Wykorzystuję więc każdą okazję, a jest ich szczęśliwie wiele, by poznać rodziców. Spotkania przy kawie, kiermasze, festyny, z których fundusze zasilają szkołę - w to wszystko jestem zaangażowana (i jak zwykle podziwiam i polecam uwadze komitetom rodzicielskim w Pl, które, kiedy ja chodziłam do szkoły, nie robiły zupełnie nic, tak chyba było wszędzie, choć moja podstawówka była wyjątkowo beznadziejna).
![]() |
| Pomagam sprzedawać podarowane przez rodziców i personel książki dziecięce w czasie kiermaszu (Summer Fete) |
Wracając jednak do szkoły: jesteśmy na 100% pewni, że podjęliśmy właściwą decyzję. Nicholas jest w grupie Maskonurów - w szkole nie ma klas, lecz grupy, liczące maksimum 10 dzieci, które mają ptasie nazwy. W każdej takiej grupie jest pedagog i trzy osoby pomagające (Learning Support Assistants): na 115 dzieci jest 85 osób personelu. Zmiana z klasy liczącej 32 uczniów, gdzie była jedna nauczycielka i jedna LSA, to ogromna poprawa. Mimo, że Nicholas miał swoją opiekunkę 25 godzin tygodniowo, i była to wspaniała osoba, nieustanne przybywanie one to one z dorosłym okazało się fiaskiem. Po naszych doświadczeniach ze szkołą "normalną" radzę wszystkim rodzicom dzieci specjalnej troski, szczególnie autystycznych: nie wysyłaj dziecka na siłę do "zwykłej" szkoły. No chyba, że mieszkasz w Finlandii, gdzie nie ma szkół specjalnych (ani prywatnych), bo szkolnictwo jest bardzo elastyczne, egalitarne i na wyższym poziomie od tutejszego (i polskiego). Zmieniłam zdanie na temat integracji, i zarówno lektury jak i rozmowy z wieloma rodzicami potwierdzają mój sceptycyzm: dla wielu, jeśli nie dla większości dzieci niepełnosprawnych, szkoła specjalna jest o wiele lepszym wyjściem. W UK dziecko z SEN (Statement of Special Educational Needs) jest 9 razy częściej zawieszane lub całkowicie wyrzucane ze szkoły zwykłej (mainstream), niż dziecko bez SEN. Integracja i motywowanie dzieci neuronietypowych przez neurotypowe to fikcja - kończy się na tym, że dziecko autystyczne spędza czas z dorosłą opiekunką, nauczyciel/ka nie mają bowiem czasu w ogóle, mając 30 neurotypowych dzieci do uczenia, na pracę ze "specjalnym", a neurotypowe dzieci bawią się między sobą, a nie z tym, który jest "inny". Jaki zatem pożytek z bycia w "normalnej" szkole? Taki, że w raporcie, w którym dziecko, którego mózg funkcjonuje inaczej, jest mierzone wg kryteriów stawianych dzieciom z mózgami typowo pracującymi, i potem miażdząco oceniane jako "poniżej oczekiwań"? Jakby powiedział ten wielki mędrzec, Homer Simpson: Doh! Apples and oranges - nie porównuj jabłek z pomarańczami. Żaden pożytek. W szkole zwykłej każda klasa ma narzucony taki sam program, dla wszystkich uczniów, a indywidualizacja dla dziecka specjalnej troski jest kolejną fikcją - i tak jest zawsze mierzone wg programu głównego, bo cały system to wielka machina, która jest mało elastyczna. Dla kontrastu, w bardzo elastycznej szkole specjalnej każde dziecko ma prawdziwie indywidualny, dostosowany nie do wieku, lecz do możliwości, program, nie ma zadań domowych, nie ma idiotycznych raportów o byciu na poziomie rozwoju"poniżej oczekiwań" (below national expectations).
Podsumowując: silenie się na integrację i walka o utrzymanie dziecka w zwykłej szkole za wszelką cenę - wg mnie nie są tego warte. Szkoła specjalna to nie wyrok i poddanie się - to często ogromna poprawa i zmiana na lepsze, szansa na to, że w przyszłości dziecko będzie bardziej pewne siebie, pełne wiary w swoje możliwości, szczęśliwsze, uniknie prześladowań i będzie bardziej niezależne.




































