... posłusznie donosi, że uczciłyśmy Ślub Stulecia należycie, w sukniach i welonach. Były oklaski, wzruszenie i głośne okrzyki aprobaty dla Pocałunku Na Balkonie. A także obgadywanie Sukni i Strojów i Kapeluszy Gości. W odróżnieniu od pracownic polskiego wydania ELLE, które spekulowały na Facebooku, czy suknia będzie od Valentino, Very Wang czy Chanel (tak, wiem, brwi sięgnęły mi końca czoła, gdy to czytałam), dla mnie i dla wszystkich mających nawet małe pojęcie o modzie brytyjskiej i rodzinie królewskiej było oczywiste, że Kate na 100% wybierze brytyjskiego projektanta, pytanie było tylko, kogo (wybranie kogoś z zagranicy byłoby wielkim faux pas, delikatnie mówiąc). Ujrzawszy pannę młodą, Wasza korespondentka od razu poczyniła porównanie z suknią ślubną Grace Kelly, bodaj najpiękniejszą suknią ślubną wszechczasów - koronka, talia osy i długie rękawy. Sarah Burton z "następczyni McQueena" katapultowała się na oczach milliardów do pozycji "projektantki TEJ Sukni" i już krążą plotki, że koncern LVHM chce ją ukraść Gucci by objęła stanowisko Johna Galliano w Dior. Nie usłyszałam/przeczytałam jednego krytycznego słowa o sukni.
Bo też suknia była idealna - nie za strojna, ale i nie zgrzebna, wytworna, ale nie przyćmiewająca urody nosicielki, okazała i z długaśnym trenem, ale nie jak pognieciona wielka beza. Kreacja na miarę współczesnej baśni (dla mnie najbardziej baśniowy moment całej imprezy to przejazd karetą). Kolumnowa suknia siostry księżnej, także z kolekcji Alexander McQueen (w czerwonej wersji tej kreacji w zeszłym roku można było podziwiać Cameron Diaz) również zachwyciła. No i zawsze rozbraja ta urocza tradycja małych druhen (bridesmaids) i drużb (page boys), kultywowana w UK także na ślubach "plebejuszy".
Z uporem godnym lepszej sprawy zawsze trąbię o tym, że tradycja zakładania kapeluszy/fascynatorów na ślub warta jest przeszczepienia na polski grunt, i mam tę satysfakcję, iż miliony ludzi mogło zobaczyć, że mam rację. Projektant kapeluszy Philip Treacy (rozsławiony w dużej mierze przez Isabellę Blow, ale faworyzowany także przez np. Camillę, żonę księcia Karola) był najbardziej popularną marką wśród gości, obok Jimmy Choo, której szpilki wybrało wiele pań.
Makijaż panny młodej to mój ulubiony "soft smoky eye" czyli przydymione oko w wersji dziennej: podkreślone czarnymi kreskami na dolnej i górnej powiece oczy, róż w odcieniu jasnoróżowym i takież usta. Kate zresztą niemal zawsze tak się maluje, woląc, tak jak ja, podkreślać oczy zamiast ust. Do tego subtelny manikiur - udało mi się zdobyć informację, że wykonano go w salonie Jo Hansford (b. znany salon w Londynie, odwiedzany przez tamtejszą elitę) przy użyciu dwóch lakierów: Bourjois nr 28, odcień Rose Lounge, i Essie nr 423 odcień Allure. W odróżnieniu od manikiuru i fryzury, makijaż Kate wykonała sama, nie wiadomo więc, jakich kosmetyków użyła, podejrzewam jednak, że róż był w kremie lub sztyfcie - róż o takiej konsystencji daje bardziej naturalny efekt i wtapia się w skórę. Popularne tutaj, jeśli chodzi o makijaże ślubne, są róże marek Nars, Bobbi Brown lub Daniel Sandler.
A na koniec bardzo zabawna parodia:
*...ale nie ostatnio, na szczęście.
Showing posts with label Jimmy Choo. Show all posts
Showing posts with label Jimmy Choo. Show all posts
30/04/2011
09/09/2010
Sole power
Kompozytor i librecista Richard Thomas uczynił przedmiotem swojej "opery" Jerry Springera - człowieka, który zbudował karierę na podsycaniu waśni ludzi, którzy oblaliby rozmowę kwalifikacyjną w McDonald'sie. Show pt. Jerry Springer: The Opera odniósł sukces zarówno na londyńskim West Endzie, jak i nowojorskim Broadwayu, i ściągnął na twórców gniew chrześcijańskich fundamentalistów, oburzonych "bluźnierczymi" piosenkami. Thomas lubi prowokować - także w najnowszym musicalu, Shoes, było kilka piosenek, które zbulwersowałyby zapewne co bardziej "moherowy" element społeczeństwa (o czym nieco dalej), dlatego, jak napisała karoLina w komentarzu pod wpisem, w którym zapowiedziałam wyjazd do teatru - show raczej nie zawita nad Wisłę.
Ale od początku. Sadler's Wells to teatr specjalizujący się w sztuce tańca - jeśli do Londynu przyjeżdżają słynne widowiska taneczne ze świata (np. argentyńska Tanguera), zwykle występują właśnie w tej imponującej sali w dzielnicy Islington.
Shoes to rewia: upajająca mieszanka tańca, muzyki (granej na żywo i niezwykle chwytliwej), satyry, dowcipnych gier słownych (angielski obfituje w idiomy związane z obuwiem i stopami, nie mówiąc już o rozkoszach homofonicznych: soul - sole etc) oraz instalacji wideo. Na samym początku publiczność słyszy "Jeśli nie lubicie butów, to przed wami baardzo długi wieczór" - w tym samym czasie ja, już kompletnie zahipnotyzowana, powtarzałam w duchu za Faustem "Chwilo, trwaj". Czasem, gdy współpracuje kilkadziesiąt utalentowanych osób, następuje alchemiczna reakcja i pot i wysiłek przemieniają się w czyste artystyczne złoto. Thomasa wspomagał nagrodzony Olivierem (prestiżowe nagrody teatralne) reżyser Stephen Mear oraz pięcioro choreografów - układy choreograficzne były fantastyczne, tańca takiej klasy nigdzie nie widziałam. Za instalacje wideo odpowiedzialny był znany reżyser teledysków. Zespół Sadler's Wells to śmietanka taneczna w kraju, w którym nie brakuje talentu w tej dziedzinie.
![]() |
| Richard Thomas |
Już po wstępie wiedziałam, że Shoes będzie inne niż wszystko, co do tej pory widziałam, i bardzo zabawne. I tak było do końca - gdybym mieszkała w Londynie i była milionerką, kupiłabym bilety na kilka następnych terminów. Na początku otrzymaliśmy krótkie streszczenie historii obuwia, od prehistorii( "Życie było okropne, krótkie i brutalne/ Stopy krwawiły") po współczesny diabelski wynalazek - Crocs'y. Był też numer, w którym "Jezus" śpiewał lirycznie o sandałach Birkenstocks (pierwsza kontrowersja) - dlatego, że po angielsku tego typu sandały męskie zwie się "Jezusowymi" (Jesus sandals). Kiedy mowa o butach i fetyszyzmie, nie można uniknąć przywołania imienia Imeldy Marcos - toteż pojawiła się i ona, nad nią na ekranie zawieszonym nad sceną zdjęcia z archiwów policji filipińskiej przedstawiające buty z jej kolekcji (która była tak monstrualna, że gdyby Imelda zakładała trzy różne pary dziennie, spędziłaby ponad 3 lata nigdy nie zakładając tej samej pary dwa razy) i która na pytanie, dlaczego była tak pazerna, zaśpiewała "Zrobiłam to dla miłości, zrobiłam to dla... turystyki" - do końca nieskruszona (co jest ponoć zgodne z rzeczywistością). Thomas nie mógł też pominąć najsławniejszej fikcyjnej butoholiczki, Carrie Bradshaw. W numerze, który wywołał największy aplauz widowni, tancerki przebrane za zakonnice (druga kontrowersja) intonują niczym chór zakonny i w konwencji hymnu kościelnego piosenkę, której tekst to po prostu lista (litania) ikonicznych nazwisk, od których butoholiczkom miękną kolana: Manolo Blahnik, Jimmy Choo, Christian Louboutin, Miuccia Prada itd. Innemu wielkiemu mistrzowi, którego buty nosiły Sophia Loren i Marilyn Monroe, czyli Salvatore Ferragamo, poświęcono osobną piosenkę, a na scenie pojawiła się piramida pełna prawdziwych Ferragamos... Ale pokazano wszelkie rodzaje obuwia, łącznie z butami narciarskimi, baletkami, Uggs, japonkami, kaloszami i butami sportowymi.
Tak naprawdę jednak buty są w Shoes metaforą - jak w linijce, która nie pojawiła się w ostatecznej wersji show, a którą Thomas zacytował w wywiadzie w Sunday Times: Sometimes you win, sometimes you lose/The show's about life, and the metaphor is shoes. Buty, przedmiot codzienny i pospolity, a jednak wzbudzający u ludzi całą gamę emocji, od ekstazy do odrazy.
07/05/2010
Jak wydać 160 zł na T-shirt, czyli outlet shopping frenzy
By osłodzić mi nieco nadejście kolejnych urodzin, oznaczających, że został mi rok mniej do chwili, gdy przyjdzie mi wypychać stokrotki od spodu*, małżonek zabrał mnie heroicznie do przybytku konsumpcji - Bicester Village. Nie jest to wioska, lecz centrum handlowe niedaleko Oksfordu. Znajdują się tu wyłącznie outlety marek dizajnerskich, lub masowych, ale z górnej półki. Już na miejscu okazało się, że "outlet" nie jest synonimem słowa "tanio". Zresztą "tani" czy "drogi" to najbardziej chyba relatywne słowa w słowniku - o ile nie można być "odrobinę w ciąży", to rzecz może być jednocześnie i tania, i droga - zależy od klienta i grubości jego portfela. Zatem jeśli dla kogoś szpilki Jimmy Choo za niemal 500 funtów to okazja, bo pierwotnie kosztowały 700, i zaoszczędzi 200 funtów - to Bicester jest mekką "tanich" zakupów.
Skórzany płaszcz Armani za 900 funtów, torebka Mulberry, model Roxanne (a więc obecnie znacznie już przyćmiony przez takie modele - gwiazdy tej marki jak Bayswater czy Alexa) - 400 funtów, torebka Fendi za 500, kostium Theory za 350... itd. itp. Jest to zatem miejsce, gdzie warto się wybrać, jeśli a) uciułaliśmy kilkaset funtów na jedną torebkę/szpilki marzeń, albo np. chcemy zaszaleć i na swój ślub założyć buty dizajnerskie, b) mamy tyle gotówki, że powoli wypala nam ona dziurę w kieszeni i musimy się jej pozbyć w przyjemny sposób, ale jednocześnie nie mamy jej tyle, by zrobić rundkę zakupową po Bond Street, Sloane Street czy w Selfridges i nie patrzeć na metki c) cierpimy na patologiczną niechęć do płacenia pełnej ceny i nie możemy kupić niczego, co nie jest obniżone lub nie pochodzi z outletu d) jesteśmy Japończykami, Francuzami, Hiszpanami etc. i korzystamy z mocnego euro oraz uważamy outlety za atrakcje turystyczne (wśród tłumu kupujących bardzo rzadko słychać było angielski - na oko ok. 80% kupujących to cudzoziemcy, pewnie w powszedni dzień jest ich trochę mniej).
Bardzo niewielki procent, który nie zalicza się do jednej z ww. kategorii może tu przyjechać po rzeczy, które niewiele się zmieniają wraz z modami sezonowymi, a które tu można dostać dobrej jakości: bieliznę i rajstopy Wolford, nieco tańsze, niż w sklepach, lub koszule męskie "do pracy" renomowanych marek - również taniej niż w sklepach, lub kosmetyki pielęgnacyjne Clinique czy Estee Lauder (ceny podobne do tych duty-free, czyli lotniskowych). Nie nastawiajmy się jednak na zniżki rzędu 80% - bliżej 30%, co, jeśli doliczymy dojazd, nie jest tak nęcące.
Tu te szpilki, na stopach adorowanej przez publikę brytyjską Cheryl Cole:
Od dawna hołduję zasadzie: you get what you pay for (dostajesz to, za co płacisz) - istnieje bowiem bezpośrednia zależność między ceną a jakością, i to nie tylko w modzie, wbrew temu, co niektórzy pogardliwie mówią o płaceniu tylko za markę (te same osoby najczęściej rzeczy dizajnerskie widziały wyłącznie na zdjęciach). Wyprawa do Bicester jest zatem pouczająca także pod tym kątem, pozwala bowiem na wmieszanie się w tłum i macanie ubrań i dodatków Diora, Diane von Furstenberg, Vivienne Westwood, Gucci, Smythson etc., bez ryzyka, na jakie jest się narażonym w "normalnym" butiku takiej marki - że będzie się jedyną osobą, osaczoną zewsząd przez ekspedientki/ów, którzy są on commission (czyli im więcej sprzedają, tym lepiej zarabiają). Z drugiej strony, to zakupy w znacznie mniejszym komforcie, a wybór jest znacznie mniejszy (także jeśli chodzi o rozmiary) - i dlatego ludzie, których na to stać, wbrew mitom o bogaczach-dusigroszach, wolą płacić pełną cenę - again, you get what you pay for.
Warto było pojechać i zbadać samej, także dlatego, że utwierdziłam się w przekonaniu, że dla osób mieszkających tutaj i tak największe okazje są w sieci. Bardzo podobny asortyment, a czasem nawet ciekawsze kąski, oferuje np. internetowy outlet znanego wszystkim faszonistkom Net-a- Porter - theOutnet. Ulubiony Asos ma coraz większą ofertę marek dizajnerskich, zdarzają się duże zniżki, w dodatku miejscowe klientki nie płacą za przesyłkę. Wszystkie przyzwoite sklepy tutejsze oferują też darmowe zwroty, więc ryzyko, że coś nie będzie pasowało, jest żadne - mogę to odesłać za darmo, w tej samej paczce, używając gotowej naklejki z adresem do zwrotów - zero kłopotu. Są też specjalne kluby zakupowe, jak Achica, które organizują tzw flash sales - jednodniowe lub nawet kilkugodzinne wyprzedaże ciuchów i dodatków znanych marek. Dlatego 80% moich zakupów robię online.
Co mi się też nie podobało: mała ilość kafejek i knajpek. W Starbucks byl remont, co zredukowało ilość coffee shops do jednego, i były też dwie restauracje - za mało jak na taką ilość butików i ludzi. Przed jedynym stoiskiem z lodami była gigantyczna kolejka (było gorąco). W "zwykłym" (nie-dizajnerskim) outlecie Gun Wharf (popularnym wśród Polaków, zawsze słyszę polski) w Portsmouth jest znacznie więcej takich miejsc.
Pojechaliśmy z misją znalezienia kurtki skórzanej dla mnie - miał to być prezent urodzinowy. Niestety nie znaleźliśmy nic, co by mi odpowiadało. Wyjechałam więc tylko z dwoma trofeami - T-shirtem Theory i... książką kucharską rozmiarów cegły pt. I know how to cook, kupioną w malutkim outlecie wydawnictwa Phaidon (jedyny sklep z książkami w Bicester) która jest absolutną klasyką we Francji, i którą ponoć matki dają tam córkom, gdy te wyprowadzają się na swoje.
Bardzo chciałam obejrzeć torebki Theory (to marka specjalizująca się w wearable, utilitarian chic - czyli elegancko, ale praktycznie) - ale w ich butiku były tylko ubrania, buty i paski. Wyszłam więc z T-shirtem za 35 funtów - drogim, ale bardzo dobrej jakości.
A kurtkę skórzaną na prezent dostałam ze zwykłego sklepu w zwykłym centrum handlowym...
* Pushing daisies - jeden z mnogości idiomów odnoszących się do śmierci. To bogactwo ( jeden z wielu, wielu powodów, dla których kocham angielski) genialnie wykorzystali Pythonowie w nieśmiertelnym skeczu z papugą. Stąd też tytuł amerykańskiego serialu.
Skórzany płaszcz Armani za 900 funtów, torebka Mulberry, model Roxanne (a więc obecnie znacznie już przyćmiony przez takie modele - gwiazdy tej marki jak Bayswater czy Alexa) - 400 funtów, torebka Fendi za 500, kostium Theory za 350... itd. itp. Jest to zatem miejsce, gdzie warto się wybrać, jeśli a) uciułaliśmy kilkaset funtów na jedną torebkę/szpilki marzeń, albo np. chcemy zaszaleć i na swój ślub założyć buty dizajnerskie, b) mamy tyle gotówki, że powoli wypala nam ona dziurę w kieszeni i musimy się jej pozbyć w przyjemny sposób, ale jednocześnie nie mamy jej tyle, by zrobić rundkę zakupową po Bond Street, Sloane Street czy w Selfridges i nie patrzeć na metki c) cierpimy na patologiczną niechęć do płacenia pełnej ceny i nie możemy kupić niczego, co nie jest obniżone lub nie pochodzi z outletu d) jesteśmy Japończykami, Francuzami, Hiszpanami etc. i korzystamy z mocnego euro oraz uważamy outlety za atrakcje turystyczne (wśród tłumu kupujących bardzo rzadko słychać było angielski - na oko ok. 80% kupujących to cudzoziemcy, pewnie w powszedni dzień jest ich trochę mniej).
Bardzo niewielki procent, który nie zalicza się do jednej z ww. kategorii może tu przyjechać po rzeczy, które niewiele się zmieniają wraz z modami sezonowymi, a które tu można dostać dobrej jakości: bieliznę i rajstopy Wolford, nieco tańsze, niż w sklepach, lub koszule męskie "do pracy" renomowanych marek - również taniej niż w sklepach, lub kosmetyki pielęgnacyjne Clinique czy Estee Lauder (ceny podobne do tych duty-free, czyli lotniskowych). Nie nastawiajmy się jednak na zniżki rzędu 80% - bliżej 30%, co, jeśli doliczymy dojazd, nie jest tak nęcące.
Tu te szpilki, na stopach adorowanej przez publikę brytyjską Cheryl Cole:
Od dawna hołduję zasadzie: you get what you pay for (dostajesz to, za co płacisz) - istnieje bowiem bezpośrednia zależność między ceną a jakością, i to nie tylko w modzie, wbrew temu, co niektórzy pogardliwie mówią o płaceniu tylko za markę (te same osoby najczęściej rzeczy dizajnerskie widziały wyłącznie na zdjęciach). Wyprawa do Bicester jest zatem pouczająca także pod tym kątem, pozwala bowiem na wmieszanie się w tłum i macanie ubrań i dodatków Diora, Diane von Furstenberg, Vivienne Westwood, Gucci, Smythson etc., bez ryzyka, na jakie jest się narażonym w "normalnym" butiku takiej marki - że będzie się jedyną osobą, osaczoną zewsząd przez ekspedientki/ów, którzy są on commission (czyli im więcej sprzedają, tym lepiej zarabiają). Z drugiej strony, to zakupy w znacznie mniejszym komforcie, a wybór jest znacznie mniejszy (także jeśli chodzi o rozmiary) - i dlatego ludzie, których na to stać, wbrew mitom o bogaczach-dusigroszach, wolą płacić pełną cenę - again, you get what you pay for.
Warto było pojechać i zbadać samej, także dlatego, że utwierdziłam się w przekonaniu, że dla osób mieszkających tutaj i tak największe okazje są w sieci. Bardzo podobny asortyment, a czasem nawet ciekawsze kąski, oferuje np. internetowy outlet znanego wszystkim faszonistkom Net-a- Porter - theOutnet. Ulubiony Asos ma coraz większą ofertę marek dizajnerskich, zdarzają się duże zniżki, w dodatku miejscowe klientki nie płacą za przesyłkę. Wszystkie przyzwoite sklepy tutejsze oferują też darmowe zwroty, więc ryzyko, że coś nie będzie pasowało, jest żadne - mogę to odesłać za darmo, w tej samej paczce, używając gotowej naklejki z adresem do zwrotów - zero kłopotu. Są też specjalne kluby zakupowe, jak Achica, które organizują tzw flash sales - jednodniowe lub nawet kilkugodzinne wyprzedaże ciuchów i dodatków znanych marek. Dlatego 80% moich zakupów robię online.
Co mi się też nie podobało: mała ilość kafejek i knajpek. W Starbucks byl remont, co zredukowało ilość coffee shops do jednego, i były też dwie restauracje - za mało jak na taką ilość butików i ludzi. Przed jedynym stoiskiem z lodami była gigantyczna kolejka (było gorąco). W "zwykłym" (nie-dizajnerskim) outlecie Gun Wharf (popularnym wśród Polaków, zawsze słyszę polski) w Portsmouth jest znacznie więcej takich miejsc.
Pojechaliśmy z misją znalezienia kurtki skórzanej dla mnie - miał to być prezent urodzinowy. Niestety nie znaleźliśmy nic, co by mi odpowiadało. Wyjechałam więc tylko z dwoma trofeami - T-shirtem Theory i... książką kucharską rozmiarów cegły pt. I know how to cook, kupioną w malutkim outlecie wydawnictwa Phaidon (jedyny sklep z książkami w Bicester) która jest absolutną klasyką we Francji, i którą ponoć matki dają tam córkom, gdy te wyprowadzają się na swoje.
Bardzo chciałam obejrzeć torebki Theory (to marka specjalizująca się w wearable, utilitarian chic - czyli elegancko, ale praktycznie) - ale w ich butiku były tylko ubrania, buty i paski. Wyszłam więc z T-shirtem za 35 funtów - drogim, ale bardzo dobrej jakości.
A kurtkę skórzaną na prezent dostałam ze zwykłego sklepu w zwykłym centrum handlowym...
* Pushing daisies - jeden z mnogości idiomów odnoszących się do śmierci. To bogactwo ( jeden z wielu, wielu powodów, dla których kocham angielski) genialnie wykorzystali Pythonowie w nieśmiertelnym skeczu z papugą. Stąd też tytuł amerykańskiego serialu.
01/04/2009
Louboutin, mon amour

Zważywszy na nazwę tego bloga, nietrudno się domyślić, że uwielbiam piękne buty na przyprawiających o lęk wysokości obcasach.
(Wdzięczny angielski przymiotnik vertiginous, którym często opisuje się najbardziej strome szpilki, pochodzi od rzeczownika vertigo, oznaczającego lęk wysokości; to tytuł jednego z filmów Hitchcocka)
Christian Louboutin, szewc nad szewcami, twórca najbardziej pożądanych i seksownych szpilek świata z ikoniczną czerwoną podeszwą, zaprojektuje buty dla Barbie. Barbie to faszonistka, nic dziwnego więc, że na 50-te urodziny dostanie buty-marzenie każdej szanującej się ofiary mody.Jak to często bywa, słynna czerwona podeszwa była przypadkiem.
Louboutin, niezadowolony z dostępnej w warsztacie czarnej farby, pociągnął podeszwy butów farbą, jaka akurat była pod ręką - czerwoną. Klientka, która je kupiła, wróciła do sklepu zaaferowana, opowiadając, jaką sensację wzbudziły jej podeszwy, szczególnie wśród mężczyzn. Czerwona podeszwa szybko stała się znakiem firmowym Louboutina, zaś jego niebotycznie wysokie, superkobiece szpilki najbardziej znanymi wśród butów designerskich.
Zarówno Manolo Blahnik, jak i Jimmy Choo (który już dawno nie projektuje dla firmy noszącej jego imię) wspięli się niemal równie wysoko, ale osobiście uważam, że i Manolos i Choos ustępują Louboutin'om. Diamenty są najlepszymi przyjaciółmi kobiety, ale łatwiej pozwolić sobie na choć jedną parę naprawdę pięknych butów.
Zarówno Manolo Blahnik, jak i Jimmy Choo (który już dawno nie projektuje dla firmy noszącej jego imię) wspięli się niemal równie wysoko, ale osobiście uważam, że i Manolos i Choos ustępują Louboutin'om. Diamenty są najlepszymi przyjaciółmi kobiety, ale łatwiej pozwolić sobie na choć jedną parę naprawdę pięknych butów.

Subscribe to:
Posts (Atom)








