwykłe", krótkie artykuły można powierzyć każdej dyspozycyjnej osobie, która "zna angielski", nieważne, jaki jest poziom tej znajomości, doświadczenie w tłumaczeniu i znajomość realiów kraju, o którym traktuje artykuł. Tylko ktoś, kto jest np. świadomym różnic między American English a British English i zna realia brytyjskie, będzie wiedział, że public school to w UK droga szkoła prywatna (Eton to właśnie public lub independent school - szkoła publiczna/państwowa to state school lub comprehensive), natomiast public school w USA to szkoła państwowa. Łatwo się pogubić, i osoba, która tłumaczyła książkę "Nie wiem, jak ona to robi" Angielki Allison Pearson, zrobiła z angielskiej szkoły prywatnej publiczną.
Zgadzam się z tym, dlatego przykro mi, że wciąż spotykam 20-latków, którzy przez wiele lat spędzonych w polskich szkołach nie nauczyli się nawet podstaw angielskiego.

Błędy zdarzają się nawet osobom, które znają dany język biegle. Tłumaczenie to trudne rzemiosło, dlatego tłumacz poświęca wiele lat na doskonalenie swoich umiejętności i nigdy nie przestaje się uczyć. Język angielski, w odróżnieniu od francuskiego, nie jest  traktowany jak święta krowa, i co roku absorbuje mnóstwo zapożyczeń i neologizmów (jedno z moich ulubionych nowych słów to omnishambles), i to bogactwo musi tłumaczy przyprawiać o niejeden ból głowy (ja nie tłumaczę profesjonalnie, a i tak często się głowię, jak coś przełożyć na polski).  Wybitnych tłumaczy - erudytów też jest, na szczęście, wielu, i z każdym rokiem ich przybywa. Mam nadzieję, że profesjonalizacja tego zawodu  i podwyższanie wymagań doprowadzi do tego, że będzie mniej  robienia honoru i nieposkromionych truskawek. Choć to oznacza również mniej okazji do śmiechu.
Dlatego będę wdzięczna, jeśli w komentarzach podzielicie się Waszymi ulubionymi wpadkami tłumaczeniowymi.




21/01/2015

Wolf Hall na ekranie

... już dzisiaj wieczorem!

Wolf Hall to jeden z najbardziej oczekiwanych seriali 2015 roku, i pierwszy odcinek BBC pokaże dziś wieczorem. Nakręcono go na podstawie dwóch pierwszych części trylogii o Tomaszu Cromwellu, Wolf Hall i Bring Up The Bodies, autorstwa jednej z najlepszych współczesnych pisarek angielskich, Hilary Mantel. Obie otrzymały prestiżową nagrodę The Man Booker, trzecia część ukaże się w tym roku, i jest na wszystkich listach najbardziej antycypowanych książek 2015. Oparte na książkach sztuki teatralne odniosły ogromny sukces - bilety były wyprzedane, a krytycy nie szczędzili pochwał.
W rolę Cromwella wcieli się mało jak dotąd znany poza Wielką Brytanią Mark Rylance - tu jest on jednak prawdziwym tytanem sceny, jednym z najlepszych aktorów teatralnych, uwielbianym zarówno przez publiczność, jak i krytyków.
W związku z serialem media brytyjskie są pełne obecnie Henryka Ósmego i Tudorów. Ta synchronizacja to jeden z powodów, dla którego tak cenię BBC - dużej wagi wydarzenia kulturalne są analizowane i dyskutowane na różnych kanałach BBC, choć Wolf Hall jest tak ważny, że biorą w tym udział także pozostałe media, np The Times zamieścił specjalny, świetnie opracowany dodatek o Tudorach, napisany w głównej mierze przez ekspertów, nie pracowników redakcji. Nie jest to czysta promocja, ograniczająca się do wywiadów z aktorami - w moim ulubionym radiu, BBC4, słuchałam na przykład rozmowy z kompozytorką muzyki do serialu (sądząc z fragmentów, doskonałej), która fascynująco opowiadała o tworzeniu współcześnie muzyki, która ma oddać ducha epoki.
Inna moja ulubiona brytyjska instytucja, National Trust, podała też informacje o tym, które z należących do nich nieruchomości wykorzystano w serialu. Z sześciu odwiedziłam dwie (jeśli jednak doliczyć posiadłości wymienione w książkach, zaliczyłam ich więcej - często bywałam w The Vyne w Hampshire).
Nicholas i ja w ogrodzie Montacute House
Te, które wystąpią w serialu, a które miałam szczęście zwiedzić, to imponujący Montacute House w hrabstwie Somerset oraz Lacock Abbey w Wiltshire.
Moje zdjęcie Montacute House


Nicholas i ja przed Lacock Abbey w Wiltshire - obecnie mieści się tu światowej sławy muzeum fotografii, bo tu mieszkał jeden z jej wynalazców
Lacock Abbey




Wieś Lacock, w której kręcono też m.in. Dumę i Uprzedzenie (serial), Cranford, oraz sceny do dwóch filmów z cyklu Harry Potter

12/01/2015

Moc porażki

No i nie udaje mi się napisać posta codziennie - w sobotę na przykład czas upłynął niepostrzeżenie, bo poszłam z latoroślą do kina, no a w niedzielę, wiadomo - dłuższe wylegiwanie się, potem uświęcony rytuał czytania prasy, potem czas dla rodziny - podejrzewam, że wielu pisarzy/rek oskarżanych jest o egocentryzm i chłód, a niektórzy nawet o to, że są odludkami (JD Salinger), podczas gdy oni po prostu potrzebują spędzać dużo czasu w samotności... Ale ta porażka to doskonały pretekst, by napisać na temat, który mnie ostatnio fascynuje - o tym, jak ważne i potrzebne są nam niepowodzenia. W zeszłym roku zostałam wielką fanką kultowego w UK programu radiowego Desert Island Discs. Zaproszenie do tego programu to wielki zaszczyt, niektórzy twierdzą, że większy, niż nadawane przez królową medale Imperium i tytuły szlacheckie. Występujesz w DID, znaczy się: jesteś osobą u szczytu kariery, odniosłaś/eś sukces.
Przesłuchałam wiele odcinków, i choć goście wykonują przeróżne zawody, to jednak zauważyłam, że wielu ma podobne poglądy na różne sprawy, w tym na to, jak traktować porażki. Wielu zmagało się z rozmaitymi przeciwnościami: starsze kobiety musiały stawić czoło seksizmowi, niektórzy pochodzili z biednych i emigranckich rodzin, innych zawiodła szkoła... W zeszłym tygodniu gościem była Jo Malone (która, wbrew pozorom, jest kobietą), bizneswoman, która zbudowała bodaj największą niezależną markę w świecie perfum w ostatnich 2-3 dekadach, sprzedaną za grube miliony koncernowi Estee Lauder. Jej nazwisko widnieje na eleganckich butikach i stoiskach w najbardziej luksusowych domach towarowych na całym świecie. Teraz jej nowa marka perfumeryjna, Jo Loves, także odnosi sukcesy. To wszystko osiągnęła mimo braku kwalifikacji (skończyła tylko podstawówkę), do dziś nie ma też prawa jazdy i nie umie pływać. Tego samego dnia oglądałam wywiad z Meryl Streep, w którym wyznała, że producent filmu King Kong powiedział, że jest za brzydka do roli, w której ostatecznie wystąpiła Jessica Lange. Oprah Winfrey na początku swej kariery usłyszała, że "nie nadaje się do telewizji".  O zaletach porażek mówiła też JK Rowling    - jej historia to bodaj najlepszy przykład na to, że niepowodzenia hartują. Jeśli nie ugniesz się pod ciężarem porażki, fakt, że się nie załamałaś i nie poddałaś będzie dowodem na twoją siłę przetrwania - i następnej przeciwstawisz się silniejsza i bogatsza o tę wiedzę. Nie mówię tu o pozytywnym myśleniu, które wręcz może być szkodliwe (odsyłam do znakomitej książki Barbary Ehrenreich pt. Smile or Die), lecz o stoicyzmie, w jego pierwotnym znaczeniu. Jeśli, jak stoicy, założysz, że porażki są nieuniknione, zamiast, jak chcą zwolennicy pozytywnego myślenia, liczyć na to, że twoja przyszłość będzie pasmem nieustających sukcesów, będziesz lepiej przygotowana na nieuchronne przecież problemy. Na tym polega owa tytułowa "moc porażki" (power of failure) - doświadczenie odrzucenia, krytyki czy zawodu daje ci siłę, by poradzić sobie z kolejnymi.
A kto Was inspiruje?


*Marka Jo Malone jest chyba słabo znana w Polsce, bo słabo (czy w ogóle?) dostępna, ale BARDZO polecam wizytę na stoisku tej firmy, jeśli będziecie zagranicą.

07/01/2015

Przypadłość literata

Pierwsze święta Bożego Narodzenia w nowym, własnym domu spędziłam, jak tradycja nakazuje, w stylu sybarytycznym: jedząc, pijąc, zamiast lulek świece paląc. Każdego dnia pławiłam się w błogiej świadomości, że jestem u siebie, że nikt mi nie zadzwoni z absurdalnymi żądaniami, ani nie będzie domagał się podwyższenia i tak astronomicznie wysokiego czynszu, ani ignorował moje z kolei grzeczne prośby o minimalne choćby ulepszenia (nie jesteśmy pod tym względem żadnym wyjątkiem - złe warunki i poniewieranie przez właścicieli i agentów to dla setek tysięcy mieszkańców południowej Anglii codzienność). Świąteczne wizyty gości, spotkania i wypady zapewniły niejedną wymówkę, by nie zasiąść do pisania. I tak, kiedy wreszcie wymówek zabrakło, odkryłam, że mój tzw. writing muscle (mięsień pisarski) co nieco sflaczał. To określenie wzięło się stąd, że pisanie, nie tylko Prawdziwej Literatury, ale także na skromnym poziomie, wymaga przede wszystkim praktyki, nie talentu. Największym wrogiem pisarza jest nie blokada czy brak natchnienia, ale odkładanie pisania na później i wynajdowanie sobie czynności zastępczych - jedna z moich ulubionych felietonistek ma najczystszy dom wtedy, gdy nagli ją termin (deadline) - taktyka dobrze mi znana, niestety. Kiedy w Polsce miał powstać pierwszy wydział przyjmujący studentów na kierunek pod nazwą Creative Writing - dyscyplina o wieloletniej i ugruntowanej tradycji w USA i Wielkiej Brytanii, której absolwentami są twórcy takiego formatu, jak Kazuo Ischiguro czy Ian McEwan - na forum Gazety zaraz odezwało się wielu piszących, że po co, że nie potrzeba, bo"pisania się nie da nauczyć, najważniejszy jest talent". Otóż nie - nawet twórczość artystyczna to w 90% wysiłek, w 10% - talent. Inni te proporcje nawet zaostrzają, twierdząc, że 99% to pot, a tylko 1% - "iskra boża".
Nie wiem, na ile w polskich kręgach inteligenckich znane jest pojęcie "10 000 godzin" - tu ta teoria, którą w książce pt. Outliers wyłożył Malcolm Gladwell*, jest bardzo znana, i cytowana w tysiącach artykułów. Jest to uwspółcześnione i poparte, jak to u Gladwella, wieloma faktami i przykładami, rozwinięcie starożytnego: "Praktyka czyni mistrza" czy też staropolskiego "Bez pracy nie ma kołaczy" *mrugam*: w skrócie teoria ta zakłada, że by osiągnąć poziom kompetencji w danej dziedzinie (w grze na instrumencie, dyscyplinie sportowej, języku obcym - w każdej nowej umiejętności), trzeba spędzić  ucząc się jej/ćwicząc przynajmniej 10 000 godzin. Ta teoria jest tak popularna, że stanowi niemal ortodoksję, choć bywa co jakiś czas podważana. Jedno jest pewne - bez pracy nie ma nie tylko kołaczy, ale nawet suchara, i dlatego postanowiłam poćwiczyć moje "mięśnie twórcze", pisząc tu do końca stycznia CODZIENNIE. To mnie powinno kreatywnie rozruszyć i przyzwyczaić do spędzania przed ekranem wielu godzin każdego dnia.
A Wam jak mija styczeń?
Ostatnie zdjęcie naszej choinki, tuż przed rozebraniem


*Gladwell jest także autorem teorii pod nazwą Tipping Point (taki był tytuł jego książki - po polsku to "punkt przełomowy" (niedoskonałe, ale najlepsze tłumaczenie) - tipping point to dziś powszechnie używane wyrażenie.

16/12/2014

Barszcz ukraiński i ryba po grecku, czyli o polskiej kuchni

Parę tygodni temu na Facebooku zamieszkała w Nowym Jorku polska znajoma linkowała artykuł o potrawie, która nie tylko w USA, gdzie ma przydomek "żydowskiej penicyliny", postrzegana jest jako narodowe danie diaspory Żydów aszkenazyjskich (pochodzących z Europy Wschodniej). Tą potrawą jest rosół, który należy przecież także do kanonu kuchni polskiej. I wywiązała się dyskusja, na ile kraje tego regionu Europy mogą  rościć sobie pretensje do konkretnych potraw. Niedawno ja znowu wbiłam kij w to samo mrowisko, linkując poniższy obrazek - i  był to pretekst do dyskusji, na ile polskie są dania, które jako takie postrzegamy.


Popularne w Polsce serniki, makowce czy babki wypiekane są w wielu krajach Europy Wschodniej i Centralnej, i nie tylko ciasta, ale i wiele dań słonych, to efekt wzajemnego przenikania się kuchni wielu narodów, a także kuchni diaspory żydowskiej, i bardzo trudno udowodnić, jak wiele tradycyjnych polskich dań faktycznie wywodzi się z Polski (i z której? Tej obejmującej obszar przed zaborami? Jagiellonów?).  Czy rosół, uchodzący na świecie za narodowe danie Żydów aszkenazyjskich, wymyślili Słowianie, i został on zaadoptowany przez społeczność żydowską, czy też odwrotnie? Co zawdzięczamy sąsiadom i zmieniającym się granicom? W Budapeszcie jadłam najlepsze naleśniki z bakaliami, nadziewane słodkim białym serem - a przecież dla wielu to także czysto polska potrawa. Gulasz i paprykarz słusznie uznajemy za węgierskie, ale już dawno przyjęły się w polskim menu. Do barszczu, sałatki jarzynowej (zwanej w Anglii sałatką ROSYJSKĄ) i wódki roszczą sobie prawa różni nasi wschodni sąsiedzi (choć pierwsza pisemna wzmianka o wódce, z 1409 roku, pochodzi ze źródła polskiego), ze Skandynawami dzielimy namiętność do koperku, śledzi, wypieków drożdżowych oraz owoców jagodowych,  Niemcy upodobali sobie kapustę kiszoną (znaną w UK pod niemiecką nazwą sauerkraut, i postrzeganą jako typowo niemiecki specjał) - ale Polacy także zjadają  jej tony, i  jest przecież podstawowym składnikiem kolejnej polskiej narodowej potrawy, czyli bigosu. Niemieckie pierniki mogą rywalizować ze staropolskimi... A propos Niemców - większość potraw, które w Wielkiej Brytanii postrzegane są jako niemieckie, wywodzi się z Austrii...I tak dalej...
Mina Holland, redaktorka kulinarna Observera, miała przed sobą zatem nie lada zadanie, gdy zaczęła pracę nad swoją ambitną książką pt. The Edible Atlas. Around the World in Thirty-Nine Cuisines (w wolnym tłumaczeniu: Jadalny Atlas. Dookoła świata w 39 kuchniach). 

W przypadku nacji wyspiarskich, Brytyjczyków czy Japończyków, znacznie łatwiej prześledzić rozwój kultury kulinarnej, a nawet historię poszczególnych dań. Pudding pod nazwą Spotted Dick (Nakrapiany Rysio) to z całą pewnością wynalazek tubylców. Ale o kuchni polskiej czy szwedzkiej Mina pisze w rozdziałach traktujących zbiorowo o kuchniach Europy Wschodniej i Skandynawii. Ten pierwszy zaczyna od cytatu z książki, którą tu recenzowałam - Eating Animals. Babka autora, Jonathana Safrana Foera, była Żydówką z Polski - i dla Miny to właśnie wstępne rozdziały, w którym opisuje on dorastanie w kulturze kulinarnej aszkenazyjskich Żydów, a nie główny temat książki, były najbardziej intrygujące. Pisze ona o tym, jak jedzenie diaspory żydowskiej jest nierozerwalnie związane z kuchniami Europy Centralnej i Wschodniej, a także o wpływie, jaki miał na nie komunizm. Na koniec rozdziału podaje trzy przepisy: na barszcz, rosół i babovkę - tradycyjny czeski wypiek, które otrzymała od Polki i Czeszki.
To książka niezbędna  wszystkim tym, których zainteresowanie kulinariami wykracza poza przepisy. Umożliwia ona fascynującą podróż dookoła świata i "zwiedzenie" wszystkich kontynentów  przez pryzmat historii i tradycji kulinarnych.

18/03/2014

Encyklopedia Kuchni Brytyjskiej: dopisek do odcinków A-C

Ten post jest gwoli uzupełnienia dotychczasowych, poświęconych literom A, B i C. Blog nie jest dziełem akademickim, ale "encyklopedia" w tytule zobowiązuje, zatem uzupełniam kilka haseł, które wcześniej pominęłam. Ten cykl nie ma ambicji do tego, by stanowić wyczerpujące źródło wiedzy na temat kuchni brytyjskiej, daleko mi do eksperta i z całą pewnością  pominę(łam) wiele ważnych haseł, jednak nie mogę nie wspomnieć o Battenberg cake, Coronation Chicken, Arbroath smokies i clanger.

Battenberg cake - jedno z najbardziej tradycyjnych ciast Wysp Brytyjskich. To dwa rodzaje migdałowego biszkoptu, jeden naturalnego koloru, drugi różowy, ułożone w charakterystyczny wzór, i pokryte marcepanem. Przepisów na ten wypiek jest mnóstwo, są także nieortodoksyjne wersje, np. kawowo-orzechowy.


Battenberg cake wymyślono, by upamiętnić ślub księcia Ludwika Battenberga z wnuczką królowej Wiktorii, również Wiktorią, w 1884 roku. Do dziś popularne, szczególnie jako część Afternoon Tea, ale też często pieczone w domach - wiele brytyjskich pań domu jest dumnych z tej umiejętności, bo pieczenie własnego równa się doświadczeniu, a przy tym pielęgnowaniu tradycji. Pod tym względem jest to brytyjski odpowiednik polskiego makowca czy sernika.
A skoro mowa o daniach wymyślonych dla uświetnienia szczególnej okazji: Coronation Chicken zostało stworzone przez jedną z założycielek słynnej akademii kulinarnej Cordon Bleu, Rosemary Hume, na uroczysty lunch w dniu koronacji Elżbiety II w 1953 roku. To kawałki zimnego kurczaka w pikantnym sosie, najczęściej majonezowym (choć w oryginalnym przepisie dodaje się też 2-3 łyżki bitej śmietany), z cebulą, winem, pomidorowym piure, curry i innymi przyprawami. Mój mąż często w ten sposób utylizuje resztki kurczaka z niedzielnego obiadu (Sunday Roast) i taka też była intencja Rosemary (w 1953 wciąż jeszcze kartkowano żywność), nie używa jednak ani śmietany, ani wina. Potrawa ta, nadal bardzo popularna, ma też wiele wersji, zawsze jednak podawana jest z ryżem. W UK w każdym supermarkecie kupicie też gotowe kanapki z Coronation Chicken.


W przypadku Arbroath Smokies musimy się cofnąć daleko, aż do czasów, gdy w okolicy Arbroath w Szkocji mieszkali Skandynawowie, którzy pierwsi zaczęli wędzić haddocks (plamiaki, łupacze) - do dziś wędzi się te ryby wg tych samych metod, co w XVIII wieku. Nie miałam nigdy okazji spróbować tego przysmaku, nie jest on łatwo dostępny tu na Południu, ale z pewnością warto, gdyż to produkt unikalny, od 2004 roku chroniony jako jeden ze szkockich specjałów, i tylko około 15 producentów ma prawo sprzedawać swoje ryby jako Arbroath smokies.

Niestety, podobnego statusu nie ma clanger, specjalność hrabstwa Bedfordshire. Ten specyficzny wypiek - duży "pieróg" z ciasta, który z jednej strony zawiera słone, z drugiej słodkie nadzienie - wyrabiany jest i sprzedawany ponoć już tylko przez jedną piekarnię w mieście Sandy, Gunn's Bakery. Słone nadzienie to najczęściej wieprzowina z jabłkiem, szałwią, cebulą i przyprawami, zaś słodkie -jabłka z rodzynkami. Ciasto przygotowuje się z dodatkiem suet (tłuszcz zwierzęcy), podobnie jak tradycyjne słone pies. To drop a clanger (dosłownie: upuścić clangera, w wolnym tłumaczeniu: "masakra")  to jeden z moich ulubionych angielskich idiomów.
Na koniec chciałabym wspomnieć o jednej z The Two Fat Ladies, Clarissie Dixon Wright. Ten kulinarny program, o dwóch grubych damach na motocyklu, pokazywany był w Polsce, zatem może ją kojarzycie. Niestety wczoraj Clarissa zmarła, a z pewnością zasługuje na miejsce tutaj, choćby ze względu na jej książkę o historii angielskiej kuchni (napisała ona także wiele popularnych książek kucharskich, autobiografię i książki podróżnicze), którą mam i wszystkim zainteresowanym serdecznie polecam. 

Dziś słuchałam w radio nagranego z nią kilka lat temu wywiadu, w którym powiedziała: "Jestem bardzo szczęśliwą osobą. Zamiast łykać Prozac, wolę jeść ciasto." To mogłoby być i moje epitafium. 

28/06/2013

Literacko

Magda "maniaczka czytania" wywołała mnie do tablicy, a odpowiedź na ankiety to łatwy sposób, by znowu rozruszać blogowe mięśnie. Dziękuję za pamięć, cierpliwość i wyrozumiałość, i przepraszam za brak odpowiedzi na niektóre komentarze.

  1. Proza, poezja czy... komiks? Proza, proza i jeszcze raz proza. Choć dzięki dobrej znajomości języka odkrywam też piękno anglojęzycznej poezji - bo zawsze lepiej czytać w oryginale, a poezję - szczególnie. Są takie wiersze, jak This Be The Verse Larkina, Ode to Autumn Keatsa czy I carry your heart ee cummings, których po prostu nie wypada nie znać. Pierwsze werse  pierwszego i drugiego utworu są cytowane tak często, jak pierwsze zdanie "Dumy i Uprzedzenia" - mieszczą się zapewne w top 10 cytatów w brytyjskich mediach. Komiks ostatni raz czytałam jako dziecko (z cyklu "Tytus, Romek i Atomek").
  2. Ukochany wiersz. Nawiązując do powyższego - dzięki filmowi Jane Campion* i związkowi Keatsa z Winchesterem, odkryłam jego wiersze, z których wyróżniam właśnie Bright Star i Ode to Autumn, ten drugi zainspirowany jesiennymi krajobrazami miejsca, w którym mieszkam. Można zwiedzać moje miasto śladami dwóch literackich gigantów: Jane Austen i Johna Keatsa (są specjalne wycieczki z przewodnikami).
    Nicholas obok grobu Jane Austen w katedrze winchesterskiej, wiosna 2013
  3. Nigdy nie sięgam po... - komiksy, autobiografie celebrytów klasy Z, poradniki ogrodnicze - jak się można domyślać, w kraju z największym chyba na świecie bzikiem na tym punkcie, jest ich multum.
  4. Prezent inny niż książka - jutro otrzymam prezenty prosto z USA, o które prosiłam, i będą to ubrania oraz kosmetyki marek wcale lub trudno dostępnych (nawet jeśli tak, to często znacznie droższych) tutaj. Tak, jest to podpowiedź - każdy podarunek cieszy, ale zdarzyło mi się otrzymać prezenty z Pl marek... brytyjskich, a przecież nie brakuje w Polsce rodzimych wytwórców.
  5. Bloguję, bo... - bo wierzę w teorię 10 tysięcy godzin: głosi ona, że trzeba spędzić tyle godzin na danej aktywności/w danym zawodzie, by być w tym dobrym/kompetentnym, i to z pewnością dotyczy zawodowego pisania -  zamiast jednak pisać do szuflady, dziś aspirujący pisarze blogują.
  6. Komu wierzysz: profesjonalnym krytykom, czy czytelnikom polecającym sobie nawzajem tytuły? - wierzę profesjonalnym krytykom, wielu cenię i czytam od lat. Czerpię też często inspirację z popularnych tutaj list typu "Moje ulubione książki", "Książki mego życia" etc etc, o które pytani są pisarze, ale także inne sławy - wiele magazynów ma takie stałe rubryki. Dziś np. przeczytałam taką listę Zadie Smith, i większość z jej 10 rekomendacji była mi nieznana, a z pewnością warta przeczytania. Na wiele ciekawych pozycji trafiłam dzięki blogom i FB.
  7. Dobrą powieść ostatnio czytałam... - fantastyczną Katherine Anyi Seton, pierwszy raz wydaną w 1954, i od tego czasu stale w druku. To była ostatnia pozycja z nieoficjalnego kanonu Brytyjki, której jeszcze nie czytałam. Jej miejsce w Top 10 najukochańszych powieści jest dla mnie całkowicie zrozumiałe, jak i to, że wiele Brytyjek przyznaje się do czytania tej książki 5, 7, 9 razy! To szalenie wciągająca historia prawdziwej postaci, Katherine Swynford, kochanki, a później żony John of Gaunt, księcia z rodu Lancaster**, a tym samym przodkini wielu koronowanych głów Europy, w tym obecnej królowej Elżbiety II. Nie wiem, czy kiedykolwiek przetłumaczona na polski (podejrzewam, że podobnie jak inna pozycja z kanonu, która jest historycznym romansem, czyli Forever Amber, nie jest), ja ją zaliczam do moich absolutnych faworytek.
  8. Literatura faktu czy fikcja? -  niemal 50:50, z niewielką przewagą beletrystyki.
  9. Czasem nie czytam, wolę... - obejrzeć dobry film lub serial. 
  10. Czytasz w wannie? - bardzo rzadko, bo rzadko się kąpię *mrugam*.
  11. Jesz czytając/czytasz jedząc? - jeśli jem sama - zawsze.
*Już wkrótce BBC pokaże nowy serial wyreżyserowany przez Jane Campion - nie mogę się doczekać! Szkoda tylko, że w głównej roli obsadzono zwariowaną Scjentolożkę, Elisabeth Moss (Peggy Olson z Mad Men). Jak o przynależności Moss do tej ponurej sekty (patrz: film The Master) napisała ceniąca jej aktorstwo felietonistka Guardiana - Scjentologia?! Naprawdę? Ugggh...

**Jak wiadomo, Wojna Róż (War of the Roses), czyli rywalizacja dwóch wielkich angielskich rodów, York i Lancaster, zainspirowała G. R. R. Martina do napisania cyklu Pieśń Lodu i Ognia (Stark i Lannister, ehkm).

19/12/2012

"Mamę zjadł wilk" czyli najlepsze seriale 2012. I książki

Caitlin Moran, moja ulubiona felietonistka, recenzentka i satyryczka The Times, powoli staje się tzw. skarbem narodowym (national treasure), czyli dołącza do elitarnego grona osób, takich jak Damy Maggie Smith i Judi Dench (Dame - żeński odpowiednik tytułu Sir, który przysługuje tym, którzy otrzymali knighthood, czyli szlachectwo) oraz producent i prezenter cudownych, najlepszych programów przyrodniczych świata*, czyli David Attenborough, bez których nie można sobie wyobrazić współczesnej Wielkiej Brytanii. Jej autobiograficzna książka How to be a Woman jest bestsellerem, jej artykuły są wśród najbardziej poczytnych, otrzymała też kilka branżowych nagród, w tym dla najlepszego krytyka TV. Uwielbiam wszystko, co pisze, w tym jej recenzje telewizyjne i to właśnie z jednej z nich zaczerpnęłam tytułowy cytat - Caitlin, mama dwóch dziewczynek, pisze o najlepszej wg niej pozycji w całej brytyjskiej TV w 2012: "Dzieciom mówię: Mamę zjadł wilk, nie ma mnie dla nikogo, bo leci The Hour". Właśnie skończyła się druga seria tego serialu BBC, z Dominikiem Westem (ach, wszystkie, które kochacie The Wire, wiecie, kto zacz) i z obrzydliwie utalentowaną, niehollywoodzko kształtną, z najzgrabniejszą pod słońcem pupą, stworzoną specjalnie do noszenia ołówkowej spódnicy, Romolą Garai, oraz Benem Whishaw, w którym podkochuje się dziś niejedna fangirl. Skoro mowa o spódnicach - moda: fasony, tekstury a przede wszystkim kolory, są w tym serialu, podobnie jak w przypadku Mad Men, niesamowicie dopracowane i ważne, i to jedna z przyczyn, dla których i Caitlin, i ja, tak lubimy ten serial.
The Hour, piąta seria Mad Men, Gra o Trony, Homeland - z trzema Brytyjczykami w najważniejszych rolach - to moje serialowe highlights tego roku.
Przejdę do wspomnianej wyżej autobiografii Caitlin, bo to jedna z najważniejszych dla mnie książek tego roku. Pochodząca z biednej, wielodzietnej rodziny z klasy robotniczej, niewykształcona Caitlin zrobiła błyskotliwą karierę i opływa dziś w dostatki dzięki piekielnie ostrej inteligencji, oczytaniu, determinacji, poczuciu humoru i lekkości pióra - w kraju, w którym tak trudno się wynieść ponad swoje pochodzenie, jej historia jest dla mnie źródłem inspiracji i optymizmu. W swej książce porusza ona ważne dla każdej kobiety tematy, takie jak macierzyństwo, feminizm, seks czy aborcja, z rzadko spotykaną szczerością i mądrością, nie zapominając o najwyższej próby dowcipie. Przy jej lekturze lekko bolała mnie szyja, bo przytakiwałam niemal każdemu zdaniu, a przy tym często chichotałam.
Druga ważna dla mnie książka jest także bardzo zabawna (choć uprzedzam: to często bardzo ostra, dla wielu pewnie bluźniercza, satyra), i również autobiograficzna: to wspomnienia Shaloma Auslandera pod tytułem Foreskin's Lament. Imię i nazwisko autora zdradzają jego pochodzenie - wychowany w środowisku ortodoksyjnych amerykańskich Żydów, Auslander zaczął pisać za namową psychiatry, do którego trafił z powodu depresji i myśli samobójczych. Tak zaczęła się jego osobista rozprawa ze środowiskiem i religią, w których został wychowany. Angielska pisarka żydowskiego pochodzenia, Naomi Alderman, napisała w swej przychylnej rezenzji, że książka ta z pewnością spodoba się zwolennikom Richarda Dawkinsa, a ja się do nich zaliczam. I zgadzam się jeszcze z tym zdaniem Alderman: Few books really are laugh-out-loud funny. This one is. Świetną jej recenzję (świetną, bo zgadzam się z każdym słowem *mrugam*) napisała też Chihiro, przeczytacie ją tu.
Shalom Auslander (źródło: The Times)

A jakie seriale i książki Wam się najbardziej podobały?


*Po zeszłorocznym niesamowitym serialu Frozen Planet, w te święta Attenborough i BBC uraczą nas  serią pt. Africa - już się nie mogę doczekać.

30/06/2012

Niezastąpiona Nora Ephron

Tak niedawno pisałam o książce Nory Ephron, I Remember Nothing, a od kilku dni wiem już, że nie będzie kolejnych, nie będzie też kolejnych scenariuszy i najlepszych komedii romantycznych ostatnich klikudziesięciu lat. Nora zmarła o wiele za wcześnie - miała 71 lat, a jej umiejętność pisania błyskotliwie inteligentnych i dowcipnych esejów pozostała niezmieniona - I Remember Nothing jest tak samo pełne bystrych spostrzeżeń i humoru, jak jej poprzednia książka, która zasłużenie była bestsellerem - I Feel Bad About My Neck. Bez Nory jesteśmy skazani na kolejne pozbawione polotu i ciepła, produkowane niczym ciasteczka przy użyciu tej samej foremki, wiecznie z Jennifer Aniston lub Katherine Heigl w roli głównej, nieromantyczne i nieśmieszne romantyczne komedie.

Gdy usłyszałam bardzo smutną dla mnie wiadomość o jej śmierci, zajrzałam na Twittera - o tym, jak wiele jej książki i filmy znaczyły dla innych, niech świadczy to, że jej odejście było najpopularniejszym tematem tego dnia (trending topic) i mnóstwo luminarzy kultury wyrażało swój smutek w setkach, tysiącach twitów. Nigella napisała, że Nora była jej idolką, pisarze, np. Margaret Atwood i Bret Easton Ellis, złożyli jej hołd; praktycznie wszystkie moje ulubione dziennikarki i felietonistki pisały o tym, jakim wzorem była dla nich; nawet Justin Timberlake ujawnił się jako wielki fan Nory. Informacja o jej odejściu była jedną z głównych w głównym wydaniu wiadomości BBC. Wiele osób nazywało ją  my heroine, przywołując tym samym zdanie z przemowy, jaką wygłosiła do absolwentek elitarnego Wellesley College (amerykańska tradycja commencement speech jest godna pozazdroszczenia): Be the heroine of your life, not a victim. Ephron była feministką, ale nawet do 'wojny płci' potrafiła podejść tak dowcipnie i oryginalnie, że scenariusz do When Harry Met Sally uznawany jest za jeden z najlepszych utworów na temat relacji męsko - damskich, jakie kiedykolwiek napisano - pewna znana mi mądra osoba twierdzi, że wszystkiego, co warto wiedzieć na ten temat, można się dowiedzieć z tego filmu *mrugam*. Obejrzyjcie Kiedy Harry spotkał Sally (z mężem mamy tradycję oglądania tego filmu zawsze w Nowy Rok - oboje go uwielbiamy) a przekonacie się, że kompletnie się nie zestarzał (pominąwszy, rzecz jasna, fryzury i ubrania).


Gdyby Nora nie ruszyła potem palcem, i tak przeszłaby do historii kina i kultury popularnej. A przecież dała nam znacznie więcej. Jej matka (oboje rodzice Nory byli scenarzystami w Hollywood) powiedziała jej: everything is copy (w wolnym tłumaczeniu: wszystko stanowi materiał) i Nora obracała własne, często bolesne doświadczenia w doskonałą, bardzo prawdziwą fikcję. Jej powieść Heartburn (Zgaga), na podstawie której nakręcono udany film z kolejną moją idolką, Meryl Streep, oparta jest na rozpadzie jej małżeństwa ze słynnym dziennikarzem śledczym, Carlem Bernsteinem (tym od afery Watergate). Swoją miłość do gotowania i jedzenia - Nora była legendarną kucharką i znakomitą pisarką kulinarną - przekuła w kolejny z mojej listy ukochanych filmów, czyli Julie i Julia, którego to filmu była zarówno scenarzystką, jak i reżyserką. Zapewniam przy tym, że kreacja Streep w tym filmie jest jak zawsze doskonała - wspominam o tym, bo gdy film wszedł na polskie ekrany widziałam na pewnym polskim blogu nonsens o tym, jakoby Nora i Meryl zrobiły z Julii Child idiotkę - no cóż, powiem tylko, że i Ephron i Streep nieporównanie więcej wiedziały nt. Julii Child, niż autorka bloga.
Inne sukcesy Nory to Sleepless in Seattle i You've got Mail (Masz wiadomość). Tym filmom zarzucano ckliwość, ale i tak są o niebo lepsze, niż dzisiejsze rom-coms. Jej najwcześniejszy, i wysoko oceniany, film to Silkwood - poważny dramat, oparty na prawdziwej, tragicznej historii, znowu z Meryl w roli głównej. Prywatnie ta aktorka i Nora przyjaźniły się - Nora znana była z tego, że była niezwykle ciepła (choć miała też cięty język) i "absurdalnie" wręcz hojna - nic dziwnego, że w poświęconych jej w tutejszej prasie pośmiertnych artykułach powtarza się zdanie: to była kobieta, którą każda kobieta chciałaby mieć za przyjaciółkę. Szczęśliwie pozostaną jej filmy i książki.
W swojej ostatniej książce, w której pisze sporo o starzeniu się i przemijaniu (ale, jak zawsze, dowcipnie), Nora zrobiła dwie listy: jedną z rzeczami, za którymi nie będzie tęsknić po śmierci, i jedną z tymi, za którymi będzie tęsknić - są dostępne tutaj (ang), i bardzo polecam przeczytać.

23/06/2012

Co robię, kiedy nie piszę

Każda niemal z poniżej opisanych rzeczy/dzieł zasługuje na osobny post, ale nie łudzę się, że znajdę na to czas, zatem w krótkich, żołnierskich słowach o tym, co ostatnio robiłam i co mi się spodobało:
1. Bardzo przypadła mi do gustu pierwsza seria Game of Thrones (Gra o Trony) - co niezwykle rzadko się zdarza, serial TV podobał mi się daleko bardziej, niż pierwowzór  - odpadłam po dwóch pierwszych stronach pierwszego tomu, ale koleżanki przekonują, że warto dać Martinowi drugą szansę. Warto?
Serial bardzo udany m.in. dlatego, że obsada niemal wyłącznie brytyjska, nawet z domieszką mojej ulubionej nacji, w osobie Duńczyka Nikolaja Coster - Waldaua. Sean Bean drewniany jak zwykle, ale co za ulga, że nikt w quasi -  średniowiecznej fantasy nie gada po jankesku. Zaliczone kolejne serie The Good Wife, Justified i rozpoczęta II seria Treme. Jestem też w trakcie II serii mało (na razie jeszcze) znanego brytyjsko - amerykańskiego serialu komediowego Episodes - inteligentna i zabawna satyra na Hollywood, polecam. Ale i tak lekka posucha, bo czekamy na III i ostatnie duńskie The Killing, i II Borgen.
2. Najlepsze DVDs ostatnich miesięcy: Crazy Stupid Love (tu recenzja Kasi),  Drive (znowu Gosling, ekhm...), The Kids Are All Right i The Artist.  
Zdjęcie z feministycznego fotobloga pod nazwą Feminist Ryan Gosling, który zawiera zdjęcia aktora oficjalnie uznawanego za cuter than puppies, z cytatami ze źródeł feministycznych - czyste blogowe złoto
3. Podobnie jak Delie, latem 2012 preferuję koralowe paznokcie, choć zdradziłam koral chwilowo dla  najmodniejszego w UK lakieru (wyprzedany w sklepach i sprzedawany z przebitką na eBayu - mnie się udało upolować), czyli Fantasy Fire firmy Max Factor - muszę przyznać, że warty zdrady.
Moja ulubiona pomarańczowa czerwień: Leighton Denny Viva la Diva
Fantasy Fire to ten intensywny, "ognisty" fiolet na samym dole 
Jessica Alba cała na biało, z koralowymi paznokciami u stóp (niestety nie znalazłam zbliżenia)
4. Odwiedzili mnie w maju kochani duńscy przyjaciele i od tego czasu  jeszcze bardziej tęsknię za Skandynawią, podziwiając zdjęcia z Norwegii Macieja Duczyńskiego i marząc o zatrzymaniu się w tym niezwykłym norweskim hotelu.
Pierwszy landscape hotel - Juvet
5. Czytam doskonałą książkę Hattie Ellis pt. What to Eat: Ten Chewy Questions About Food - jak już nieraz pisałam, odpowiedź na pytanie: co i jak jeść, nie jest prosta, a Ellis odpowiada na wszystkie właściwie pytania dręczące współczesnego foodie. Bardzo polecam - tu krótka recenzja w Guardianie.

11/06/2012

Urzeczywistniony sen bibliofila - Hay-on-Wye

Town of books - taki napis wita wszystkich wjeżdżających do miasteczka
Hay - on - Wye
Czytaliście świetną książkę Waltera Moersa pt. Miasto Śniących Książek? Jeśli tak, to być może jak ja marzyliście o mieście, którego raison d'etre byłyby książki. W poprzedni weekend je odkryłam - jest takie miejsce, i to nie w fikcyjnej Camonii, choć tak się składa, że leży ono także w krainie smoków i zamczysk, czyli Walii. Co prawda Hay-on-Wye to typowe miasto graniczne - administracyjnie w Walii, kulturowo i etnicznie bardziej jednak angielskie. Rzeka Wye, przepływająca przez Hay, stanowi granicę między Anglią a Walią. Ten malutki gród - niecałe 2 tysiące mieszkańców - zasłynął na cały świat dzięki niezwykłej koncentracji księgarni. Jest ich ponad 30, przy czym żadna nie należy do znanych sieci, a niemal wszystkie pełnią także rolę antykwariatu: tu znajdziecie rzadkie wydania i książki niedostępne gdzie indziej. To tu płyną zamówienia od bibliofili, nie tylko z UK; jak Miasto Śniących Książek z wyobraźni Moersa, Hay żyje dla i dzięki książkom. Niektóre księgarnie są wyspecjalizowane: Rose's Books kupuje i sprzedaje stare, poszukiwane książki dla dzieci, a prawdziwą mekką licznych przecież miłośników kryminałów (to bodaj najpopularniejszy gatunek literacki w kategorii fiction) jest niewielki sklep o "kawa na ławę" nazwie: Murder and Mayhem.
Rose's Books. Na sąsiedniej kamienicy zielona tablica kieruje do kolejnej księgarni, mieszczącej się w podwórzu Outcast Books
Murder and Mayhem
Najbardziej okazałą, trzypiętrową księgarnią (mieści się w niej też niezła ponoć kafejka), a przy tym podobno największym w Europie antykwariatem, jest Richard Booth's Bookshop & Cafe. Otwarte przez młodego  Richarda Bootha, żarliwego bibliofila, w 1961 roku, to miejsce było pierwszym, które zaczęło przyciągać innych bibliofili oraz antykwariuszy do Hay. W 1977 roku Booth nawet ogłosił siebie królem, a Hay niezależną od Zjednoczonego Królestwa monarchią - była to jedna z pierwszych tego typu kampanii marketingowych, która przyczyniła się do  popularności miasteczka wśród turystów. Booth jest dowodem, jak dużo może osiągnąć jedna osoba kierowana wielką pasją.

Taką osobą jest też Peter Florence, który luźną rozmowę przy kuchennym stole o zorganizowaniu dorocznego festiwalu literackiego przekuł w czyn. Dziś odbywający się od 25 lat  Hay - on -Wye Festival to największa tego typu impreza nie tylko w Wielkiej Brytanii, ale być może na świecie - zresztą formuła co roku eksportowana jest do coraz większej liczby miejsc, i Hay patronuje festiwalom literatury w tak odległych miejscach, jak Bejrut i Bogota:
Tegoroczny Festiwal rozpoczął się 31 maja, a zakończył wczoraj. Trudno mi ująć w słowa, jak wielkie wrażenie wywarło na mnie bogactwo oferty kulturalnej, dostępnej wszystkim odwiedzającym Festiwal: oprócz głównego literackiego, a więc spotkań z pisarzami takiego formatu, co Mario Vargas Llosa, Ian McEwan, Salman Rushdie czy Alain de Botton, historykami, dziennikarzami, komikami, naukowcami, artystami etc; odbywa się także Hay Fever, festiwal literatury dla dzieci, Hf2 - dla nastolatków, Hay on Earth - spotkania z naukowcami i autorami specjalizującymi się w ochronie środowiska, warsztaty Creative Writing, szereg koncertów, recitali, debat filozoficznych...w sumie ponad 900 różnych wydarzeń! Nawet osoby, które nie lubią czytać, znajdą coś interesującego.
Za wejście na teren festiwalowy się nie płaci, kupuje się bilety na każde wydarzenie osobno (polecam zakup z dużym wyprzedzeniem, ze strony festiwalowej - to samo dotyczy zakwaterowania).
Festiwal odbywa się w widocznych tu wielkich namiotach na obrzeżu miasteczka, które jest malowniczo położone - niedaleko znajduje się park narodowy Brecon Beacons. Wye to rzeka popularna wśród kajakarzy
Główny plac w Hay


Ian McEwan 
Salman Rushdie i założyciel Festiwalu, Peter Florence
Niestety nie miałam okazji wybrać się na spotkanie z którymś z ulubionych pisarzy - szczególnie żałuję, że nie zobaczyłam Caitlin Moran, mojej ulubionej felietonistki londyńskiego Timesa i autorki doskonałej, autobiograficznej książki How to be a woman (polecam). Zabrałam za to Nicholasa na oblegane spotkanie z najsłynniejszym w UK, i bardzo znanym w całym świecie anglojęzycznym ilustratorem książek dziecięcych, zamieszkałym od wielu lat w UK Niemcem, Axelem Schefflerem. Tak, tym, który stworzył Gruffalo, najpopularniejszą postać literatury dziecięcej ostatniej dekady. Z zapartym tchem oglądaliśmy, jak rysował na żywo:
Choć mogę już odhaczyć kolejne niezwykłe miejsce na mapie Wielkiej Brytanii, chciałabym bardzo powrócić do Hay na kolejne Festiwale. W czasie naszego (zbyt) krótkiego pobytu odwiedziliśmy też raj dla miłośników sów, jedliśmy pyszne lody oraz lunch we wspaniałej restauracji, o czym w następnym wpisie.
Zapraszam też do przeczytania obszerniejszej relacji Chihiro z jej podróży do Hay, ze znacznie lepszymi zdjęciami wielu księgarń.

Zdjęcia: 1, 3 i ostatnie moje, reszta z sieci. Pogoda niestety nie dopisała, mżyło, a potem padało, nie wzięłam też aparatu, i moje zdjęcia są bardzo kiepskiej jakości, za co przepraszam.

06/05/2012

Jeszcze raz o Światowych Dniu i Nocy Książki

W UK Światowy Dzień Książki (World Book Day) obchodziliśmy 1 marca.  W Światowy Dzień Książki, czyli 23 kwietnia, obchodziliśmy za to Światową Noc Książki (World Book Night). Światowy Dzień obchodzono w tym roku po raz piętnasty - z tej okazji w UK księgarnie i wydawcy rozdały miliony kuponów zniżkowych na książki, szczególnie dziecięce, i odbyła się masa różnych imprez, propagujących czytelnictwo wśród dzieci i młodzieży - w szkole Nicholasa zorganizowano na przykład kiermasz książek - oczywiście zarobili wydawcy, ale spora część zysków (ponad 300 funtów!) zasiliła też szkolny fundusz biblioteczny.
World Book Night to z kolei noc (no i dzień), kiedy kładzie się nacisk na propagowanie czytelnictwa wśród dorosłych. Jak pisałam, byłam jedną z armii 80 tysięcy wolontariuszy, którzy rozdawali tego dnia darmowe książki. To było wspaniale uczucie, wręczać książkę, o której wiem, że jest jedną z najbliższych sercom Brytyjek, w zamian za uśmiech i miłe słowa. W sumie rozdano niemal 2 mln książek - ponad 600 tys. poszło bowiem bezpośrednio do miejsc, gdzie są ludzie, którzy często w ogóle nie czytają, a nawet nie potrafią czytać, takich jak więzienia.
Jeśli o mnie chodzi, propagowania czytelnictwa nigdy za wiele, rozdzielmy więc te dwie okazje, i cieszmy się, że mamy dwie daty, a nie jedną. Polscy wydawcy i księgarze niech dołączą do tych z innych krajów, i szerzą wiedzę o obu wydarzeniach.
Penguin Donkey - mebel specjalnie zaprojektowany w 1939 roku dla wydawnictwa Penguin, nadal w produkcji
Jestem pewna pozycji, jaką I Capture the Castle zajmuje w kanonie, bo dosłownie w ostatnich dwóch tygodniach trafiłam na dwa kolejne tej wysokiej pozycji dowody - w The Observer pojawiła się lista 10 najlepszych pierwszych zdań powieści w anglojęzycznej literaturze, i oto, co napisano o pierwszym zdaniu dzieła Dodie Smith: "I write this sitting in the kitchen sink.” A brilliant beginning to a much-loved English classic, which tells us almost all we need to know about the narrator Cassandra Mortmain. Quirky and high-spirited, Dodie Smith’s novel is really an exercise in nostalgia. Smith (subsequently famous for The Hundred and One Dalmatians) was living in 1940s California, and wrote this story, in a sustained fever of nostalgia, to remind her of home. Perhaps only an English writer could extract so much resonance from that offbeat reference to “the kitchen sink.”
Drugie potwierdzenie znalazłam w niedawno wydanej książce pt. Dangerous Women, czymś w rodzaju słowniko - poradnika dla kobiet (całkiem niezłego) - z tyłu znajduje się lista książek, które 3 autorki uznają za kanon współczesnej Brytyjki, i I Capture the Castle tam figuruje.
Bardzo dziękuję za wszystkie Wasze opowieści o lekturach nastolęctwa. Wybór był bardzo trudny (najchętniej wysłałabym książki wszystkim), ale ostatecznie egzemplarze I Capture the Castle poszybują do...




Mewiny i Dragonfly!


Mewina napisała: "Od dwóch dni myślę, co było książką mojego "nastolęctwa".
Najpierw w przegródkach pamięci pojawiły się książki pożniejszego dzieciństwa ("Opowieść o cebulku" Rodariego i "Bez rodziny" Malote'a, obie czytane bardzo często, dziś już nie wiem, dlaczego akurat te. Choć ta pierwsza to świetna opowięśc o tyranii.).
Ale książką "nastolatkową", która zmieniła się w książkę na chandrę i stany chorobopodobne, jest "Opium w rosole". Pewnie dlatego, że nadal lubię siąść w czyjejś kuchni lub posadzić kogoś w swojej i ogrzać się ciepłem rozmowy nieśpiesznej. I nakarmić kogoś krupnikiem. Może dlatego, że ten świat niezbyt bogaty, ale nie ubogi, jest mi bliski. Może dlatego, że jestem w wieku Gieniusi, a marzyłam, żeby zostać Kreską. Szyłam i farbowałam ciuchy, torebki, dziergałam kilometrowe szaliki. I marzyłam o "nie-tombaku":). I słuchałam Mozarta.

Ciepło myślę o sobie lata temu.

Dziękuję za obudzenie wspomnień i inspiracje."



Dragonfly napisała: "Emilka ze Srebrnego Nowiu" L.M. Montgomery. Cała trylogia. O ile słodkiej Ani w wieku nastoletnim nie dało się już znieść, o tyle do Emilki wracam co jakiś czas. Obie postaci są jak awers i rewers. Seria o Emilce jest wymowniejsza w tonie, poważniejsza, bohaterka nie przeżywa ekstazy z powodu każdego kwiatka. Im starsza, tym bardziej mroczna, a wymowa serii wręcz depresyjna. Nawet nie bardzo rozumiałam tę depresję jako młoda dziewczyna. Teraz tak. To alter ego samej autorki - jedyna taka postać w twórczości Maud."


Mewino, proszę o adres, mój email w profilu. Kasiu, Twój adres mam.


Serdecznie dziękuję wszystkim Wam, które wzięły udział, i do następnego konkursu!

23/04/2012

World Book Night i KONKURS

Za mną udany weekend, choć pogoda pod zdechłym Azorkiem. W sobotę wyjazd do Londynu, a tam wizyta w ulubionej Nordic Bakery i najlepsza bułka cynamonowa pod słońcem, ale przede wszystkim spotkanie z autorką jednego z najlepszych blogów polskojęzycznych, Chihiro, z którą od razu poczułam się, jakbyśmy się znały od trzepaka. Nawet okazało się, że obie zgłosiłyśmy się do rozdawania dzisiaj, z okazji Światowej Nocy Książki, darmowych książek, do czego zaraz wrócę.
Potem udałam się do centrum sztuki i kultury Barbican, by obejrzeć sztukę Big and Small, z Cate Blanchett w roli głównej. Choć napisana w latach 70. sztuka awangardowego niemieckiego dramaturga Botho Straussa nie była najlepszym wyborem ("delikatnie absurdalna", ale nie wznosi się na wyżyny osiągnięte przez największych twórców teatru absurdu - Strauss to Ionesco dla ubogich), to jednak Cate dała z siebie wszystko i zasłużenie zebrała owacje na stojąco. Siedziałam pośrodku w 4 rzędzie od sceny (kupiłam bilet ponad pół roku temu), tak blisko, że widziałam siniaki na jej gołych nogach - ekscytujące!
Po powrocie do domu obejrzałam dwa pierwsze odcinki nowego skandynawskiego serialu kryminalnego, Bron/Broen (The Bridge czyli Most) i już wiem, że dorównuje Forbrydelsen i Borgen - napiszę więcej, wkrótce. Złota ero skandynawskiej telewizji - trwaj, trwaj jak najdłużej!
Dziś jednak świętujemy Dzień Świętego Jerzego, patrona Anglii i Katalonii, zaczął się też Tydzień Brytyjskiej Wołowiny i Tydzień Kawy (nie ma już dnia, ani tym bardziej tygodnia, w kalendarzu, który nie byłby czemuś dedykowany - i bardzo dobrze). Z mojego punktu widzenia najważniejsze jednak, że dziś jest rocznica zarówno urodzin, jak i śmierci Szekspira, a także śmierci Cervantesa, a zatem oficjalna, ustanowiona przez Unesco World Book Night. By to uczcić, wydawcy w USA, UK, a w tym roku także Niemczech i Irlandii, ufundowali milion darmowych książek, które będą rozdawane przez tysiące ochotników, takich jak ja.
Tegoroczne 25 tytułów
Dwa egzemplarze książki, którą wybrałam z 25 dostępnych, absolutny klasyk i jedna z najcieplejszych i czarujących książek, jaką kiedykolwiek napisano, I Capture the Castle Dodie Smith, przeznaczyłam do rozdania tutaj. Możecie wygrać, pisząc w komentarzu pod tym postem, jaka była Wasza ulubiona książka lat nastoletnich, i dwa słowa o tym, dlaczego. Na zgłoszenia czekam dwa tygodnie - zaznaczam, że książkę dostanie tylko osoba, która obserwuje tego bloga. Przypominam, że I Capture the Castle wciąż nie ma polskiego tłumaczenia, dlatego jak na razie można ją przeczytać tylko w oryginale (lub w innym języku, na który ją przetłumaczono, np. po francusku).
Pamiętajcie także, że do końca tego tygodnia trwa też konkurs kulinarny - mała liczba zgłoszeń = większe szanse na wygraną.

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails