Showing posts with label Urodziny. Show all posts
Showing posts with label Urodziny. Show all posts

21/06/2011

Urodziny...

...odbyły się w sobotę, choć tak naprawdę przypadły w niedzielę. Jak 6 lat temu w dniu narodzin Nicholasa, w ostatnią niedzielę przypadł znowu Dzień Ojca - Dni Matki i Ojca są tu ruchome i zawsze przypadają w niedzielę, tak, by można je było należycie uczcić - nie chciałam zatem odciągać dzieci od tatusiów i zorganizowałam przyjęcie w sobotę. Urodziny, od kiedy synek poszedł do szkoły, to niebylejaka operacja, którą trzeba zaplanować i zorganizować z dużym wyprzedzeniem. Zaprasza się tradycyjnie całą klasę i jeśli myślisz, że wymigasz się tortem i pękiem balonów, to czeka cię zderzenie z niepisanym kodem urodzinowym i szybkie odarcie ze złudzeń. Tak jest w każdym razie tu, w bastionie angielskiej klasy średniej. Tu wynajmuje się często village hall (coś w rodzaju Wiejskiego Domu Kultury) i speców od zabawiania dzieci. W UK biznesy związane z zajęciami dla dzieci w wieku przedszkolnym kwitną (są to często ogólnokrajowe franszyzy) - to już powoli przenosi się na polski grunt, ale raczej w dużych miastach - tu natomiast nawet małe wsie mają art clubs, music clubs, mini gyms etc.* - moja przyjaciółka Szkotka prowadzi takie art clubs (szumnie: zajęcia artystyczne dla małych dzieci, mniej szumnie: wspólne malowanie, rysowanie, taplanie się w wodzie itp) w naszej wsi i okolicznych wsiach i miasteczkach. Jeśli chodzi o urodziny, najczęściej jednak wynajmowani są "trenerzy", czyli osoby, które prowadzą kluby sportowe dla przedszkolaków, a w weekendy dorabiają zapewniając gry i zabawy na przyjęciach urodzinowych dla starszych dzieci. Za tydzień idziemy znowu na takie urodziny, a byliśmy już na wielu, ja zatem uparłam się, że zrobię coś oryginalnego, i wynajęłam magika.

Charlie the Magician zapewnił dzieciom, których było ponad 30, doskonałą zabawę, zatrudniając Nicholasa i inne dzieci do "pomocy" i rozśmieszając także nielicznych rodziców (którzy zwykle przywożą dzieci, zostawiają, a potem o wyznaczonej porze odbierają).
Zamiast tortu zamówiłam "ciasto" w całości zrobione ze staroświeckich słodyczy - w UK panuje teraz moda na takie słodycze, to element trendu zwanego "kulinarną nostalgią". W odróżnieniu od mojego pokolenia w Pl, które chyba nie odczuwa (a może odczuwa?) tęsknoty za czekoladopodobnymi wyrobami i oranżadą w proszku, Brytyjczycy mają ogromny asortyment tradycyjnych cukierków, lizaków itd. o śmiesznych często nazwach (Latające Spodki, Zatykacze Gęby itp) do których wracają z sentymentem. "Ciasto" zamówiłam w miejscowym (ale także sprzedającym online) sklepie, który wygląda tak:
Na stronie sklepu można obejrzeć wnętrza i asortyment dokładniej, jest bowiem filmik nakręcony w środku
A tak wyglądało "ciasto":
Wszyscy się zachwycali tym nietypowym "tortem"
Podjęliśmy dzieci poczęstunkiem, a na koniec wręczyliśmy każdemu party bag, zwaną też goodie bag. To chyba obyczaj jeszcze w Polsce niepraktykowany, tu niemal obowiązek: każde dziecko - gość otrzymuje mały podarunek od solenizanta. My nasze zamówiliśmy w Party Pieces, czyli firmie, dzięki której miliony zbili państwo Middleton, rodzice księżnej Catherine. Nic dziwnego - to najlepsza tego typu firma w UK, zarówno cenowo, jak i pod względem wyboru przebijająca konkurencję, oferująca dosłownie tysiące produktów, dzięki którym można urządzać przeróżne przyjęcia tematyczne (np. pirackie czy ze Świnką Peppą). Kiedy oni zaczynali działalność, przyjęcia urodzinowe w takim stylu, w jakim teraz są urządzane, dopiero zaczynały być modne, a dziś to wielki biznes.
Nasza party bag

A po powrocie do domu Nicholas rozpakowywał furę prezentów przez całe popołudnie.
Moje pierwsze prawdziwe przyjęcie urodzinowe w angielskim stylu uważam za udane.

* Doskonała okazja zresztą do nawiązania znajomości i poznania innych mam - każdy, kto siedział w domu z maluchem, wie, jak ważne jest to, by mieć taką odskocznię i okazję do wyjścia z domu. Niestety we wsi w Pl, gdzie mieszkają moi rodzice, o takich klubach można tylko pomarzyć.

10/05/2011

Lunch urodzinowy w Lime Wood

Mamy szczęście mieszkać obok dwóch Parków Narodowych: niedalekiego bardzo starego lasu, New Forest, oraz dosłownie na skraju najnowszego South Downs, który zyskał oficjalny status Parku zaledwie miesiąc temu. Korzystamy z tego sąsiedztwa chętnie i często, dlatego na lunch z okazji tego, że coraz bardziej się sypię, wybraliśmy się do typowego dla Anglii country house hotel - czyli hotelu wiejskiego, najczęściej mieszczącego się w dawnej rezydencji arystokratów. Chciałam zobaczyć Lime Wood już od kiedy otwarto go po gruntownej przebudowie (mniej więcej półtora roku temu) - a gdy jeszcze usłyszałam, że Jamie Cullum (którego muzyki słucham) i Sophie Dahl (z przepisów której korzystam) wybrali na przyjęcie weselne właśnie to miejsce, wiedziałam, że prędzej czy później tam trafię.
Przebudowa trwała 5 lat  i musiała kosztować astronomiczną sumę. Wnętrza urządził najbardziej znany projektant wnętrz w UK i nie tylko, David Collins (ulubieniec Madonny i wielu innych gwiazd). Sam główny budynek zachwyca stylem zwanym Regency. Mój małżonek, rodowity "New Forrester", który pracował w tym miejscu jako nastolatek (też był to hotel, ale nazywał się inaczej, no i był znacznie skromniejszy - Lime Wood ma pięć gwiazdek), był pod wrażeniem rozmachu, z jakim całkowicie zmieniono i rozbudowano wnętrza.
Budynek od strony ogrodu
Wybraliśmy set menu - a więc krótkie, sezonowe menu, co gwarantuje świeżość, a przy tym często jest przystępnie wycenione.
Moja przystawka - goat's curd with wild garlic. Curd to etap między zsiadłym mlekiem a twarogiem,  wild garlic to czosnek niedźwiedzi. Dodano jeszcze jajko gotowane bez skorupek (poached egg)

Przystawka męża: sweetbreads with morels - słownik internetowy nie wie,  co to sweetbreads. To tradycyjna potrawa  angielska z części zwięrząt, które pewnie można zaliczyć do podrobów, takich jak gruczoły. Morels to smardze
Moje danie główne to znowu ryba gurnard, czyli kurek, podana z omułkami i szparagami- w Anglii coraz więcej restauracji podaje tę rybę, bo jej zasoby są duże i niezagrożone. Włosi już dawno poznali się na tym, że to smaczna ryba
Jagnięcina z heritage potatoes, czyli "historycznymi" ziemniakami - ten akurat gatunek ma fioletowy kolor 
Nasz kelner, jak się okazało, pracował na weselu Jamie'go i Sophie, pociągnęłam go więc za język: ponoć pan młody zaśpiewał pannie młodej dwie miłosne piosenki.
Jedzenie jednak trochę nas rozczarowało, szczególnie jagnięcina, która okazała się za tłusta. Moja przystawka była pyszna, jednak nie był to tak dobry posiłek, jak ten, którym raczyliśmy się w The Black Rat.  Cenowo było rozsądnie, wyjątkowo nawet, jak na hotel takiej klasy (identyczne niemal ceny, co w mającym gwiazdkę Michelina The Black Rat - to właśnie zaleta set menus). Obsługa bez zarzutu, wszyscy bardzo mili wobec Nicholasa - zwracam uwagę na to, jak traktowane są dzieci - nie muszę chyba mówić, że nie chwaliłabym takiej, która uchybiłaby pod tym względem.
Nicholas przygląda się rybom w ogrodowym stawie
Dodatkowe budynki - w jednym mieści się spa
Lime Wood bardzo podkreśla swój wiejski charakter - łącznie z kolekcją kaloszy marki Hunter. Chyba nikt nie wciela w życie hasła "wsi spokojna, wsi wesoła" lepiej, niż Anglicy.

Wszystkie zdjęcia, oprócz pierwszego i trzeciego, są moje.

07/05/2010

Jak wydać 160 zł na T-shirt, czyli outlet shopping frenzy

By osłodzić mi nieco nadejście kolejnych urodzin, oznaczających, że został mi rok mniej do chwili, gdy przyjdzie mi wypychać stokrotki od spodu*, małżonek zabrał mnie heroicznie do przybytku konsumpcji - Bicester Village. Nie jest to wioska, lecz centrum handlowe niedaleko Oksfordu. Znajdują się tu wyłącznie outlety marek dizajnerskich, lub masowych, ale z górnej półki. Już na miejscu okazało się, że "outlet" nie jest synonimem słowa "tanio". Zresztą "tani" czy "drogi" to najbardziej chyba relatywne słowa w słowniku - o ile nie można być "odrobinę w ciąży", to rzecz może być jednocześnie i tania, i droga - zależy od klienta i grubości jego portfela. Zatem jeśli dla kogoś szpilki Jimmy Choo za niemal 500 funtów to okazja, bo pierwotnie kosztowały 700, i zaoszczędzi 200 funtów - to Bicester jest mekką "tanich" zakupów.
Skórzany płaszcz Armani za 900 funtów, torebka Mulberry, model Roxanne (a więc obecnie znacznie już przyćmiony przez takie modele - gwiazdy tej marki jak Bayswater czy Alexa) - 400 funtów, torebka Fendi za 500, kostium Theory za 350... itd. itp. Jest to zatem miejsce, gdzie warto się wybrać, jeśli a) uciułaliśmy kilkaset funtów na jedną torebkę/szpilki marzeń, albo np. chcemy zaszaleć i na swój ślub założyć buty dizajnerskie, b) mamy tyle gotówki, że powoli wypala nam ona dziurę w kieszeni i musimy się jej pozbyć w przyjemny sposób, ale jednocześnie nie mamy jej tyle, by zrobić rundkę zakupową po Bond Street, Sloane Street czy w Selfridges i nie patrzeć na metki c) cierpimy na patologiczną niechęć do płacenia pełnej ceny i nie możemy kupić niczego, co nie jest obniżone lub nie pochodzi z outletu d) jesteśmy Japończykami, Francuzami, Hiszpanami etc. i korzystamy z mocnego euro oraz uważamy outlety za atrakcje turystyczne (wśród tłumu kupujących bardzo rzadko słychać było angielski - na oko ok. 80% kupujących to cudzoziemcy, pewnie w powszedni dzień jest ich trochę mniej).
Bardzo niewielki procent, który nie zalicza się do jednej z ww. kategorii może tu przyjechać po rzeczy, które niewiele się zmieniają wraz z modami sezonowymi, a które tu można dostać dobrej jakości: bieliznę i rajstopy Wolford, nieco tańsze, niż w sklepach, lub koszule męskie "do pracy" renomowanych marek - również taniej niż w sklepach, lub kosmetyki pielęgnacyjne Clinique czy Estee Lauder (ceny podobne do tych duty-free, czyli lotniskowych). Nie nastawiajmy się jednak na zniżki rzędu 80% - bliżej  30%, co, jeśli doliczymy dojazd, nie jest tak nęcące.
Tu te szpilki, na stopach adorowanej przez publikę brytyjską Cheryl Cole:



Od dawna hołduję zasadzie: you get what you pay for (dostajesz to, za co płacisz) - istnieje bowiem bezpośrednia zależność między ceną a jakością, i to nie tylko w modzie, wbrew temu, co niektórzy pogardliwie mówią o płaceniu tylko za markę (te same osoby najczęściej rzeczy dizajnerskie widziały wyłącznie na zdjęciach). Wyprawa do Bicester jest zatem pouczająca także pod tym kątem, pozwala bowiem na wmieszanie się w tłum i macanie ubrań i dodatków Diora, Diane von Furstenberg, Vivienne Westwood, Gucci, Smythson etc., bez ryzyka, na jakie jest się narażonym w "normalnym" butiku takiej marki - że będzie się jedyną osobą, osaczoną zewsząd przez ekspedientki/ów, którzy są on commission (czyli im więcej sprzedają, tym lepiej zarabiają). Z drugiej strony, to zakupy w znacznie mniejszym komforcie, a wybór jest znacznie mniejszy (także jeśli chodzi o rozmiary) - i dlatego ludzie, których na to stać, wbrew mitom o bogaczach-dusigroszach, wolą płacić pełną cenę - again, you get what you pay for.
Warto było pojechać i zbadać samej, także dlatego, że utwierdziłam się w przekonaniu, że dla osób mieszkających tutaj i tak największe okazje są w sieci. Bardzo podobny asortyment, a czasem nawet ciekawsze kąski, oferuje np. internetowy outlet znanego wszystkim faszonistkom Net-a- Porter - theOutnet. Ulubiony Asos ma coraz większą ofertę marek dizajnerskich, zdarzają się duże zniżki, w dodatku miejscowe klientki nie płacą za przesyłkę. Wszystkie przyzwoite sklepy tutejsze oferują też darmowe zwroty, więc ryzyko, że coś nie będzie pasowało, jest żadne - mogę to odesłać za darmo, w tej samej paczce, używając gotowej naklejki z adresem do zwrotów - zero kłopotu. Są też specjalne kluby zakupowe, jak Achica, które organizują tzw flash sales - jednodniowe lub nawet kilkugodzinne wyprzedaże ciuchów i dodatków znanych marek. Dlatego 80% moich zakupów robię online.
Co mi się też nie podobało: mała ilość kafejek i knajpek. W Starbucks byl remont, co zredukowało ilość coffee shops do jednego, i były też dwie restauracje - za mało jak na taką ilość butików i ludzi. Przed jedynym stoiskiem z lodami była gigantyczna kolejka (było gorąco). W "zwykłym" (nie-dizajnerskim) outlecie Gun Wharf (popularnym wśród Polaków, zawsze słyszę polski) w Portsmouth jest znacznie więcej takich miejsc.
Pojechaliśmy z misją znalezienia kurtki skórzanej dla mnie - miał to być prezent urodzinowy. Niestety nie znaleźliśmy nic, co by mi odpowiadało. Wyjechałam więc tylko z dwoma trofeami - T-shirtem Theory i... książką kucharską rozmiarów cegły pt. I know how to cook, kupioną w malutkim outlecie wydawnictwa Phaidon (jedyny sklep z książkami w Bicester) która jest absolutną klasyką we Francji, i którą ponoć matki dają tam córkom, gdy te wyprowadzają się na swoje.
Bardzo chciałam obejrzeć torebki Theory (to marka specjalizująca się w wearable, utilitarian chic - czyli elegancko, ale praktycznie) - ale w ich butiku były tylko ubrania, buty i paski. Wyszłam więc z T-shirtem za 35 funtów - drogim, ale bardzo dobrej jakości.
A kurtkę skórzaną na prezent dostałam ze zwykłego sklepu w zwykłym centrum handlowym...


* Pushing daisies - jeden z mnogości idiomów odnoszących się do śmierci. To bogactwo ( jeden z wielu, wielu powodów, dla których kocham angielski) genialnie wykorzystali Pythonowie w nieśmiertelnym skeczu z papugą. Stąd też tytuł amerykańskiego serialu.

20/12/2009

I po urodzinach

Ostatnie dni upływają pod znakiem różnych przyjemności. W piątek, dzięki uprzejmości naszych wspaniałych sąsiadów (dobry sąsiad to prawdziwy skarb), którzy pełnili obowiązki babysitter, mogliśmy wybrać się wspólnie do kina - rzadka gratka. Obejrzeliśmy, oczywista, Avatar - piszę oczywista, bo to największy obecnie blockbuster. Film obejrzeliśmy w 3D, choć w tym samym kinie można go też było obejrzeć w 2D - polecam jednak trójwymiarową wersję.


Film jest fe-no-me-nalny. Owszem, sama historia, jak we wszystkich filmach Camerona, jest na poziomie przeciętnym, ale chyba nikt nie oczekiwał fabuły na miarę Obywatela Kane czy Ojca Chrzestnego? Kto widział Terminatora czy Titanica, ten wie, że Cameron wydeptuje nowe ścieżki, jeśli chodzi o efekty i stronę techniczną kina, za to jego scenariusze sięgają do motywów znanych i sprawdzonych (no zresztą słynna teoria głosi, że tak jak w literaturze, w kinie jest tylko 7 main (or basic) plots  czyli 7 podstawowych historii, cała literatura piękna i scenariusze to wariacje na tych 7 tematów)*. Mamy zatem historię zderzenia chciwości i drapieżności naszego gatunku ze stylem życia innej rasy, który opiera się na harmonii z przyrodą. Mogę się założyć, że Avatar więcej zdziała dla podniesienia świadomości ekologicznej u setek milionów ludzi, niż wszystkie doniesienia medialne ze szczytu w Kopenhadze razem wzięte. Są też w filmie wcale niezaowalowane odniesienia do Bushowej wojny z terrorem (war on terror). Ale to ekologiczne przesłanie jest największym osiągnieciem tego filmu.
Efekty są istotnie spektakularne, a 3D sprawiało, że oboje odczuliśmy nieraz lęk wysokości. Mimika i ruchy Na'vi, czyli mieszkańców planety Pandora, są niezwykle sugestywne i nietrudno uwierzyć w ich alternatywny świat. Polecam.
Wczoraj obchodziliśmy 40tkę męża. Obudziłam się rano i stwierdziłam, że koło mnie pochrapuje jakiś stary facet! Sernik okazał się wyśmienity i wart swojej ceny. Wieczorem poszliśmy na wspólne urodzinowe drinki do pubu - tak się składa, że dwie osoby z naszego kręgu znajomych także miały 40. urodziny, 18 i 20 grudnia, więc postanowiliśmy celebrować wspólnie. Było jak zawsze, wesoło, mam szczęście, że wraz z mężem zyskałam cały gotowy zestaw przyjaciół - w zeszłym tygodniu byłam na przykład na dorocznym babskim Christmas party - żony i narzeczone z naszej paczki co jakiś czas spotykają się tylko w damskim gronie i jestem na te sabaty zapraszana - często wtedy, gdy mężowie i narzeczeni robią coś wspólnie.

* Tym którzy chcą się dowiedzieć, jakie to tematy, polecam książkę Christophera Bookera pt. The 7 Basic Plots: Why we tell stories. Informacje na ten temat można też znaleźć w necie.

18/12/2009

Urodzinowo

W nocy napadało tyle śniegu, że gdy Nicholas obudził się, podekscytowany podbiegł do okna, by popatrzeć na biały krajobraz. Poprószyło też przed chwilą, być może więc śnieg utrzyma się do jutrzejszych okrągłych urodzin małżonka.
Zamówiłam z tej okazji sernik z opisywanej zawsze w samych superlatywach firmy English Cheesecake Company. Chciałam, żeby "tort" był niespodzianką, a nie byłby, gdybym sama go upiekła. Serniki nie są tanie, ale z recenzji wynika, że warte każdego pensa. Dam znać, jak smakowało. Na zdjęciu czekoladowy sernik, ja zamówiłam Chocolate Cookie Mudslide, z kawałkami ciastek czekoladowych na wierzchu.


18/06/2009

Urodziny

19 czerwca Nicholas skończył 4 lata. Dostał z tej okazji masę różnych samochodów (jego fascynacja wszelkimi pojazdami znana jest rodzinie i przyjaciołom), Buzz'a Lightyear z Toy Story oraz kilka książek i DVD. Dziś urządziliśmy mu w ogrodzie przyjęcie, było kilkoro zaprzyjaźnionych dzieci, tak się składa, że sami chłopcy, którzy szaleli na zjeżdżalni, w nadmuchiwanym basenie i na rowerkach. Początkowo siąpił deszczyk, potem na szczęście wyjrzało słońce. Solenizant był szczęśliwy i podekscytowany, choć nie całkiem zrozumiał jeszcze koncept urodzin.
Przy okazji po raz kolejny zachwycił mnie wybór znakomitej literatury dla dzieci, jaką oferuje dzieciom ten kraj. Najlepsi dziecięcy autorzy (a także, nie zapominajmy, ilustratorzy) pochodzili właśnie z Wysp Brytyjskich: A. A. Milne, Kenneth Grahame, J. M. Barrie, C. S. Lewis, Roald Dahl, Beatrix Potter, Lewis Carroll, J. K. Rowling, E. H. Shepard, Quentin Blake... długo by wymieniać. Oczywiście nie zapominam o Hansie Christianie Andersenie ani braciach Grimm, czy Sempe i Goscinnym, ale jednak ośmielę się postawić tezę, że to właśnie Brytyjczycy stworzyli, i nadal tworzą, najpiękniejsze, najbardziej magiczne, historie d
la dzieci.
Część tego bogactwa jest mało znana, albo w ogóle nieznana, w Polsce. Dopiero niedawno opowieści i słynne ilustracje Beatrix Potter przybliżyła polskim dzieciom Małgorzata Musierowicz, niemal sto lat po tym, gdy pierwsza książka o Króliku Piotrusiu ukazała się w Anglii. Nie wiem, być może były wcześniejsze wydania, w każdym razie ja o Beatrix Potter nigdy przed tłumaczeniem Musierowicz nie słyszałam, a w UK zna ją każde dziecko. Jako dziewczynka nie zetknęłam się też nigdy z opowieściami o Narnii czy książkami Roalda Dahla - a byłam (i jestem) prawdziwym molem książkowym - choć są obecnie dostępne po polsku, za czasów mojego dzieciństwa nie było ich ani w księgarniach w moim mieście, ani w miejscowej bibliotece. Nie ma wciąż polskiego wydania klasycznej książki Maurice'a Sendaka (Amerykanina, nie Anglika) pt. Where the Wild Things Are (Gdzie mieszkają dzikie stwory), jednej z najbardziej znanych książek obrazkowych na świecie. Niedługo wejdzie na ekrany film na jej podstawie, który wreszcie przybliży tę uniwersalną historię polskim dzieciom.
Zresztą i w dziedzinie programów dla dzieci Brytyjczycy także wiodą prym: miliony dzieci na świecie znają Listonosza Pata czy Tomka-Lokomotywę (Thomas The Tank Engine).

03/05/2009

Time and Tide wait for no man...

...but time always stands still for a woman of thirty. Te słowa jednego z moich ulubionych poetów, Roberta Frosta, przypomniałam sobie wczoraj. Miałam bowiem urodziny, nie okrągłe, ale wg marketingowców wystarczająco zaawansowane, by zaliczyć mnie już do 'wczesnego wieku średniego'. Pocieszałam się zatem sentencją niezrównanego mistrza Oscara Wilde'a, który napisał, że 'trzydzieści pięć to bardzo atrakcyjny wiek. Londyn pełen jest kobiet, które z wyboru już od lat mają trzydzieści pięć lat '. Podobno wyglądam młodziej, niż na to wskazuje metryka, zatem przez kilka następnych lat również zamierzam mieć trzydzieści pięć, a w te dni, gdy jestem wyspana i starczyło czasu na dokładny makijaż, może nawet trzydzieści dwa.
Starzenie się to jak wciąż zaostrzająca się kara za przestępstwo, którego się nie popełniło (nie ja to wymyśliłam, lecz Anthony Powell). Mówiąc po prostu, starzenie się jest do d... Nie ma nic przyjemnego w wolniejszym trawieniu czy pogarszającym się wzroku (ale już gorszy słuch się przydaje, bo wygodnie czasem udać, że się czegoś nie dosłyszało). Z drugiej strony, wiek niewiele ma wspólnego z biologią, za to mnóstwo wspólnego z tym, jak młodo lub staro się czujemy w środku - Age is a state of mind. Poza tym, są niewątpliwe zalety starzenia się. Przede wszystkim, z wiekiem przychodzi świadomość, że nie trzeba na wszystko zawsze się zgadzać i że jeszcze się taki nie urodził, co by każdemu dogodził. Można powiedzieć 'nie' i świat się nie zawali, nikt nie umrze, a ludzie nie przestaną cię lubić; może nawet zaczną cię bardziej szanować. Z wiekiem przychodzi świadomość, że dłuższe nogi czy mniejszy nos nie mają nic wspólnego ze szczęśliwym życiem czy udanym związkiem i że życie jest za krótkie, by zamartwiać się pierdołami.
To uwolnienie od młodzieńczych rozterek, braku wiary w siebie, niskiego poczucia własnej wartości zaiste warte jest kilku zmarszczek i dodatkowych kilogramów.
Walka ze starzeniem się to najbardziej bezproduktywne i bezsensowne zajęcie. Rodzisz się, starzejesz się, a potem umierasz. I kropka. Get used to it. I nieważne, czy jesteś biedny czy bogaty, nieważne, czy jesz tylko kiełki i pijesz tylko mineralną, czy masz pieniądze na lifting, czy ćwiczysz 3 godziny dziennie, i tak wszystkich nas spotka to samo. Najmądrzejsi ludzie to ci, którzy potrafią się z tym pogodzić i pożytkują energię na to, by żyć jak najlepiej i pomaganie innym, a nie na skazaną z góry na przegraną walkę o nieśmiertelność i wieczną młodość.
Zresztą, młodość trwa teraz znacznie dłużej. Jeszcze 20 lat temu kobieta w wieku 'balzakowskim' była stateczną matroną, oczekującą już tylko na wnuki. Dziś trzydziestolatki często wyglądają lepiej niż niektóre dwudziestki i dopiero planują 'ustatkować się'. Podobno już urodziły się pierwsze dzieci, które dożyją 150 urodzin. Age is only a number.

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails