Showing posts with label Wyspiarski Syndrom. Show all posts
Showing posts with label Wyspiarski Syndrom. Show all posts

18/04/2012

"What is a Weekend?"*





Zanim serial Downton Abbey na wieki zmienił w zbiorowej świadomości widzów siedzibę słynnego rodu Carnarvon, Highclere Castle, w domostwo fikcyjnej rodziny Grantham, odwiedzali ją głównie tubylcy - amatorzy arystokratycznych rezydencji i ogrodów, oraz egiptofile. Kilka lat temu wybrali się tam nasi przyjaciele - to tylko 30-45 min. samochodem z Winchesteru (choć w serialu Downton umiejscowiono w Yorkshire) - i zwiedzali w leniwym tempie, nietrapieni tłumami emerytów, ekip telewizyjnych z całego świata oraz obowiązkowych Japończyków i Amerykanów. Zjedli nawet obiad w małej kantynie (nie stojąc przedtem w kolejce, jak my), a przy sąsiednim stoliku siedziała Lady Almina, obecna pani na Highclere. Fast forward do wiosny 2012, i nie tylko musiałam zamówić bilety na kwietniową wizytę w lutym (w którym to miesiącu Highclere Castle dołączył wreszcie do nas żyjących w XXI wieku, i umożliwił ich kupno online), ale także dzieliłam zamek z wszystkimi wyżej wymienionymi, przy czym miażdżąca większość zwiedzających miała powyżej 60 lat. Jak jednak widać na zdjęciach, we wspaniałych ogrodach wokół pałacu można było znaleźć spore połacie nieusiane staruszkami.


Highclere Castle pozostaje prywatną własnością rodu Carnarvon, i dlatego, w odróżnieniu od arystokratycznych siedzib zarządzanych przez National Trust, nie tylko nie jest otwarty codziennie, lecz zamknięty przez dużą część roku - stąd bilety na zwiedzanie w dni, kiedy jest otwarty, trzeba rezerwować, i to najlepiej z dużym wyprzedzeniem. Bilety są drogie - utrzymanie takiej posiadłości kosztuje bajońskie sumy, i lordostwo Carnarvon, jako właściciele, muszą wszystko finansować z własnej kieszeni - choć są trzy rodzaje biletów:  najtańszy daje wstęp na teren ogrodów, za wstęp do środka pałacu i wystawy o znalezisku grobowca Tutenchamona płaci się osobno. Polecam jednak BARDZO wykosztowanie się na najdroższy bilet, bowiem zarówno wnętrza, jak i wystawa są tego warte. Można też zamek wynająć na wesele lub inne przyjęcie - nawet nie chcę myśleć, ile to kosztuje, ale takich imprez odbywa się wcale niemało. W środku nie wolno robić zdjęć, więc nie mogę Wam niestety pokazać np. sypialni Lady Sybil (z tabliczką "Lady Sybil's Bedroom"na biurku), poniżej zdjęcie z serialu, z jadalni, ze wspaniałym portretem mojego ulubionego angielskiego króla, Charlesa II, w tle - mogę potwierdzić, że jadalnia w rzeczywistości wygląda tak, jak w serialu, jedyna różnica to obrus i zastawa:
Fankom serialu nie muszę opisywać dreszczyku podniecenia, z jakim zaglądałam do kolejnych pomieszczeń, pokazywanych na ekranie. Muszę w tym miejscu dodać jednak, że wystawa egiptologiczna, choć dla większości zwiedzających to obecnie wisienka na torcie, jest także hipnotyzująco doskonała. Oczywiście maska pośmiertna i inne eksponaty to kopie - oryginały, co słuszne, znajdują się w Kairze - ale znajdująca się w ciemnej piwnicy pod pałacem wystawa, umiejętnie zaaranżowana, naprawdę pobudza wyobraźnię i pozwala na chwilę wcielić się w skórę Lorda Carnarvona i Howarda Cartera - odkrywców grobowca faraona Tutenchamona.

