Showing posts with label prasa. Show all posts
Showing posts with label prasa. Show all posts

25/02/2015

Zimna Turcja i zdziczałe truskawki

Mniej niż ja sędziwe czytelniczki zapewne nie pamiętają czasów narodzin Polsatu i innych komercyjnych kanałów telewizyjnych. Ja pamiętam, również to, że do tłumaczenia zagranicznych filmów i seriali zatrudniano, jak to zwykle, po znajomości, studentów I roku anglistyki czy amerykanistyki, a nie doświadczonych tłumaczy, i dlatego czasem to, co się działo w filmie nie trzymało się kupy. Bo scena w sądzie, w której świadek wskazuje na oskarżonego czyli defendant, a  osoba, która liznęła nieco angielskiego i udaje tłumacza, przekłada to słowo na "obrońcę", przestaje mieć sens. Problemów z jakością tłumaczeń, nie tylko w telewizji, ale także w wydawnictwach i mediach, było bez liku, zapewne same możecie mi podać dziesiątki mniej lub bardziej zabawnych przykładów. Legendarny jest lapsus, kiedy to angielski idiom to go cold turkey przetłumaczono jako wspomnianą w tytule zimną Turcję. Z wielu, wielu błędów w tłumaczeniach literackich, na które się w ostatnich 2 dekadach natknęłam, przypominam sobie np. Account Managera w agencji reklamowej, który stał się księgowym (accountant), czy Winnicę Marty, która, jak się po kilku minutach domyśliłam, w oryginale musiała być Martha's Vineyard, czyli wyspą u wybrzeży Massachussetts, będącą jednym z ulubionych miejsc wypoczynku Amerykanów, a nie bliżej nieokreślonym miejscem, w którymś jakaś nieznana czytelnikowi Marta produkuje wina. Co jest mniej zabawne, to to, że przez te 20 lat jakość tłumaczeń wcale nie poprawiła się tak radykalnie, jak można by sobie życzyć - w stosunkowo niedawno wydanym tłumaczeniu książki pt. "Słodkie życie w Paryżu" Davida Lebovitza, wild strawberries to nie żadne tam zwykłe poziomki, lecz "dzikie truskawki". Tłumacze wciąż, mam wrażenie, bywają przypadkowi, i, być może pod presją czasu, nie tylko robią zwykłe byki w postaci kalek, ale też tłumaczą terminy np. kulinarne błędnie, ponieważ nie mają czasu czy też nawyku dokształcania się w danej dziedzinie - jeśli np tłumaczę przepis na mufinki, powinnam wiedzieć, że to mix będzie znaczyło "delikatnie ręcznie wymieszać", a nie energicznie zmiksować, bo sprawdziłam, jak się robi mufiny. Oczywiście tłumacza powinien/nna wspomóc merytorycznie redaktor/ka, ale rzetelna redakcja to coraz częściej luksus.
Niewiele czytam polskiej prasy, a książek w ogóle, i wolę nie myśleć, ile jest błędów, skoro ja wyłapuję bardzo niewielki procent, głównie dzięki linkom od polskich znajomych na FB, jak np. słynne już doniesienie o oświadczynach, gdzie pojawia się kalka "Czy zrobisz mi ten honor...?" Mogę zrozumieć sporadycznie źle przetłumaczone słowo, czy specjalistyczny termin, ale mam wrażenie, że wiele artykułów z brytyjskich mediów tłumaczonych jest przez osoby, które jako-takiego angielskiego nauczyły się głównie w Polsce, może z pomocą krótkiego kursu w Londynie, lub wakacji w USA, i nie mają kwalifikacji lingwistycznych. Może się mylę, i są to tylko moje spekulacje, ale podejrzewam, że ilość błędów ma związek z powszechnym, ale błędnym przekonaniem, że język angielski jest "łatwy" (nie jest, ale to b. obszerny temat, godny osobnego wpisu) i "zwykłe", krótkie artykuły można powierzyć każdej dyspozycyjnej osobie, która "zna angielski", nieważne, jaki jest poziom tej znajomości, doświadczenie w tłumaczeniu i znajomość realiów kraju, o którym traktuje artykuł. Tylko ktoś, kto jest np. świadomym różnic między American English a British English i zna realia brytyjskie, będzie wiedział, że public school to w UK droga szkoła prywatna (Eton to właśnie public lub independent school - szkoła publiczna/państwowa to state school lub comprehensive), natomiast public school w USA to szkoła państwowa. Łatwo się pogubić, i osoba, która tłumaczyła książkę "Nie wiem, jak ona to robi" Angielki Allison Pearson, zrobiła z angielskiej szkoły prywatnej publiczną.
Zgadzam się z tym, dlatego przykro mi, że wciąż spotykam 20-latków, którzy przez wiele lat spędzonych w polskich szkołach nie nauczyli się nawet podstaw angielskiego.

Błędy zdarzają się nawet osobom, które znają dany język biegle. Tłumaczenie to trudne rzemiosło, dlatego tłumacz poświęca wiele lat na doskonalenie swoich umiejętności i nigdy nie przestaje się uczyć. Język angielski, w odróżnieniu od francuskiego, nie jest  traktowany jak święta krowa, i co roku absorbuje mnóstwo zapożyczeń i neologizmów (jedno z moich ulubionych nowych słów to omnishambles), i to bogactwo musi tłumaczy przyprawiać o niejeden ból głowy (ja nie tłumaczę profesjonalnie, a i tak często się głowię, jak coś przełożyć na polski).  Wybitnych tłumaczy - erudytów też jest, na szczęście, wielu, i z każdym rokiem ich przybywa. Mam nadzieję, że profesjonalizacja tego zawodu  i podwyższanie wymagań doprowadzi do tego, że będzie mniej  robienia honoru i nieposkromionych truskawek. Choć to oznacza również mniej okazji do śmiechu.
Dlatego będę wdzięczna, jeśli w komentarzach podzielicie się Waszymi ulubionymi wpadkami tłumaczeniowymi.




21/01/2015

Wolf Hall na ekranie

... już dzisiaj wieczorem!

Wolf Hall to jeden z najbardziej oczekiwanych seriali 2015 roku, i pierwszy odcinek BBC pokaże dziś wieczorem. Nakręcono go na podstawie dwóch pierwszych części trylogii o Tomaszu Cromwellu, Wolf Hall i Bring Up The Bodies, autorstwa jednej z najlepszych współczesnych pisarek angielskich, Hilary Mantel. Obie otrzymały prestiżową nagrodę The Man Booker, trzecia część ukaże się w tym roku, i jest na wszystkich listach najbardziej antycypowanych książek 2015. Oparte na książkach sztuki teatralne odniosły ogromny sukces - bilety były wyprzedane, a krytycy nie szczędzili pochwał.
W rolę Cromwella wcieli się mało jak dotąd znany poza Wielką Brytanią Mark Rylance - tu jest on jednak prawdziwym tytanem sceny, jednym z najlepszych aktorów teatralnych, uwielbianym zarówno przez publiczność, jak i krytyków.
W związku z serialem media brytyjskie są pełne obecnie Henryka Ósmego i Tudorów. Ta synchronizacja to jeden z powodów, dla którego tak cenię BBC - dużej wagi wydarzenia kulturalne są analizowane i dyskutowane na różnych kanałach BBC, choć Wolf Hall jest tak ważny, że biorą w tym udział także pozostałe media, np The Times zamieścił specjalny, świetnie opracowany dodatek o Tudorach, napisany w głównej mierze przez ekspertów, nie pracowników redakcji. Nie jest to czysta promocja, ograniczająca się do wywiadów z aktorami - w moim ulubionym radiu, BBC4, słuchałam na przykład rozmowy z kompozytorką muzyki do serialu (sądząc z fragmentów, doskonałej), która fascynująco opowiadała o tworzeniu współcześnie muzyki, która ma oddać ducha epoki.
Inna moja ulubiona brytyjska instytucja, National Trust, podała też informacje o tym, które z należących do nich nieruchomości wykorzystano w serialu. Z sześciu odwiedziłam dwie (jeśli jednak doliczyć posiadłości wymienione w książkach, zaliczyłam ich więcej - często bywałam w The Vyne w Hampshire).
Nicholas i ja w ogrodzie Montacute House
Te, które wystąpią w serialu, a które miałam szczęście zwiedzić, to imponujący Montacute House w hrabstwie Somerset oraz Lacock Abbey w Wiltshire.
Moje zdjęcie Montacute House


Nicholas i ja przed Lacock Abbey w Wiltshire - obecnie mieści się tu światowej sławy muzeum fotografii, bo tu mieszkał jeden z jej wynalazców
Lacock Abbey




Wieś Lacock, w której kręcono też m.in. Dumę i Uprzedzenie (serial), Cranford, oraz sceny do dwóch filmów z cyklu Harry Potter

13/11/2014

Do you pod?

Przeprowadzka, a potem urządzanie domu i ogrodu (które trwa nadal) pochłonęły mnie całkowicie, a przy tym staram się nadal pisać Projekt. Pojawiam się tu dzisiaj z poczucia obowiązku, wiedząc, że to, o czym napiszę, zachwyci i wciągnie co najmniej kilka osób spośród zaprzyjaźnionych czytelniczek/ów (macham do Kasi F.). Mogą mi potem wyrzucać, że zamiast pracować czy robić inne pożyteczne rzeczy, słuchają i słuchają, ale wiem, że tak naprawdę będą mi wdzięczne/i. Jedyne, co może kogoś powstrzymać, to niedostateczna znajomość angielskiego, jest ona bowiem niezbędna.
Są wśród Was fanki jednego z najlepszych seriali wszechczasów, The Wire, pierwszą zatem rzeczą, która powinna Was przekonać do mojej dzisiejszej rekomendacji, jest to, że historia ta wydarzyła się naprawdę 15 lat temu w Baltimore, a więc mieście, które tak genialnie sportretowano w The Wire. Druga rzecz to wspomniany już fakt, że to historia prawdziwa. Trzeci, że to opowieść w formacie, który, choć znany od pewnego czasu, wykorzystano tu w nowatorski, a nawet rewolucyjny, jak napisał Guardian, sposób.
Mówię o "serialu podcastowym" pod nazwą... Serial. Nie jest to serial radiowy, lecz serial składający się właśnie z udostępnianych co tydzień podcasts (jest tłumaczenie polskie?). Stąd moje tytułowe pytanie Do you pod? Przyznam, że ja do tej pory miałam z nimi niewielkie doświadczenie, ale furora, jaką w USA, i w ciągu ostatnich 2 tygodni także w UK, wywołał Serial, niewątpliwie spopularyzuje podcasty, i pojawi się wiele innych, mam nadzieję, które będą chciały dobić do bardzo wysokiego poziomu, jaki osiągnęła autorka Serial, Sarah Koenig. Tytaniczna praca Sary, jej zaangażowanie oraz dziennikarski warsztat nie tylko mnie powaliły na kolana.
O czym jest Serial? To drobiazgowa rekonstrukcja tragicznych wydarzeń, które miały miejsce w Baltimore na początku 1999 roku. 17-letni uczeń szkoły średniej Adnan Syed, Amerykanin w pierwszym pokoleniu (jego rodzice to konserwatywni Muzułmanie, którzy wyemigrowali do USA z Pakistanu) zostaje oskarżony o zabójstwo swojej byłej dziewczyny, Hae Min Lee, której ciało znaleziono, w nader dziwnych okolicznościach, w Leaken Park, cieszącym się złą sławą baltimorskim parku, 6 tygodni po tym, jak zaginęła. Adnan, po prawidłowo przeprowadzonym śledztwie i procesie, dostaje dożywocie. Ławnicy podjęli decyzję o winie głównie na podstawie zeznań znajomego Adnana, Jaya, i dlatego, że Adnan, który od początku twierdził, że jest niewinny, nie miał alibi. Jak się okazuje, nic w tej sprawie nie jest jednak proste, i słuchając "śledztwa" Sary, zaczynamy się zastanawiać nie tylko nad tym, jak funkcjonuje prawo, czy też "system sprawiedliwości" (jak mówi znana mi prawniczka, i z czym się absolutnie zgadzam, prawo a sprawiedliwość to dwie zupełnie różne sprawy), ale przede wszystkim nad naturą ludzką, i na ile dobrze znamy nawet najbliższe nam osoby. Serial to najbardziej wciągający kryminał, który frustruje, bo w dobie box sets i oglądania 3, 4, 5 odcinków ulubionego serialu pod rząd, odzwyczailiśmy się czekać na kolejny odcinek, a przy tym, ponieważ to historia prawdziwa, nie możemy się doczekać finału, bo potencjalnie może zmienić, albo przynajmniej wpłynąć na, życie prawdziwej, z krwi i kości, osoby. Ostrzegam, będziecie czekali na każdy kolejny czwartek, choć dziś możecie się uraczyć 8 podcastami pod rząd, i to za darmo. You are welcome.


Sarah Koenig

19/12/2012

"Mamę zjadł wilk" czyli najlepsze seriale 2012. I książki

Caitlin Moran, moja ulubiona felietonistka, recenzentka i satyryczka The Times, powoli staje się tzw. skarbem narodowym (national treasure), czyli dołącza do elitarnego grona osób, takich jak Damy Maggie Smith i Judi Dench (Dame - żeński odpowiednik tytułu Sir, który przysługuje tym, którzy otrzymali knighthood, czyli szlachectwo) oraz producent i prezenter cudownych, najlepszych programów przyrodniczych świata*, czyli David Attenborough, bez których nie można sobie wyobrazić współczesnej Wielkiej Brytanii. Jej autobiograficzna książka How to be a Woman jest bestsellerem, jej artykuły są wśród najbardziej poczytnych, otrzymała też kilka branżowych nagród, w tym dla najlepszego krytyka TV. Uwielbiam wszystko, co pisze, w tym jej recenzje telewizyjne i to właśnie z jednej z nich zaczerpnęłam tytułowy cytat - Caitlin, mama dwóch dziewczynek, pisze o najlepszej wg niej pozycji w całej brytyjskiej TV w 2012: "Dzieciom mówię: Mamę zjadł wilk, nie ma mnie dla nikogo, bo leci The Hour". Właśnie skończyła się druga seria tego serialu BBC, z Dominikiem Westem (ach, wszystkie, które kochacie The Wire, wiecie, kto zacz) i z obrzydliwie utalentowaną, niehollywoodzko kształtną, z najzgrabniejszą pod słońcem pupą, stworzoną specjalnie do noszenia ołówkowej spódnicy, Romolą Garai, oraz Benem Whishaw, w którym podkochuje się dziś niejedna fangirl. Skoro mowa o spódnicach - moda: fasony, tekstury a przede wszystkim kolory, są w tym serialu, podobnie jak w przypadku Mad Men, niesamowicie dopracowane i ważne, i to jedna z przyczyn, dla których i Caitlin, i ja, tak lubimy ten serial.
The Hour, piąta seria Mad Men, Gra o Trony, Homeland - z trzema Brytyjczykami w najważniejszych rolach - to moje serialowe highlights tego roku.
Przejdę do wspomnianej wyżej autobiografii Caitlin, bo to jedna z najważniejszych dla mnie książek tego roku. Pochodząca z biednej, wielodzietnej rodziny z klasy robotniczej, niewykształcona Caitlin zrobiła błyskotliwą karierę i opływa dziś w dostatki dzięki piekielnie ostrej inteligencji, oczytaniu, determinacji, poczuciu humoru i lekkości pióra - w kraju, w którym tak trudno się wynieść ponad swoje pochodzenie, jej historia jest dla mnie źródłem inspiracji i optymizmu. W swej książce porusza ona ważne dla każdej kobiety tematy, takie jak macierzyństwo, feminizm, seks czy aborcja, z rzadko spotykaną szczerością i mądrością, nie zapominając o najwyższej próby dowcipie. Przy jej lekturze lekko bolała mnie szyja, bo przytakiwałam niemal każdemu zdaniu, a przy tym często chichotałam.
Druga ważna dla mnie książka jest także bardzo zabawna (choć uprzedzam: to często bardzo ostra, dla wielu pewnie bluźniercza, satyra), i również autobiograficzna: to wspomnienia Shaloma Auslandera pod tytułem Foreskin's Lament. Imię i nazwisko autora zdradzają jego pochodzenie - wychowany w środowisku ortodoksyjnych amerykańskich Żydów, Auslander zaczął pisać za namową psychiatry, do którego trafił z powodu depresji i myśli samobójczych. Tak zaczęła się jego osobista rozprawa ze środowiskiem i religią, w których został wychowany. Angielska pisarka żydowskiego pochodzenia, Naomi Alderman, napisała w swej przychylnej rezenzji, że książka ta z pewnością spodoba się zwolennikom Richarda Dawkinsa, a ja się do nich zaliczam. I zgadzam się jeszcze z tym zdaniem Alderman: Few books really are laugh-out-loud funny. This one is. Świetną jej recenzję (świetną, bo zgadzam się z każdym słowem *mrugam*) napisała też Chihiro, przeczytacie ją tu.
Shalom Auslander (źródło: The Times)

A jakie seriale i książki Wam się najbardziej podobały?


*Po zeszłorocznym niesamowitym serialu Frozen Planet, w te święta Attenborough i BBC uraczą nas  serią pt. Africa - już się nie mogę doczekać.

30/11/2012

Stir - up Sunday, Cyber Monday itede

Ostatnia niedziela była Stir-up Sunday, przed nią importowany z USA Black Friday, po niej był zaś Cyber Monday - Brytyjczycy kolejny rok kupią więcej prezentów w sieci, niż w sklepach.* Poszliśmy na Paradę Latarni i wybieramy się na otwarty już kiermasz świąteczny - jednym słowem, jestem  w pełnym Elfzilla mode. W tym roku będę piekła ciasteczka ze świeżo nabytej książki, Scandinavian Christmas, autorstwa Trine Hahnemann. Zbiera ona znakomite recenzje, bowiem skandimania trwa w UK w najlepsze.
Książka jest pięknie wydana

Na małe ekrany powróciło Forbrydelsen (The Killing), trzecia i ostatnia seria - nie zliczę, ile we wszystkich najważniejszych gazetach było artykułów o serialu, Sarze Lund, swetrach Gudrun & Gudrun, skandynawskiej kuchni, skandynawskim Bożym Narodzeniu, Duńczykach, Kopenhadze, etc etc, wyszło też kilka książek nt serialu i Danii, a pierwszy i drugi odcinek miały 1 milion widzów - absolutny rekord jak na serial z napisami.
Tu londyński Evening Standard radzi, jak mieć prawdziwie duński wieczór
Ci, którzy przepowiadali, że kuchnia peruwiańska strąci skandynawską z wierzchołka, nie mieli racji - we wrześniowym, a więc najważniejszym numerze, brytyjskie Vogue nazwało niedługo działającą skandynawską Hedone w Londynie restauracją roku, krytycy pisali w tonie ekstatycznym, Michelin nagrodził - a szefuje tam kulinarny bloger. Jeśli już, to drugim  i trzecim najważniejszym trendem są restauracje monotematyczne (tylko hamburgery, tylko hot - dogi itp) oraz street food i food trucks.
Dzięki programowi BBC The Great British Bake Off ** wspaniałe brytyjskie wypieki piecze samodzielnie coraz więcej ludzi, i to czwarty najważniejszy trend.
A skoro o ciastkach i ciasteczkach mowa - mamy, nareszcie mamy! Po latach szmuglowania z Belgii i Francji, niezawodna sieć Waitrose zaczęła wreszcie sprowadzać "ciasteczkowe masło", czyli pastę do chleba ze zmielonych ciastek Speculoos. W UK nosi ona nazwę Lotus biscuit spread i spożywanie jej grozi uzależnieniem i, w konsekwencji, przybraniem na wadze. Kupno jej traktuję jako ćwiczenie silnej woli, wymagające samodyscypliny godnej Rocky'ego Balboa.

Na dodatek są dwie wersje: smooth i crunchy
Co roku najlepszą gwiazdkową reklamę ma sieć John Lewis, zawsze taką, od której wzruszenie drapie w gardle, i tym razem też nie zawiodła:


A teraz przyznajcie się: co robiliście, jak mnie tu nie było?


* Czy również zauważyliście jednak różnicę między płciami? Większość moich koleżanek zaczyna kupować prezenty z dużym wyprzedzeniem, ekstremistki nawet w styczniu, w czasie poświątecznych wyprzedaży, tymczasem większość znanych mi mężczyzn wpada do John Lewis czy innego domu towarowego z obłędem w oku 23 grudnia. W tym również Osobisty Anglik, w związku z tym dostał email z linkiem do specjalnej "tablicy" na Pinterest już w listopadzie.
** Formuła nieco podobna do Masterchefa: amatorzy konkurują kulinarnie, ale tylko w baking (pieczeniu, na słono i słodko), były trzy edycje i rekordowa publiczność. Sprzedaż parafernaliów do pieczenia wzrosła w niektórych sieciach domów towarowych o ponad 10%, a felietoniści i pisarze kulinarni drobiazgowo analizowali we wszystkich gazetach. Mam nadzieję, że jak polska stacja kupi licencję, to nie ze stuletnim opóźnieniem, jak w przypadku Masterchefa.

12/08/2012

Oh, Danny Boy(le)...

Nie wiem, czy Danny Boyle i jego scenarzysta, Frank Cotrell Boyce, tworząc koncepcję Ceremonii Otwarcia Igrzysk otworzyli parę słowników na  B, i zaczerpnęli inspirację tylko z haseł na tę literę - bukoliczna angielska wieś, Brunel, Branagh, Bond, Mr Bean, Beatles, Bee Gees, Blur, Bonkers (piosenka Dizze Rascala i przymiotnik, jakim wielu komentatorów określiło Ceremonię, dodając brilliantly - brilliantly bonkers*, czyli genialnie odjechana) a najbardziej, oczywiście, British. I niech się Chiny schowają, co to był za show, co za wzruszenie, co za perfekcyjne ujęcie w tak krótkim czasie esencji tych Wysp! Jakże byłam dumna z mojej adoptowanej ojczyzny, jak szlachetnie i nie pompatycznie Boyle potrafił pokazać, że żaden inny kraj tak nie wpłynął na losy świata (Rewolucja Przemysłowa, sufrażystki, wynalazcy, naukowcy) a przede wszystkim nie dał tyle światu w każdej niemal dziedzinie kultury, co ten, obfitujący w ekscentryków i geniuszy, z których wielu było ekscentrykami.
O ile pozbawieni poczucia humoru i subtelności Chińczycy pokazali światu, że nim rządzą (niestety), to Boyle & Co wydestylowali to, co najlepsze i tak mi bliskie: brytyjski humor, osobliwość, ekscentryczność, dynamizm, kreatywność. Przesłanie było wyraźne: straciliśmy Imperium, ekonomia leży, ale żadna inna niewielka wyspa nie wydała tylu mistrzów słowa,  tylu pisarzy dziecięcych, tylu muzyków i gatunków muzyki współczesnej, tylu wynalazców i inżynierów, tyle kultowych postaci popkultury, tylu komików, a co za tym idzie, nie zafundowała ludziom wielu, wielu godzin serdecznego śmiechu, co Wielka Brytania. A teraz, gdy Igrzyska zbliżają się ku końcowi, wiemy również, że zdobyła też najwięcej złotych medali w przeliczeniu na liczbę mieszkańców**. O tym, że jest kolebką wielu sportów, które są dziś częścią Igrzysk, wspomniano, ale moim zdaniem niedostatecznie.

Marina Hyde napisała w Guardianie, że to był  show tak brytyjski, jak Marmite czy węgorze w galarecie, a więc niestrawny, poza Bondem i Fasolą, dla reszty świata - przy czym pisała to w tonie uniesienia i dumy. I dodała, że to niesamowite, iż państwo tak hilariously bonkers (znowu to słowo!) ma broń nuklearną.(Użyła też najlepszego neologizmu, nie tylko AD 2012, ale może ostatnich 5 lat - nazwała obecnych na otwarciu przedstawicieli światowej elity arseoisie).
Ja konsumuję kulturę brytyjską od tak dawna i tak zachłannie, że żadne odniesienie, żaden topos nie był dla mnie nieprzejrzysty, ale jestem ciekawa, czy ona ma wg Was rację? Moim zdaniem nie - to pierwsza Olimpiada, w której społecznościowe media, przede wszystkim Twitter, grają tak olbrzymią rolę, a te same media czynią tutejszą kulturę bardziej przystępną, i nie wierzę, że nie-Brytyjczycy załapali tylko te dwa z największych eksportowych przebojów.
Jeśli na siłę musiałabym znaleźć "ale", to zabrakło mody, ale wszak za parę godzin Ceremonia Zamknięcia, i chodzą słuchy, że podkreśli wkład WB w modę i muzykę. Bardzo chciałabym, by potwierdziła się też trudna do uwierzenia plotka, że wystąpi jedna z moich ulubionych wokalistek, bardzo angielska, cudownie ekscentryczna Kate Bush - ale skoro królowa może skoczyć ze spadochronem, to wszystko może się zdarzyć. Tak jak i to, że osoba, której ulubiona dyscyplina sportowa to leżenie z książką na kanapie, nie tylko będzie oglądać niejeden ważny dla Team GB moment (oraz, jak każdy tutaj, Bolta), ale także wzruszy się niemal za każdym razem.
Sport to nie tylko rywalizacja, ale także gloryfikacja możliwości i harmonii ludzkiego ciała, zatem na koniec uznawany za jednego z najprzystojniejszych sportowców Olimpiady francuski pływak Camille Lacourt.






*Samo to słowo jest bardzo British English, i nie sądzę, by pojawiło się w tekście Jay-Z czy Eminema.

** Na co idą w Pl pieniądze z państwowej loterii? Jaka część przeznaczana jest na sport  i dobroczynność? Pytam, bo ogromny sukces WB to w dużej mierze efekt włożonych w sport pieniędzy, które pochodzą w sporej części z brytyjskiej National Lottery. Z hazardu i "podatku od głupoty" finansuje się też masę innych dobroczynnych projektów, i jest to namacalne - nawet w mojej wsi nowy plac zabaw częściowo sfinansowano z loterii. Podobnie jak w przypadku zabytków, zarządzanych i finansowanych przez prywatne organizacje, takie jak National Trust, także sport jest tu w dużej mierze finansowany z innych, niż budżet centralny, środków - tymczasem w Pl, mam wrażenie, wciąż, po tylu latach, oczekuje się w pierwszym rzędzie pieniędzy od państwa - świadczy też o tym typowa riposta Polaka "Coś (tu wstawić) nie może być osiągnięte u nas, a w UK tak, bo Wielka Brytania jest bogata, a Polska nie." Tylko że tu bardzo wiele się osiąga bez sięgania do państwowej kiesy.

25/01/2012

Dobry serial oglądam II

I znowu to serial duński. Og hvor er den god! (I jakiż on dobry!)
Borgen (dosłownie: zamek, twierdza) to kolokwialne określenie i skrót od Christiansborg- siedziby duńskiego rządu, parlamentu i sądu najwyższego. Serial opowiada historię pierwszej kobiety - premiera Danii, od wyborów przez serię politycznych konfliktów, problemów i zakulisowych rozgrywek. Od czasu The West Wing nikt nie stworzył nic równie porywającego i prawdziwego na temat mechanizmów współczesnej polityki. Borgen już zachwycił brytyjskich krytyków i widzów: jeden napisał o serialu, upraszczająco, ale chwytliwie: Borgen is like The Killing without the killing. Mój osobisty Anglik orzekł, że podoba mu się nawet bardziej, niż The Killing (Forbrydelsen), bo, cytuję: "czuję już przesyt kryminałów".
Wiem, że niektórym z Was podoba się seksowny Mikael Birkkjear *mrugam* - tu w roli męża pani premier, znakomicie granej przez Sidse Babett Knudsen. Birkkjear pojawił się także w Forbrydelsen (The Killing) II
Wspomniałam o tym serialu pewnej znajomej, gdy ta narzekała na brak prawdziwych spin doctors w polskiej polityce. Jedną z głównych postaci w Borgen jest bowiem Kasper Juul, kompetentny spin doctor (nie mylić ze "zwykłym" PR-owcem czy rzecznikiem prasowym). No ale duńska demokracja ma 160 - letnią tradycję, i mimo pokazywanych zarówno w Borgen, jak i The Killing rozmaitych napięć i problemów społecznych, szczególnie związanych z imigracją, Duńczycy wciąż są tak otwarci, tolerancyjni, liberalni i cywilizowani, jak zawsze. To, jak piszą brytyjscy krytycy, jeden z powodów, dla których te seriale zyskały tu status kultowych, mimo, że jednocześnie Brytyjczycy czują lekkie ukłucie zazdrości. A Borgen pokazuje dodatkowo, jak wygląda mądre rządzenie krajem - dlatego serial ten powinni obejrzeć i tutejsi, ale szczególnie polscy politycy.
Dodatkową zaletą, dla mnie bardzo istotną, jest też temat "czwartej władzy", czyli mediów. Jedna z głównych postaci to dziennikarka, i wolność słowa oraz skomplikowane relacje między politykami a dziennikarzami to jeden z najważniejszych wątków Borgen, obecny w każdym odcinku.
A wszystko to rozgrywa się we wnętrzach urządzonych z wykorzystaniem najlepszego na świecie skandynawskiego dizajnu i z nienagannym duńskim smakiem.
Znany z Forbrydelsen (The Killing) I Søren Malling

26/06/2011

The trouble with Gwyneth

Gwyneth Paltrow ostatnio (powiedzmy w ciągu minionego roku, dwóch) awansowała do "elity" celebrytek, które publika kocha nienawidzić. Gdy w amerykańskim talk show Chelsea Lately użyła ona najwulgarniejszego słowa w angielszczyźnie (c*nt, czyli *szeptem* p**da), w dodatku opisując tak swoją babcię, wiele tweetów i sieciowych komentarzy obwieściło, że słodka "córeczka tatusia" Gwynnie zbrukała swój nieskazitelny jak dotąd wizerunek. Wprawdzie ten nadawany o późnej porze show słynie z niewybrednych, skatologicznych żartów, poza tym cała wymiana  wyglądała trochę jak zaplanowany skecz: Chelsea (gospodyni programu) odkrywa, że obie z Gwyneth miały babki Niemki, i mówi: Moja była s*ką, na co Gwyneth odpala: Moja była ****, ale mimo wszystko był to moment zwrotny w karierze kobiety, która w dużej mierze porzuciła aktorstwo, by zbudować nową karierę: lifestyle'owej guru, możliwej następczyni Marthy Stewart (sama Martha tweetowała: Is Gwyneth the next Martha?)
Były też jednak głosy, które postulowały, że użycie tego wulgaryzmu jest częścią strategii, wg której Gwyneth buduje swoją markę. Z całą pewnością nie ucierpiało na tym jej konto - jej książka kucharska (którą mam i ja) doskonale się sprzedaje, Goop.com, jej portal (do którego jeszcze wrócę) ma 150 tys. prenumeratorek, a oferty ról wciąż jeszcze napływają. Incydent z wulgaryzmem wkrótce zresztą przyćmiły  reakcje na przedrukowane w brytyjskiej prasie ogłoszenie, za pomocą którego Gwyneth i jej mąż Chris szukają guwernantki/wychowawcy dla swoich pociech. Osobiście nie znam ani jednej osoby, która spełniałaby wymienione przez nich kryteria - nieosobiście znam takich osób tylko kilka, jest to np. mer Londynu, Boris Johnson, absolwent Eton i Oksfordu i wybitny klasycysta, lub Stephen Fry, człowiek renesansu, najbardziej znany intelektualista w UK. Wątpię jednak, by tych milionerów skusiło  £62 tysiące pensji (średnia pensja roczna w Londynie to ok. 27 tysięcy, nauczyciel ze stażem zarabia ok. 30 tyś*), ale a nuż ktoś z Was może taką osobę polecić? Prywatny nauczyciel Jabłka i Mojżesza musi, oprócz angielskiego na poziomie native, znać także biegle francuski oraz chiński i/lub japoński, władać starożytną greką i łaciną i najlepiej mieć ukończone studia filozoficzne. Nie może to być jednak cherlak, bowiem ma także mieć kwalifikacje żeglarskie oraz umieć grać w tenisa na poziomie instruktora. To, że ma także posiadać takie umiejętności, jak gra w szachy, malowanie, gra sceniczna oraz gra na dwóch instrumentach muzycznych to chyba rozumie się już samo przez się?

Oczywiście, każdy, kto ma dzieci, chce dla nich jak najlepiej, i stara się, by otrzymały jak najlepszą edukację. Jeśli przy tym ma konto Krezusa, to może stawiać poprzeczkę wysoko, i szukać absolwenta najlepszych uczelni świata, a nie słowackiej au-pair. Wymagania Gwyneth i Chrisa to wyolbrzymione wymagania wielu najbogatszych rodziców z Zachodu. Z moich obserwacji jednak wynika, że dzieci bardzo zdolne to po pierwsze mniejszość, i nie da się z dziecka zrobić geniusza na siłę (co przyznaje nawet słynna Amy Chua), po drugie - o sukcesie życiowym przesądza wiele innych czynników, i niezwykle ważna, często ważniejsza niż intelekt i wiedza, jest inteligencja emocjonalna. Rozglądając się wśród znajomych, stwierdzam, że najlepiej powodzi się nie tym, którzy mieli najlepsze stopnie w szkole czy uznawani byli za najzdolniejszych, lecz tym, którzy a) byli "ustawieni" na starcie (np. odziedziczyli rodzinny interes czy mieli fundusz powierniczy) ** b) są najbardziej inteligentni emocjonalnie, a w niektórych przypadkach wręcz przebiegli w stopniu, który ociera się o cwaniactwo. Dlatego też postawię tezę, że ogłoszenie Gwyneth i jej męża było tu tak powszechnie wyśmiewane nie z powodu zawiści (a przynajmniej nie tylko), lecz dlatego, że przeważa tu opinia, iż dziecko powinno mieć czas, by być dzieckiem, i że nieustannie drylowanie nie jest korzystne dla jego rozwoju emocjonalnego.
Apropos zawiści - w jednym z wywiadów, których udzieliła wiele w związku z promocją książki, Gwyneth stwierdziła, że jej sukces wynika z jej ethosu pracy, i że "wielu ludziom nie chce się wysilać. (...)Wkurzam ich, bo mi się chce. Naharowałam się na to, by zdobyć i utrzymać wszystko, co jest udane w moim życiu."Jak chyba przewidziała, takie dictum dolało tylko oliwy do ognia, i na Huffington Post można było przeczytać: "Jak wiele uprzywilejowanych osób, Paltrow łudzi się, że zapracowała na wszystko, co osiągnęła, i jeszcze ma czelność się tym chełpić." Z jednej strony jestem skłonna bronić Gwyneth, bo nie da się ukryć, że wkłada sporo wysiłku w swoją karierę; z drugiej jednak strony wiadomo, że jako córka Hollywood royalty, nad której kołyską pochylał się np. Steven Spielberg, Gwyneth miała dużo łatwiej, niż większość początkujących aktorek. Rodziców się jednak nie wybiera, zatem to, co naprawdę Gwyneth mogę zarzucić - w ślad za niejedną tutejszą felietonistką - to uparte udawanie, że jest "zwykłą, pracującą matką". W opisie swojego typowego, pełnego zajęć dnia na Goop, ANI RAZU nie wspomina ona o tym, że może być tak zabiegana, bo ma nianię (i to niejedną), a zapewne także asystentkę, panią do sprzątania, osobną panią od prasowania, i szofera. Bogate kobiety, które odniosły sukces w swoim zawodzie, a które nie przyznają, że jest to możliwe tylko dzięki temu, iż stać je na sztab pomocników, są po prostu nieuczciwe. Nawet jeśli próbują udawać, że są "zwykłymi" ludźmi dlatego, że chcą się przypodobać civilians***, co jest zrozumiałe - tylko socjopata nie chce być lubiany - to podkreślanie, jak "normalna" i "pospolita" jest ich egzystencja (która tak naprawdę jest daleka od tego, co dla większości jest normą) prowadzi  do absurdalnej sytuacji, w której setki przeciętnie zarabiających, pracujących matek obwiniają się za to, iż ich życie nie jest równie ekscytujące. Nie mówiąc już o tym, że niegrzecznie jest kompletnie przemilczać istnienie ludzi, którzy wycierają smarki naszych dzieci czy wyciągają nasze włosy ze spływu w wannie.
Jeśli dotarliście do tego miejsca w poście, to pewnie dlatego, że macie nadzieję, iż napiszę o książce kucharskiej Gwyneth. Wypróbowałam z niej na razie dwa przepisy, z powodzeniem, więc podam jeden z nich i napiszę więcej o książce w następnym wpisie.

*W UK w ogłoszeniach o pracę zwykle podaje się pensję (roczną, nie miesięczną). Jest to ze wszech miar godna naśladowania praktyka, bowiem redukuje stres (wiesz, o jakie pieniądze się starasz i nie stresujesz się negocjacjami, mogąc się w trakcie interview skupić na jak najlepszym "sprzedaniu" siebie) a przede wszystkim ogranicza ryzyko sytuacji, gdzie w jednej firmie dwie osoby o identycznych kwalifikacjach i na tym samym stanowisku mają różne pensje, bo szef woli fertyczne brunetki od eterycznych blondynek, i przed procesem chroni go wielkie tabu, które w Pl otacza pensje - zetknęłam się z tą sytuacją w Polsce niejeden raz.
** W UK dochodzi oczywiście pochodzenie klasowe i ukończona uczelnia: dyplom z dobrymi ocenami z Oksfordu czy Cambridge praktycznie gwarantuje zatrudnienie, bo tutejsze elitarne uczelnie naprawdę są  kuźnią elit, w odróżnieniu od np. UW, mojej alma mater.
*** Tak celebryci mówią o nie-celebrytach.

14/03/2011

W obronie tableta

Płacz i zgrzytanie zębów. "Biada nam, biada! To zgon książki, uwiąd kultury, początek końca cywilizacji, wtórny analfabetyzm..." Sądząc po tych licznych głosach (także w blogosferze, o ironio) można by pomyśleć, że tablety typu iPad i czytniki typu Kindle to Jeźdźcy (Kulturalnej) Apokalipsy. Polecam tym osobom najnowsze dzieło b. znanego w UK i w USA szkockiego historyka, Nialla Fergusona*, pt. Civillisation: The West and The Rest, w której przekonuje on, że Imperium Ottomańskie upadło, a Turcja do tej pory pozostaje w tyle za Zachodem, w dużej mierze ze względu na obowiązujący za czasów sułtanów zakaz druku: pierwszą drukarnię otwarto dopiero w 1729 roku! Bo choć e - book nie jest wynalazkiem na miarę prasy drukarskiej, jest kolejnym etapem rozwoju cywilizacji. Miejsce na książkę drukowaną pozostanie - jeszcze przez wiele lat ludzie będą kupować książki kucharskie oraz albumy i książki dziecięce (w UK w ostatnich latach z roku na rok sprzedaż książek dla dzieci rośnie, nie maleje). Kindle czy iPad zagarniają za to powieść współczesną - Brytyjczycy kupują więcej książek, szczególnie tanich paperbacków, niż Polacy (było też, oj było, dużo zgrzytania zębów ostatnio w związku z badaniami czytelnictwa w Pl), i wielu z nich, jak ja, zwyczajnie nie ma gdzie pomieścić** kolejnych powieści, do których najpewniej nie wrócą - kryminałów, romansów historycznych etc. Oddaję, jak już pisałam, część książek do charity shops, ale wciąż jestem na plusie. Dlatego powoli przerzucam się na iPada.

I robię to z rozkoszą, bo na ekranie czytam z równą łatwością i przyjemnością, a iPad daje mi więcej niż książka, a na pewno duuuużo więcej, niż papierowa gazeta, która, w odróżnieniu od książki, zapewne odejdzie w niebyt, i będzie to doskonała ilustracja darwinizmu. Od kilku miesięcy prenumeruję The Times i Sunday Times w formie aplikacji na iPada i papierowa wersja wydaje mi się z tej perspektywy nieznośnie uboga i przestarzała. Dzięki aplikacji mogę oglądać części wywiadów jako filmiki wideo, mogę oglądać sfilmowane sesje mody, mogę posłuchać szefowej mojej "Biblii", czyli sekcji STYLE, opowiadającej o najnowszych trendach, mogę oglądać reportera w trakcie pracy, mogę oglądać zdjęcia, które z braku miejsca nie znalazły się w papierowym wydaniu, mogę komentować newsy na bieżąco itd. itp. Kulminacją mego zachwytu było wydanie Sunday Times sprzed kilku tygodni, kiedy mogłam oglądać, jak David Hockney, najwybitniejszy, obok Luciana Freuda, żyjący malarz brytyjski, namalował obraz, używając (oczywista) specjalnej aplikacji graficznej na iPadzie! Kreska po kresce mogłam śledzić, jak powstaje okładka sekcji Culture! Ta przyjemność obserwowania procesu twórczego była niedostępna tym, którzy kupili papierowe wydanie z gotowym już, skończonym dziełem na okładce.

iPad wygrywa we wszystkich zestawieniach z Kindle, przede wszystkim pod względem intuicyjności i łatwości w obsłudze, oraz, co będzie oczywiste dla każdego, kto choć przez chwilę pobawił się Kindle a potem tabletem Apple, pod względem graficznym i czysto estetycznym. Kindle ma dwie zasadnicze zalety: jest dużo tańszy (około 500 zł w Amazonie brytyjskim) i w Amazonie jest (na razie) większy wybór tytułów, niż w iBooks. Dla mnie tablet ma jednak ogromną przewagę ze względu właśnie na bogactwo aplikacji takich jak Sunday Times App (wiecie już, jak ja lubię różne apps) oraz kompatybilność z moim Makiem i iPhone'm. A 28 marca pojawi się, by mnie wodzić na pokuszenie, druga już wersja iPada...


*Prywatnie Ferguson związany jest z kobietą, którą ogromnie podziwiam - Ayaan Hirsi Ali.
** Nowe domy w Anglii mają najmniejsze powierzchnie mieszkalne w Europie - mniejsze, niż w wydzierającej grunt morzu Holandii! Powodów jest wiele - może o nich napiszę, jeśli będę miała chęć na wsadzenie kija w mrowisko.

05/01/2010

Na przekór Daily Mail

Dziś nieco złośliwie, a zarazem optymistycznie. Na przekór Daily Mail, i bezkrytycznie, o czym już pisałam, łykającej treści tego dziennika Gazecie, szczypta dobrych nowin na początek roku.
W moim hrabstwie 10,000 gospodarstw ma darmowy dostęp do szerokopasmowego internetu (broadband). Mieszkańcy zaoszczędzą na tym ok. 1,5 miliona funtów. Jest to program pilotowy (pilotażowy?), stopniowo coraz więcej obywateli UK nie będzie musiało płacić za korzystanie z internetu. Rząd ma swoją "ambasadorkę komunikacji", Marthę Lane -Fox (jedna z założycieli LastMinute.com, "dotcomowa" milionerka) - jej zadaniem jest osiągnięcie 100% dostępu do internetu, słowem - internet dla każdego.
W wielu miastach organizuje się darmowe kursy korzystania z netu dla emerytów pod nazwą Silver Surfer. W UK niesłychanie popularna jest genealogia, szczególnie wśród osób starszych (i takie kursy też są, np. w mojej bibliotece można się nauczyć, jak i gdzie szukać takich informacji), a mnóstwo dokumentów, nawet kilkusetletnich, jest dostępnych online.
Druga optymistyczna wiadomość - sieć salonów fitness... na świeżym powietrzu (outdoor gyms). Jest już kilkadziesiąt, ma ich powstać w sumie 150, wszystkie będą za darmo. Wyposażone w profesjonalne przyrządy do ćwiczeń, które są "wandaloodporne", miejsca te nie będą strzeżone i mają zachęcić do ćwiczeń tych, którzy nie mogą zapłacić za członkostwo w klubie fitness, lub nie chcą ćwiczyć w dusznym pomieszczeniu.




06/12/2009

Polemika w sprawie niepełnosprawnych

Przyznam się z góry, że nie czytuję internetowego wydania Gazety od deski do deski. Ale to, co czytam, zaczyna mnie coraz bardziej martwić. Rynek prasowy w UK wciąż narzuca standardy reszcie prasy na świecie, i, co jest unikalne w skali światowej, w UK czytelnictwo prasy w ostatniej dekadzie wzrosło, a nie zmalało. Mamy tu też ogromną rozpiętość. Z jednej strony szmatławce dla półanalfabetów, z drugiej - dziennikarstwo śledcze na najwyższym światowym poziomie. Po latach mieszkania w Anglii  dość łatwo odgaduję, z kim mam do czynienia a nawet na którą partię ktoś głosuje, po gazecie, jaką czyta w pociągu czy metrze. Wracający do Anglii po długim pobycie za granicą pisarz Joe Bennet zauważył już chwilę po wylądowaniu na lotnisku Heathrow:
„(...) kiosk  jest wypełniony porannymi wydaniami wszystkich krajowych dzienników, a każdy z nich dąży do zaspokojenia potrzeb  określonego czytelnika. To system kastowy w druku. Nosić taką a nie inną gazetę pod pachą to w tym kraju jak noszenie plakietki.“ I tak czytelnik brukowca The Sun będzie osobą z reguły słabo wykształconą, głosującą na faszyzującą partię British National Party lub nacjonalistyczną i antyunijną UK Independence Party, zaś osoba czytająca lewicowego Guardiana to np. pochodzący z klasy średniej nauczyciel głosujący na Partię Pracy.
Niestety, mimo tego, że Gazeta często"inspiruje się" tematami z np. niedzielnego Times'a (czasem widzę, parę dni po tym, jak przeczytam oryginał, przykrojoną do polskich warunków wersję jakiegoś tematu zaczerpniętego prosto z niedzielnego Magazine, odpowiednika Wielkiego Formatu, albo "mojego" dodatku STYLE), coraz częściej zmierza w kierunku poziomu, jaki reprezentuje tabloidowy Daily Mail, a nie stara się dorównać poziomem poważnym tzw. broadsheets, czyli właśnie Times'owi i Guardian'owi. Daily Mail, zwany również Daily Hate, ze względu na ksenofobiczne, antyimigranckie stanowisko, specjalizuje się w podsycaniu narodowej paranoi i przekonywaniu wszystkich, że UK zmierza po równi pochyłej ku nieuchronnej apokalipsie.
I Gazeta na podstawie materiałów DM tworzy obraz UK jako kraju, gdzie po ulicach toczą się same wielkie góry sadła ("W Wielkiej Brytanii nawet powietrze tuczy") i gdzie narodowy sport to znęcanie się nad niepełnosprawnymi ("Piekło brytyjskich niepełnosprawnych").
Jako matka dziecka niepełnosprawnego BARDZO sobie cenię fakt, że mieszkam w UK, a nie w Polsce czy Botswanie. Rozglądając się po znajomych w Pl, widzę, jak mało wsparcia otrzymują od państwa. Nowoczesne metody pomocy nie dotarły jeszcze do Polski, i nie zawsze z powodu braku pieniędzy. Koleżanka - matka dorosłego syna z autyzmem martwi się, co będzie, jeśli jej zabraknie. Nie ma w Pl systemu zwanego tutaj assisted living  - niepełnosprawni mieszkają w specjalnie dostosowanych do ich potrzeb mieszkaniach, samodzielnie, często wspólnie (np osoba niewidoma mieszka z osobą widzącą, ale z jakimś innym upośledzeniem, i pomagają sobie wzajemnie), a pracownik socjalny przychodzi np raz na tydzień czy w razie potrzeby. Jest to tańsze i przede wszystkim poprawiające komfort życia, bo dające niepełnosprawnym samodzielność i swobodę, rozwiązanie niż domy opieki. Dąży się tu do uczenia niepełnosprawnych umiejętności, które zapewnią jak największą samodzielność - uczy się ich gotowania, wartości pieniędzy, zapewnia pracę (np. niewidomi pracują w telefonicznych centrach obsługi klienta). Dorosły niepełnosprawny nie jest zdany na rodzinę, której przecież może zabraknąć, a rodzina jest odciążona. Ci niepełnosprawni dorośli, którzy nie mogą mieszkać samodzielnie, a nie mają rodziny, są umieszczani w rodzinach zastępczych. Tak, rodziny zastępcze to nie tylko rozwiązanie dla dzieci - dorośli niepełnosprawni, którzy potrzebują opieki, a nie mają już rodziców, znajdują nową rodzinę - najczęściej są to rodziny, gdzie co najmniej jedna osoba jest pracownikiem socjalnym z doświadczeniem. Dostają oni za tę opiekę wynagrodzenie, ale nie są to duże pieniądze, a najważniejsze, że osoba upośledzona nie jest zinstytucjonalizowana, jest w rodzinie.
Wizytę we wspaniałej szkole dla dzieci niepełnosprawnych już opisywałam. Czy jest w Pl szkoła, gdzie na jedno dziecko przypada tyle personelu? 



Moje dziecko idzie na próbny dzień do nowej szkoły w poniedziałek. Przyjdzie jego opiekunka z przedszkola, aby nie znalazł się wśród zupełnie nieznanych mu osób. Jego nowa nauczycielka była w przedszkolu w zeszłym tygodniu, by obserwować, jak pracują z Nicholasem. Specjalistka od pracy z dziećmi niepełnosprawnymi przyjdzie do szkoły nauczyć nauczycieli Nicholasa technik postępowania z dzieckiem autystycznym. Ja dostaję małą, bo małą, ale zapomogę od państwa. Mieszkamy na prowincji, a nie w dużym mieście, a mimo to standardy są tak wysokie. Bardzo wątpię, byśmy mieszkając w Pl na prowincji mieli tyle profesjonalnego wsparcia. A nawet jestem pewna, że byłoby nam znacznie trudniej, po tym, jak przeczytałam w Wysokich Obcasach list matki dziecka z autyzmem, która codziennie musi znosić durne komentarze jeszcze durniejszych przypadkowych przechodniów, którzy nie kryją się ze swoimi opiniami i komentują głośno autystyczne zachowania jej dziecka. NIGDY nie zdarzyło mi się to w UK, natomiast zdarzyło mi w ciągu tygodniowego zaledwie pobytu w Pl.
Wspomniałam o Botswanie, bo rozmawiałam z Afrykanerką, która po diagnozie autyzmu u syna rzuciła wszystko i przeprowadziła się do UK - na szczęście mogła, bo tu mieszka jej matka. Ta kobieta przewróciła swoje życie do góry nogami (urodziła się i całe życie mieszkała w Afryce) bo w Botswanie jest JEDEN specjalista od autyzmu (tak, jedna osoba na cały kraj), a najbliższy logopeda był 600 km od domu. Tu jej syn ma zapewnioną opiekę. 
Jak wszędzie, i tu są ludzie podli - bo trzeba być wyzutym z sumienia, by znęcać się nad słabszymi. Nie są jednak gorsi, czy bardziej skłonni do zła, niż w Pl czy innych krajach. Sedno problemu to nie to, że to okrucieństwo się zdarza - tylko to, że ci niepełnosprawni, którzy są ofiarami przemocy, nie zostali nauczeni, jak się starać o pomoc. Bo, inaczej niż w wielu krajach, ta pomoc jest - tragedią jest jednak to, że ci ludzie nie wiedzieli, jak ją sobie zapewnić. My wiemy how to navigate the system (jak radzić sobie z "systemem", czyli urzędami, biurokracją), ale wielu ludzi upośledzonych umysłowo nie wie. I to trzeba naprawić. Nie należy jednak demonizować i brać każdego słowa Daily Mail za dobrą monetę. Nie brakuje w UK Polaków, którzy mają bardziej wyważony punkt widzenia i wiedzę z pierwszej ręki (tu chrząkam znacząco) - dlaczego nie zapytać ich?


PS. Na zdjęciu nowa szkoła Nicholasa.

02/12/2009

Ojczyzna-Polszczyzna

"Jak to na Halloween...
Robi się imprezy. Różne. W stylistyce i kolorystyce. Czyli jest czarno, pomarańczowo i strasznie. Np. tak:

'Mroczną atmosferę rozgrzewać będzie demoniczny Dj Croissant'

Śniadania kontynentalne już nigdy nie będą takie same."



Taki jest najnowszy post odkrytej przeze mnie ostatnio perełki: blogera Garfielda z  Hip Hip PR.
Ten wpis ubawił mnie do łez, a potem było już tylko śmieszniej. Szkoda, że autor/ka (płeć jest zapewne świadomie zamaskowana, bo wpisy są zarówno w formie męskiej jak i żeńskiej) pisuje rzadko. Za to jak już napisze, to można turlać się ze śmiechu.

Blog ten powinien być obowiązkową lekturą dla wszystkich parających się zawodowo Public Relations, oraz dla tych, których interesuje PR, reklama, event management czy komunikacja korporacyjna i marketingowa. Polecam go też wykładowcom polonistyki, dziennikarstwa oraz podyplomowych studiów PR, którzy znajdą tam wiele przykładów na to, jak NIE pisać informacji prasowych oraz ulotek czy broszur promocyjnych. Ostatnio z racji tego, czym się zajmuję, dostaję wiele informacji prasowych  i włos mi się jeży na głowie. Mam prawo krytykować, gdyż kiedyś do moich obowiązków należało pisanie informacji prasowych i nigdy nie podpisałabym własnym nazwiskiem takich wypocin, jakie otrzymuję. Wiem, że zdarzają mi się kalki, bądź co bądź lata mówienia, myślenia a nawet śnienia w innym niż polski języku dają znać o sobie. A jednak przykładam wagę do tego, by moja polszczyzna trzymała poziom, dlatego przerażają mnie niskie standardy u osób, których zawód polega na efektywnej i klarownej komunikacji. Poza błędami ortograficznymi i literówkami, teksty zawierają też dziwne neologizmy np. "pasjonata" zamiast "pasjonat" (nie była to literówka), błędy gramatyczne i olbrzymią ilość zdań ze słowem "posiadać". O ile można "posiadać" kolekcję kotów z porcelany, o tyle perfumy, kanapa czy samochód  nie mogą "posiadać" czegokolwiek (to przykłady z ostatniego tygodnia zaledwie). Mam wrażenie, że PR-em zajmują się często osoby, które nie spełniają podstawowych wymagań, by robić karierę w tym zawodzie, pozbawieni umiejętności jasnego i gramatycznego formułowania myśli, za to z zacięciem grafomańskim. Jak w dowcipie: "W dzisiejszych czasach ortografia to sztóka zapomniana."

25/11/2009

Jem, i jeszcze mi za to płacą

Niedawno na bardzo wpływowym tutaj portalu dla mam, Mumsnet (portal zaprasza polityków, w tym premiera, i ostro, często ostrzej niż dziennikarze, przesłuchuje ich na okoliczność decyzji mających wpływ na codzienne życie rodzin, a sondaże z tej strony często dyskutowane są w mediach, portal ma milion zarejestrowanych użytkowniczek) pojawiła się dyskusja o wymarzonym zawodzie. O dziwo, prawie nikt nie wymienił takich z pozoru glamorous zajęć, jak aktorka czy modelka, za to kilka razy pojawiły się tak niskopłatne zawody jak opiekun zwierząt w schronisku lub zoo. Wiele mam wymieniało prowadzenie własnego małego biznesu i medycynę. Nie liczyłam ile, ale mnóstwo chciałoby być... buyers dla różnych ekskluzywnych sklepów i sieci - ten zawód był jednym z najczęściej wymienianych. Buyer to osoba, która jest odpowiedzialna za wynajdowanie i testowanie  dostawców i negocjowanie z nimi kontraktów oraz składanie zamówień. Jest to ważna i dobrze płatna fucha. Elita buyers pracuje dla najbardziej renomowanych domów towarowych w UK: Selfridges, Fortnum&Mason, Liberty, Harrods, Harvey Nichols, a także dla górnopółkowych sieci Waitrose i John Lewis. O jednej z nich, która zajmuje się wynajdowaniem najlepszej czekolady dla Fortnum&Mason, już pisałam.  (Na zdjęciu czekoladowy Christmas Pudding)


Innym godnym pozazdroszczenia zawodem jest krytyk restauracyjny. Jeść w najlepszych restauracjach za darmo i potem o tym pisać - trudno o bardziej doskonały sposób na zarabianie na (najlepszej jakości) chleb. New Yorker uchylił ostatnio rąbka tajemnicy opisując, jak pracują "inspektorzy" przewodników Michelina - to pierwszy raz, gdy Michelin pozwolił dziennikarzowi obserwować anonimowego inspektora (inspektorkę) w akcji. Fascynujący artykuł, polecam.

20/11/2009

Piękne Polki, brzydkie Angielki

Dziś przerwa w nadawaniu serialu o prezentach, do której skłoniły mnie z lubością cytowane przez polskie media wieści z internetowego serwisu randkowego Beautiful People. Otóż wg użytkowników serwisu, który nie ukrywa, a nawet czyni główny USP (unique selling point ) z faktu, że jest "lookist" (dyskryminuje ze względu na wygląd), mieszkam z najszpetniejszymi kobietami w Europie (ale w kategorii męskiej, co, jak zauważyłam, większość polskich mediów już pominęło, polscy i rosyjscy mężczyźni wypadli gorzej niż Brytyjczycy i to oni są wg beautiful people najbrzydsi. Polek w zestawieniu nie było, dlatego, że do serwisu zgłaszają się z Polski głównie mężczyźni). Jest to woda na młyn tych moich rodaków, którzy często dyskusję o różnych polskich bolączkach kończą tym,"że przynajmniej dziewczyny mamy piękne, nie to co te (tu wstawić narodowość, często przytacza się Angielki)". Skoro ani w nauce, ani w sztuce, ani w biznesie nie jesteśmy najlepsi, to się zawsze możemy pocieszyć pszeniczą urodą Polek. Temat ten jest wałkowany od lat na różnych forach, przy czym ostatnio pojawiają się dyskusje o tym, czy uroda Polek nie jest kolejnym narodowym mitem, którego trzymamy się kurczowo, by poprawić sobie niską samoocenę. Jeśli podejść do sprawy czysto statystycznie, Polki i większość nacji europejskich wciąż ma przewagę nad Brytyjkami, jeśli chodzi o figury - w Pl kilkanaście procent populacji ma dużą nadwagę, w UK - ponad 40%. Sylwetka jest niewątpliwie ważna w ocenie wyglądu, ale nie jest wszak jedynym kryterium, uroda to także inne atrybuty. Te jednak dużo trudniej zmierzyć, choć naukowcy badający niemowlęta dowiedli, że już maluchy potrafią oceniać ludzką atrakcyjność, i to bez względu na rasę i kulturę - jednym słowem, Claudia Schiffer postrzegana jest jako urodziwa przez dzieci mieszkające w wiosce w Indiach czy w Kenii, choć brak tam posągowych Niemek z blond włosami. * Stawia to popularne powiedzenie: nie to ładne co ładne, lecz to, co się komu podoba (beauty is in the eye of the beholder), pod znakiem zapytania. Z drugiej strony, prawdą jest, że ludziom zaczynają się podobać osoby, z którymi przebywają, jeśli spędzają w tym środowisku wystarczająco dużo czasu, nawet jeśli na początku tak nie było - stąd romanse biurowe wśród prawników korporacyjnych i bankierów pracujących po 18 godzin na dobę. Podoba nam się to, co znamy - to też pewnie częściowo wyjaśnia, dlaczego w tym założonym przez Skandynawów serwisie najwyższe noty, poza Brazylijczykami, mają właśnie Skandynawowie.
Ale najważniejszym powodem, dla którego Angielki są postrzegane jako mało atrakcyjne, to fakt, że nie przejmują się tak wyglądem, jak kobiety z innych krajów. Angielki wiedzą, że atrakcyjny wygląd to w dużej mierze sztafaż i że od przemijającej urody ważniejsza jest "umiejętność usmażenia jajecznicy na kacu, pokonanie włamywacza lewym sierpowym, wypicia pinty piwa, opowiedzenia dowcipu, śmiania się z samej siebie, bycia kumpelką, bycia mamą." (cytat z artykułu AA Gilla w Sunday Times).

Jak powiedział jeden z właścicieli serwisu Beautiful People, Brytyjczyk: Angielki wolą się dobrze bawić, niż katować dietą czy ćwiczeniami. Nie bez znaczenia jest też to, że nie ma tu takiej społecznej presji i tyranii krytycznych spojrzeń, jak w Polsce. Pewna mieszkająca w UK Polka napisała w komentarzu pod artykułem o Wielkiej Brytanii w Wysokich Obcasach: “(…)po przyjeździe do UK uderzył mnie mentalnym łokciem szok kulturowy. Brak nacisku na konieczność odchudzania się i wyglądania tak jak wszyscy naokoło i zakupy zakończone torbami wypełnionymi ciuchami, a nie płaczem, był wręcz rewelacyjny. Tutaj dziewczyny czują się swobodniej i łatwiej im się żyje bez ciągłej presji otoczenia.



*Zainteresowanym zgłębieniem tematu polecam książkę Nancy Etkoff pt. Przetrwają Najpiękniejsi.


PS. Na zdjęciu Angielka Kristin Scott-Thomas, bo uważam, podobnie jak podkochujący się w niej Jeremy Clarkson, że wśród pięknych kobiet jest niczym Bugatti Veyron wśród samochodów - klasa sama w sobie.


16/11/2009

Sugestie dla świętego Mikołaja - część siódma

Dziś o prezentach z polskich sklepów, choć, uczciwie zaznaczam, niekoniecznie wyprodukowanych w Polsce.
Namnożyło się już internetowych galerii sprzedających polskie rękodzieło, i to się chwali. Z drugiej strony, często zaglądam też do sklepów z artykułami wnętrzarskimi i dziwią mnie nadal wysokie, często wyższe niż tu, ceny. Czy tak wysokie marże spowodowane są wysokimi podatkami, większymi kosztami prowadzenia firmy czy też małą konkurencją? Myślę, że to kombinacja tych trzech i pewnie jeszcze innych czynników.  Tak jest też np. w Belgii. Ostatnio rozmawiałam z koleżanką mieszkającą w Belgii, która narzekała na brak konkurencji i wynikające z tego wysokie ceny mebli oraz skromny, w porównaniu z ofertą w UK, wybór. Duża konkurencja panująca w UK i stosunkowa łatwość prowadzenia biznesu obniżają ceny.
Z galerii Decobazaar wybrałam te świąteczne, zielono-czerwone kolczyki. Pasowałyby mi do jednej z kilku czerwonych sukienek, którą zawsze zakładam na Christmas Lunch.




Przy okazji nakłaniałabym Polki do porzucenia wreszcie, przynajmniej od czasu do czasu, czerni. Jak się dowiedziałam z bardzo zabawnego tekstu Czterdziestki, w Pl nadal i w sklepach, i na ludziach, króluje czerń. Bo niby zawsze elegancka, i łatwo do niej dobrać dodatki. Skontrastujmy to z artykułem z ostatniego Sunday Times, gdzie na dwadzieścia proponowanych przez redaktorki sukienek na świąteczne i karnawałowe okazje, zaledwie dwie były czarne. Reszta w pięknych kolorach klejnotów. Więcej odwagi! Pamiętajmy też, że dużą część kobiet czerń tuż przy twarzy postarza.
Wiele moich koleżanek lubi herbatę, wiele też darzy sentymentem Muminki. Myślę, że spodobałaby im się puszka na herbatę z wizerunkiem muminka ze sklepu Pikinini, w której są podziałki, można więc przechowywać w niej cztery rodzaje torebek. Mam też znajome - kociary, dla nich znalazłam ścierkę z motywem kocim  w sklepie Fiorello.


Pewna droga mi osoba zażyczyła sobie pod choinkę polski miód (mieszka w pewnym wielkim, większym od Polski, stanie amerykańskim), znalazłam więc dla niej nie jeden słoiczek, ale cały rustykalny koszyczek z czterema rodzajami miodu: spadziowym, gryczanym, malinowym i lipowym, ze sklepu Romantycznie.com. Można tam też kupić lubiany przez wiele osób miód wrzosowy, a także zamówić bajkę dla dziecka - bajka będzie spersonalizowana, można na przykład poprosić, by w historii uwzględniono imię tego dziecka.

11/11/2009

Sugestie dla świętego Mikołaja - część czwarta














Najtrudniej kupić prezent dla mężczyzny. Pół biedy, jeśli ma jakąś pasję, np golf czy motoryzację - gadżetów sportowych i samochodowych jest pod dostatkiem, ostatecznie można też kupić karnet na sesje golfa czy przejazd sportowym modelem po torze wyścigowym. Znalazłam kilka rzeczy, które sa bardziej neutralne, ale chciałabym dziś, nieco kontrowersyjnie, zaproponować danie mężowi lub nie-mężowi prezentu niematerialnego. Natchnął mnie artykuł w dodatku STYLE w Sunday Times, który mój mąż nazywa moją Biblią, bo istotnie żadna niedziela nie może się obyć bez przeczytania Style od deski do deski; kiedyś późną nocą jeździliśmy z obłędem w oczach po wszystkich stacjach benzynowych w mieście, byle zaspokoić mój głód. Artykuł postulował bycie lepszą żoną (partnerką). I nie był autorstwa przedfeministycznego dinozaura w stylu przeżywających kilka lat temu drugą młodość poradników sprzed I wojny światowej, lecz felietonistki, która jest nowoczesną Angielką, a zatem uznającą równość płci za oczywistość. Przesłanie tego tekstu można streścić w zdaniu: Mniej krytyki, więcej całowania. Był też kiedyś wątek na pewnym w większości kobiecym forum,  o tym, czego oczekują od forumek ich drugie połówki. Także ten wątek można by sprowadzić do rady: mniej narzekania, więcej czułości. Obserwując znane mi pary, widzę, że wiele żon krytykuje mężów, przewracając oczami i wzdychając traktuje dorosłych mężczyzn jak dzieci, ciosa im kołki na głowie z powodu bałaganu czy niewyniesienia śmieci (sama nie jestem bez winy). A przecież gdyby chciały perfekcyjnej gosposi, powinny poślubić klon Marthy Stewart. Kobiety czasem zapominają, że facet też człowiek, i że małżonek czy narzeczony nie jest całkowicie pozbawionym uczuć gburem (bo jeśli jest, to kto chciałby z takim być?). Naukowiec John Gottman twierdzi, że główne przyczyny rozpadu związku to pogardliwe traktowanie, krytycyzm, odcinanie się i uporczywe milczenie, nieustanne narzekanie. Z kolei główne podwaliny udanego związku to: uprzejmość, okazywanie wsparcia, dobra komunikacja. Tylko tyle i aż tyle. A, i całowanie. Pary, w których źle się dzieje, można często zidentyfikować po tym, że przestają się całować.

Może zatem najlepszym prezentem jest więcej uprzejmości i całusów na codzień? It is a gift that keeps on giving.

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails