By osłodzić mi nieco nadejście kolejnych urodzin, oznaczających, że został mi rok mniej do chwili, gdy przyjdzie mi wypychać stokrotki od spodu*, małżonek zabrał mnie heroicznie do przybytku konsumpcji -
Bicester Village. Nie jest to wioska, lecz centrum handlowe niedaleko Oksfordu. Znajdują się tu wyłącznie outlety marek dizajnerskich, lub masowych, ale z górnej półki. Już na miejscu okazało się, że "outlet" nie jest synonimem słowa "tanio". Zresztą "tani" czy "drogi" to najbardziej chyba relatywne słowa w słowniku - o ile nie można być "odrobinę w ciąży", to rzecz może być jednocześnie i tania, i droga - zależy od klienta i grubości jego portfela. Zatem jeśli dla kogoś szpilki Jimmy Choo za niemal 500 funtów to okazja, bo pierwotnie kosztowały 700, i zaoszczędzi 200 funtów - to Bicester jest mekką "tanich" zakupów.
Skórzany płaszcz Armani za 900 funtów, torebka Mulberry, model Roxanne (a więc obecnie znacznie już przyćmiony przez takie modele - gwiazdy tej marki jak Bayswater czy Alexa) - 400 funtów, torebka Fendi za 500, kostium Theory za 350... itd. itp. Jest to zatem miejsce, gdzie warto się wybrać, jeśli a) uciułaliśmy kilkaset funtów na jedną torebkę/szpilki marzeń, albo np. chcemy zaszaleć i na swój ślub założyć buty dizajnerskie, b) mamy tyle gotówki, że powoli wypala nam ona dziurę w kieszeni i musimy się jej pozbyć w przyjemny sposób, ale jednocześnie nie mamy jej tyle, by zrobić rundkę zakupową po Bond Street, Sloane Street czy w Selfridges i nie patrzeć na metki c) cierpimy na patologiczną niechęć do płacenia pełnej ceny i nie możemy kupić niczego, co nie jest obniżone lub nie pochodzi z outletu d) jesteśmy Japończykami, Francuzami, Hiszpanami etc. i korzystamy z mocnego euro oraz uważamy outlety za atrakcje turystyczne (wśród tłumu kupujących bardzo rzadko słychać było angielski - na oko ok. 80% kupujących to cudzoziemcy, pewnie w powszedni dzień jest ich trochę mniej).
Bardzo niewielki procent, który nie zalicza się do jednej z ww. kategorii może tu przyjechać po rzeczy, które niewiele się zmieniają wraz z modami sezonowymi, a które tu można dostać dobrej jakości: bieliznę i rajstopy Wolford, nieco tańsze, niż w sklepach, lub koszule męskie "do pracy" renomowanych marek - również taniej niż w sklepach, lub kosmetyki pielęgnacyjne Clinique czy Estee Lauder (ceny podobne do tych duty-free, czyli lotniskowych). Nie nastawiajmy się jednak na zniżki rzędu 80% - bliżej 30%, co, jeśli doliczymy dojazd, nie jest tak nęcące.
Tu te szpilki, na stopach adorowanej przez publikę brytyjską Cheryl Cole:
Od dawna hołduję zasadzie:
you get what you pay for (dostajesz to, za co płacisz) - istnieje bowiem bezpośrednia zależność między ceną a jakością, i to nie tylko w modzie, wbrew temu, co niektórzy pogardliwie mówią o płaceniu tylko za markę (te same osoby najczęściej rzeczy dizajnerskie widziały wyłącznie na zdjęciach). Wyprawa do Bicester jest zatem pouczająca także pod tym kątem, pozwala bowiem na wmieszanie się w tłum i macanie ubrań i dodatków Diora, Diane von Furstenberg, Vivienne Westwood, Gucci, Smythson etc., bez ryzyka, na jakie jest się narażonym w "normalnym" butiku takiej marki - że będzie się jedyną osobą, osaczoną zewsząd przez ekspedientki/ów, którzy są
on commission (czyli im więcej sprzedają, tym lepiej zarabiają). Z drugiej strony, to zakupy w znacznie mniejszym komforcie, a wybór jest znacznie mniejszy (także jeśli chodzi o rozmiary) - i dlatego ludzie, których na to stać, wbrew mitom o bogaczach-dusigroszach, wolą płacić pełną cenę -
again, you get what you pay for.
Warto było pojechać i zbadać samej, także dlatego, że utwierdziłam się w przekonaniu, że dla osób mieszkających tutaj i tak największe okazje są w sieci. Bardzo podobny asortyment, a czasem nawet ciekawsze kąski, oferuje np. internetowy outlet znanego wszystkim faszonistkom Net-a- Porter -
theOutnet. Ulubiony Asos ma coraz większą ofertę marek dizajnerskich, zdarzają się duże zniżki, w dodatku miejscowe klientki nie płacą za przesyłkę. Wszystkie przyzwoite sklepy tutejsze oferują też darmowe zwroty, więc ryzyko, że coś nie będzie pasowało, jest żadne - mogę to odesłać za darmo, w tej samej paczce, używając gotowej naklejki z adresem do zwrotów - zero kłopotu. Są też specjalne kluby zakupowe, jak
Achica, które organizują tzw
flash sales - jednodniowe lub nawet kilkugodzinne wyprzedaże ciuchów i dodatków znanych marek. Dlatego 80% moich zakupów robię online.
Co mi się też nie podobało: mała ilość kafejek i knajpek. W Starbucks byl remont, co zredukowało ilość coffee shops do jednego, i były też dwie restauracje - za mało jak na taką ilość butików i ludzi. Przed jedynym stoiskiem z lodami była gigantyczna kolejka (było gorąco). W "zwykłym" (nie-dizajnerskim) outlecie Gun Wharf (popularnym wśród Polaków, zawsze słyszę polski) w Portsmouth jest znacznie więcej takich miejsc.
Pojechaliśmy z misją znalezienia kurtki skórzanej dla mnie - miał to być prezent urodzinowy. Niestety nie znaleźliśmy nic, co by mi odpowiadało. Wyjechałam więc tylko z dwoma trofeami - T-shirtem Theory i... książką kucharską rozmiarów cegły pt.
I know how to cook, kupioną w malutkim outlecie wydawnictwa Phaidon (jedyny sklep z książkami w Bicester) która jest absolutną klasyką we Francji, i którą ponoć matki dają tam córkom, gdy te wyprowadzają się na swoje.
Bardzo chciałam obejrzeć torebki Theory (to marka specjalizująca się w
wearable, utilitarian chic - czyli elegancko, ale praktycznie) - ale w ich butiku były tylko ubrania, buty i paski. Wyszłam więc z T-shirtem za 35 funtów - drogim, ale bardzo dobrej jakości.
A kurtkę skórzaną na prezent dostałam ze zwykłego sklepu w zwykłym centrum handlowym...
*
Pushing daisies - jeden z mnogości idiomów odnoszących się do śmierci. To bogactwo ( jeden z wielu, wielu powodów, dla których kocham angielski) genialnie wykorzystali Pythonowie w nieśmiertelnym skeczu z papugą. Stąd też tytuł amerykańskiego serialu.