Showing posts with label ASD. Show all posts
Showing posts with label ASD. Show all posts

15/10/2013

O szkole specjalnej

Update szkolny: Nicholas zaczął czwartą już klasę (choć ma dopiero 8 lat, taki tu przeklęty system  - na szczęście coraz więcej tubylców narzeka, ja już przestałam strzępić język), ale w nowej szkole. Jest to szkoła specjalna, jedyna taka w promieniu 50 mil - a my, zupełnie przypadkowo, mieszkamy o rzut oszczepem, najbliżej zapewne w całej historii tej szkoły. Dojście zajmuje nam 7 minut (mierzyłam). Wystarczy jednak mieszkać dalej niż 5 mil, a automatycznie przysługuje transport - oczywiście przystosowany do potrzeb niepełnosprawnych, z personelem z CRB (Criminal Records Bureau  - w UK każdy, kto pracuje z dziećmi, jest sprawdzany na okoliczność wyroków, by wyeliminować pedofili, jeżdzących po pijanemu etc) - oprócz kierowcy, w busie czy taksówce musi też być tzw. escort, a więc opiekun/ka na czas przejazdu. Dla mnie niestety oznacza to, że nie mam szansy bliższego zapoznania się z rodzicami, bo około 90% dzieci jest dowożonych na koszt hrabstwa, i rodzice ani ich nie przywożą, ani odbierają.
Wykorzystuję więc każdą okazję, a jest ich szczęśliwie wiele, by poznać rodziców. Spotkania przy kawie, kiermasze, festyny, z których fundusze zasilają szkołę - w to wszystko jestem zaangażowana (i jak zwykle podziwiam i polecam uwadze komitetom rodzicielskim w Pl, które, kiedy ja chodziłam do szkoły, nie robiły zupełnie nic, tak chyba było wszędzie, choć moja podstawówka była wyjątkowo beznadziejna).
Pomagam sprzedawać podarowane przez rodziców i personel książki dziecięce w czasie kiermaszu (Summer Fete)

Wracając jednak do szkoły: jesteśmy na 100% pewni, że podjęliśmy właściwą decyzję. Nicholas jest w grupie Maskonurów - w szkole nie ma klas, lecz grupy, liczące maksimum 10 dzieci, które mają ptasie nazwy. W każdej takiej grupie jest pedagog i trzy osoby pomagające (Learning Support Assistants): na 115 dzieci jest 85 osób personelu. Zmiana z klasy liczącej 32 uczniów, gdzie była jedna nauczycielka i jedna LSA, to ogromna poprawa. Mimo, że Nicholas miał swoją opiekunkę 25 godzin tygodniowo, i była to wspaniała osoba, nieustanne przybywanie one to one z dorosłym okazało się fiaskiem. Po naszych doświadczeniach ze szkołą "normalną" radzę wszystkim rodzicom dzieci specjalnej troski, szczególnie autystycznych: nie wysyłaj dziecka na siłę do "zwykłej" szkoły. No chyba, że mieszkasz w Finlandii, gdzie nie ma szkół specjalnych (ani prywatnych), bo szkolnictwo jest bardzo elastyczne, egalitarne i na wyższym poziomie od tutejszego (i polskiego). Zmieniłam zdanie na temat integracji, i zarówno lektury jak i rozmowy z wieloma rodzicami potwierdzają mój sceptycyzm: dla wielu, jeśli nie dla większości dzieci niepełnosprawnych, szkoła specjalna jest o wiele lepszym wyjściem. W UK dziecko z SEN (Statement of Special Educational Needs) jest 9 razy częściej zawieszane lub całkowicie wyrzucane ze szkoły zwykłej (mainstream), niż dziecko bez SEN. Integracja i motywowanie dzieci neuronietypowych przez neurotypowe to fikcja - kończy się na tym, że dziecko autystyczne spędza czas z dorosłą opiekunką, nauczyciel/ka nie mają bowiem czasu w ogóle, mając 30 neurotypowych dzieci do uczenia, na pracę ze "specjalnym", a neurotypowe dzieci bawią się między sobą, a nie z tym, który jest "inny". Jaki zatem pożytek z bycia w "normalnej" szkole? Taki, że w raporcie, w którym dziecko, którego mózg funkcjonuje inaczej, jest mierzone wg kryteriów stawianych dzieciom z mózgami typowo pracującymi, i potem miażdząco oceniane jako "poniżej oczekiwań"? Jakby powiedział ten wielki mędrzec, Homer Simpson: Doh! Apples and oranges - nie porównuj jabłek z pomarańczami. Żaden  pożytek. W szkole zwykłej każda klasa ma narzucony taki sam program, dla wszystkich uczniów, a indywidualizacja dla dziecka specjalnej troski jest kolejną fikcją - i tak jest zawsze mierzone wg programu głównego, bo cały system to wielka machina, która jest mało elastyczna. Dla kontrastu, w bardzo elastycznej szkole specjalnej każde dziecko ma prawdziwie indywidualny, dostosowany nie do wieku, lecz do możliwości, program, nie ma zadań domowych, nie ma idiotycznych raportów o byciu na poziomie rozwoju"poniżej oczekiwań" (below national expectations).
Podsumowując: silenie się na integrację i walka o utrzymanie dziecka w zwykłej szkole za wszelką cenę -  wg mnie nie są tego warte. Szkoła specjalna to nie wyrok i poddanie się - to często ogromna poprawa i zmiana na lepsze, szansa na to, że w przyszłości dziecko będzie bardziej pewne siebie, pełne wiary w swoje możliwości, szczęśliwsze, uniknie prześladowań i będzie bardziej niezależne.

25/05/2012

Dobry serial oglądam, część III

Niedawno w trzynastym już rocznym sprawozdaniu o macierzyństwie, międzynarodowa fundacja Save The Children opublikowała ranking 165 krajów. Krajem, gdzie matkom jest najlepiej (the best country in the world to be a mother), jest Norwegia. Nie będzie też chyba dla nikogo zaskoczeniem, że w pierwszej dziesiątce krajów najbardziej sprzyjających macierzyństwu znalazły się wszystkie kraje skandynawskie: Islandia to nr 2, nr 3 - Szwecja, nr 5 - Dania, nr 6 - Finlandia. Zaskoczyła mnie wysoka pozycja UK - na 10 miejscu, ex aequo z Holandią. Eksperci przygotowujący tę listę brali pod uwagę przede wszystkim to, jak wygląda opieka medyczna nad przyszłą i świeżo upieczoną matką, i tym samym raport dobitnie dowodzi, że brytyjska służba zdrowia, finansowana z podatków, a nie prywatnych ubezpieczeń, sprzyja bezpiecznej, zdrowej ciąży i porodowi -  Polska jest dopiero na 28 miejscu (także z powodu wiadomej, podyktowanej mizoginizmem, barbarzyńsko - średniowiecznej ustawy), i mam nadzieję, że da to do myślenia tym wszystkim moim rodaczkom, które psioczą na tutejszy system i wychwalają tanią (z perspektywy UK) prywatną służbę zdrowia w Pl - ale o tym kiedy indziej.
Wspominam o tym raporcie, bo częściowo wyjaśnia, dlaczego Skandynawki to obecnie idolki Brytyjek - jak napisała dziennikarka The Times, Janice Turner, w artykule poświęconym bohaterkom kultowych skandynawskich seriali kryminalnych i społecznych (Borgen): (...) they make every woman want to move to Scandinavia. W tych krajach  (oraz w Nowej Zelandii, nr 4 w raporcie), kobiety są najbliżej zdobycia świętego Graala feminizmu, a więc pełnego uprawnienia. Dzięki mądrej polityce państwa cieszą się one macierzyństwem (lub, z wyboru, nie cieszą - one, a nie państwo decydują, kiedy i czy chcą mieć dziecko), jednocześnie realizując się zawodowo. Zaznaczam, że nie mam wyidealizowanego obrazu Skandynawii - to nie są utopie, których beztroscy obywatele stąpają po płatkach róż przy dźwiękach harfy, wśród jednorożców i z permanentną tęczą na niebie - ale ostatnia fala kultowych seriali, wszystkie z silną, niezależną, mądrą kobietą w roli głównej, potwierdza, że w Skandynawii dobrze jest nie tylko matkom, ale wszystkim kobietom.
Dwie uwielbiane przez brytyjskich fanów i fanki duńskie aktorki: Sofie Gråbøl i Sidse Babett Knudsen
Najnowsza ulubienica brytyjskich widzów to tym razem Szwedka, która fizycznie ucieleśnia tak cenioną na świecie szwedzką urodę, jest bowiem niebieskooką blondynką -  Sofia Hellin. Obok Duńczyka Kima Bodnia, jest ona główną bohaterką szwedzko - duńskiej koprodukcji pt. Bron/Broen, po angielsku The Bridge, czyli Most.
Podobnie jednak jak Sarah Lund z Forbrydelsen, postać, którą gra Sofia, policjantka - detektyw Saga Noren, jest całkowicie skoncentrowana na swej pracy - wygląd jest dla niej sprawą tak dalece nieistotną, że zmienia koszulki w swoim biurze przy biurku, nie bacząc na kolegów. Nie maluje się, nie układa włosów, nosi cały czas te same skórzane spodnie (echa "mundurka" Sary Lund) i męski w kroju płaszcz. Duńskie i szwedzkie fora internetowe i towarzystwa skupiające Aspies, czyli osoby z Zespołem Aspergera, uznały Sagę Noren za "swoją" - twórcy serialu także twierdzą, że tworząc jej postać, korzystali z informacji o zachowaniu Aspies. Saga istotnie zdradza pewne cechy wspólne dla osób na spektrum autystycznym, oczywiście dla mnie to jedna z atrakcji serialu. Następuje tu też odwrócenie tradycyjnych ról płci: Saga to bezdzietna (z wyboru - dowiadujemy się, że nie czuje instynktu macierzyńskiego) singielka, całkowicie poświęcająca się karierze. Jej odpowiednik po drugiej stronie mostu, Martin Rohde, to trzykrotnie żonaty ojciec 5 dzieci, który kieruje się czasem nieracjonalnymi impulsami i nie zawsze zachowuje profesjonalny dystans.

Most to kolejna zagadka kryminalna, z umiejętnymi zwrotami akcji i fałszywymi tropami. Fabuła nieco przypomina klasyczny już film Finchera pt. Se7en. Dodatkowego, bardzo interesującego wymiaru dodaje serialowi fakt, że przestępca i zbrodnie łączą oba kraje: Danię i Szwecję, i że by złapać sprawcę/ów, policja kopenhaska i z Malmo muszą ze sobą współpracować. Jedną z pierwszych rzeczy, jakich się dowiadujesz, kiedy się przeprowadzasz do Danii, to to, jak bardzo te kraje, choć tak podobne, ze sobą rywalizują - Duńczycy patrzą na Szwedów z góry, przekonałam się też, że opinia iż szwedzcy sąsiedzi to "sztywniacy", którzy ślepo trzymają się zakazów i nakazów (w serialu to subtelnie pokazano) jest wśród Duńczyków powszechna, choć obie nacje są najbardziej praworządnymi i najmniej skorumpowanymi na świecie.
Myślę, że początkowa piosenka także się Wam spodoba:

29/12/2011

Podsumowania i polecanki - filmowo

W porównaniu z Chihiro (polecam jej Podsumowanie filmowe), jestem słabiutka niczym euro, jeśli chodzi o ilość obejrzanych w 2011 roku filmów, ale jednak odsianie dziesięciu ziaren od ok. setki plew nie było trudne. Nie wszystkie to nowości, włączyłam też kilka filmów zwanych familijnymi. Wielu najwyżej ocenianych tegorocznych premier jeszcze nie widziałam - z chwilą przybycia na świat potomstwa wyjście do kina staje się operacją skomplikowaną i kosztowną, nie uznaję też piractwa i korzystam wyłącznie z legalnej internetowej wypożyczalni, muszę zatem czekać, aż ukaże się DVD/Blu - Ray. Nie znajdziecie tu zatem Midnight in Paris, The Artist, Drive czy A Separation, filmów, na które czekam niecierpliwie, i które na 99% mi się spodobają. Przepraszam, ale nie zawsze podaję polskie tytuły.
1. Mary and Max - przyznam, że od czasów, kiedy mieszkałam w Londynie i stykałam z koczującymi tam Aussies b. często, miałam nienajlepszą opinię o wkładzie Australijczyków w kulturę. Sama Germaine Greer mówi o swej ojczyźnie, że jest "pustynią kulturalną", ale mieszkańcy kontynentu trzech B (beer, beach and barbecue) zrehabilitowali się w moich oczach tym jednym, animowanym, ale przeznaczonym dla dorosłych, wybitnym dziełem. To prawdziwy klejnot, przede wszystkim chyba najlepszy z filmów, w których główny bohater to postać z autystycznego spektrum (tu - Zespół Aspergera), poza tym wzruszający, ale nie ckliwy, mądry, smutny, ale i ze sporą dawką humoru. Bardzo polecam.
2. A skoro mowa o filmach pozbawionych sentymentalizmu, podobał mi się Winter's Bone. Jęczące, rozpieszczone i litujące się nad sobą małolaty powinny być zmuszane, pod groźbą odcięcia od Facebooka, do obejrzenia tego filmu i czerpania przykładu z bohaterki, doskonale zagranej przez Jennifer Lawrence. Poza tym zawsze cieszy mnie, gdy to kobieta reżyseruje dobry film - reżyseria to jeden z ostatnich bastionów męskiej dominacji, szczęśliwie coraz mocniej szturmowany...
3. ...bo np. w 2012 tutejszy parlament zmieni, mam nadzieję, prawo, i wreszcie podąży w ślady mądrzejszych (jak zawsze) Skandynawów, jeśli chodzi o dziedziczenie tronu, tak, by następcą zawsze było pierwsze dziecko, bez względu na płeć, a nie, jak do tej pory - potomek płci męskiej. 2011 był dobrym rokiem dla tutejszej monarchii, ze względu nie tylko na Ślub Stulecia, ale także wielki sukces filmu King's Speech, który musiał się, oczywista, znaleźć na mojej liście. Podzielę się przy okazji plotką, że Colin Firth kandyduje obecnie do kultowej roli Profesora Higgingsa w planowanym remake'u My Fair Lady (jego głównym rywalem jest Hugh Grant), zaś Elizę, którą wszyscy pamiętamy w kreacji Audrey Hepburn, ma zagrać znakomita (i odważna) Carey Mulligan.
4. Carey pojawiła się jako jedna z sióstr Bennett w udanej adaptacji Dumy i Uprzedzenia Joe Wright'a (obejrzałam dziś po raz nie wiem który), ale 2011 był rokiem sióstr  Brontë, a nie Jane Austen (2012 będzie zaś rokiem Dickensa) i nowa wersja Jane Eyre szczęśliwie nie zawiodła - więcej napisałam tu.
5. Niedługo po powrocie z wakacji w Walii wypożyczyłam film, którego akcja dzieje się w Walii - Submarine. Oparty na powieści Joe Dunthorne'a, którego miałam przyjemność poznać osobiście (tu opisuję, jak do tego doszło), jednego z najciekawszych brytyjskich pisarzy młodego pokolenia, to film bardzo kameralny, zabawny i doskonale zagrany (ciekawostka: w Submarine główną postać gra Craig Roberts, jego matkę zaś - Sally Hawkins. W Jane Eyre ci sami aktorzy znowu grają matkę i syna).
6. Innym filmem, którego główny bohater to nastolatek, jest Hugo w reżyserii Martina Scorsese - mnie jego wolne tempo się podobało, ale kilku znajomych narzekało, że akcja zbyt wolno się rozwija. Wielkim atutem są wspaniałe zdjęcia i w tym przypadku 3D się sprawdziło.
7. Hugo to hołd złożony kinu i jego pionierom, a stary (z 1945 roku), czarno - biały film, który jest absolutną klasyką brytyjskiego kina i do którego nieustannie znajduję odniesienia w tutejszej literaturze i prasie, to Brief Encounter - jeśli np. ktoś pisze o "wymowie w stylu Brief Encounter", wiadomo, że chodzi o dobrą dykcję i elokwencję ludzi wykształconych i zamożnych. To jeden z najpiękniejszych filmów o miłości - jeśli macie słabość do Casablanki czy Przeminęło z wiatrem, koniecznie obejrzyjcie BE.
8. 9. i 10. Wspomniałam, że uwzględnię filmy dziecięce/familijne: trzy, które mi się najbardziej podobały, to How to Train Your Dragon, Rango i Tangled (wszystkie to animacje). Przed świętami zaś zabrałam Nicholasa na również animowanego Arthur Christmas (polski tytuł to zdaje się Artur ratuje Gwiazdkę), który bardzo się nam podobał i który polecam obejrzeć w przyszłe święta całą rodziną. Film miał dla mnie kilka dodatkowych, osobistych smacznych kąsków - zaczyna się w mojej ukochanej Danii, potem akcja przenosi się do Niemiec (pada nazwa Flensburg, w którym to mieście byłam na ich pięknym Bożonarodzeniowym kiermaszu!), a następnie - do Polski.
A skoro mowa o animacjach, z niecierpliwością czekam na film pt. Brave - poniżej zajawka - posłuchajcie pięknych szkockich akcentów.

20/12/2011

Podsumowania i polecanki - kosmetycznie

Kilka trendów zdominowało przemysł kosmetyczny w mijającym roku - zarówno śmierć Amy Winehouse, sława Adele, jak i wciąż utrzymujący się silny wpływ estetyki rodem z Mad Men wpłynęły na popularność wyrazistego, kociego oka. Czarny eyeliner to jeden z tuzina kosmetyków kolorowych, bez których wiele kobiet nie może się obejść. Makijażowi specjaliści Diora dobrze o tym wiedzą, a że tego typu makijaż wymaga wprawnej ręki, na początku przyszłego roku będzie można kupić  kreski... naklejane. Jest to też związane z drugim trendem, na rozmaite nalepki, czy też zmywalne tatuaże.
Przyklejany eyeliner Dior Velvet Eyes

Urodowe ekstremistki i fanki Lady Gaga mogą natomiast sprawić sobie usta...w panterkę lub tęczę. Specjalizuje się w tym marka Violent Lips - niektóre tatuaże są też dostępne w Pl.

Inny trend, związany z Mad Men i filmem o Marylin Monroe, to czerwone usta.
January Jones, czyli Betty z Mad Men- krążą plotki, że ta aktorka wkrótce wcieli się w rolę Grace Kelly w filmie biograficznym
Ta czerwień może wpadać w róż, zatem przy okazji chciałam Wam polecić kolekcję Golden Hat marki Lancome, której twarzą jest Kate Winslet, a w której jedna z pomadek ma taki właśnie odcień. Golden Hat Foundation to fundacja charytatywna pomagająca osobom z ASD, i jedna z ulubionych organizacji dobroczynnych Kate. Nie muszę chyba mówić, że natychmiast kupiłam kosmetyki z tej kolekcji, wiedząc, że spory procent ze sprzedaży zasili tę właśnie fundację. A przy tym kolory są piękne, puder rozświetlający pasuje każdej kobiecie, zatem nawet jeśli żaden odcień szminki Wam się nie spodoba, możecie śmiało wybrać puder lub lakier do paznokci.
Winslet to mój ostatni girl crush, czy raczej woman crush - nie tylko jest doskonałą aktorką (niesamowita w Mildred Pierce - jej twarz pozostaje pełna ekspresji, i widać, że nie miała botoksu), ale także emanuje seksowną pewnością siebie, i wygląda świetnie, ale nie plastikowo. Ta sukienka Stelli McCartney zresztą magicznie ujmuje kilogramów, to genialny fason.
Czego za to możemy się spodziewać w 2012? Z jednej strony - landrynkowych pasteli, jak w wiosennej palecie Diora:


Z drugiej zaś: bardzo modne pozostają jaskrawe, neonowe kolory i tych także nie zabraknie w makijażu: kolekcja Candy Face YSL:

Oraz wiosenne kolory Nars (nieustająco polecam kosmetyki tej marki):
Wracając jeszcze do tegorocznych odkryć - najbardziej ze wszystkich kosmetyków, jakie wypróbowałam w tym roku zachwyciły mnie pojedyncze cienie Chanel - Illusion D'Ombre. To cienie bardzo trwałe: mają niesamowitą konsystencję, ni to żelu, ni kremu, a kolory są po prostu piękne. Nie ja jedna jestem ich fanką, bo najpopularniejsze odcienie są nieustannie wyprzedane i trzeba na nie polować.

01/04/2011

Autyzm jest trendy II - Światowy Dzień Autyzmu

Temple Grandin, jedna z najsławniejszych osób z autyzmem na świecie, a przy tym autorytet w dziedzinie zoologii i projektantka najbardziej humanitarnych rzeźni, twierdzi, że gdyby nie osoby neuro - nietypowe, ludzkość być może nadal byłaby na etapie epoki kamienia łupanego. Pisałam o telewizyjnym filmie biograficznym, w którym w postać Temple wcieliła się Claire Danes (wspomniałam też wtedy o innym filmie, w którym osobę z Zespołem Aspergera zagrał jej mąż, Hugh Dancy. Danes w niedawnym wywiadzie w Sunday Times powiedziała, że był to szczęśliwy zbieg okoliczności, oboje bowiem mogli korzystać z tych samych książek w trakcie przygotowań do swoich ról). Danes zbiera teraz nagrody za tę rolę na prawo i lewo a film zawitał już do Europy, w UK pokazany zostanie 3 kwietnia, z okazji jutrzejszego Światowego Dnia Świadomości Autyzmu (International Autism Awareness Day), mam zatem nadzieję, że i któraś z polskich stacji go zakupi. Książki Temple są klasyką, jeśli chodzi o literaturę o autyzmie, w dodatku napisane przez osobę z ASD, co jest wyjątkowe.  Niektóre z nich są także klasyką z dziedziny zoologii.
Słynna książka Thinking in Pictures, która w fascynujący sposób opisuje sposób myślenia osoby neuro-nietypowej
Tu z kolei klasyka z dziedziny psychologii zwierząt
Wracając do tezy Temple: potwierdza ją udany serial komediowy, The Big Bang Theory, którego bohater, Sheldon, zdradza klasyczne objawy Zespołu Aspergera. Wśród geniuszy nauk ścisłych mniejsza lub większa neuro - nietypowość jest...typowa - a bez nich nadal spędzalibyśmy dni na dłubaniu w ziemi w poszukiwaniu jadalnych korzonków. Gdzieś na spektrum autystycznym, na końcu bliskim neurotypowości, znajduje się być może również Mark Zuckerberg, założyciel Facebooka (jeszcze raz polecam The Social Network), o to samo podejrzewany jest Bill Gates, a także jeden z kilku zaledwie ludzi, którzy fortuną dorównali, a nawet prześcignęli Gates'a, czyli Warren Buffett - gdy czytałam w jego znakomitej biografii, The Snowball: Warren Buffett and the Business of Life o np. obsesji na punkcie kolejki (b. typowa dla chłopców z autyzmem obsesja), brzmiało mi to dziwnie znajomo.
Telewizja i literatura mają od kilku już lat obsesję na punkcie ludzi, którzy są wybitnie inteligentni i/lub utalentowani, ale społecznie nieprzystosowani. Niekoniecznie są to osoby z autyzmem - Dexter Morgan z serialu Dexter nie jest autystyczny, ale neuro - typowy na pewno nie jest. Dr Gregory House z serialu House ociera się o autyzm - zresztą w jednym odcinku Dr Wilson diagnozuje u niego Aspergera. Bohaterka genialnego duńskiego serialu Forbrydelsen, detektyw Sarah Lund, również ma niemal autystyczną osobowość - obsesyjność połączona z emocjonalnym zahamowaniem czyni z niej świetnego detektywa, ale psuje jej relacje z rodziną i w pracy.
Prawdziwi idole, tacy jak Jamie Oliver oraz Heston Blumenthal, to także obsesjonaci, którzy otwarcie przyznają się do ADD (w przypadku Jamiego także do dysleksji).
Przywołuję te wszystkie, prawdziwe i fikcyjne, postaci, by przypomnieć z okazji Światowego Dnia Autyzmu, jak wiele wszyscy zawdzięczamy temu, że niektórzy, głównie chłopcy, rodzą się z nietypowymi mózgami. I przy okazji podkreślić - autyzm nie jest "wyleczalny". Niedawno na stronie jednej z bardziej znanych polskich fundacji charytatywnych przeczytałam apel rodziców dziewczynki z ASD, z prośbą o pomoc w "wyrwaniu jej z otchłani" autyzmu dziecięcego. Chciałabym, by w polszczyźnie przestano wreszcie używać terminu "autyzm dziecięcy", jest on bowiem niepoprawny i sugeruje biednym rodzicom, że dziecko może z autyzmu "wyrosnąć". Ponieważ mózgi osób z autyzmem wyglądają i funkcjonują inaczej, niż ludzi z mózgami neurotypowymi, poprawna jest terminologia angielska, która obecnie zawsze określa autyzm jako lifelong condition - autyzm ma się do końca życia. O tym, że mózgi osób z ASD wyglądają nieco inaczej, wiedziano już od dawna, ale w zeszłym roku nastąpił prawdziwy przełom, który, mam nadzieję, zrewolucjonizuje diagnostykę autyzmu. 10 sierpnia 2010 BBC podało, iż dzięki obrazom mózgu, uzyskanym dzięki MRI (rezonansowi magnetycznemu) w przyszłości wszystkie osoby podejrzewane o ASD będą mogły uniknąć przewlekłego procesu, jakim jest diagnozowanie autyzmu na podstawie obserwacji i testów. Mimo, że ten proces diagnostyki zaburzeń neurologicznych jest w UK ujednolicony, odbywa się właściwie wyłącznie w ramach państwowej służby zdrowia (żeby było jasne - to ogromna zaleta, a nie wada) i jest skoordynowany zarówno z władzami oświatowymi, jak i pomocą społeczną, w związku z czym możliwość mylnej diagnozy jest bardzo ograniczona, to jednak perspektywa, iż można uzyskać niemal 100% pewności w ciągu 15 - minutowego badania, jest bardzo ekscytująca. MRI jest drogie, zatem na powszechne stosowanie tej metody poczekamy jeszcze trochę, ale to duży krok naprzód.
Zdjęcie przedstawiające mózg osoby z ASD

05/01/2011

Poświątecznie

Ferie dziecka = wymuszona blogowa absencja. Nicholas spędza (za) dużo czasu przed ekranem mojego (nominalnie) Maka, na grach Cbeebies, kanału dziecięcego BBC - wszystkie szlachetnie ekologiczno  - edukacyjno - poprawne politycznie, co nieco uśpiwa nasze sumienia. By nie zszargać do końca naszej rodzicielskiej reputacji dodam, że wolę, by spędzał czas na grach zaprojektowanych bez wyjątku tak, by czegoś go nauczyły, niż na tzw. stimming, czyli typowym dla dzieci z autyzmem powtarzaniu jednej czynności często godzinami, np. machaniu rękami - w przypadku Nicholasa to podskakiwanie i machanie zabawką. Wszyscy rodzice dzieci z ASD wiedzą, że  interakcja taka, jaka jest możliwa z dzieckiem neurotypowym - np. wspólne malowanie, tradycyjne gry, układanie puzzli, wspólne pieczenie ciasteczek - z dzieckiem z ASD jest trudnym, jeśli w ogóle wykonalnym, wyzwaniem. W każdym razie z dzieckiem równie opóźnionym rozwojowo, co Nicholas, jest to wciąż marzeniem raczej, niż realistycznym oczekiwaniem.
U sąsiadów,  z ich kotem
Tak więc ferie Nicholas spędził w dużej mierze na grach (ale tylko Cbeebies i tylko na Maku, specjalnie nie kupiliśmy mu przenośnej konsoli, by kontrolować jego czas przed ekranem), my zaś na relaksie, jedzeniu i oglądaniu całych serii na DVD (i - nieuchronna konsekwencja kombinacji trzech ww. - tyciu). A także na intensywnym udzielaniu się towarzysko i odwiedzaniu przyjaciół - w okresie świątecznym spędziliśmy 6 dni w kręgu naszych przyjaciół i sąsiadów, w różnych domach i konfiguracjach, a także dwukrotnie gościliśmy kilkoro znajomych u siebie. W tym roku po raz pierwszy tak się złożyło, że nie zobaczyliśmy za to nikogo z naszych rodzin. Te święta potwierdziły, że w społeczeństwach zachodnich, w obliczu upadku tradycyjnej, "nuklearnej" rodziny, przyszłością jest "rodzina, która sami sobie wybieramy" - przyjaciele, z którymi łączą nas czasem więzy silniejsze, niż więzy krwi.
Z tyłu napis: Design Created by Nicholas
Coraz więcej szkół w UK sprzedaje profesjonalnie drukowane kartki świąteczne z rysunkami swoich uczniów (część dochodów idzie na rzecz szkoły, podobnie jest z większością kartek sprzedawanych w UK, które zasilają setki fundacji charytatywnych)  - powyżej rysunek Nicholasa (miał dużą pomoc, sam tak jeszcze nie potrafi). Dostaliśmy w tym roku sporo takich kartek, a także kartki ze zdjęciami dzieci.
Podrzucam pomysł - spersonalizowane kartki może nie są zgodne z religijnym duchem świąt, ale jeśli to Wam nie przeszkadza, polecam.
Skoro o kartkach mowa, kolejny pomysł, którym mogę się podzielić, jest Christmas Card Tree - świąteczny obyczaj, który mąż wyniósł z domu. Co roku spryskuje on dużą gałąź srebrnym sprayem, owija bluszczem i światełkami, umieszcza w stojaku, i tak eksponujemy kartki, które otrzymaliśmy - tradycyjnie karki umieszcza się na kominku, ale nie znam nikogo, komu starczyłoby na nim miejsca na kartki, i w wielu domach pojawia się dylemat: jak je wyeksponować? Nasz sposób uważam nieskromnie za doskonały i w dodatku prawie bezpłatny (można tu kupić specjalne "stojaki" na kartki).

W minione święta jedna z największych fundacji charytatywnych w UK (i na świecie), Oxfam, zatrudniła matematycznego geniusza do stworzenia wzoru na szczęśliwe święta (happy Christmas formula). Wzór jest dość skomplikowany, ale najważniejsze liczby to: 3 tygodnie wolnego; wchłonięcie 7000 kalorii... nie przez 3 dni, lecz jednego, 25 grudnia; 15 cm śniegu; co najmniej 1 prezent dany i otrzymany - optymalna liczba otrzymanych to 6; 0 minut spędzonych w podróży (to ideał); mniej niż 5 kłótni (waśnie rodzinne to jednak nieodłączna część świąt dla wielu - jak powiedział Osioł w Shreku: it is not Christmas until somebody cries); nie więcej niż 10 godzin spędzonych na zakupach.

Nasze święta były mniej lub bardziej wg tego wzoru, i mam nadzieję, że Wasze również.
A gdy cdn...:

15/09/2010

Dni z Tomkiem

Dzięki uprzejmości Delie (dziękuję!) stałam się właścicielką jednej z kultowych na blogach kulinarnych książek kucharskich, Kuchnia z Zielonego Wzgórza. Zaczęłam ją z uciechą kartkować, i nie dalej jak po 5 minutach wzrok mój padł na dopisek tłumaczki, wyjaśniający kwestię, której rozwiązania daremnie szukałam w sieci. Otóż angielska watercress, której święto opisywałam tutaj i o której informacji szukałam wtenczas, to, pisze na stronie 45 znakomita tłumaczka Małgorzata Hesko - Kołodzińska (ta sama, która tłumaczyła bardzo trudne w przekładzie Służące): "Rukiew wodna, zwana często mylnie rzeżuchą wodną - roślina o ciemnozielonych liściach, rosnąca dziko w rowach, na brzegach rzek i strumieni. Liście o ostrym smaku są wykorzystywane do sałatek, zup, kanapek. W Polsce mało popularna i niedostępna w handlu. Można ją zastąpić rukolą." Aha!  I wszystko jasne, swoją drogą szkoda, że nie ma takiej informacji  w sieci (lub jest, tylko mnie nie udało się znaleźć, choć wątpię - w końcu ukończyłam kurs szukania info w internecie). Dodam jedynie, że rukiew jest obecnie także hodowana i tak się składa, że mieszkam w jej zagłębiu, i dlatego pobliski uniwersytet w Southampton prowadzi badania nad jej dobroczynnymi właściwościami, w które wierzyli już starożytni. Dziś wszystkie media doniosły, że rukiew może potencjalnie pomóc w leczeniu raka piersi - więcej informacji tutaj. Może warto wprowadzić ją do jadłospisu Polaków?
Rozgadałam się tak o rukwi, bo jej imienia jest także zabytkowa kolej parowa - Watercress Line, która jest jednocześnie wcieleniem kolejki z fikcyjnego Sodoru - czyli wyspy, na której mieszka Tomek i inne lokomotywy w znanych wszystkim dzieciom książkach i filmach. Dwa razy w roku ochotnicy - sympatycy kolei parowej organizują Days Out with Thomas - a zatem dni, kiedy dzieci mogą spotkać Tomka na żywo. Zabrałam Nicholasa na taki dzień dwukrotnie - w czerwcu i sierpniu. Po raz kolejny cieszyłam się, że mieszkamy w tak wyjątkowym miejscu, zwłaszcza widząc Japończyków, którzy specjalnie przyjechali do Hampshire, by zobaczyć bohaterów tych angielskich bajek dla dzieci.

Tomek jest szczególnie drogi sercom dzieci z ASD - dzieci autystyczne często mają obsesję na punkcie różnych pojazdów, zwłaszcza pociągów. Największa w UK fundacja na rzecz ludzi z ASD, National Autistic Society, otrzymała nawet pozwolenie umieszczania wizerunku Tomka na swoich proszących o dotacje materiałach(fundraising materials) i na sprzedaż niektórych gadżetów.

Zdjęcia moje - pierwsze 4 z czerwca, 2 dalsze - z sierpnia.

04/06/2010

Nicholas Update

Autyzm to taka bestia, która wymyka się definicjom. Nie ma dwóch takich samych przypadków, dlatego słusznie po angielsku mówi się o spektrum. Nie ma czegoś takiego, jak autyzm typowy czy nietypowy, wbrew biurokratycznym kategoriom. Jest ogromna różnica między osobą z ZA (Zespołem Aspergera), często wybitnie inteligentną, a osobą na drugim końcu skali, która np. w ogóle nie mówi i wymaga pomocy w codziennych czynnościach- a jednak obie łączą problemy z komunikacją i neuro- nietypowość. To wszystko znakomicie pokazano w programie kanału Channel 4 pt. Young, Autistic and Stagestruck. Ten serial dokumentalny, pokazany w ramach  Miesiąca Autyzmu (Autism Month), jakim w UK jest kwiecień, śledził specjalny projekt teatralny, przeprowadzony pod egidą National Autistic Society, największej z fundacji zajmujących się autyzmem. Nastolatki o różnym stopniu autyzmu, miały zagrać razem w specjalnie dla nich napisanym przedstawieniu teatralnym w jednym z londyńskich teatrów, Hammersmith Lyric. Programy były niezwykle poruszające - oboje oglądaliśmy każdy odcinek ze ściśniętym gardłem, czasem ze łzami smutku, czasem radości, czasem wzruszenia. Co jest bardzo smutne: każde z tych dzieci narzekało na samotność i ostracyzm. Co jest budujące: większość radzi sobie nieźle, jest w "zwykłych" szkołach, ma różne zainteresowania (często przeradzające się w obsesję, co jest jednym z objawów ASD). Ta grupa 9 osób pokazała niczym pod lupą, jak bardzo ludzie z ASD się różnią między sobą, co częściowo tłumaczy (ale nie usprawiedliwia) częste błędne diagnozy lub ich brak.
Inny program, który bardzo nam się podobał, był jednorazowym godzinnym reportażem z życia 3 młodych mężczyzn z ASD. Rok temu pokazano pierwszy program (oglądaliśmy), w tym roku autorzy programu (ze skierowanego do młodzieży kanału BBC, BBC3) wrócili do tych osób, i pokazali, co się w ich życiu w ciągu tego roku zmieniło. Jeden z nich znalazł sobie dziewczynę (również z ASD, wzruszający był ich romantyzm i zaloty), drugi odnalazł się w szkole muzycznej i  ze względu na talent do gry na gitarze został przyjęty do zespołu muzycznego, trzeci wyprowadził się z domu rodzinnego do specjalnego domu w ramach tzw. assisted living, ale nie może znaleźć pracy, co go bardzo przygnębia (niestety jest w przytłaczającej większości - obecnie w UK tylko ok. 15% dorosłych z ASD pracuje).
W zeszłym tygodniu mieliśmy copółroczną audiencję u pediatry. Tym razem Nicholasa zobaczył też "naczelny" psycholog edukacyjny Hampshire, a po wizycie spotkaliśmy się też z Jackie z Outreach Department (hmmm, nie wiem, jak to przetłumaczyć - to oddział, który zajmuje się wspieraniem rodzin dotkniętych autyzmem przez aktywne docieranie do nich - czyli to oni sami zgłaszają się z  inicjatywą pomocy, a nie rodzina do nich) Hampshire Autistic Society (nie jest to część NAS, lecz niezależna fundacja, działająca w naszym hrabstwie). Jackie ma kilkadziesiąt lat doświadczenia w dziedzinie autyzmu i syna z ASD, i co nas bardzo podniosło na duchu, to jej opinia, że Nicholas jest bliżej wysoko-funcjonującego końca spektrum. Czasem w to wątpimy, bo nie da się ukryć, że jego kontakty z rówieśnikami nie są dobre. Nicholas ma spore trudności ze zrozumieniem typowych gier czy zabaw - właśnie gdy jest w towarzystwie innych dzieci najbardziej widać, jak bardzo autyzm opóźnił jego rozwój (jest ok. 2 lat do tyłu).
Na szczęście mamy wspaniałych przyjaciół, którzy niewątpliwie wytłumaczyli swoim dzieciom, że Nicholas jest nieco "inny", bo tolerują jego "dziwne" (dla małych dzieci) zachowania.
Zdjęcie z zeszłego lata.

17/04/2010

Autyzm jest trendy

Po czym poznać, że temat jest trendy? Po tym, że książkę o tym zagadnieniu pisze jedna z najpopularniejszych autorek na świecie, Jodi Picoult. Jej sukces to w dużej mierze umiejętność obracania współczesnych moralnych dylematów w fabułę powieści. Najnowsza pozycja Picoult to House Rules, a głównym bohaterem jest kolejny wybitnie zdolny Aspie (osoba z Zespołem Aspergera). Piszę "kolejny", bo niektóre z największych bestsellerów literatury zachodniej ostatnich lat miały fabuły osnute wokół unikalnej mieszanki niezwykłych umiejętności i społecznych trudności, jakimi często charakteryzują się Aspies. Książka Marka Haddona pt. Niezwykły przypadek psa nocną porą to w UK najlepiej sprzedająca się pozycja w kategorii literatury pięknej (fiction) ostatniej dekady, napisana przez mężczyznę (nie muszę chyba mówić, że gdyby nie podzielić tej kategorii wg płci autora, na pierwszym miejscu byłaby kobieta, zgadnijcie, kto). Jej bohaterem jest Aspie o imieniu Christopher, tę postać autyzmu ma też prawdopodobnie  Lisbeth Salander, bohaterka największego międzynarodowego bestsellera w kategorii kryminału, trylogii Millenium.
Wybitnych Aspie nie brakuje też w filmach. Tytułowy Adam, grany przez Anglika Hugh Dancy jest komputerowym zdolniachą i mającym encyklopedyczną wiedzę astronomem. Ten film powiela tezę, że wybitna inteligencja to pochodna "neuro-nietypowości", jaką jest autyzm. Dancy jako Aspie jest bardzo wiarygodny. Adam je codziennie to samo (niestety znam to z autopsji, ale szczęśliwie Nicholas je dużo owoców i warzyw) i nie potrafi kłamać ani żartować. Adam poznaje Beth (graną przez Australijkę Rose Byrne, znaną m.in. z serialu Damages), która jest ciepła, zrównoważona, a jednocześnie wrażliwa. Film, promowany jako "nietypowa komedia romantyczna", ma happy end, choć nie taki, jakiego się spodziewamy. Polecam.

Będąca w prawdziwym życiu żoną Hugh Dancy'ego, amerykańska aktorka Claire Danes zagrała za to prawdziwą postać z ASD, Temple Grandin. Temple Grandin to kolejny autystyczny geniusz, tym razem nie Aspie, a osoba z wysoko-funkcjonującym autyzmem. Jest ona zoologiem, jednym z największych autorytetów w tej dziedzinie na świecie, autorką kilku bestsellerów, działaczką na rzecz humanitarnego traktowania zwierząt. Filmu niestety nie pokazała jeszcze brytyjska telewizja (to nie film kinowy, lecz telewizyjny), mam nadzieję jednak, że wkrótce zostanie sprowadzony.

1 kwietnia był coroczny Światowy Dzień Autyzmu, i kilka największych stacji TV w UK pokazuje przez cały kwiecień programy dokumentalne o ludziach z ASD, w ramach Miesiąca Autyzmu. Więcej na ten temat napiszę w maju.

01/04/2010

Polowanie na jajka

...to jedna z najsmaczniejszych tutejszych tradycji wielkanocnych. Nie chodzi o jaja kurze, lecz czekoladowe - czekolada jest w UK równie ważną świąteczną tradycją, co jaja,  a nawet wygląda mi na to (nie mam pod ręką statystyk, oceniam "na oko"), że zjada się tu więcej czekoladowych jaj  (oraz króliczków i kurczątek), niż jaj właściwych.
Jako że w życiu nie ma nic za darmo,  wielkanocne czekoladki trzeba sobie "upolować" - jajka schowane są pod krzaczkami, na drzewkach etc. Jak kraj długi i szeroki, przedszkola i szkoły organizują Easter egg hunts na swoich posesjach, najczęściej dzisiaj, bo Wielki Piątek jest tu wolny (w ogóle w krajach protestanckich zazwyczaj to dzień wolny od pracy).  Wiele rodzin organizuje takie polowania w swoich ogródkach, my też, w zeszłym roku mieliśmy nawet "gniazda" z siana.
A tu ciasto, które w zeszłe święta upiekł i udekorował "nadworny szef kuchni":

W szkole Nicholasa dziś także tradycji stanie się zadość. Wczoraj mój niespełna pięciolatek otrzymał pierwszy list miłosny (nagryzmolony własnoręcznie, ozdobiony serduszkami) oraz dary w postaci jajka czekoladowego i króliczka. I to w dodatku nie od jednej "narzeczonej", ale... od bliźniaczek, Sophii i Isabelli! Niektórzy panowie całe lata fantazjują o "bliźniaczce na każdym ramieniu", tymczasem dyrektorka szkoły wczoraj opowiadała mi ze śmiechem, jak to natyka się na Nicholasa, z Sophią trzymającą go za jedną rączkę, zaś Isabellą - za drugą. Nicholas budzi w dziewczynkach instynkt opiekuńczy.
Pierwsze trzy miesiące w szkole upłynęły nadspodziewanie dobrze, choć cały personel i my zgadzamy się co do tego, że Nicholas nie poradziłby sobie bez Felicity, swojej indywidualnej opiekunki. Wiele testów zdaje na 80 lub 100% (liczenie, fonetyka), zna liczby do 20 i alfabet. Nadal utrzymuje się opóźnienie mowy i wciąż czasem trudno go zrozumieć, ogranicza się też do krótkich zdań i trudno mu zbudować dłuższe. Ale cały czas robi też małe postępy i używa nowych słów.
Zdjęcie z niedawnej, bezowocnej sesji duszenia psa:
A po południu wybieramy się do ulubionego Hotel Chocolat by kupić sobie wzajemnie ich wielkie, wypełnione czekoladkami jajka:

15/01/2010

Lista blogów 2010 - dodatek specjalny

Specjalny, bo dotyczący ludzi "specjalnej troski". Blogi o autyzmie zainteresują raczej wąskie grono odbiorców, choć ludzi z ASD i ich rodzin jest znacznie więcej, niż nam się wydaje, i każdy z nas, kto nie wiedzie żywotu pustelnika z jaskini, zetknął się na pewno z taką osobą. W polskich źródłach stykam się często z danymi, wg których na spektrum znajduje się co 150 osoba. Źródła brytyjskie, oparte na tutejszych statystykach, które biorą pod uwagę lepszy i przede wszystkim lepiej skoordynowany, mniej chaotyczny niż w Polsce poziom diagnostyki w UK, podają, że jest to 1 osoba na ok. 100-110 (już pisałam, że to się bardzo nierówno rozkłada między płciami - z grubsza na 1 dziewczynkę przypada 4 chłopców, w przypadku Zespołu Aspergera ta proporcja zmienia się na 1:9 - dziewczynki niesłychanie rzadko cierpią na ZA). Jestem przekonana, że różnica w statystykach wynika z lepszej diagnostyki i organizacji, a nie z tego, że Brytyjczycy są genetycznie bardziej podatni na ASD.

Bardzo potrzebny blog Autyzm - Nauka polskiego dziennikarza korzystającego z najnowszych, anglojęzycznych informacji na temat ASD. Czasem muszę niestety przerywać czytanie, bo ogarnia mnie wściekłość, gdy czytam o przedszkolankach bijących (!!!) dzieci autystyczne lub komentarze świadczące o głębokiej ignorancji naszych rodaków. Taki incydent w UK skończyłby się dyscyplinarnym zwolnieniem z pracy - kary cielesne, kiedyś dość powszechne w brytyjskich szkołach, dziś są nielegalne.

Anglojęzyczny blog o książkach, Bookwitch, zawiera wiele recenzji książek o autyzmie (głównie beletrystycznych), zebranych w bardzo przydatną listę lektur, ze szczególnym naciskiem na  Aspies (osobach z ZA).

Autorkę tego bloga także znam od lat, ale cóż, po to mam ten blog, by uprawiać prywatę:
Czterdziestka na czereśni nie jest blogiem o autyzmie, ale Zakładka ma dorosłego już syna z ASD, który jest częstym bohaterem postów. Myślę, że nie tylko ja mam nadzieję, iż Zakładka kiedyś przysiądzie fałdów i napisze staroświecką książkę.

06/12/2009

Polemika w sprawie niepełnosprawnych

Przyznam się z góry, że nie czytuję internetowego wydania Gazety od deski do deski. Ale to, co czytam, zaczyna mnie coraz bardziej martwić. Rynek prasowy w UK wciąż narzuca standardy reszcie prasy na świecie, i, co jest unikalne w skali światowej, w UK czytelnictwo prasy w ostatniej dekadzie wzrosło, a nie zmalało. Mamy tu też ogromną rozpiętość. Z jednej strony szmatławce dla półanalfabetów, z drugiej - dziennikarstwo śledcze na najwyższym światowym poziomie. Po latach mieszkania w Anglii  dość łatwo odgaduję, z kim mam do czynienia a nawet na którą partię ktoś głosuje, po gazecie, jaką czyta w pociągu czy metrze. Wracający do Anglii po długim pobycie za granicą pisarz Joe Bennet zauważył już chwilę po wylądowaniu na lotnisku Heathrow:
„(...) kiosk  jest wypełniony porannymi wydaniami wszystkich krajowych dzienników, a każdy z nich dąży do zaspokojenia potrzeb  określonego czytelnika. To system kastowy w druku. Nosić taką a nie inną gazetę pod pachą to w tym kraju jak noszenie plakietki.“ I tak czytelnik brukowca The Sun będzie osobą z reguły słabo wykształconą, głosującą na faszyzującą partię British National Party lub nacjonalistyczną i antyunijną UK Independence Party, zaś osoba czytająca lewicowego Guardiana to np. pochodzący z klasy średniej nauczyciel głosujący na Partię Pracy.
Niestety, mimo tego, że Gazeta często"inspiruje się" tematami z np. niedzielnego Times'a (czasem widzę, parę dni po tym, jak przeczytam oryginał, przykrojoną do polskich warunków wersję jakiegoś tematu zaczerpniętego prosto z niedzielnego Magazine, odpowiednika Wielkiego Formatu, albo "mojego" dodatku STYLE), coraz częściej zmierza w kierunku poziomu, jaki reprezentuje tabloidowy Daily Mail, a nie stara się dorównać poziomem poważnym tzw. broadsheets, czyli właśnie Times'owi i Guardian'owi. Daily Mail, zwany również Daily Hate, ze względu na ksenofobiczne, antyimigranckie stanowisko, specjalizuje się w podsycaniu narodowej paranoi i przekonywaniu wszystkich, że UK zmierza po równi pochyłej ku nieuchronnej apokalipsie.
I Gazeta na podstawie materiałów DM tworzy obraz UK jako kraju, gdzie po ulicach toczą się same wielkie góry sadła ("W Wielkiej Brytanii nawet powietrze tuczy") i gdzie narodowy sport to znęcanie się nad niepełnosprawnymi ("Piekło brytyjskich niepełnosprawnych").
Jako matka dziecka niepełnosprawnego BARDZO sobie cenię fakt, że mieszkam w UK, a nie w Polsce czy Botswanie. Rozglądając się po znajomych w Pl, widzę, jak mało wsparcia otrzymują od państwa. Nowoczesne metody pomocy nie dotarły jeszcze do Polski, i nie zawsze z powodu braku pieniędzy. Koleżanka - matka dorosłego syna z autyzmem martwi się, co będzie, jeśli jej zabraknie. Nie ma w Pl systemu zwanego tutaj assisted living  - niepełnosprawni mieszkają w specjalnie dostosowanych do ich potrzeb mieszkaniach, samodzielnie, często wspólnie (np osoba niewidoma mieszka z osobą widzącą, ale z jakimś innym upośledzeniem, i pomagają sobie wzajemnie), a pracownik socjalny przychodzi np raz na tydzień czy w razie potrzeby. Jest to tańsze i przede wszystkim poprawiające komfort życia, bo dające niepełnosprawnym samodzielność i swobodę, rozwiązanie niż domy opieki. Dąży się tu do uczenia niepełnosprawnych umiejętności, które zapewnią jak największą samodzielność - uczy się ich gotowania, wartości pieniędzy, zapewnia pracę (np. niewidomi pracują w telefonicznych centrach obsługi klienta). Dorosły niepełnosprawny nie jest zdany na rodzinę, której przecież może zabraknąć, a rodzina jest odciążona. Ci niepełnosprawni dorośli, którzy nie mogą mieszkać samodzielnie, a nie mają rodziny, są umieszczani w rodzinach zastępczych. Tak, rodziny zastępcze to nie tylko rozwiązanie dla dzieci - dorośli niepełnosprawni, którzy potrzebują opieki, a nie mają już rodziców, znajdują nową rodzinę - najczęściej są to rodziny, gdzie co najmniej jedna osoba jest pracownikiem socjalnym z doświadczeniem. Dostają oni za tę opiekę wynagrodzenie, ale nie są to duże pieniądze, a najważniejsze, że osoba upośledzona nie jest zinstytucjonalizowana, jest w rodzinie.
Wizytę we wspaniałej szkole dla dzieci niepełnosprawnych już opisywałam. Czy jest w Pl szkoła, gdzie na jedno dziecko przypada tyle personelu? 



Moje dziecko idzie na próbny dzień do nowej szkoły w poniedziałek. Przyjdzie jego opiekunka z przedszkola, aby nie znalazł się wśród zupełnie nieznanych mu osób. Jego nowa nauczycielka była w przedszkolu w zeszłym tygodniu, by obserwować, jak pracują z Nicholasem. Specjalistka od pracy z dziećmi niepełnosprawnymi przyjdzie do szkoły nauczyć nauczycieli Nicholasa technik postępowania z dzieckiem autystycznym. Ja dostaję małą, bo małą, ale zapomogę od państwa. Mieszkamy na prowincji, a nie w dużym mieście, a mimo to standardy są tak wysokie. Bardzo wątpię, byśmy mieszkając w Pl na prowincji mieli tyle profesjonalnego wsparcia. A nawet jestem pewna, że byłoby nam znacznie trudniej, po tym, jak przeczytałam w Wysokich Obcasach list matki dziecka z autyzmem, która codziennie musi znosić durne komentarze jeszcze durniejszych przypadkowych przechodniów, którzy nie kryją się ze swoimi opiniami i komentują głośno autystyczne zachowania jej dziecka. NIGDY nie zdarzyło mi się to w UK, natomiast zdarzyło mi w ciągu tygodniowego zaledwie pobytu w Pl.
Wspomniałam o Botswanie, bo rozmawiałam z Afrykanerką, która po diagnozie autyzmu u syna rzuciła wszystko i przeprowadziła się do UK - na szczęście mogła, bo tu mieszka jej matka. Ta kobieta przewróciła swoje życie do góry nogami (urodziła się i całe życie mieszkała w Afryce) bo w Botswanie jest JEDEN specjalista od autyzmu (tak, jedna osoba na cały kraj), a najbliższy logopeda był 600 km od domu. Tu jej syn ma zapewnioną opiekę. 
Jak wszędzie, i tu są ludzie podli - bo trzeba być wyzutym z sumienia, by znęcać się nad słabszymi. Nie są jednak gorsi, czy bardziej skłonni do zła, niż w Pl czy innych krajach. Sedno problemu to nie to, że to okrucieństwo się zdarza - tylko to, że ci niepełnosprawni, którzy są ofiarami przemocy, nie zostali nauczeni, jak się starać o pomoc. Bo, inaczej niż w wielu krajach, ta pomoc jest - tragedią jest jednak to, że ci ludzie nie wiedzieli, jak ją sobie zapewnić. My wiemy how to navigate the system (jak radzić sobie z "systemem", czyli urzędami, biurokracją), ale wielu ludzi upośledzonych umysłowo nie wie. I to trzeba naprawić. Nie należy jednak demonizować i brać każdego słowa Daily Mail za dobrą monetę. Nie brakuje w UK Polaków, którzy mają bardziej wyważony punkt widzenia i wiedzę z pierwszej ręki (tu chrząkam znacząco) - dlaczego nie zapytać ich?


PS. Na zdjęciu nowa szkoła Nicholasa.

30/11/2009

An Education

...film pod takim tytułem wszedł niedawno na ekrany tutejszych kin. Niestety nie miałam okazji jeszcze obejrzeć, ale już mogę polecić, i to nie tylko dlatego, że film ma pochlebne recenzje. Wiem, że jest dobry także dlatego, że powstał na podstawie autobiograficznej książki wybitnej i znanej tu dziennikarki Lynn Barber, a scenariusz napisał jeden z najwybitniejszych i moich ulubionych angielskich pisarzy współczesnych, Nick Hornby. Dygresja: Nick Hornby ma syna z ASD i jest współzałożycielem prężnie działającej na rzecz lepszego szkolnictwa dla dzieci autystycznych fundacji Treehouse. Nie mogę nie zacytować ich optymistycznego sloganu: Ambitious about Autism (w wolnym tłumaczeniu: Podchodźmy ambitnie do autyzmu).
Tytuł filmu skojarzył mi się z moją prywatną "edukacją". Codziennie uczymy się czegoś nowego, to prawda, ale oprócz tych przypadkowych często nowinek jestem teraz zaabsorbowana studiowaniem z jednej strony historii kuchni angielskiej, a z drugiej - praktyczną nauką gotowania. Prowadzenie własnego bloga otworzyło przede mną świat kulinarnych blogów z całego świata, co widać zresztą na lewym pasku, i choć wiele z nich to wyższa szkoła jazdy, zainspirowały mnie, by zacząć gotować (no dobrze, pozazdrościłam trochę blogowym diwom). Ponieważ mój mąż świetnie gotuje (niestety mało prawdopodobne, żeby znalazł czas i chęć, by się tym chwalić na własnym blogu), nie miałam motywacji, by samej to robić. Jednak w ciągu ostatniego tygodnia podjęłam się nauczyć kilku prostych potraw - i jak postanowiłam, tak uczyniłam. Mam, jak już wspominałam, dużą kolekcję książek kucharskich, moja "edukacja" będzie zatem pretekstem do tego, by zrecenzować tutaj kolejne książki z kolekcji.
Jamie Oliver toczy, jak wiadomo, współczesną krucjatę, by Brytyjczycy, rozpieszczeni przez gotowe dania i jedzenie na wynos, wrócili do gotowania z podstawowych składników. Przy okazji, te osoby, które z przerażeniem oglądały sceny ze szkół, gdzie dzieci jadły wyłącznie junk food, chcę pocieszyć, że to tylko mały wycinek rzeczywistości - nie ma co biadolić jacy to Brytyjczycy są kulinarnie zacofani. Wiem, że się powtarzam, ale powiem raz jeszcze - UK to kraj (czy raczej 4 kraje) dużo bardziej społecznie i regionalnie podzielony, niż Polska (choć i w Pl mamy podział na tzw. Polskę A i B), i szkoły pokazane w TV (oraz ci bezmyślni, skretyniali rodzice) zostały specjalnie wybrane, bo najbardziej potrzebowały tej pomocy dzieci z nizin społecznych z północnej części Anglii (dużo biedniejszej niż Południe). U nas w Hampshire na przykład od dawna jest zakaz ustawiania automatów ze słodyczami w szkołach, dzieci dostają do picia wodę lub mleko a jedzenie jest gotowane na miejscu, albo zamawiane u firm cateringowych w wyniku ostrego przetargu, wygrywają te, które oferują najzdrowsze jedzenie. Sama próbowałam takiego lunchu (tak, szkoła nawet daje rodzicom darmowy lunch, by wiedzieli, co ich dziecko będzie jadło)  i świeżych, upieczonych wczesnym rankiem bułeczek, i były naprawdę dobre. Za lunche się płaci, ale codziennie też każde dziecko dostaje na koszt państwa tzw. zdrową przekąskę (healthy snack): zwykle są to pokrojone kawałki różnych owoców i warzyw.

Swą edukację zaczęłam zatem od książki Jamiego, Ministry of Food.
Książka jest podręcznikiem gotowania i zawiera przepisy na najbardziej tu popularne potrawy: spaghetti bolognese, curry, Sunday Roast, lasagne czy chilli con carne. Nie znajdziemy tu nic wymyślnego i trudnego, jest to zatem pozycja idealna dla kuchennych żółtodziobów. W tym tygodniu przyrządziłam chilli oraz spag bol (tak się tu skraca spaghetti bolognese) i nie tylko się udały, ale były dobre - następnym razem będę wiedziała tylko, że muszę dodać więcej chilli do chilli- lubimy bardziej pikantnie.
Polecam bardzo tym stawiającym pierwsze kroki w kuchni.

29/11/2009

Gary MacKinnon a lizusostwo rządu HRM*

Od kilku miesięcy śledzę sprawę genialnego hackera, Szkota Gary MacKinnona. Nie wiem, na ile polskie media donoszą o tej sprawie, która toczy się od lat, ale w ostatnich miesiącach zaczęła nabierać tempa. W skrócie: MacKinnon ma Aspergera, i, jak wielu Aspies, wykazuje nadzwyczajne zdolności jeśli chodzi o programowanie, i jak fikcyjna Lisbeth Salander (z trylogii Millenium), należy do światowej elity hakerów.
Jego autyzm jest jednak na tyle głęboki, że te zdolności wykorzystywał  nie w celu np. zdobycia pracy, lecz włamywał się "dla zabawy" do systemów informatycznych m.in Pentagonu - podobno jest jedyną osobą na świecie, której udało się tak dogłębnie spenetrować te systemy. Pytany o przyczynę, MacKinnon odpowiada, że zrobił to z czystej ciekawości, chciał się po prostu przekonać, czy potrafi. Osobom obeznanym z autyzmem nie muszę tłumaczyć, że jest to w pełni prawdopodobna motywacja. USA traktuje jego włamania jako niezwykle groźne dla narodowego (i światowego, bo w końcu są "policjantem świata") bezpieczeństwa, i domaga się ekstradycji MacKinnona do USA i sądzenia go tam. Mam z tym ogromny problem i jestem wściekła na kolejnych ludzi piastujących niezwykle w UK wpływowe stanowisko Home Secretary (odpowiednik polskiego ministra spraw wewnętrznych), gdyż podlizują się Amerykanom (w ramach tzw. special relationship, na którym korzysta jednak głównie USA, a nie UK, od dawna jest to układ bez wzajemności) i zgodzili się na ekstradycję. MacKinnon miał pecha, gdyż w czasie, gdy jego apelacja trafiała do kolejnych sądów coraz wyższej instancji, nastąpiły ataki terrorystyczne na USA i UK, i państwa te podpisały umowę o szybkiej ekstradycji. USA podciąga sprawę MacKinnona pod ten paragraf - istotnie, gdyby Al-Kaida włamała się do systemu Pentagonu, byłoby to niesłychanie niebezpieczne. Ale mówimy tu o samotnym Szkocie, który jest NIEPEŁNOSPRAWNY! Nie ma śladu dowodu na to, że wykorzystał on swój geniusz dla niecnych celów, został zwerbowany przez fanatyków, sprzedał komuś jakieś poufne informacje etc. Kolejny problem - przestępstwo popełniono na terenie UK, dlaczego zatem człowiek głęboko neurologicznie upośledzony ma być wleczony do USA, kraju, w którym wykonuje się karę śmierci (nie we wszystkich stanach, ale jednak, i jest to jedyny kraj, oprócz Iranu, który wciąż skazuje na śmierć ludzi poniżej 18 roku życia) i sądzony tam? Owszem, włamał się do systemów amerykańskich instytucji, ale siedząc fizycznie w UK. Jest poddanym królowej, obywatelem UK, jego noga nie postała nigdy w USA i to tu powinien być sądzony. To jest człowiek, który nie przetrwa w typowym amerykańskim więzieniu, pełnym psychopatycznych recydywistów - jego lekarze leczą go na depresję i potwierdzają, że ma myśli samobójcze. W UK miałby zapewnioną ochronę i byłby w więzieniu dla ludzi, którzy zostali skazani za oszustwa np.  a nie za zabójstwa.
Wiele fundacji i instytucji związanych z ASD oraz prawami człowieka zasypuje rząd, a teraz także królową, petycjami i listami proszącymi o sądzenie MacKinnona w UK. Mam wielką nadzieję, że to się uda. Ostateczna ironia tej sprawy to coś, co świetnie zrozumieją wszyscy rodzice dzieci z ASD - ponieważ osoba z autyzmem jest fizycznie normalna, nie jeździ na wózku, nie ma brakujących kończyn, nie ma specyficznych rysów właściwych dla osób z Zespołem Downa etc, słowem - ich poważnej, utrudniającej normalne funkcjonowanie niepełnosprawności nie widać, jest traktowana bez współczucia i zrozumienia, jakie część przynajmniej ludzi okazuje niepełnosprawnym. Gdyby MacKinnon był takim geniuszem, będąc np. paralitykiem na wózku, sprawa potoczyłaby się inaczej. Tyle, że tej sprawy by nie było, bo jego geniusz jest pochodną neuro-nietypowego mózgu.

*Her Royal Majesty's

04/11/2009

Spotkanie w szkole

Wczoraj rano nadeszła godzina zero, czyli tzw. transition meeting (spotkanie w sprawie przeniesienia Nicholasa do szkoły), w którym uczestniczyło dziewięć osób (osiem dorosłych i Nicholas). Pomijając naszą trójkę, były dwie osoby z obecnej pre-school, dyrektorka i wice, oraz trzy osoby ze szkoły: dyrektorka, nauczyciel opiekujący się zerówką  (taki zwierzchni) oraz nauczycielka również zajmująca się dziećmi z tej grupy wiekowej (ponieważ jest to mała wiejska szkoła, zajęcia dla dzieci np. 6- i 7-letnich  mogą być prowadzone razem) oraz Norma, o której już wspominałam - koordynatorka opieki nad dziećmi specjalnej troski. Nie jest mi łatwo pisać o tutejszym systemie, gdyż jest bardzo różny od polskiego, chociaż ostatnio pojawiły się głosy (które gorąco popieram), by skończyć z nonsensem posyłania dzieci do szkoły w wieku 4-5 lat, i zaczynać w wieku 6 lat. To, że dzieci zaczynają tu tak wcześnie, wcale nie przekłada się na lepsze wyniki, a wręcz niektórzy eksperci podejrzewają, że sprzyja wysokiemu poziomowi dysleksji i analfabetyzmowi w UK. Jestem przekonana, że tak wczesny start jest spowodowany najwyższymi w Europie cenami przedszkoli i brakiem systemu subsydiów dla przedszkoli - po latach płacenia dużych pieniędzy rodzice z ulgą oddają dziecko do darmowej (w większości) szkoły. Pod względem opieki nad dziećmi UK jest z jednej strony bardzo zaawansowane (nie może z dziećmi pracować nikt, kto nie został oficjalnie sprawdzony przez policję), a z drugiej pozostaje daleko w tyle za np Skandynawią czy Francją. Winna jest też postawa rodziców, którzy zamiast lobbować za tańszymi przedszkolami i przeznaczaniem podatków na opiekę nad dziećmi, atakują rodziców, którzy chcą wrócić do pracy - szczególnie, rzecz jasna, matki! Niezliczoną ilość razy spotykałam się z opinią: to po co mają dzieci, jak oddają je obcym ludziom? Postawa nie do pomyślenia w mojej ukochanej Danii, gdzie naturalne jest, że dziecko idzie do przedszkola (bardzo taniego i na wysokim poziomie), a mama do pracy. Tymczasem Anglicy i Angielki uważają, że oddanie dziecka do przedszkola to ostateczność, i to, że matka wydaje często całą pensję netto na drogie, bo niedofinansowane, przedszkole, to konsekwencja jej niechęci do zajmowania się własnym dzieckiem - słowem, po co sprawiła sobie dziecko, jak chce pracować! Jakoś nie trafia do nich argument, że by żyć na normalnym poziomie, potrzebne są często dwie pensje, i nie każdą kobietę stać na 4- czy 5-letnią przerwę w pracy. We wsi, w której mieszkamy (i w okolicznych wsiach oraz w samym Winchesterze), pełno jest jednak takich yummy mummies (mniamuś), czyli żon bogatych bankierów i biznesmenów, pracujących w Londynie, które nie pracują, bo nie muszą i zajmują się dziećmi (często jeszcze z pomocą operki i pani sprzątającej). Dlatego trochę obawiamy się posłania Nicholasa do tej szkoły. Z całą pewnością większość dzieci będzie miała zamożniejszych rodziców. Z drugiej strony, fakt, że mieszkamy w tak zamożnej części Hampshire, sprawia, że szkoły są tu na wysokim poziomie (w Anglii szkoły są niesłychanie zróżnicowane - od najlepszych na świecie, po tak słabe, że są tu nastolatki, które nie umieją pisać i czytać - bardzo dużo zależy od środowiska), bardzo niska przestępczość, panuje czystość i porządek, nie ma gangów etc. Świadczy o tym sam fakt, że nad tym, jak najlepiej przyjąć i uczyć jedno dziecko dyskutowało sześć osób. Stanęło na tym, że Nicholas zacznie szkołę w styczniu i będzie miał przydzieloną osobę tylko dla niego. Osobę tę będzie szkoliła specjalistka (tzw. outreach worker) ze szkoły dla dzieci specjalnej troski, tej, w której byliśmy poprzednio (obie szkoły są bardzo blisko położone). Nauczyciele Nicholasa będą też dojeżdżali w grudniu do jego obecnego przedszkola, by zaobserwować, jak wygląda opieka nad nim obecnie.

01/11/2009

Setny post

Sto postów minęło jak jeden dzień. No, nie do końca, bo jednak prowadzenie bloga to nie takie hop, siup.... Kiedy zakładałam Backwards in High Heels w marcu, robiłam to z myślą o rodzinie w Pl i o świeżej wtedy, choć od dawna przewidywanej przez nas, diagnozie ASD u Nicholasa. Tak się złożyło, że rzadko wracam "na ojczyzny łono" a moi najbliżsi jeszcze rzadziej odwiedzają Hampshire. Blog jest lepszą formą przekazu, niż telefon, choć jednostronną - w czasie rozmowy najczęściej zbacza się z tematu i zapomina o różnych rzeczach. Poza tym to, co napisane na blogu mogą przeczytać najbliżsi z różnych zakątków Pl, a także dalsi krewni czy znajomi. Stąd też decyzja, by pisać po polsku.
Nie chciałam jednak ograniczyć tematyki tylko do autyzmu i postępów Nicholasa. Jako dziennikarka z zawodu i powołania, mam nawyk codziennego pisania. Kiedy założyłam ten blog, pracowałam jednak w biurze na niemal pełnym etacie - stąd "gołe", pozbawione obrazków, początkowe posty, bo sprawy techniczne poznawałam w biegu. Dopiero niedawno nauczyłam się linkować i dużo jeszcze wody upłynie zanim ten blog będzie estetycznie satysfakcjonujący - chciałabym nauczyć się robić lepsze zdjęcia. Teraz ku mojej uldze nie pracuję już w biurze i wróciłam do pisania na tematy mnie interesujące: moda, jedzenie, styl życia, kultura, Anglia... Piszę zatem o tym i mam nadzieję, że choć kilka osób przeczyta moje zapiski z przyjemnością i zaciekawieniem. Dziękuję za Wasz czas, słowa zachęty i miłe komentarze.
Narzuciłam sobie pewne reguły: nie używam na przykład emotikonów, choć wierzcie mi, walczę z pokusą przy każdym poście - weterani forów i portali społecznościowych na pewno poczują mój ból.
By uczcić setkę postów, proponuję konkurs. Do wygrania jest niespodzianka - coś niedużego, kolorowego i miłego w użyciu. W życiu nie ma jednak nic za darmo (there is no such thing as free lunch), wygra zatem osoba, która zaproponuje najlepszy tytuł na książkę o Anglii i Anglikach. Wyobraźcie sobie, że napisałam książkę o życiu w Anglii  i muszę wymyślić tytuł. Zaznaczam, że Sekretne Życie Anglików już zaklepane.
Na komentarze z propozycjami czekam do następnej soboty, do północy. W niedzielę ogłoszę zwycięzcę.

PS. Okazuje się, że nieświadomie popełniłam plagiat. Nazwę bloga zaczerpnęłam z książki o tym tytule, ale nie wiedziałam, że autorki prowadzą także, swoją drogą bardzo ciekawy, blog o nazwie Backwards in High Heels.  Mój to jednak żadna konkurencja, mam więc nadzieję, że nie zostanę pozwana do sądu i skazana na galery.

02/10/2009

Szwedzki geniusz kryminału

Ostatnia część trylogii Millenium Stiega Larssona już wylądowała na moim progu! Dziś rano Amazon uprzejmie przysłał, na 3 dni przed oficjalną premierą. I pomyśleć, że Amerykanie muszą jeszcze poczekać - choć raz jesteśmy szybsi. Ale nie tak szybcy jak Niemcy, gdzie całość jest już dostępna od dawna. I tak cud, że małe wydawnictwo Quercus poznało się na tym klejnocie - szczęśliwie założyciel wydawnictwa, Christopher MacLehose to stary wyga i wcześniej z sukcesem założył dwa inne wydawnictwa. To wydawca z prawdziwego zdarzenia - z inicjatywą, wyszukujący nowych autorów, z odwagą i wyczuciem. Bo tłumaczenia na rynku tak ksenofobicznym w sensie językowym jak UK to duże ryzyko. Larsson to najlepiej w historii sprzedający się autor nieanglojęzyczny w UK. Na świecie Larsson zajmuje obecnie drugie miejsce w liczbie sprzedanych egzemplarzy, po Khaledzie Hosseinim. Choć autorzy piszący w języku angielskim mają tu łatwiej, niż polscy na polskim rynku, jeśli chodzi o przekłady rynek UK jest bardzo oporny (czyli znowu inaczej niż w Pl). To samo dotyczy filmów - filmy francuskie czy niemieckie, nawet hity, pokazywane są w niewielu kinach i przez krótki czas. Brytyjczycy, podobnie jak Amerykanie, mają awersję do napisów (ciekawe, co oglądalibyśmy w Pl, gdybyśmy też mieli napisowstręt? rodzimej produkcji nie starczy) tym bardziej cieszą pochlebne recenzje polskiego filmu Sztuczki, który dopiero teraz pokazano w UK.
Z drugiej strony, z dumą muszę podkreślić, że wg danych UNESCO, UK jest krajem, który wydaje najwięcej nowych tytułów na świecie - mimo, że ma znacznie mniejszą populację niż Chiny czy USA. Kiedyś dostało mi się na forum internetowym, gdy entuzjazmowałam się różnorodnością oferty kulturalnej w UK. Czarno na białym jednak widać, że jest czym się chwalić.
Dziś wieczorem zabieram się do lektury - nie mogę się doczekać, aż dowiem się, co się stało z moją ulubioną Aspie (tak się po angielsku skrótowo określa osobę z Zespołem Aspergera), czyli Lisbeth Salander.

28/09/2009

Wizyta w szkole

Szkolnej sagi ciąg dalszy. Dziś rano odwiedziliśmy szkołę dla dzieci specjalnej troski, która zresztą znajduje się o rzut oszczepem od naszego domu. O rozmowę z dyrektorką i obejrzenie szkoły poprosiła nas Norma, której praca w Urzędzie Miasta to koordynowanie opieki i edukacji dla dzieci specjalnej troski. To jej zadaniem będzie znalezienie miejsca dla Nicholasa w szkole, która zapewni mu wystarczającą stymulację i rozwój intelektualny a jednocześnie sprosta jego potrzebom wynikającym z ASD. Szkoła specjalna okazała się przyjemnym, niezwykle nowocześnie wyposażonym miejscem (pokój sensoryczny, odpowiednio dostosowany basen terapeutyczny, wspaniale wyposażone klasy). Na 115 dzieci przypada 80 osób personelu! W takich chwilach cieszę się bardzo, że mieszkamy właśnie tutaj, bo jednak, mimo wszystkich wad tego kraju, które czasem mnie złoszczą, muszę przyznać, że przynajmniej część pieniędzy z podatków jest dobrze inwestowana i opieka nad najbardziej bezbronnymi (chore dzieci, zwierzęta) jest tu bardzo wysoko rozwinięta. Dobrze się też rozmawiało z dyrektorką, inteligentną, bardzo profesjonalną kobietą, która zaoferowała wszelką pomoc, jakiej może udzielić. Bardzo się nam przydała ta wizyta, gdyż teraz wiemy już, że taka szkoła to jednak nie jest właściwe miejsce dla Nikusia, i że powinien pójść do szkoły "zwykłej" (mainstream), tylko takiej, która zapewni mu dodatkowe wsparcie. Lepiej, żeby był z dziećmi na wyższym poziomie, niż tymi, które trafiają do szkoły specjalnej, co zresztą zasugerowała sama dyrektorka, gdyż Nicholas jest gdzieś pośrodku i lepiej sobie radzi, niż dzieci, które są w jej szkole, z których znakomita większość ma również problemy natury fizycznej. Nicholas przebywając z dziećmi o poważniejszym autyzmie czy upośledzeniu, cofa się, przestaje mówić, imituje ich zachowanie, natomiast towarzystwo dzieci prawidłowo rozwijających się sprawia, że on usiłuje do nich dociągnąć. Naśladownictwo to naturalna skłonność i trzeba ją wykorzystać. Najlepsza byłaby hybryda szkoły specjalnej i normalnej, ale rzecz jasna, coś takiego nie istnieje. Poprosimy Normę o znalezienie miejsca w zwykłej szkole i zapewnienie tej szkole pomocy osób wyszkolonych w pracy z dziećmi z wysoko funkcjonującym autyzmem.

PS. BBC akurat dziś podało, że dzieci specjalnej troski są dużo częściej wykluczane z normalnych szkół, niż powinny, wbrew polityce rządu zakładającej inclusion, czyli integrowanie takich dzieci z resztą.

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails