Showing posts with label Gok Wan. Show all posts
Showing posts with label Gok Wan. Show all posts

16/07/2011

Nowy cykl: Encyklopedia Mody Brytyjskiej - wstęp

Brytyjska podklasa na wypadach kawalerskich/panieńskich, pijana i wymiotująca po całej Europie... Zalanie Zatoki Meksykańskiej ropą... Kłamstwa i brednie najlepszego kumpla Dubya Busha, Tony Blaira (pobożnego katolika*), które wciągnęły kraj do wojny... Dawne zbrodnie kolonialne, które po dziś dzień odbijają się potężną czkawką w wielu zakątkach świata... Wielka Brytania ma dziś często złą prasę, choć anglofilia to nadal przypadłość rozpowszechniona - z zaskoczeniem odkryłam na przykład, że Sebastian Vettel, słynny niemiecki kierowca Formuły I, również na nią cierpi. Sypie on cytatami z Monty Pythona i Little Britain, które ogląda w oryginalnej wersji, pomstując na niemiecki zwyczaj dubbingu (you are a man after my own heart, Sebastian). Genialne poczucie humoru i cecha, która leży u podstawy tegoż, zwana self-deprecation, czyli umniejszanie własnych zalet, umiejętność wyśmiewania własnych wad oraz zdrowe podejście do próżności to właśnie cechy, dzięki którym Anglikom wiele się wybacza. Inaczej niż Włosi, z ich naciskiem na la bella figura i strojeniem się na passeggiata, czy Paryżanie, którzy, jak pisze David Lebovitz w The Sweet Life in Paris**, przebierają się, by wynieść śmieci***, Brytyjczycy uważają, że wygląd zewnętrzny to sprawa drugorzędna, bowiem gdzieś w środku gnieździ się w nich podejrzenie, że osoby, które poświęcają masę czasu na "śmiertelną powłokę", nie mają tym samym czasu, by zadbać o piękne wnętrze****. W najświetniejszych londyńskich salonach zobaczycie bogate i wpływowe kobiety ubrane niedbale (ale oryginalnie, czasem nawet ekscentrycznie), bywa, że bez makijażu i kunsztownej koafiury. Z ich ust, wypowiadane z oksfordzkim akcentem, padać jednak będą riposty godne Wilde'a - często zresztą BĘDĄ to słowa Wilde'a, a jeśli skomplementujesz ich strój, niemal zawsze padnie odpowiedź typu "This? It is just an old thing, but it happened to be clean" (To? Staroć, ale nie miałam nic innego czystego). Sukienki będą z REISS, Boden, Hobbs lub Jigsaw, nie od Diora - za £150 raczej, niż £1500. Jeśli genetyczna loteria obdarzyła cię urodą, musisz się mocno napracować, by udowodnić, że nie jesteś narcyzem. A już szczególnie jeśli jesteś mężczyzną - to dlatego Robert Pattinson poza planem wygląda często jak bezdomny, i w każdym wywiadzie przeprasza, że żyje. Wyobrażacie sobie Toma Cruise'a mówiącego "Lubię być w formie - w przerwach między okresami pomniejszego alkoholizmu"? Ja też nie, bo to mógł tylko powiedzieć brytyjski aktor - Daniel Craig. Jego niegdysiejsza flama, Kate Moss, jest największą modelką naszych czasów, a wspięła się na parnas mody z papierosem w ustach i nie wychylając za kołnierz. Kto, poza Heleną Bonham - Carter (i "honorową Angielką" Björk), mógłby założyć dwa różne buty na uroczystą premierę i jeździć po Londynie na rowerze, mając na sobie wiktoriańskie pantalony? Bo to, co uczyniło Londyn jedną ze stolic mody, to umiłowanie indywidualizmu i tolerancja dla ekscentryczności - więcej tu dziwaków na kilometr kwadratowy, niż gdziekolwiek indziej. Mogłabym przejść się deptakiem w moim mieście boso, ubrana w worek po ziemniakach, i pies z kulawą nogą by się za mną nie obejrzał. W tutejszej TV największe gwiazdy wśród prezenterów to geje, którzy są bardzo camp - a kwitnąca kultura gejowska sprzyja rozkwitowi mody. A najlepsze jest to, że nawet moda masowa jest tu na poziomie nieosiągalnym w innych krajach - gdy Gok Wan mówi, że jest ona najlepsza na świecie, jest to po prostu stwierdzenie faktu, a nie patriotyczna przechwałka. I nie zapominajmy o historii: to UK dało światu trencz, makintosza, raglanowe rękawy czy tweed.
Księżna Catherine w trenczu Burberry

Moda brytyjska zasługuje na swój cykl - zatem niedługo pod A napiszę o swetrach Arran, Aquascutum, Astley Clarke i Asos.
Anne Hathaway niedługo pojawi się na ekranach kin jako Angielka, w adaptacji wspaniałej książki One Day - stąd londyńska sesja dla Harper's Bazaar, z której pochodzi to zdjęcie


*Zarówno born - again  (nawrócony) Bush, jak i Blair  (który przeszedł na katolicyzm pod wpływem swej znanej z materializmu i zachłanności żony, Cherie) wywodzą się z długiej linii żarliwych wyznawców różnych religii, którym przykazania nakazujące kochać bliźniego jak siebie samego nie przeszkodziły w rozpętaniu wojny...
**Niedawno skończyłam czytać i gorąco polecam.
*** Ilekroć czytam o podejściu do mody Włochów i Francuzów, utwierdzam się w przekonaniu, że pod tym względem Polakom znacznie bliżej do tych nacji, niż do Wyspiarzy.
****"Słusznie czy nie? Rozwiń i uzasadnij". Nie, nie chcę, byście pisali mini - wypracowania *mrugam*, ale jestem ciekawa, czy się z tym poglądem zgadzacie?

18/04/2011

Tajemnice Paryżanki

Niełatwo lubić taką ulubienicę bogów, jak Ines de la Fressange. Kiedy ktoś, kto trafił szóstkę na loterii genetycznej, jest szczupły, wysoki, i ledwo uszczknięty zębem czasu w wieku 52 lat (i ma przy tym ruchome czoło), mówi, że uwielbia batoniki Crunchie marki Cadbury*, to osoby mniej pobłogosławione przez los mają w oczach mord. Dodajmy do tego karierę, jakich mało: przez lata muza Karla Lagerfelda i modelka Chanel, Ines była ambasadorką najbardziej ikonicznej marki w historii mody, a także, jako Marianna, symbolem swego kraju. Teraz Ines jest dyrektorką kreatywną we wskrzeszonym z martwych domu mody Roger Vivier, który też radzi sobie całkiem dobrze.
W niedawnym wywiadzie na żywo w programie śniadaniowym BBC Ines wyglądała właśnie tak - na  35 lat, ale jednocześnie naturalnie.
A jednak Ines udało się zyskać moją sympatię (i parę moich funtów, o czym poniżej). Nie wszystko w jej życiu układało się gładko: jej własny dom mody zbankrutował, a ona straciła prawo do używania swojego imienia i nazwiska -  ktoś inny został właścicielem znaku firmowego "Ines de la Fressange". We wszystkich wywiadach z nią wyczuwam, że Ines nie bierze siebie i mody zbyt serio (brytyjska raczej, niż francuska cecha), często mówi o tym, że trzeba dbać o to, by "w życiu był element lekkości i frywolności". Dlatego gdy tylko pojawił się angielski przekład jej książki pt. Parisian Chic. A Style Guide by Ines de la Fressange with Sophie Gachet (współautorką jest dziennikarka francuskiej edycji ELLE), trafił do mego koszyka.

Już przedmowa i jej własne, lekko satyryczne rysunki (w stylu powyższego "autoportretu" na okładce) przekonują, że czytając ten przewodnik, będziemy się po prostu dobrze bawić, a przy okazji dowiemy się, gdzie w Paryżu można dobrze zjeść, i gdzie ubrania i dodatki kupują Paryżanki pokroju Ines, bowiem duża część książki to przewodnik nie tyle po paryskim stylu, co po restauracjach, sklepach, hotelach, muzeach, salonach fryzjerskich i innych wartych odwiedzenia miejscach - przydatnych zwłaszcza, jeśli mamy czas i pieniądze na dłuższe rozkoszowanie się "miastem świateł". Jeśli chcesz wiedzieć, gdzie w Paryżu jest największy wybór świec zapachowych albo gdzie kupić najbardziej urocze ubranka dla maluchów - Ines is your woman. Nie znam Paryża dobrze, a zwiedzałam to miasto jako biedna polska studentka, żywiąc się głównie bagietką, dlatego przewodnik Ines, mam nadzieję, przyda mi się, gdy udam się tam jako bogata burżujka w wieku balzakowskim. Przeglądając tę książkę, snuję takie marzenia, a Parisian Chic w tym pomaga, jest bowiem ładnie wydana i zawiera aż 350 zdjęć i ilustracji  - każde z opisanych miejsc sfotografowano. Zresztą nie wszystkie te miejsca są drogie - hotele na przykład są raczej z kategorii interesujących, czy godnych uwagi ze względu na lokalizację lub historię, niż luksusowych. Jednym słowem, jeśli liczysz na poradnik w stylu tych, które produkują Trinny & Susannah czy Gok Wan, będziesz zawiedziona. Ines nie pisze właściwie nic o typach figury czy dobieraniu kolorów, zatem jeśli szukasz informacji o tym, jakie fasony pasują kobiecie o figurze np gruszki, albo czy turkus pasuje do Twojego typu urody, odsyłam do przewodników wspomnianych brytyjskich stylistów. Przeczytawszy takich poradników na kopy, ja braku takich porad nie żałowałam i nie czułam się też rozczarowana tym, iż niemal wszystkie "tajemnice stylu", o których Ines pisze, były mi już znane - ostatecznie tym się zajmuję. Z przyjemnością przeczytałam o tych samych zasadach, o których czytałam już wcześniej, bo okraszone są spostrzeżeniami Ines, które są świeże, czasem zabawne, i w których wyczuwa się nutkę tej typowo paryskiej nonszalancji, która stanowi tak ważną część allure Paryżanek. Ines np. uważa, że podstawa garderoby to siedem rzeczy - czyli tak samo, jak Donna Karan, nie jest zatem oryginalna, ale Ines pisze o nich z punktu widzenia Paryżanki, podając od razu nazwy sklepów, w których można je kupić (np. najlepszą, i wcale nie dizajnerską, tank, czyli koszulkę bez rękawów, można znaleźć we francuskiej sieci Petit Bateau lub amerykańskiej Abercrombie & Fitch). Do zdjęć demonstrujących różne "żelazne zestawy" szykownej Paryżanki pozowała młodziutka córka Ines - równie szczupła i wysoka, a przy tym śliczna, nie jest to zatem poradnik, który zaprojektowano z naciskiem na realizm, a grupą docelową są osoby, które lubią i interesują się modą, a nie te, którym jest obojętna - te może nawet zniechęcić.
Wyznam, że książka podoba mi się także dlatego, że zawsze miło uzyskać potwierdzenie od osoby uznawanej za chodzące wcielenie dobrego gustu, iż co nieco już o dobrym stylu wiem. Podzielam też jej skłonność do pedanterii - tu np. Ines entuzjazmuje się doskonale zorganizowaną garderobą:

Nie uda mi się uciec od banału: styl Paryżanki to ponadczasowa klasyka, ze szczyptą najnowszych trendów. To przy tym styl wcale nie tak trudny do naśladowania, nawet przy ograniczonym budżecie - pod warunkiem, że zakupy będziemy starannie planować, a w ubieranie się włożymy nieco "wysiłku" (bo to ma być przyjemność, a nie katorga - Ines nawet radzi, jakiej piosenki słuchać, ubierając się, by poczuć odpowiedni nastrój). Od dawna wierzę w to, że tak naprawdę o tym, czy ktoś wygląda stylowo i "kosztownie" decyduje w znacznie większym stopniu zadbanie (zęby, włosy, cera, paznokcie), niż bardzo drogie ubrania i dodatki - i tę "tajemnicę" Ines też "zdradza". Czego Paryżankom może z mojego punktu siedzenia brakować, to indywidualizmu i odwagi - bo w tym celują Angielki, o których stylu już wkrótce, przy okazji kolejnej recenzji książki - tej po prawej stronie:

Po prawej: Przewodnik Luelli (Bartley) po Angielskim Stylu

*To wyznanie Ines poczyniła w książce zamieszkałej we Francji Brytyjki, Two Lipsticks and a Lover. Książkowa guilty pleasure: lekka i przyjemna lektura na temat różnic w stylu życia i mentalności Francuzek i Brytyjek.

26/02/2011

Pastelowo, prosto - wiosenna moda cz. II

Jeśli w kontekście mody można mówić o duszy i duchowości, minimalizm jest w świecie mody tym, czym buddyzm Zen lub wiara Kwakrów są wśród wyznań. Minimalizm zakłada bowiem oszczędność, skromność, odrzucenie jednosezonowych trendów, i wyzbycie się sroczego pędu do błyskotek. Powiedzmy jednak otwarcie: ostatnią rzeczą, jakiej pragnie przemysł modowy jest to, by klienci przestali kupować nowe ubrania, zatem minimalizm w takim znaczeniu, w jakim propagują go od dawna Armani, Calvin Klein, Jil Sander, Helmut Lang, a ostatnio także Celine, Chloe, Stella McCartney, Jonathan Saunders, Alexander Wang i Phillip Lim, to uświadamianie masom, że zamiast 10 ciuchów marek masowych powinny kupić jedną, perfekcyjną w swej prostocie rzecz z ich metką. Bo, paradoksalnie, minimalizm to najwyższy szczebel drabiny luksusu. Ubrania minimalistyczne wymagają perfekcji, zarówno na etapie kroju, jak i wykonania, a to kosztuje. Surowa w kroju bluzka wymaga od krawcowej wyjątkowej staranności, bo żadna ozdoba, żaden wzór nie odciągną wzroku od linii szwu. To poważna wada minimalizmu, który jest jak bardzo krótka fryzurka - obnaża wszelkie niedoskonałości. Na wysokie ceny wpływ mają także tkaniny: minimalizm dostaje wysypki od poliestru, i otula się w kaszmiry i jedwabie. Dlatego prawdziwie minimalistycznych ubrań próżno szukać w tanich sieciówkach, choć z powodzeniem można znaleźć je w sklepach sieci takich doskonałych brytyjskich marek jak Whistles, Reiss czy amerykańskiej J. Crew, które są owszem sieciowe, i nie - dizajnerskie, lecz stanowią średnią półkę - pomost między tanią masówką typu H&M a markami luksusowymi. Zara także ostatnio nieźle się spisuje.
Ja mam niezdrową** już wręcz obsesję na punkcie japońskiej marki Uniqlo, która oferuje minimalizm w przystępnych cenach, w dużej mierze dzięki unikalnej umowie z Jil Sander. Uniqlo zaoferowało tej firmie dostęp do najnowocześniejszych technologii, nawet wybudowało supernowoczesne studio projektowe obok domu Jil Sander w Szwajcarii. Bardzo polecam zakupy w sklepie tej sieci, jeśli będziecie za granicą (niestety sklep internetowy nie wysyła do Pl). Oprócz tego, że ubrania są porządnie uszyte, z dobrych materiałów, i niedrogie, obsługa to często bardzo uprzejmi i cierpliwi Japończycy.
Jonathan Saunders - zauważcie czerwone usta
Wyraźny hołd dla Jil Sander - T-shirt i spódnica maxi Reiss
Linia Jil Sander dla Uniqlo pod nazwą +J
+J

W trawionej kryzysem Europie Zachodniej prostota i brak ostentacji to niemal patriotyczny obowiązek (dzisiejsze nagłówki to np."Irlandia jest bankrutem"). Tak naprawdę tylko biedni  i "średniacy" zbiednieli, a bogaci jeszcze się wzbogacili ("nic nowego pod Słońcem..."), trend na minimalizm jest zatem znakomitą wymówką, by wydawać pieniądze bez wyrzutów sumienia.
Minimalizm i pastele, cielistości oraz monochromatyczność to match made in heaven. Ten trend kocha beże, wszelkie odcienie bieli, szarości. Niezastąpiona dla wyznawczyń tego trendu pozostaje czerń i granat.
Michael Kors
Celine
Celine
Blezer z kieszeniami ze skóry z Zary


Reiss - granatowa jedwabna szmizjerka, założona do dżinsów, dostępna też w karmelowym beżu
Spódnica marki LNA

Minimalizm ma mimo wszystko więcej zalet niż wad. Jestem często pytana o tzw. bazę (capsule wardrobe), bo wiele kobiet chce raz na zawsze pożegnać problem pt. "nie mam co na siebie włożyć, a szafa pęka w szwach". Donna Karan uważa, że ta baza to 7 rzeczy, Gok Wan - że 24. Ja uważam, że ta magiczna liczba będzie różna dla różnych kobiet, przede wszystkim zależy bowiem od zawodu i stylu życia. Niemal każda jednak kobieta może oprzeć się na następującej bazie:  kilka par spodni, w tym dżinsowych; żakiet, kurtka i płaszcz; parę bluzek, w tym koszulowa; kilka spódnic i sukienek; kilka par butów i dwie lub trzy torebki (jedna na dzień, jedna na wieczór, jedna weekendowa). To moim zdaniem minimum. Radzę też stosować "zasadę siedmiu" (w wersji mniej minimalistycznej to "zasada trzech"): zanim zaniesiesz wybrany ciuch/dodatek do kasy, zrób w myślach przegląd zawartości swojej szafy i upewnij się, że nowy nabytek będzie pasował do siedmiu (trzech) rzeczy, które już masz. Jeśli nie - odłóż.
W następnym odcinku: powrót lat 70.

* Czy obsesja może być zdrowa?

12/05/2009

Zwycięstwo lobby biustonoszowego


Marks & Spencer bije się w piersi. Ta sieć, mająca w UK status niemal skarbu narodowego, pokornie ustąpiła pod naciskiem wciąż rosnącego w siłę 'lobby biuściastych'. Rozmiar miseczki przeciętnej Brytyjki wzrósł w ostatniej zaledwie dekadzie z 34B (75B w centymetrach) do 36C (80C), coraz więcej też kobiet nosi rozmiary od DD w górę. Rynek już się do tego dostosował, kilka kobiet, które założyły firmy produkujące duże rozmiary zostało milionerkami (o jednej, żonie rolnika, która założyła biznes wysyłkowy, powstanie być może film) i pod wpływem programów Trinny i Susannah oraz Gok Wana Brytyjki wymagają od producentów bielizny dużego wyboru i przyjemnego dla oka wyglądu za rozsądne ceny. M&S, który zajmuje pierwsze miejsce na rynku bielizny, popełnił zaś wielką gafę, gdy podwyższył ceny rozmiarów staników z miseczkami od DD wzwyż. Rozpętała się, jak potem pisano, burza w szklance wody, czyli storm in the DD cup (gra słów: cup to filiżanka, ale także miseczka biustonoszowa), ale tak naprawdę gafa szybko zaczęła przybierać rozmiary skandalu. Brytyjki, wściekłe, że firma, której są tak lojalnymi klientkami, obmyśliła sobie nieuczciwy ich zdaniem sposób na zbijanie pieniędzy na hojniej obdarzonych przez naturę paniach, szybko zbojkotowały podwyżkę. Na Facebooku powstała grupa Busts 4 Justice (w wolnym tłumaczeniu: Równe Prawa dla Biustów), do której w ciągu zaledwie kilku dni zapisało się 15 tys. osób. Firmy odzieżowe jak na razie mają te same ceny dla ubrań czy butów, bez względu na rozmiar, za sukienkę w rozmiarze 8 (polskie 36) płaci się tyle samo, co za ten sam model w rozmiarze 18 (46), dlaczego zatem dyskryminować kobiety z większym biustem? Oburzenie klientek było jak najbardziej uzasadnione, i jak się okazało, niezwykle skuteczne.
Pod wpływem nacisków, M&S wycofał się z podwyżki i w ramach zadośćuczynienia oferuje obecnie 25% zniżki na biustonosze. W prasie pojawiły się przeprosiny pod hasłem We've boobed (kolejna gra słów: boob - kolokwialna nazwa piersi, to boob - zrobić błąd, dać ciała).
To doskonały przykład na to, jaką siłę ma klient na tutejszym rynku, a także na to, jak współczesne media umożliwiają ludziom błyskawiczne zorganizowanie się i rozprzestrzenianie informacji.
Jako że noszę większy rozmiar stanika, cieszę się z takiego obrotu sprawy, choć faworyzuję inne marki. Gdyby jednak M&S przeforsował podwyżkę, inni producenci zapewne poszliby w ich ślady, a teraz wiedzą już, że z całą pewnością nie warto.

23/04/2009

Witajcie poduchy, czyli powrót lat 80.



Projektanci mody właściwie co roku przez co najmniej ostatnią dekadę usiłowali wskrzesić symbole bezguścia lat 80: ramiona wypchane poduszkami, cętki i inne zwierzęce motywy (animal prints), spodnie, które po polsku ponoć nazywają się Alladynki (?), a po angielsku harem pants (czyli spodnie haremowe). Kac po latach 80. był jednak tak bolesny, szczególnie wśród dzisiejszych po-trzydziestek i czterdziestek, że poza najbardziej oddanymi modzie faszionistkami nikt nie chciał nosić czegoś, co przypominałoby im czas spalonych trwałą włosów, spódnic z pieluch tetrowych (to specyfika polska, lub raczej wschodniego bloku), plastikowej biżuterii a la wczesna Madonna oraz groteskowo szerokich, męskich bar kobiet biznesu (tzw. power dressing ery thatcherowskiej). Estetyka rodem ze świata Gordona Gekko, głównego bohatera filmu Wall Street, z jego słynnym credo Greed is good (Chciwość to dobra cecha), wydawała się martwa niczym papuga ze skeczu Monty Pythona. Ale nawet najdłuższy kac przemija, i ten skończył się gdzieś w marcu 2009, gdy kobiety pokroju Victorii Beckham i Sarah Jessica Parker wbiły chude ramiona w żakiet Balmaina z BARDZO wystającymi ramionami. Mamy, proszę państwa, oficjalny, zadekretowany przez szare eminencje świata mody, powrót lat 80! Tak jak w sytuacji, gdy nauczymy się nowego słowa, natykamy się na nie i słyszymy je później wszędzie, tak ja widzę wszędzie niezaprzeczalne oznaki 80. revival: Kate Moss w srebrnej sukience (oczywiście od Balmaina), wyglądająca niczym statystka z wchodzącego niedługo na ekrany filmu Star Trek, Jennifer Connelly w zielonej minisukience (zgadnijcie, jakiej marki?), haremki i kombinezony w programie Gok Wana... Najbliższe miesiące pokażą, na ile to, co noszą celebrytki, przełoży się na modę uliczną, zwłaszcza w konserwatywnej modowo Polsce, bo nie wątpię, że gdy piszę te słowa, londyńskie nastolatki już polują na żakiet z poduchami w Topshopie.


LinkWithin

Related Posts with Thumbnails