Gwyneth Paltrow ostatnio (powiedzmy w ciągu minionego roku, dwóch) awansowała do "elity" celebrytek, które publika kocha nienawidzić. Gdy w amerykańskim talk show Chelsea Lately użyła ona najwulgarniejszego słowa w angielszczyźnie (
c*nt, czyli *szeptem* p**da), w dodatku opisując tak swoją babcię, wiele tweetów i sieciowych komentarzy obwieściło, że słodka "córeczka tatusia" Gwynnie zbrukała swój nieskazitelny jak dotąd wizerunek. Wprawdzie ten nadawany o późnej porze show słynie z niewybrednych, skatologicznych żartów, poza tym cała wymiana wyglądała trochę jak zaplanowany skecz: Chelsea (gospodyni programu) odkrywa, że obie z Gwyneth miały babki Niemki, i mówi:
Moja była s*ką, na co Gwyneth odpala:
Moja była ****, ale mimo wszystko był to moment zwrotny w karierze kobiety, która w dużej mierze porzuciła aktorstwo, by zbudować nową karierę: lifestyle'owej guru, możliwej następczyni Marthy Stewart (sama Martha tweetowała:
Is Gwyneth the next Martha?)
Były też jednak głosy, które postulowały, że użycie tego wulgaryzmu jest częścią strategii, wg której Gwyneth buduje swoją markę. Z całą pewnością nie ucierpiało na tym jej konto - jej książka kucharska (którą mam i ja) doskonale się sprzedaje, Goop.com, jej portal (do którego jeszcze wrócę) ma 150 tys. prenumeratorek, a oferty ról wciąż jeszcze napływają. Incydent z wulgaryzmem wkrótce zresztą przyćmiły reakcje na przedrukowane w brytyjskiej prasie ogłoszenie, za pomocą którego Gwyneth i jej mąż Chris szukają guwernantki/wychowawcy dla swoich pociech. Osobiście nie znam ani jednej osoby, która spełniałaby wymienione przez nich kryteria - nieosobiście znam takich osób tylko kilka, jest to np. mer Londynu,
Boris Johnson, absolwent Eton i Oksfordu i wybitny klasycysta, lub
Stephen Fry, człowiek renesansu, najbardziej znany intelektualista w UK. Wątpię jednak, by tych milionerów skusiło £62 tysiące pensji (średnia pensja roczna w Londynie to ok. 27 tysięcy, nauczyciel ze stażem zarabia ok. 30 tyś*), ale a nuż ktoś z Was może taką osobę polecić? Prywatny nauczyciel Jabłka i Mojżesza musi, oprócz angielskiego na poziomie
native, znać także biegle francuski oraz chiński i/lub japoński, władać starożytną greką i łaciną i najlepiej mieć ukończone studia filozoficzne. Nie może to być jednak cherlak, bowiem ma także mieć kwalifikacje żeglarskie oraz umieć grać w tenisa na poziomie instruktora. To, że ma także posiadać takie umiejętności, jak gra w szachy, malowanie, gra sceniczna oraz gra na dwóch instrumentach muzycznych to chyba rozumie się już samo przez się?
Oczywiście, każdy, kto ma dzieci, chce dla nich jak najlepiej, i stara się, by otrzymały jak najlepszą edukację. Jeśli przy tym ma konto Krezusa, to może stawiać poprzeczkę wysoko, i szukać absolwenta najlepszych uczelni świata, a nie słowackiej au-pair. Wymagania Gwyneth i Chrisa to wyolbrzymione wymagania wielu najbogatszych rodziców z Zachodu. Z moich obserwacji jednak wynika, że dzieci bardzo zdolne to po pierwsze mniejszość, i nie da się z dziecka zrobić geniusza na siłę (co przyznaje nawet słynna
Amy Chua), po drugie - o sukcesie życiowym przesądza wiele innych czynników, i niezwykle ważna, często ważniejsza niż intelekt i wiedza, jest inteligencja emocjonalna. Rozglądając się wśród znajomych, stwierdzam, że najlepiej powodzi się nie tym, którzy mieli najlepsze stopnie w szkole czy uznawani byli za najzdolniejszych, lecz tym, którzy a) byli "ustawieni" na starcie (np. odziedziczyli rodzinny interes czy mieli fundusz powierniczy) ** b) są najbardziej inteligentni emocjonalnie, a w niektórych przypadkach wręcz przebiegli w stopniu, który ociera się o cwaniactwo. Dlatego też postawię tezę, że ogłoszenie Gwyneth i jej męża było tu tak powszechnie wyśmiewane nie z powodu zawiści (a przynajmniej nie tylko), lecz dlatego, że przeważa tu opinia, iż dziecko powinno mieć czas, by być dzieckiem, i że nieustannie drylowanie nie jest korzystne dla jego rozwoju emocjonalnego.
Apropos zawiści - w jednym z wywiadów, których udzieliła wiele w związku z promocją książki, Gwyneth stwierdziła, że jej sukces wynika z jej ethosu pracy, i że "wielu ludziom nie chce się wysilać. (...)Wkurzam ich, bo mi się chce. Naharowałam się na to, by zdobyć i utrzymać wszystko, co jest udane w moim życiu."Jak chyba przewidziała, takie dictum dolało tylko oliwy do ognia, i na Huffington Post można było przeczytać: "Jak wiele uprzywilejowanych osób, Paltrow łudzi się, że zapracowała na wszystko, co osiągnęła, i jeszcze ma czelność się tym chełpić." Z jednej strony jestem skłonna bronić Gwyneth, bo nie da się ukryć, że wkłada sporo wysiłku w swoją karierę; z drugiej jednak strony wiadomo, że jako córka
Hollywood royalty, nad której kołyską pochylał się np. Steven Spielberg, Gwyneth miała dużo łatwiej, niż większość początkujących aktorek. Rodziców się jednak nie wybiera, zatem to, co naprawdę Gwyneth mogę zarzucić - w ślad za niejedną tutejszą felietonistką - to uparte udawanie, że jest "zwykłą, pracującą matką". W opisie swojego typowego, pełnego zajęć dnia na Goop, ANI RAZU nie wspomina ona o tym, że może być tak zabiegana, bo ma nianię (i to niejedną), a zapewne także asystentkę, panią do sprzątania, osobną panią od prasowania, i szofera. Bogate kobiety, które odniosły sukces w swoim zawodzie, a które nie przyznają, że jest to możliwe
tylko dzięki temu, iż stać je na sztab pomocników, są po prostu nieuczciwe. Nawet jeśli próbują udawać, że są "zwykłymi" ludźmi dlatego, że chcą się przypodobać
civilians***, co jest zrozumiałe
- tylko socjopata nie chce być lubiany - to podkreślanie, jak "normalna" i "pospolita" jest ich egzystencja (która tak naprawdę jest daleka od tego, co dla większości jest normą) prowadzi do absurdalnej sytuacji, w której setki przeciętnie zarabiających, pracujących matek obwiniają się za to, iż ich życie nie jest równie ekscytujące. Nie mówiąc już o tym, że niegrzecznie jest kompletnie przemilczać istnienie ludzi, którzy wycierają smarki naszych dzieci czy wyciągają nasze włosy ze spływu w wannie.
Jeśli dotarliście do tego miejsca w poście, to pewnie dlatego, że macie nadzieję, iż napiszę o książce kucharskiej Gwyneth. Wypróbowałam z niej na razie dwa przepisy, z powodzeniem, więc podam jeden z nich i napiszę więcej o książce w następnym wpisie.
*W UK w ogłoszeniach o pracę zwykle podaje się pensję (roczną, nie miesięczną). Jest to ze wszech miar godna naśladowania praktyka, bowiem redukuje stres (wiesz, o jakie pieniądze się starasz i nie stresujesz się negocjacjami, mogąc się w trakcie interview skupić na jak najlepszym "sprzedaniu" siebie) a przede wszystkim ogranicza ryzyko sytuacji, gdzie w jednej firmie dwie osoby o identycznych kwalifikacjach i na tym samym stanowisku mają różne pensje, bo szef woli fertyczne brunetki od eterycznych blondynek, i przed procesem chroni go wielkie tabu, które w Pl otacza pensje - zetknęłam się z tą sytuacją w Polsce niejeden raz.
** W UK dochodzi oczywiście pochodzenie klasowe i ukończona uczelnia: dyplom z dobrymi ocenami z Oksfordu czy Cambridge praktycznie gwarantuje zatrudnienie, bo tutejsze elitarne uczelnie naprawdę są kuźnią elit, w odróżnieniu od np. UW, mojej alma mater.
*** Tak celebryci mówią o nie-celebrytach.