Panująca obecnie moda na burleskę sięga 1995 roku, kiedy to w jednym z teatrów Los Angeles zaczęto urządzać comiesięczny wieczór burleski. Sięgając do przeszłości, zastanawia, że ta forma rozrywki rozkwitała w czasach obyczajowej opresji: w wiktoriańskim Londynie, a potem w USA w latach 50. Dziś, gdy jesteśmy znacznie bardziej liberalni (przynajmniej w krajach Zachodu, i dzięki za to niebiosom i demokracji), burleska znowu powróciła, właśnie dlatego, że w czasach rozluźnienia obyczajów i (nadmiernej) dostępności pornografii zatęskniliśmy za tym, co oferują najlepsze tancerki: za tajemniczością i subtelnym, wyrafinowanym erotyzmem. Dita von Teese była pierwszą, która poczuła ten zeitgeist. Zrozumiała ona podstawową różnicę między burleską a striptizem czy tańcem "na rurze": w tej pierwszej chodzi przede wszystkim o
glamour i o cały sztafaż z tym związany: piękna bielizna
, akcesoria takie jak wachlarze, i klasyczne szpilki,
a nie seks - wśród fanów Dity i innych tancerek więcej jest kobiet (i gejów), niż mężczyzn hetero. Ani ona, ani inne tancerki nie są chude, a ich stroje sceniczne kreują figurę klepsydry, wiele jest po 30. - dla większości kobiet bardziej realistyczny i łatwiejszy do naśladowania ideał, niż ten z wybiegów, na których wciąż dominują bardzo młode, chude i wysokie "wieszaki' w typie Anji Rubik.*
Wybierając się na burleskę w Nowym Jorku czy Londynie, nie musisz się obawiać grup podpitych mężczyzn na wieczorze kawalerskim, z "lepkimi" rękoma i obleśnym uśmieszkiem, jak w tych smutnych przybytkach z
lapdancing - publiczność stanowią w większości grupki przyjaciółek, często wystylizowane w każdym calu na lata 40. czy 50. - to dla wielbicielek vintage jedna z najlepszych okazji, by pójść na całość. Brytyjska burleska (to tu ta forma rozrywki jest najpopularniejsza) w dużo większym stopniu niż amerykańska ociera się też o satyrę - tancerki często łączą taniec z deklamacją dowcipnych kupletów czy śpiewaniem sugestywnych piosenek. Dla wielu burleska w takiej formie, w jakiej pokazano ją w filmie Burlesque (z Cher i Christiną Aquilerą - unawany za jeden z najgorszych filmów wszechczasów) niewiele ma wspólnego z realiami tej sztuki, a francuski obraz
Tournee również ucierpiał z powodu słabego scenariusza.
Dita była na tyle bystra, że w czasach, gdy przemysł rozrywkowy wypuszczał wciąż nowe klony Pameli Anderson: opalone, wysportowane blondynki, ona postawiła na, uważany wtedy za staroświecki, typ urody: alabastrową cerę (nigdy się nie opala), czarne włosy, i makijaż pin - up girl: czerwone usta w połączeniu z czarnym eyelinerem, sztuczne rzęsy i perfekcyjnie wyregulowane brwi. Symbolicznie zdetronizowała Pamelę i jej gatunek, gdy w 2002 roku pojawiła się na okładce Playboya blada i w ciasno zasznurowanym gorsecie.
 |
| Książka Dity - na poły autobiografia, na poły poradnik nt. stylu i urody |
Dita przyznaje, że makijaż, bielizna i ubrania pozwoliły jej stworzyć kogoś, kim nie była:
I like the idea of artificial beauty (podoba mi się idea sztucznie wykreowanej urody). Jej perfekcyjnie dopracowany wizerunek jest przeciwieństwem "naturalnej piękności": nieumalowanej, płowowłosej "dziewczyny z sąsiedztwa". Dita, gdy jeszcze była Heather Sweet, mysią blondynką z Michigan, zakochała się w bieliźnie vintage, i w stylu ikon ekranu z czasów Złotej Ery Hollywood, i postanowiła wykreować alter ego, które będzie tak
glamourous, jak to tylko możliwe. Wymaga to dużej dyscypliny i Dita przyznaje, że bez jej kosmetycznego arsenału staje się "niewidzialna" (nikt jej nie rozpoznaje) - to, jak wygląda, stanowi dużą część jej
performance.
Niewysoka, prawie 40-letnia Dita, która zbiła fortunę na swoim wyglądzie i stylu, to najlepszy przykład na to, jak wiele można zmienić/poprawić w swoim wyglądzie nie uciekając się do operacji plastycznych - a przy tym to zmiany odwracalne.
*To się zaczyna zmieniać, o czym więcej w obiecanym poście o stylu Mad Men.