Wielu brytyjskich komentatorów analizowało fenomen popularności Downton Abbey, nie tylko w UK, ale  także w krajach, w których arystokratom dawno obcięto głowy, lub zmuszono ich do emigracji, i gdzie zawiłości angielskiego systemu klasowego są egzotyką. Moim zdaniem tajemnica leży w tym, że to opera mydlana, ale z, nomen - omen, klasą. Fabuła, zwłaszcza ostatniej serii, jest pełna niedorzeczności, postaci zmieniają charakter co 10 minut - ale to właśnie połączenie perypetii rodem z soap-opery z estetyką serialu kostiumowego, w którym to gatunku Brytyjczycy celują, bo mają ogromne kufry pełne spuścizny feudalnego systemu i mogą przebierać w autentycznych rekwizytach, w tym pałacach i ogrodach, uczyniło z DA jeden z najpopularniejszych seriali na świecie. Jego twórca,  Julian Fellowes, ma opinię największego snoba na Wyspach, który ma obsesję na punkcie systemu klasowego (zwanego też często upstairs, downstairs - arystokracja rezydowała na górze,"na pokojach", służący - na dole, w piwnicach). Niektórzy twierdzą, że "plebs" kocha Downton Abbey, bo tęskni za poczuciem stabilności, jakie dawały sztywne podziały społeczne - gigantyczna bzdura, mnie nie jest tęskno do harówki i nieustannego dygania. Lubię jednak DA, właśnie ze względu na zwariowane zwroty akcji, sympatycznych bohaterów, i perły w rodzaju: He looked so well. Of course it would happen to a foreigner. No Englishman would dream of dying in someone else’s house.** Dowodem, że dziś jednak jest trochę lepiej, jest to zdjęcie Lady Alminy z całym obecnym  personelem Highclere Castle - to zaledwie kilka osób (100 lat temu było ich kilkadziesiąt):
Tędy do Tajemniczego Ogrodu (ogrodzona murem część ogrodów nosi nazwę The Secret Garden) 
Ogrody Highclere Castle zaprojektował najsłynniejszy architekt krajobrazu w historii, Lancelot "Capability" Brown. Każdy wielbiciel jego sielsko -wiejskich ogrodów natychmiast je rozpozna - to właśnie jemu zawdzięczamy arkadyjską wizję Anglii.




* Co to jest "weekend"? to jedna z najzabawniejszych kwestii wypowiedzianych przez Dowager Duchess, Lady Grantham, którą gra kolejny "skarb narodowy", Maggie Smith.
** Jw.
Zdjęcia: 1, 3, 5-7, 11-14 - moje, reszta - z sieci.

02/09/2011

Walia, część I - Portmeirion

Fundamentalną cechą Wyspiarzy jest zarówno wyjątkowa skłonność do, jak i tolerowanie u innych, ekscentryczności, co potwierdzają oficjalne statystyki. George Santayana powiedział: England is the paradise of individuality, eccentricity, heresy, anomalies, hobbies, and humors. I choć Portmeirion leży w Walii, nie ma lepszego hołdu dla brytyjskiej ekscentryczności, niż ta co do jednej cegły wymyślona przez jednego człowieka utopijna wioska. Architekt Clough Williams - Ellis zakupił skrawek dzikiego, niezabudowanego wybrzeża w 1925 roku (za niecałe £5000) i postanowił zbudować na nim idealną nadmorską miejscowość.
Makieta
Portmeirion dziś

Budując Portmeirion, Williams - Ellis chciał udowodnić nie tylko to, że można stworzyć idealne miasteczko od zera, ale także potwierdzić tezę, iż skupiska miejskie nie muszą powstawać spontanicznie, lecz mogą być planowane (kontynuatorem tej tradycji jest książę Walii, Karol, który również buduje miasteczka). Na realizację tego projektu Williams - Ellis poświęcił resztę swego życia - jak napisano, "walczył o piękno, tak dziwnie niezbędne". Plan udał się, choć nie do końca: powstała bowiem wioska, pełna pomalowanych na jaskrawe kolory budynków, których styl zerżnięto z kamienic we włoskich renesansowych miasteczkach - jeśli byliście w Italii, będziecie mieli uczucie... nie do końca deja vu, ale że dziwnym zrządzeniem losu przenieśliście się z XXI - wiecznej Walii na plan filmowy. Przy czym wytwórnia filmowa miała mało pieniędzy, i np. okna są często trompe l'oeil. Zresztą skojarzenia te są jak najbardziej na miejscu, choć nie dla przybyszów z dawnego bloku wschodniego. W Portmeirion nakręcono bowiem bardzo popularny w latach 60. zeszłego wieku serial pt. The Prisoner. Nie słyszeliście? Ja też nie - a to dlatego, że był to serial o wyraźnie antytotalitarnym, antykomunistycznym przesłaniu, i zdziwiłabym się, gdyby zawędrował gdziekolwiek za Żelazną Kurtynę.
Spacer po Portmeirion to iście surrealistyczne przeżycie - tu spoziera na ciebie figura Jezusa, tam siedzi Budda, wszędzie pełno jest ozdóbek typu cherubiny.

Portmeirion dziś zarządzany jest przez fundację, która utrzymuje wioskę wynajmując apartamenty w jej budynkach letnikom (nikt tu nie mieszka na stałe). Jest tu też hotel i sporo, jak na tak malutkie miejsce, sklepów i knajpek. Marzenie o tym, by była to żyjąca miejscowość, pozostało niezrealizowane - nawet za wjazd na jej teren  trzeba zapłacić. Jest to po prostu atrakcja turystyczna i holiday village. Organizowane są tu też śluby, popularne wśród par z Japonii.
Cardigan Bay

Od lat chciałam do Portmeirion przyjechać i nie zawiodłam się - to miejsce, gdzie kicz jest cool. Miałam też bardziej przyziemną motywację: jest tu sklep, sprzedający słynną nie tylko w Wielkiej Brytanii porcelanę Portmeirion (popularna jest szczególnie w USA i Płd Korei). W dodatku to sklep z seconds, czyli "odrzutami" - a więc z porcelaną znacznie tańszą, a dla niewprawnego oka identyczną do tej sprzedawanej po zwykłych cenach. Kupiliśmy kilka rzeczy z tej kwintesencjonalnie angielskiej kolekcji, Botanic Garden:
Portmeirion Pottery założyła Susan, córka Williamsa - Ellisa. Porcelana ta produkowana jest w Stoke - on -Trent, i w ostatnich latach firma nie tylko opiera się recesji, ale jej sprzedaż rośnie z roku na rok. Podczas gdy inne firmy zwalniają, ta zatrudnia nowych pracowników do produkcji, która trwa całą dobę, 7 dni w tygodniu. Angielska porcelana i bukoliczne wzory wciąż są w cenie.

Zdjęcia 1, 2 i ostatnie - z sieci, reszta - moje.

12/07/2011

Jak ocalić pszczoły

Byłam zdziwiona odzewem, jaki wzbudził mój post o losie pszczół. Przekonałam się wtedy, że wiele osób jest zaniepokojonych ginięciem pszczół i że śledzą medialne doniesienia na ten temat. O tym, że świadomość społeczna problemu rośnie z każdym miesiącem, przekonałam się w minioną sobotę, kiedy to miałam przyjemność odwiedzić jedną z dorocznych imprez ogrodnicznych Royal Horticultural Society (kolejnej niesamowitej Wyspiarskiej organizacji o długiej i bogatej tradycji): Hampton Court Flower Show. O ile odbywająca się wcześniej Chelsea Flower Show, wystawa pełna VIP-ów, otwierana przez królową, jest bardziej znana, to jednak prawdziwi pasjonaci ogrodnictwa uważają wystawę w Hampton Court za lepszą: odbywa się na większym terenie, bez celebrytów i ekip TV (w każdym razie znacznie mniej jest blichtru, jak z naciskiem mówili mi wszyscy bywalcy), w spektakularnym sąsiedztwie pałacu Tudorów (gdzie są, obok Petworth, najwspanialsze kuchnie i gdzie odbywają się arcyciekawe pokazy historycznego gotowania), i można obejrzeć dokładnie te same ogrody, co w Chelsea.
Widok z góry: na pierwszym planie "ogród jadalny" (Edible Garden), w tle - pałac Hampton Court
Wszystkie te wystawy razem składają się na największą imprezę ogrodniczą na świecie - zważywszy na tubylcze umiłowanie grzebania w ziemi i wkład w botanikę, gdzież indziej? O samej wystawie napiszę jednak w innym miejscu - wspominam o niej dlatego, że motywem przewodnim dla wielu wystawców było ocalenie pszczół i innych owadów zapylających i tak wielu bee - friendly gardens chyba jeszcze w historii tej imprezy nie było.
Bardzo, bardzo chciałabym mieć kiedyś własny przyjazny pszczołom ogród. Pocieszam się, że ogród za płotem, moich sąsiadów, z którymi jesteśmy bardzo zaprzyjaźnieni, jest pod tym względem wręcz ideałem - sąsiadka (towarzyszyła mi w ostatnią sobotę) od lat świadomie sadzi takie rośliny, które przyciągają pszczoły i bąki. To oznacza, że miesza takie kwiaty, jak lawenda i wiciokrzew, z drzewami i krzewami owocującymi: pszczoły potrzebują bowiem i pyłku, i nektaru. Słowo "pestycydy" to w jej słowniku najszpetniejsze przekleństwo - szkodniki zwalczane są w sposób organiczny, choćby nawet ręcznie, a na obrzeżach ogrodu rosną sobie przyjazne pszczołom "chwasty", np. pokrzywy. W UK są już firmy, które specjalizują się w takich ogrodach: zakładając nowy, można kupić gotowe mieszanki nasion, z ktorych wyrosną ogrody- łąki, imitujące prawdziwe łąki, najprzyjaźniejsze zapylaczom środowisko. 
Na wielkim show rolniczym, The New Forest Show, odbywającym się u nas co roku, swoje stoiska miało kilka takich firm.
Nicholas reklamuje pszczelolubny ogród
Na innym stoisku
Jeśli nie masz ogrodu, firmy kosmetyczne Burt's Bees i Melvita (obie oferują dobrej jakości, naturalne produkty) wspierają różne projekty pomagające pszczołom - Melvita nawet hoduje pszczoły w ...Covent Garden!

27/05/2010

Chelsea Flower Show

Jednym z najważniejszych objawów Syndromu Wyspiarskiego, na który cierpią Brytyjczycy i Japończycy, jest obsesja na punkcie ogrodnictwa. Ma ona wiele zalet - to ona sprawia, że w Kew Gardens przechowuje się ogromny bank nasion, dzięki czemu wiele roślin już ocalono i w przyszłości będzie można ocalić od całkowitego wyginięcia. Nie sposób przecenić wkład Brytyjczyków w botanikę a także w sztukę ogrodniczą. Co roku o tej porze w Londynie odbywa się organizowana przez Royal Horticultural Society wielka impreza ogrodnicza, Chelsea Flower Show - bilety na nią są rozchwytywane, i z łatwością uwierzyłabym, gdyby ktoś mi powiedział, że ten show przyciąga tylu celebrytów, co żaden inny w UK. Zaczynając od królowej i innych członków rodziny królewskiej, przez Jamiego O. i innych znanych szefów kuchni po gwiazdy filmu, muzyki i TV - jeśli chcecie brylować w towarzystwie elit, zapomnijcie o klubach i premierach, w Londynie to pokaz ogrodów jest najlepszą wejściówką w mieście. Oczywiście, w zgodzie z tradycją, która mi się tak bardzo podoba, jest to też okazja, by dać zarobić organizacjom charytatywnym  (o tym, jak prężnie działa tu filantropia, napiszę osobno) i często fundacje pokazują własne ogrody, w tym roku np. można obejrzeć dedykowany Stephenowi Hawkingowi ogród Motor Neuron Disease Association.
Co wieczór BBC pokazuje wybrane ogrody, możecie je także obejrzeć na stronie RHS.
Poniżej kilka, które mi się najbardziej spodobały.

Japoński ogród Waterless Water Garden, który szczególnie dobrze sprawdziłby się jako ogród na dachu:
Ogród zainspirowany wiktoriańskim umiłowaniem ptaków, Victorian Aviary Garden - bogaci Wiktorianie często mieli ptaszarnie.
Ogród przyjazny pszczołom - Bee-Friendly Garden, ze słynnym zdaniem Alberta Einsteina o tym, że gdyby wszystkie pszczoły wyginęły, ludziom zostałyby tylko 4 lata życia przed totalną zagładą (ogród ma szerzyć świadomość, że to zagrożenie b. realne, niestety - pszczoły zaczynają ginąć, o czym napiszę osobno).

Coś dla faszonistek - ogród Christian before Dior - czyli zainspirowany nastoletnimi latami Christiana Diora, którego fascynacja kwiatami i ich zapachem zaprowadziła go ostatecznie na wyżyny mody. Marynarka na ławce jest oczywiście marki Dior.


I na koniec coś z okolic Zmysłowej Karoliny - Welcome to Yorkshire Rhubarb and Custard Garden - zwróćcie uwagę na wielką "michę rabarbaru z custard", tradycyjnego angielskiego połączenia smaków.

24/03/2010

7 brytyjskich osobliwości i niedorzeczności

Miłosz napisał, że po trzech latach mieszkania zagranicą, przybywszy z wizytą do ojczyzny, nie ma się już poczucia "bycia u siebie" (nie jest to dokładny cytat, nie mam go przed sobą, ale taka była wymowa tego fragmentu). Zaczyna nam doskwierać brak pewnych drobiazgów, które były elementem codzienności w innym kraju. To zresztą być może kwestia charakteru i osobowości - są pewnie tacy, którzy po wielu latach emigracji mogą szybko z powrotem zapuścić wyrwane wcześniej korzenie - czasem pewnie dlatego, że żyli w getcie językowym i kulturowym. Gdy czytam, jak koleżanka po wielu latach w USA planuje "stare lata" spędzić w Polsce, kusi mnie, by ją od tego odwodzić, by roztoczyć wizje starości zdanej na polską służbę zdrowia i system opieki społecznej itp, ale oczywiście powstrzymuję się - zresztą, za 20 czy 30 lat będzie na pewno lepiej. Jednak oprócz względów praktycznych, przeraża mnie wizja emigracji odwrotnej, w wieku, gdy nie można już polegać na energii, zdrowiu i innych atrybutach młodości. Ja z pewnością nie chciałabym powrócić do Polski na stałe - ani teraz, ani na starość. Bywam w kraju rzadko, dzięki czemu zyskałam dystans i świeże spojrzenie na polską rzeczywistość. Za to coraz więcej osobliwości tutejszych przyjmuję już stoicko. Czytam na blogu świeżej emigrantki jej spostrzeżenia nt. tutejszej rzeczywistości i myślę sobie: o, tak, zapomniałam, że to czy tamto może wydawać się dziwne, dla mnie to już normalne. Wiele rzeczy przestało mi się wydawać dziwnymi, gdy poznałam ich historię - np. jasne jest dla mnie, że zwyczaj picia herbaty z mlekiem nie ma wiele wspólnego z próbami ochłodzenia herbaty, jak podejrzewają niektórzy emigranci, lecz z faktem, iż herbata była niegdyś bardzo droga, i biedni dodawali odrobinę herbaty do znacznie tańszego, często własnego mleka, zaś bogaci - odwrotnie. Przekopawszy się przez niezliczoną ilość tomów nt. historii i najrozmaitszych aspektów kultury angielskiej znacznie lepiej rozumiem charakter Anglików i owe słynne angielskie dziwactwa oraz objawy Wyspiarskiego Syndromu. Jest jednak parę rzeczy, które, choć na poziomie racjonalnym rozumiem i wiem, skąd się wzięły, to jednak wciąż mnie irytują i na które się zżymam. To walka z wiatrakami, czego nie omieszkuje mi wytknąć osobisty Wyspiarz, ale przynajmniej tu się mogę wywnętrzyć.
1. Obrzydliwe wykładziny, osobne krany, bylejakie okna - czyli niski standard angielskich wnętrz w wielu nieruchomościach. Drewniane podłogi, ładna ceramika łazienkowa, nowoczesne okna - to wszystko kosztuje ogromne sumy, zwłaszcza, że często jest instalowane w bardzo starych domach, co wymaga najpierw pozbycia się np. wanny w kolorze awokado, i innego okropieństwa, a nawet kompletnej wymiany przewodów etc, przez "fachowców", którzy zachowują się niczym primadonny i za ciężkie pieniądze wcale się nie wysilają. Dopiero naprawdę CIĘŻKIE pieniądze kupią ci przyzwoity standard wykończenia. A poza tym - po co mieć dobrą izolację i włączać ogrzewanie, jak można założyć następny sweter? Jak mówiła znajoma Finka, mieszkająca tutaj: "my Finowie budujemy domy tak, żeby nam w nich było ciepło - dlatego wciąż upieram się, że w moim własnym domu ma mi być CIEPŁO!"
2. Kiepskiej jakości kawa, najczęściej rozpuszczalna, i herbata, i uwielbienie dla bardzo słodkiej "czekolady" (w cudzysłowie, bo ilość kakao jest znikoma). What's that all about?! W kraju, gdzie naprawdę nie brakuje świetnej jakości wszystkich trzech produktów, i gdzie bardzo znaczący procent ludzi stać na wysokiej jakości ekspresy, kupowanie czekolady w Waitrose (górnopółkowy supermarket), a nie w Tesco, etc. Old habits die hard. To wszystko się zmienia, dość gwałtownie w ostatnich latach, na lepsze, ale o wciąż pokutującym oporze i oskarżeniach o snobizm już pisałam.

3. Zwracanie się do kompletnych nieznajomych per "mate" (grrr, to jest najgorsze, winię straszliwie niskich lotów seriale australijskie), "love" czy "darling". Toleruję u dobrotliwych staruszek, ale nie u szefa (mój ostatni mówił do wszystkich "mate").
4. Upijanie się na umór. Wszystko jest dla ludzi, ale z umiarem.
5. Nieumiejętność ubrania się wedle pogody - gorliwie praktykowane przez angielskiego męża. Rozumiem filozofię pt. "zimny chów" (może kiedyś napiszę o tym, bo to ciekawa historia), ale mimo wszystko...
6. O ile Anglicy, jako Wyspiarze, mają wiele wspólnego z Japończykami, może więcej, niż np. z Francuzami, to niestety nie mają japońskiego podejścia do ryb i owoców morza.
7. Przedkładanie zwierząt nad dzieci - rzadkie u młodszych, wciąż jeszcze widoczne u starszego pokolenia. Wychowywanie pokoleń ludzi na bezwzględnych i twardych władców i władczynie świata zaowocowało słynną stiff upper lip (rezerwą) i sprawiło, że starsi ludzie, w tym moi teściowie, potrafią okazywać czułość tylko zwierzakom.

11/01/2010

A do jajka i żołnierzyków...

...potrzebna jest sól. Mieszkam w kraju ekscentrycznych zbieraczy, gdzie niepijąca herbaty kobieta z kolekcją 400 czajniczków nie jest okazem niezwykłym. Ta possesion obsession (obsesja posiadania) doprowadziła np. Ann Atkin z hrabstwa Devon do zgromadzenia ponad 2 tysięcy krasnali ogrodowych - w znacznie słabiej niż południowy wschód zaludnionym West Country (w tym regionie leży wielkiej urody zresztą Devon) wyjątkowo obrodziło ekscentrykami, złośliwi mówią, że to z powodu inbreeding (pokrewieństwa między rodzicami). Nie brakuje też, rzecz jasna, kolekcji pojemników na sól i pieprz. Przyznam, że ich wybór, rozmaitość i często oryginalny, estetycznie wyrafinowany wygląd sprawiają, że rozumiem pęd do kolekcjonowania.
Mr and Mrs znanego projektanta, Jonathana Adlera - tylko kto będzie pieprzył, a kto solił?

Tego samego projektanta wieloryby:

Roboty niedługo będą nas wyręczać w gotowaniu - na razie solą i pieprzą:

Z tymi maracas możemy solić i pieprzyć w gorącym latynoskim rytmie:


Kiedy przypatrzyć się bliżej, widać, że "śnieg" w jednym pojemniczku ma kształt liter "P", a w drugim "S":



08/01/2010

Ab ovo

W zimowe dni śniadania muszą rozgrzewać i sycić. Płatki czy muesli z mlekiem sojowym zaspokakają głód tylko na parę godzin - po takim śniadaniu już o 11 jestem głodna. Z owsianką ze szkockich płatków owsianych, cynamonem i miodem, konkurować może tylko jajko na miękko z pełnoziarnistym tostem. Taki zestaw: kawałki tosta nurzane w jajku nazywa się tu egg and soldiers (egg -jajko, soldiers -żołnierze) - ta nazwa zainspirowała projektanta tej podstawki:


Jak zawsze, proste okazuje się genialne - tost i jajko na jednym talerzyku:



Amerykański pisarz Paul Theraux, który spędził wiele miesięcy podróżując po Wyspach i potem zawarł refleksje  z tej eskapady w książce pt. Kingdom by the Sea, napisał w niej, że dziwiło go ilekroć tubylec mówił mu o jakimś zabawnym aspekcie USA i Amerykanów. "To mówią ludzie, którzy zakładają małe, zrobione na drutach czapeczki na jajka?!"Miał oczywiście na myśli ocieplacz na jajka, czyli egg cosy. Tu ocieplacz z tkaniny:


Mój toster spisuje się na razie bez zarzutu, ale gdyby, odpukać, wyzionął ducha, chciałabym kupić ten nowy (i nowatorski), przezroczysty dizajn Magimixa:


04/12/2009

Sugestie dla świętego Mikołaja - część dwunasta

Back by popular demand... prezentów część dwunasta!
Jako niebieskooka długowłosa blondynka z biustem, do którego wymiarów przyznałam się już wcześniej, nie pasuję do wyobrażeń o tym, jak wygląda osoba zainteresowana nowoczesną technologią i gadżetami... A jednak - nie sądź książki po okładce.  Jestem szczęśliwą właścicielką Iphone'a, i świat  setek tysięcy dostępnych aplikacji (o których niebawem napiszę osobno) jest dla mnie nieskończenie fascynujący. Gadżety kuchenne wywołują we mnie niemal równie dużo entuzjazmu, co piękne szpilki, z uwagą śledzę też, co nowego w gadżetach ekologicznych. Zaletą tego rodzaju prezentów jest ich uniwersalny, "bezpłciowy" charakter - pozbawiony płci w tym sensie, że można je podarować zarówno bliskiemu osobnikowi jak i osobniczce.
Wspomniałam o Iphone - nie pogniewałabym się, gdyby Mikołaj podarował mi taki stojaczek na niego:

Lubię czytać przed snem, i choć mam lampkę na bocznym stoliku, wolałabym tę, bo nie tylko oświetla, ale jest też stojakiem na książkę:


Jeśli Inuici mają 100 słów na śnieg, to Anglicy powinni mieć ich równie dużo na określenie deszczu. Nie mają, ale pogoda to wciąż nieśmiertelny temat konwersacji ("Jak nie wiesz, o czym rozmawiać, mów o pogodzie", Jane Austen, Rozważna i romantyczna) i ta stacja pogodowa byłaby dobrym prezentem dla wszystkich meteorologicznie zorientowanych:

W wielu domach (u nas też) drzwi lodówki to jednocześnie tablica, pełna przypiętych magnesami list sprawunków, rachunków, planów lekcji, zdjęć, rysunków, przepisów, kuponów zniżkowych itd. Teraz za pomocą tego gadżetu można nagrać wiadomość video dla innego domownika. "Kup mleko" w nowoczesnym stylu:

Szkoda, że producent wybrał akurat tego pana do zdjęć promocyjnych, a może to sam szef wystąpił jako model? to by wszystko wyjaśniało.

14/06/2009

Problem ze szkołą


Japończycy i Anglicy mają wiele wspólnego, gdyż obie nacje są wyspiarskie. Objawy Wyspiarskiego Syndromu to bzik ogrodniczy (wyrafinowane konstrukcje z kamieni w japońskim ogrodzie, miłość do trawników i żywopłotów w angielskim), uwielbienie herbaty i emocjonalny wymiar jej spożywania (ceremonia herbaty w Japonii, picie uspokającej cuppa w trudnych okolicznościach w UK) oraz traktowanie zwierząt domowych jak członków rodziny (wielu ludzi innych narodowości złośliwie twierdzi, że Anglicy lepiej traktują swoje pupilki, niż własne dzieci, co pokazano w filmie Easy Virtue, gdzie pani domu, zamiast fotografii trójki dzieci, miała na stoliku wyłącznie zdjęcia swoich piesków) - zarówno UK, jak i Japonia to największe rynki dla producentów kocich i psich akcesoriów.
Zastanawiacie się, jaki ma to związek z tytułem tego posta? Kolejny symptom WS to uprzejmy, bardzo zaowalowany, sposób wyrażania się. Podobno po japońsku można o czymś mówić na 4 różne sposoby, używając określenia grzecznego, bardziej grzecznego, jeszcze bardziej grzecznego i najgrzeczniejszego. Używa się przy tym zupełnie innych słów na oznaczenie tej samej czynności. Język angielski nie jest aż tak skomplikowany, ale Anglicy uważają, że o wielu rzeczach nie należy mówić wprost, gdyż największe zbrodnie towarzyskie w opinii Anglika to bycie ordynarnym lub nudnym. Dlatego Anglicy nie chwalą się swoją wiedzą, wręcz w dobrym tonie jest ukrywanie faktu ukończenia prestiżowej uczelni, nie mówią też otwarcie, że czegoś nie tolerują lub że kogoś nie lubią. Spotkałam Polaków, którzy z tego powodu oskarżali tubylców o dwulicowość i skłonność do wbijania noża w plecy (back-stabbing). Nasza zaś słowiańska szczerość uchodzi w Anglii za brak obycia i bezceremonialność (szczególnie często słyszę o tym, że Wschodnioeuropejczycy i Rosjanie są blunt, czyli nie owijają w bawełnę). Tą pokrętną drogą doszłam wreszcie do sedna dzisiejszego wpisu: otóż dyrektorka szkoły podstawowej zaczyna nam robić trudności z przyjęciem Nicholasa (synek nasz ma pójść do szkoły we wrześniu) i czyni to właśnie w taki niebezpośredni, powierzchownie bardzo uprzejmy, ale maskujący złą wolę, sposób. O nudnych szczegółach nie będę się rozpisywać (jak widać, udzieliło mi się coś z mentalności Wyspiarzy), ale jesteśmy źli na dyrektorkę i szukamy innej szkoły w okolicy. Wszędzie szkoły są już jednak pełne, ostatnie lata to znowu wyż demograficzny w UK, być może więc w sposób równie okrężny zmusimy ją do zmiany postawy. Trzymajcie kciuki za to, by Nikuś znalazł szkołę, którą polubi i w której nauczyciele pomogą mu się rozwinąć.

23/05/2009

Czy to Austr-alia? Nie, to Kornw-alia


Wyspy Brytyjskie, ocieplane Golfstromem, mają unikalny łagodny klimat, który ukształtował w dużej mierze styl życia i mentalność Wyspiarzy. Wyspiarski Syndrom, który sprawia, że Brytyjczycy są bardzo podobni do geograficznie odległej, ale także wyspiarskiej nacji - Japończyków, to temat fascynujący i rozległy, o którym jeszcze nieraz na pewno napiszę. Wracając jednak do łagodności klimatu: w pewnych miejscach na południu Anglii rosną palmy, a w parkach londyńskich zadomowiły się zbiegłe z klatek papugi. Dziś gazety i BBC pokazują walabie (wallabies), czyli takie mniejsze kangury, które Anglicy zaczęli sprowadzać do 'strzyżenia' trawników. Na Wyspie Man (Isle of Man) żyje już sobie kolonia licząca 100 sztuk. Zwierzaki znakomicie zadomowiły się na innym kontynencie i przepowiada się rychłą inwazję torbaczy. Czy Australia, czy Kornwalia - kangurkom widać wszystko jedno.
Sprowadzenie kangurów to wynik umiłowania trawników, zaś ten brytyjski bzik na punkcie ogrodnictwa i wypielęgnowanych trawników to jeden z objawów Wyspiarskiego Syndromu. Torbacze spełniają rolę żywych kosiarek, bowiem spędzają większość czasu na jedzeniu trawy, tym samym zastępując skutecznie krowy i owce, a przy tym są bardziej przyjacielskie i o wiele bardziej cute (słodkie, milutkie) z wyglądu. Widziałam je z bliska w ogrodzie zoologicznym Marwell (znakomite zoo niedaleko naszego domu), gdzie kangurki nie są trzymane w klatkach, lecz skaczą sobie (głównie siedzą lub leżą, prawdę powiedziawszy) na wyciągnięcie ręki - są łagodne i ospałe.
Sprowadzenie do UK szarych północnoamerykańskich wiewiórek w XIX wieku doprowadziło do niemal całkowitego wyginięcia rodowitych rudych wiewiórek, zatem takie importowanie obcych
gatunków może i często kończy się źle. Miejmy nadzieję, że kangurki nie spowodują zamieszania w tutejszych ekosystemach.

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails