Showing posts with label kino. Show all posts
Showing posts with label kino. Show all posts

15/01/2015

Kampania This Girl Can

Kampanie społeczne mają w Wielkiej Brytanii bardzo długą i bogatą tradycję, i moim zdaniem do dziś twórcy takich reklam są w tym najlepsi na świecie. Najnowsza jest na to dowodem: to kampania skierowana do kobiet, zachęcająca je do uprawiania sportu. Po rewelacyjnych Igrzyskach, aktywiści ze świata sportu wyszli z różnymi inicjatywami, by nie tylko podtrzymać entuzjazm tych, którzy już uprawiali jakiś sport, a także inwestować w przyszłych zwycięzców, ale także dotrzeć do tych osób, które z różnych względów nie ćwiczą.

Z przeprowadzonych w całym kraju badań wyszło też, że znacznie więcej Brytyjczyków uprawia sport regularnie, niż Brytyjek - aż 2 miliony mniej kobiet. Różnice między płciami na "Kontynencie" (czyli w reszcie Europy) są ponoć mniejsze, ale nie wiem, jak to wygląda w Polsce. Może w ostatnich 2 dekadach coś się zmieniło, ale kiedy ja chodziłam do szkoły, podział był wyraźny - to chłopców zachęcano do uprawiania sportu, szczególnie gier zespołowych,  zaś dziewczyny nie - znane mi  nastolatki ruch postrzegały głównie jako sposób na schudnięcie/utrzymanie figury. W tym wieku wygląd staje się tak ważny, że związane z wysiłkiem fizycznym pocenie się, czy potarganie fryzury powstrzymuje wiele dziewcząt. Przeprowadzone w brytyjskich szkołach ankiety pokazały, że dziewczynki równie chętnie uprawiają sport, co chłopcy, aż do wejścia w okres dojrzewania, kiedy presja, by zawsze dobrze wyglądać, skutecznie je zniechęca, i tracą nawyk regularnych ćwiczeń, w który to nawyk ciężko się znowu wdrożyć, kiedy na głowie ma się pracę i dzieci -stąd taka dysproporcja między płciami.
Kampania This Girl Can atakuje zatem stereotyp, że tylko kobiety, które dobrze wyglądają ćwicząc - szczupłe, młode i już wysportowane - mogą uprawiać sport.
Do kampanii zaangażowano "zwykłe" kobiety, a nie sportsmenki - z nadwagą, widocznym celulitem itd. Żadna nie była specjalnie malowana czy stylizowana. Świetnie zrealizowany klip, nadawany w TV w primetime, pokazuje kobiety czerpiące ze sportu radość, której nie mącą troski o to, jak się prezentują, ani kto na nie patrzy.
W tym samym tygodniu, gdy ruszyła ta kampania, Reese Witherspoon otrzymała nominację do Oskara za główną rolę w filmie Wild. To także bardzo cieszy, bo bohaterka filmu wyrusza samotnie na fizycznie wyczerpującą wędrówkę. Słuchałam dziś wywiadu z Reese i Cheryl Strayed, na której autobiografii oparto ten film. Reese nie nosi w filmie makijażu - nie mówię tu o makijażu, który udaje, że go nie ma. Aktorka, która jest także producentką, naprawdę ma na twarzy tylko krem z SPF i, jak śmiejąc się podkreśliła, nie jest to nawet krem koloryzujący.


19/06/2014

Nowe poletko

Jeszcze piszę z Hampshire, ale za nieco ponad tydzień - przeprowadzka do Wiltshire. Hampshire jest pięknym hrabstwem, a Winchester, leżący na skraju najmłodszego Parku Narodowego South Downs, i niedaleko drugiego, tym razem najstarszego, Parku Narodowego New Forest, poszczycić się może swoim wyjątkowym miejscem w historii i wieloma atrakcjami. To miasto przyciąga młode rodziny, które opuszczają Londyn (tubylcy z klasy średniej uważają, że stolica nie jest odpowiednim miejscem dla dzieci), bo niemal wszystkie szkoły, państwowe i prywatne, mają wysoki poziom, i dobre wyniki, co w kraju, gdzie system edukacyjny jest szalenie nierówny (kompletnie przy tym nieporównywalny z polskim czy skandynawskimi, ale także na przykład francuskim czy amerykańskim) jest bardzo istotnym elementem decyzji, dokąd się przeprowadzić - do tego stopnia, że agencje nieruchomości podają szkoły w ogłoszeniach, i nieruchomości mają wyższe ceny w rejonie dobrych (tym samym pogłębiając nierówności społeczne, bo jak nie stać cię na droższy dom - nie możesz posłać dziecka do dobrej szkoły państwowej).
Ponadto w okolicy jest masa atrakcji dla dzieci: zoo, planetarium, park rozrywki, doskonale zaopatrzona, organizująca różne imprezy dla dzieci biblioteka, urządzająca także co dwa lata, na społy z teatrem, festiwal książki dziecięcej, kino, wspomniany teatr, cieszący się sławą w całej Europie międzynarodowy festiwal teatrów ulicznych Hat Fair - a to wszystko w niewielkim mieście.
Z żalem pożegnam zatem Winchester, ale po pierwsze nie wyprowadzamy się daleko (2 dni temu dojazd do nowego domu zajął nam niecałe 40 minut), a po drugie - większe, a przy tym równie historyczne i zabytkowe Salisbury również obfituje w atrakcje, o których na pewno będę tu pisać. Winchester jest mało znany polskim turystom (popularny jednak wśród przybyszów z innych krajów), ale każdy słyszał o Stonehenge  - my będziemy mieszkać bardzo blisko. Nie tylko Salisbury, ale całe hrabstwo Wiltshire pełne jest uroczych miejsc - wieś Lacock uznawana jest za jedną z najpiękniejszych w całej Wielkiej Brytanii - kręcono tam wspaniały serial Cranford, oraz niektóre sceny z filmów o Harrym Potterze. Ponadto to w Wiltshire znajduje się jeden z najpiękniejszych ogrodów krajobrazowych na świecie - Stourhead.
Buzzfeed znalazło zresztą aż 42 powody, dla których Wiltshire jest najlepszym hrabstwem. Ja dodam jeszcze nr 43 - niedawno przeczytałam, że to w Wiltshire produkowany jest najsmaczniejszy, najbardziej "dziewiczy" miód w całym UK, a to z tego powodu, że pszczoły mają do dyspozycji nieskażone łąki leżące odłogiem od zawsze, takie, jakie zniknęły już z reszty Wysp Brytyjskich - bo to należące do Ministerstwa Obrony poligony.
Lacock Abbey
Stourhead

28/06/2013

Literacko

Magda "maniaczka czytania" wywołała mnie do tablicy, a odpowiedź na ankiety to łatwy sposób, by znowu rozruszać blogowe mięśnie. Dziękuję za pamięć, cierpliwość i wyrozumiałość, i przepraszam za brak odpowiedzi na niektóre komentarze.

  1. Proza, poezja czy... komiks? Proza, proza i jeszcze raz proza. Choć dzięki dobrej znajomości języka odkrywam też piękno anglojęzycznej poezji - bo zawsze lepiej czytać w oryginale, a poezję - szczególnie. Są takie wiersze, jak This Be The Verse Larkina, Ode to Autumn Keatsa czy I carry your heart ee cummings, których po prostu nie wypada nie znać. Pierwsze werse  pierwszego i drugiego utworu są cytowane tak często, jak pierwsze zdanie "Dumy i Uprzedzenia" - mieszczą się zapewne w top 10 cytatów w brytyjskich mediach. Komiks ostatni raz czytałam jako dziecko (z cyklu "Tytus, Romek i Atomek").
  2. Ukochany wiersz. Nawiązując do powyższego - dzięki filmowi Jane Campion* i związkowi Keatsa z Winchesterem, odkryłam jego wiersze, z których wyróżniam właśnie Bright Star i Ode to Autumn, ten drugi zainspirowany jesiennymi krajobrazami miejsca, w którym mieszkam. Można zwiedzać moje miasto śladami dwóch literackich gigantów: Jane Austen i Johna Keatsa (są specjalne wycieczki z przewodnikami).
    Nicholas obok grobu Jane Austen w katedrze winchesterskiej, wiosna 2013
  3. Nigdy nie sięgam po... - komiksy, autobiografie celebrytów klasy Z, poradniki ogrodnicze - jak się można domyślać, w kraju z największym chyba na świecie bzikiem na tym punkcie, jest ich multum.
  4. Prezent inny niż książka - jutro otrzymam prezenty prosto z USA, o które prosiłam, i będą to ubrania oraz kosmetyki marek wcale lub trudno dostępnych (nawet jeśli tak, to często znacznie droższych) tutaj. Tak, jest to podpowiedź - każdy podarunek cieszy, ale zdarzyło mi się otrzymać prezenty z Pl marek... brytyjskich, a przecież nie brakuje w Polsce rodzimych wytwórców.
  5. Bloguję, bo... - bo wierzę w teorię 10 tysięcy godzin: głosi ona, że trzeba spędzić tyle godzin na danej aktywności/w danym zawodzie, by być w tym dobrym/kompetentnym, i to z pewnością dotyczy zawodowego pisania -  zamiast jednak pisać do szuflady, dziś aspirujący pisarze blogują.
  6. Komu wierzysz: profesjonalnym krytykom, czy czytelnikom polecającym sobie nawzajem tytuły? - wierzę profesjonalnym krytykom, wielu cenię i czytam od lat. Czerpię też często inspirację z popularnych tutaj list typu "Moje ulubione książki", "Książki mego życia" etc etc, o które pytani są pisarze, ale także inne sławy - wiele magazynów ma takie stałe rubryki. Dziś np. przeczytałam taką listę Zadie Smith, i większość z jej 10 rekomendacji była mi nieznana, a z pewnością warta przeczytania. Na wiele ciekawych pozycji trafiłam dzięki blogom i FB.
  7. Dobrą powieść ostatnio czytałam... - fantastyczną Katherine Anyi Seton, pierwszy raz wydaną w 1954, i od tego czasu stale w druku. To była ostatnia pozycja z nieoficjalnego kanonu Brytyjki, której jeszcze nie czytałam. Jej miejsce w Top 10 najukochańszych powieści jest dla mnie całkowicie zrozumiałe, jak i to, że wiele Brytyjek przyznaje się do czytania tej książki 5, 7, 9 razy! To szalenie wciągająca historia prawdziwej postaci, Katherine Swynford, kochanki, a później żony John of Gaunt, księcia z rodu Lancaster**, a tym samym przodkini wielu koronowanych głów Europy, w tym obecnej królowej Elżbiety II. Nie wiem, czy kiedykolwiek przetłumaczona na polski (podejrzewam, że podobnie jak inna pozycja z kanonu, która jest historycznym romansem, czyli Forever Amber, nie jest), ja ją zaliczam do moich absolutnych faworytek.
  8. Literatura faktu czy fikcja? -  niemal 50:50, z niewielką przewagą beletrystyki.
  9. Czasem nie czytam, wolę... - obejrzeć dobry film lub serial. 
  10. Czytasz w wannie? - bardzo rzadko, bo rzadko się kąpię *mrugam*.
  11. Jesz czytając/czytasz jedząc? - jeśli jem sama - zawsze.
*Już wkrótce BBC pokaże nowy serial wyreżyserowany przez Jane Campion - nie mogę się doczekać! Szkoda tylko, że w głównej roli obsadzono zwariowaną Scjentolożkę, Elisabeth Moss (Peggy Olson z Mad Men). Jak o przynależności Moss do tej ponurej sekty (patrz: film The Master) napisała ceniąca jej aktorstwo felietonistka Guardiana - Scjentologia?! Naprawdę? Ugggh...

**Jak wiadomo, Wojna Róż (War of the Roses), czyli rywalizacja dwóch wielkich angielskich rodów, York i Lancaster, zainspirowała G. R. R. Martina do napisania cyklu Pieśń Lodu i Ognia (Stark i Lannister, ehkm).

30/06/2012

Niezastąpiona Nora Ephron

Tak niedawno pisałam o książce Nory Ephron, I Remember Nothing, a od kilku dni wiem już, że nie będzie kolejnych, nie będzie też kolejnych scenariuszy i najlepszych komedii romantycznych ostatnich klikudziesięciu lat. Nora zmarła o wiele za wcześnie - miała 71 lat, a jej umiejętność pisania błyskotliwie inteligentnych i dowcipnych esejów pozostała niezmieniona - I Remember Nothing jest tak samo pełne bystrych spostrzeżeń i humoru, jak jej poprzednia książka, która zasłużenie była bestsellerem - I Feel Bad About My Neck. Bez Nory jesteśmy skazani na kolejne pozbawione polotu i ciepła, produkowane niczym ciasteczka przy użyciu tej samej foremki, wiecznie z Jennifer Aniston lub Katherine Heigl w roli głównej, nieromantyczne i nieśmieszne romantyczne komedie.

Gdy usłyszałam bardzo smutną dla mnie wiadomość o jej śmierci, zajrzałam na Twittera - o tym, jak wiele jej książki i filmy znaczyły dla innych, niech świadczy to, że jej odejście było najpopularniejszym tematem tego dnia (trending topic) i mnóstwo luminarzy kultury wyrażało swój smutek w setkach, tysiącach twitów. Nigella napisała, że Nora była jej idolką, pisarze, np. Margaret Atwood i Bret Easton Ellis, złożyli jej hołd; praktycznie wszystkie moje ulubione dziennikarki i felietonistki pisały o tym, jakim wzorem była dla nich; nawet Justin Timberlake ujawnił się jako wielki fan Nory. Informacja o jej odejściu była jedną z głównych w głównym wydaniu wiadomości BBC. Wiele osób nazywało ją  my heroine, przywołując tym samym zdanie z przemowy, jaką wygłosiła do absolwentek elitarnego Wellesley College (amerykańska tradycja commencement speech jest godna pozazdroszczenia): Be the heroine of your life, not a victim. Ephron była feministką, ale nawet do 'wojny płci' potrafiła podejść tak dowcipnie i oryginalnie, że scenariusz do When Harry Met Sally uznawany jest za jeden z najlepszych utworów na temat relacji męsko - damskich, jakie kiedykolwiek napisano - pewna znana mi mądra osoba twierdzi, że wszystkiego, co warto wiedzieć na ten temat, można się dowiedzieć z tego filmu *mrugam*. Obejrzyjcie Kiedy Harry spotkał Sally (z mężem mamy tradycję oglądania tego filmu zawsze w Nowy Rok - oboje go uwielbiamy) a przekonacie się, że kompletnie się nie zestarzał (pominąwszy, rzecz jasna, fryzury i ubrania).


Gdyby Nora nie ruszyła potem palcem, i tak przeszłaby do historii kina i kultury popularnej. A przecież dała nam znacznie więcej. Jej matka (oboje rodzice Nory byli scenarzystami w Hollywood) powiedziała jej: everything is copy (w wolnym tłumaczeniu: wszystko stanowi materiał) i Nora obracała własne, często bolesne doświadczenia w doskonałą, bardzo prawdziwą fikcję. Jej powieść Heartburn (Zgaga), na podstawie której nakręcono udany film z kolejną moją idolką, Meryl Streep, oparta jest na rozpadzie jej małżeństwa ze słynnym dziennikarzem śledczym, Carlem Bernsteinem (tym od afery Watergate). Swoją miłość do gotowania i jedzenia - Nora była legendarną kucharką i znakomitą pisarką kulinarną - przekuła w kolejny z mojej listy ukochanych filmów, czyli Julie i Julia, którego to filmu była zarówno scenarzystką, jak i reżyserką. Zapewniam przy tym, że kreacja Streep w tym filmie jest jak zawsze doskonała - wspominam o tym, bo gdy film wszedł na polskie ekrany widziałam na pewnym polskim blogu nonsens o tym, jakoby Nora i Meryl zrobiły z Julii Child idiotkę - no cóż, powiem tylko, że i Ephron i Streep nieporównanie więcej wiedziały nt. Julii Child, niż autorka bloga.
Inne sukcesy Nory to Sleepless in Seattle i You've got Mail (Masz wiadomość). Tym filmom zarzucano ckliwość, ale i tak są o niebo lepsze, niż dzisiejsze rom-coms. Jej najwcześniejszy, i wysoko oceniany, film to Silkwood - poważny dramat, oparty na prawdziwej, tragicznej historii, znowu z Meryl w roli głównej. Prywatnie ta aktorka i Nora przyjaźniły się - Nora znana była z tego, że była niezwykle ciepła (choć miała też cięty język) i "absurdalnie" wręcz hojna - nic dziwnego, że w poświęconych jej w tutejszej prasie pośmiertnych artykułach powtarza się zdanie: to była kobieta, którą każda kobieta chciałaby mieć za przyjaciółkę. Szczęśliwie pozostaną jej filmy i książki.
W swojej ostatniej książce, w której pisze sporo o starzeniu się i przemijaniu (ale, jak zawsze, dowcipnie), Nora zrobiła dwie listy: jedną z rzeczami, za którymi nie będzie tęsknić po śmierci, i jedną z tymi, za którymi będzie tęsknić - są dostępne tutaj (ang), i bardzo polecam przeczytać.

23/06/2012

Co robię, kiedy nie piszę

Każda niemal z poniżej opisanych rzeczy/dzieł zasługuje na osobny post, ale nie łudzę się, że znajdę na to czas, zatem w krótkich, żołnierskich słowach o tym, co ostatnio robiłam i co mi się spodobało:
1. Bardzo przypadła mi do gustu pierwsza seria Game of Thrones (Gra o Trony) - co niezwykle rzadko się zdarza, serial TV podobał mi się daleko bardziej, niż pierwowzór  - odpadłam po dwóch pierwszych stronach pierwszego tomu, ale koleżanki przekonują, że warto dać Martinowi drugą szansę. Warto?
Serial bardzo udany m.in. dlatego, że obsada niemal wyłącznie brytyjska, nawet z domieszką mojej ulubionej nacji, w osobie Duńczyka Nikolaja Coster - Waldaua. Sean Bean drewniany jak zwykle, ale co za ulga, że nikt w quasi -  średniowiecznej fantasy nie gada po jankesku. Zaliczone kolejne serie The Good Wife, Justified i rozpoczęta II seria Treme. Jestem też w trakcie II serii mało (na razie jeszcze) znanego brytyjsko - amerykańskiego serialu komediowego Episodes - inteligentna i zabawna satyra na Hollywood, polecam. Ale i tak lekka posucha, bo czekamy na III i ostatnie duńskie The Killing, i II Borgen.
2. Najlepsze DVDs ostatnich miesięcy: Crazy Stupid Love (tu recenzja Kasi),  Drive (znowu Gosling, ekhm...), The Kids Are All Right i The Artist.  
Zdjęcie z feministycznego fotobloga pod nazwą Feminist Ryan Gosling, który zawiera zdjęcia aktora oficjalnie uznawanego za cuter than puppies, z cytatami ze źródeł feministycznych - czyste blogowe złoto
3. Podobnie jak Delie, latem 2012 preferuję koralowe paznokcie, choć zdradziłam koral chwilowo dla  najmodniejszego w UK lakieru (wyprzedany w sklepach i sprzedawany z przebitką na eBayu - mnie się udało upolować), czyli Fantasy Fire firmy Max Factor - muszę przyznać, że warty zdrady.
Moja ulubiona pomarańczowa czerwień: Leighton Denny Viva la Diva
Fantasy Fire to ten intensywny, "ognisty" fiolet na samym dole 
Jessica Alba cała na biało, z koralowymi paznokciami u stóp (niestety nie znalazłam zbliżenia)
4. Odwiedzili mnie w maju kochani duńscy przyjaciele i od tego czasu  jeszcze bardziej tęsknię za Skandynawią, podziwiając zdjęcia z Norwegii Macieja Duczyńskiego i marząc o zatrzymaniu się w tym niezwykłym norweskim hotelu.
Pierwszy landscape hotel - Juvet
5. Czytam doskonałą książkę Hattie Ellis pt. What to Eat: Ten Chewy Questions About Food - jak już nieraz pisałam, odpowiedź na pytanie: co i jak jeść, nie jest prosta, a Ellis odpowiada na wszystkie właściwie pytania dręczące współczesnego foodie. Bardzo polecam - tu krótka recenzja w Guardianie.

11/05/2012

Veneficus ago hic* czyli The Making of Harry Potter

Miejsce, w którym mieszkamy, rozpieszcza nas po względem rozmaitych rozrywek dla dzieci: w promieniu 20 mil od domu mamy wspaniałe, wielkie zoo Marwell, planetarium i science centre InTech, gdzie dzieci mogą przeprowadzać eksperymenty z dziedziny nauk ścisłych i słuchać ciekawych wykładów o astronomii i astrofizyce, jedyny na świecie Świat Świnki Peppy, piękne lasy, obecnie pełne bluebells, itd. itp. To jedna z przyczyn, dla której rodziny z klasy średniej, które nie chcą wychowywać dzieci w Londynie (jest to powszechna wśród wykształconych i średnio zamożnych tubylców niechęć - Londyn jest postrzegany jako mało przyjazne dzieciom miejsce), masowo przeprowadzają się tutaj. Jednak miejsce, o którym dziś napiszę, znajduje się o 1,5 godz. jazdy od nas, w Hertfordshire - to studio filmowe Warner Bros, w którym nakręcono znaczną część wszystkich 8 filmów o Harrym Potterze. 6 tygodni temu w jednym z budynków otwarto tam stałą wystawę pod nazwą The Making of Harry Potter.
Bilety (drogie - dla naszej trójki koszt to niemal £80) kupiłam już w przedsprzedaży, a więc ponad 4 miesiące temu, a i tak miałam trudności z rezerwacją na wybrany dzień - jeśli zatem chcecie się tam wybrać, polecam kupić bilety ze znaaacznym wyprzedzeniem. Uprzedzam też, że na tym wydatku prawdopodobnie się nie skończy, znajduje się tam bowiem jeden z najlepiej zaopatrzonych sklepów 'pamiątkarskich' jakie kiedykolwiek widziałam, a jestem koneserką takich przybytków. Poza tym to jeden z niewielu tego typu sklepów, gdzie sprzedaje się różne sowie gadżety, możecie być jednak ze mnie dumne, bo zachowałam wstrzęmięźliwość (no dobrze, zaporowe ceny mnie powstrzymały).
Dla fanów książek i filmów o HP Warner Bros Studio Tour to jak Lourdes dla fanatycznych katolików, i nie wyobrażam sobie lepszego celu pielgrzymek - nawet park rozrywki The Wizarding World of Harry Potter w Orlando wydaje mi się mniej "autentyczny": w końcu JK Rowling zrobiła wszystko, by amerykańskie studio nie zamerykanizowało Pottera, i pozostaje on bardzo brytyjski (jeden z powodów, dla których ją podziwiam).
Zwiedzanie studia trwa około 3 godzin - i są to bardzo, bardzo magiczne godziny. Naprawdę warto się tam wybrać - ilość zachowanych planów i rekwizytów usprawiedliwia wysokie koszty wstępu i pozwala docenić mistrzowski poziom wszystkich pracujących nad filmami, a dbałość o najdrobniejsze szczegóły oszałamia.
Tu zaczęła się przygoda Harry'ego - cupboard under the stairs
The Great Hall (wybaczcie oryginalne nazwy, nie znam polskich tłumaczeń)

Nicholas w The Great Hall, który wygląda tak, jak w filmach, choć niestety bez lewitujących świec



To nie kopie, lecz autentyczne różdżki z filmów - przy każdej podano właściciela
Gryffindor Common Room and Spiral Staircase









Sklep z sowami!


* Tu mieszka magia.

31/03/2012

Najsłynniejszy sweter na świecie


"Mała czarna" ze Śniadania u Tiffany'ego, zielone suknie Vivien Leigh i Keiry Knightley, kremowa sukienka Marylin, futurystyczne kreacje Jane Fondy w filmie Barbarella, "szykowne safari" Meryl Streep w Pożegnaniu z Afryką - domyślacie się oczywiście, do czego zmierza ta wyliczanka. To najbardziej ikoniczne ubrania z filmów, stworzone albo przez słynnych projektantów mody (Givenchy, Paco Rabanne), albo zawodowych kostiumologów, którzy z kolei inspirowali projektantów, także tych pracujących dla marek masowych. Suknia Keiry z filmu Pokuta to najbardziej kopiowana ekranowa kreacja w historii, sukienki Audrey i Marylin pobiły rekordy na aukcji, a gdy Pożegnanie... weszło na ekrany kin, odnotowano znaczny wzrost popytu na ubrania w stylu safari.  To z reguły kreacje wybitnej urody, stworzone z myślą o podkreśleniu urody najpiękniejszych, najbardziej charyzmatycznych i podziwianych  kobiet, jakie gościły/goszczą na ekranach kin/telewizji. W ostatniej dekadzie symbiozę między TV a przemysłem mody wykorzystały takie seriale jak Sex and the City czy Gossip Girl (Plotkara) - do tego stopnia, że wielu krytyków pogardliwie określa oba jako pretekst do product placement i nic poza tym. Kariera Swetra Sary Lund jest tym bardziej nieprawdopodobna: to, że w ostatnich dwóch latach jedną z najbardziej pożądanych części ekranowej garderoby, przynajmniej tu, w Wielkiej Brytanii, okazał się ręcznie dziergany, kompletnie aseksowny, by nie powiedzieć: obciachowy, sweter z Wysp Owczych, znanych w UK jako Sarah Lund jumper-land (kraina swetra Sary Lund),  zaskakuje, ale i pokrzepia, a także daje wiele do myślenia.
Na widok tego swetra ślinka cieknie pospołu młodym hipsterkom, i starszym księżnom (zaraz wyjaśnię)
By zrozumieć Fenomen Swetra, trzeba oczywiście  znać Forbrydelsen (The Killing) - to genialny duński serial kryminalny- bomba, (kto nie widział, ten trąba). Główna bohaterka, Sarah Lund, to bardzo inteligentna policjantka - detektyw, nienajlepsza matka i córka, a teraz także najbardziej nieoczekiwana ikona w historii mody. Bo Lund to może najmniej próżna bohaterka serialu w historii TV: przez bite 20 odcinków nosi mundurek, składający się z dżinsów plus biało - czarnego swetra niemal non-stop, nie maluje się, nie nosi biżuterii, włosy ma często niedbale związane w kitkę. Czasem "zaszaleje" zakładając czarny krótki płaszczyk, kozaki i najprostszą z możliwych torebkę o fasonie chlebaka.
Aktorka Sofie Gråbøl powtarza w wywiadach (bo w każdym jest o Sweter pytana), że jego sława niemal przyćmiła postać Sary: "Czułam się tak, jakby to on nosił mnie, a nie ja jego"
Popularność Swetra ma trzy główne przyczyny:

1. Serial jest po prostu doskonały i zaczęto go nadawać dokładnie wtedy, gdy Wielką Brytanię zaczęła ogarniać Skandomania. Od mojego występu gościnnego na ten temat, w mediach brytyjskich pojawiło się mnóstwo artykułów na temat mody na skandynawską TV, literaturę, design, kuchnię i modę (nie to, że ja byłam pierwsza).
Wyspy, jak widać, Owcze

2. Dużo ostatnio mówi się o tym, że Brytyjki czytają coraz mniej romansów, a coraz więcej kryminałów, i zarówno w literaturze, jak i w TV i filmach szukają kobiecych postaci, które są niezależne, inteligentne, ambitne, i nie myślą o zdobyciu męża i zakupach - w czasach recesji i powrotu do feministycznych ideałów mamy dość bohaterek, które obchodzi tylko nowa para butów i czekanie na telefon od mężczyzny. Seria o Zakupoholiczce Sophie Kinselli, wspomniany Seks w Wielkim...oraz Bridget Jones wydają się beznadziejnie archaiczne i płytkie z perspektywy Anno Domini 2012. Sarah Lund to nasza nowa poster girl (dosłownie: dziewczyna z plakatu, a więc wzór i inspiracja): silna, niezależna, świetna w tym, co robi, doskonale obojętna wobec syrenich głosów przemysłów mody i urody i dorównująca pod każdym względem największym twardzielom wśród współpracowników.
3. Swetry z Wysp Owczych są ciepłe, uniwersalne i dobrej jakości: z wełny i ręcznie dziergane, a przez to wcale nie tanie - taki sweter, który trzeba zamówić bezpośrednio u dziewiarek z Wysp Owczych i na który trzeba czekać w kolejce, niczym na najnowszą torebkę Mulberry, kosztuje średnio 280 euro.
Dwie panie o imieniu Gudrun - ich firma, nazwana po prostu Gudrun Gudrun, to jedyny na świecie producent swetrów Sary Lund - link do  ich sklepu internetowego, który wysyła na cały świat, podałam powyżej
Od kiedy serial pokazano w UK i innych krajach, Gudrun Gudrun otrzymuje setki zamówień tygodniowo z całego świata, zarówno od klientek indywidualnych, jak i szykownych butików: w Londynie swetry można kupić na Broadway Market na hipsterskim East Endzie i w słynnym Dover Street Market w dzielnicy miliarderów, Mayfair.
Firma zatrudnia 30 miejscowych kobiet, a także wysyła wełnę do kobiet...w Jordanii. To bliski sercu jednej z założycielek projekt, który daje kobietom jordańskim szansę na zarobek, a firmie pozwala skrócić czas oczekiwania i zaspokoić tak wielki popyt.
W tym tygodniu sweter wrócił na pierwsze strony gazet w UK, a to za sprawą wizyty księżnej Kornwalii, Camilli, na planie III serii Forbrydelsen w Kopenhadze. Zarówno Charles, jak i Camilla są wielkimi fanami serialu, i księżna była ponoć w siódmym niebie, gdy została zaproszona na plan i otrzymała od Sofie pewien szczególny prezent:
Od lewej: Sofie Gråbøl, księżna Camilla ze swoim cennym podarunkiem,  księżna Mary 

17/03/2012

Obnażam się...czytelniczo

Codziennie czym innym pachnąca Wiedźma zarzuciła mi (dobrodusznie), że niedostatecznie się obnażam, jeśli chodzi o to, co, gdzie i z jakimi autorami wyczyniam. Ponoć tylko flirtuję, kuszę, pokazuję odrobinę dekoltu, ale moje "prywatne pasje ujawniam zdecydowanie zbyt rzadko". Dziś zatem cała naga prawda o mym czytaniu.

1. O jakiej porze dnia czytasz najchętniej?

Książki/e-booki - wieczorem, przed snem. W ciągu dnia, szczególnie w niedzielę, czytam prasę na iPadzie. Jak już kiedyś ujawniałam, jestem wielką fanką aplikacji prasowych, szczególnie wydań niedzielnych - niedziela bez Sunday Times...brr, nawet nie chcę myśleć, co by było, gdybym nie mogła nakarmić tego nałogu. Aplikacje, z klipami wideo, grafikami/animacjami, i linkami między artykułami, mają ogromną przewagę nad papierowymi wydaniami i nigdy nie wróciłabym do kupowania gazety w kiosku.

2. Gdzie czytasz?

W łóżku w sypialni lub na kanapie w salonie. Czasem zdarza mi się przeczytać artykuł online przy stole, na Maku.

3. W jakiej pozycji najchętniej czytasz?

Zwisając z żyrandola... Jak każdy chyba, na siedząco lub na leżąco.

4. Jaki rodzaj książek czytasz najchętniej?

Generalnie: powieści i literaturę faktu (fiction and non-fiction). Jeśli chodzi o beletrystykę, dużo powieści współczesnych pisarzy anglojęzycznych - od lat nie przeczytałam książki po polsku. Raczej tzw. obyczajowe niż kryminalne lub science - fiction. Jako że byłam jedną z 1.3 miliona (sic!) osób obdarowanych tu Kindle w ostatnie Boże Narodzenie, nadrabiam ostatnio luki w anglojęzycznej klasyce, jest ona bowiem, by and large, dostępna za darmo lub za grosze. Na oko na każde dwie powieści czytam jedną książkę z kategorii non - fiction, najczęściej z zakresu socjologii, nauk ścisłych, lingwistyki, feminizmu, dziennikarstwa, historii Anglii, a ostatnio nawet... self - help (no skoro miała być pełna nagość...). Dość często czytam też wspomnienia, auto/biografie i książki podróżnicze, mam też dwie półki pełne pozycji okołokulinarnych.
Dzięki latorośli odkrywam nowych autorów dziecięcych lub wracam do ulubionych z własnego dzieciństwa.

5. Jaką książkę ostatnio kupiłaś lub dostałaś?

Zbierający same pochlebne recenzje aktualny bestseller pt. Snow Child, książkę kucharską najnowszej domowej boginii Rachel Khoo (o której wkrótce w osobnym poście) a na Kindle - masę klasyki, ostatnio wszystkie opowiadania E. A. Poe (koszt: £0.00).



6. Co czytałaś ostatnio?

Znakomity, zabawny zbiór esejów wszechstronnie utalentowanej Nory Ephron, pt. I remember nothing (jako e-book). Dygresja: jej nazwisko w Pl jest mało kojarzone, tymczasem jej książki od lat trafiają na listy bestsellerów w UK i USA, no a przede wszystkim powinna być znana jako scenarzystka i reżyserka. Ja ją czczę i wielbię i za książki, i za scenariusze do: When Harry Met Sally, Sleepless in Seattle, Heartburn (najpierw popularna książka, potem film, ze znakomitymi rolami Meryl Streep i Jacka Nicholsona - lata temu w Pl Dorota Stalińska zrobiła z niej sztukę teatralną pt. Zgaga) oraz Julie i Julia (który też reżyserowała). Nora jest też cenioną kucharką i znawczynią tematyki kulinarnej, dlatego jedzenie i gotowanie odgrywa ważną rolą w jej artykułach, książkach i scenariuszach.
Wcześniejszy zbiór esejów,  I feel bad about my neck, który też mam i który też bardzo mi się podobał
7. Co czytasz obecnie?

No właśnie ów wstydliwy poradnik (self - help manual) jednej z najbardziej znanych life coaches na świecie (nie należy mylić life coach z coach - w Pl oglądałam program, w którym uparcie nazywano takiego life coach 'coach'em', niesłusznie), Marthy Beck. Jako osoba głęboko sceptyczna wobec wszelkiej maści gurus i life coaches (nie mówiąc już o motivational speakers), która nie wierzy w duchy, paranormalne siły, cuda, życie wieczne, etc. etc.,  postanowiłam jednak się przekonać, skąd popularność książek Beck, zwłaszcza, że ukończyła ona Harvard i była tam wykładowcą. Jest ona też "uciekinierką" ze wspólnoty mormońskiej, w której dorastała, i ma niepełnosprawne dziecko. Gdy zatem ujrzałam jej książkę pt. Finding Your Own Way na półce w mojej bibliotece, postanowiłam się dowiedzieć, czy się czegoś nauczę. I muszę przyznać, że nie tylko znakomicie się ją czyta, ale też jest w niej dużo interesujących informacji z różnych dziedzin, np. antropologii i fizyki. Nie wyzbyłam się mego sceptycyzmu, ale kto wie, jestem dopiero po lekturze 1/4 całości...

8. Używasz zakładek czy zaginasz rogi?

Serio? No pewnie, że zakładek, jestem dobrze wychowana. Używam papierowych, darmowych zakładek, najczęściej z biblioteki czy księgarni, gdzie często dostępne są zakładki reklamujące np strony internetowe dla bibliofili etc. Mam też specjalne zakładki do książek kucharskich i okołokulinarnych.

9. E-book czy audiobook?

Zdecydowanie to pierwsze - jestem wzrokowcem i nie spędzam długich godzin w samochodzie czy pociągu, a tylko w takim wypadku sięgnęłabym po audiobooka.

10. Jaka jest Twoja ulubiona książka z dzieciństwa?

W pierwszej 10 znalazłyby się wszystkie usual suspects: Pollyanna, Pippi, Mała Księżniczka, Ania z Zielonego..., Muminki, Dzieci z Bullerbyn, Tajemniczy Ogród, Mikołajek, Godzina Pąsowej Róży... Jednak na pierwszym miejscu zawsze będzie Miś o Bardzo Małym Rozumku - jestem pewna, że to właśnie A.A. Milne zawdzięczam  anglofilię.

11. Którą z postaci literackich cenisz najbardziej?

Niedawno skończyłam Małe Kobietki i przypomniałam sobie, jak bardzo lubię Jo March, choć, a może właśnie dlatego, że ja w jej wieku byłam zupełnie inna. Nie będę oryginalna, jeśli z postaci bardziej współczesnych wybiorę Lisbeth Salander. Inne ulubione bohaterki to Cassandra Mortmain z I capture the Castle, Linda Radlett z Pursuit of Love, Jane Eyre i Elizabeth Bennett.
Z mężczyzn: kto nie przepada za Sherlockiem i Rhettem Butlerem?

Przy okazji: pamiętacie, jak pisałam o wielkim rozdawaniu książek z okazji Światowego Dnia Książki? W tym roku zgłosiłam się do rozdawania i zostałam zaakceptowana. Co oznacza, że dostanę 25 egzemplarzy I capture the castle (była do wyboru, co po raz kolejny potwierdza jej status klasyka i niewybaczalność braku polskiego przekładu). Oczywiście jedną będzie można tu wygrać - szczegóły wkrótce.

29/12/2011

Podsumowania i polecanki - filmowo

W porównaniu z Chihiro (polecam jej Podsumowanie filmowe), jestem słabiutka niczym euro, jeśli chodzi o ilość obejrzanych w 2011 roku filmów, ale jednak odsianie dziesięciu ziaren od ok. setki plew nie było trudne. Nie wszystkie to nowości, włączyłam też kilka filmów zwanych familijnymi. Wielu najwyżej ocenianych tegorocznych premier jeszcze nie widziałam - z chwilą przybycia na świat potomstwa wyjście do kina staje się operacją skomplikowaną i kosztowną, nie uznaję też piractwa i korzystam wyłącznie z legalnej internetowej wypożyczalni, muszę zatem czekać, aż ukaże się DVD/Blu - Ray. Nie znajdziecie tu zatem Midnight in Paris, The Artist, Drive czy A Separation, filmów, na które czekam niecierpliwie, i które na 99% mi się spodobają. Przepraszam, ale nie zawsze podaję polskie tytuły.
1. Mary and Max - przyznam, że od czasów, kiedy mieszkałam w Londynie i stykałam z koczującymi tam Aussies b. często, miałam nienajlepszą opinię o wkładzie Australijczyków w kulturę. Sama Germaine Greer mówi o swej ojczyźnie, że jest "pustynią kulturalną", ale mieszkańcy kontynentu trzech B (beer, beach and barbecue) zrehabilitowali się w moich oczach tym jednym, animowanym, ale przeznaczonym dla dorosłych, wybitnym dziełem. To prawdziwy klejnot, przede wszystkim chyba najlepszy z filmów, w których główny bohater to postać z autystycznego spektrum (tu - Zespół Aspergera), poza tym wzruszający, ale nie ckliwy, mądry, smutny, ale i ze sporą dawką humoru. Bardzo polecam.
2. A skoro mowa o filmach pozbawionych sentymentalizmu, podobał mi się Winter's Bone. Jęczące, rozpieszczone i litujące się nad sobą małolaty powinny być zmuszane, pod groźbą odcięcia od Facebooka, do obejrzenia tego filmu i czerpania przykładu z bohaterki, doskonale zagranej przez Jennifer Lawrence. Poza tym zawsze cieszy mnie, gdy to kobieta reżyseruje dobry film - reżyseria to jeden z ostatnich bastionów męskiej dominacji, szczęśliwie coraz mocniej szturmowany...
3. ...bo np. w 2012 tutejszy parlament zmieni, mam nadzieję, prawo, i wreszcie podąży w ślady mądrzejszych (jak zawsze) Skandynawów, jeśli chodzi o dziedziczenie tronu, tak, by następcą zawsze było pierwsze dziecko, bez względu na płeć, a nie, jak do tej pory - potomek płci męskiej. 2011 był dobrym rokiem dla tutejszej monarchii, ze względu nie tylko na Ślub Stulecia, ale także wielki sukces filmu King's Speech, który musiał się, oczywista, znaleźć na mojej liście. Podzielę się przy okazji plotką, że Colin Firth kandyduje obecnie do kultowej roli Profesora Higgingsa w planowanym remake'u My Fair Lady (jego głównym rywalem jest Hugh Grant), zaś Elizę, którą wszyscy pamiętamy w kreacji Audrey Hepburn, ma zagrać znakomita (i odważna) Carey Mulligan.
4. Carey pojawiła się jako jedna z sióstr Bennett w udanej adaptacji Dumy i Uprzedzenia Joe Wright'a (obejrzałam dziś po raz nie wiem który), ale 2011 był rokiem sióstr  Brontë, a nie Jane Austen (2012 będzie zaś rokiem Dickensa) i nowa wersja Jane Eyre szczęśliwie nie zawiodła - więcej napisałam tu.
5. Niedługo po powrocie z wakacji w Walii wypożyczyłam film, którego akcja dzieje się w Walii - Submarine. Oparty na powieści Joe Dunthorne'a, którego miałam przyjemność poznać osobiście (tu opisuję, jak do tego doszło), jednego z najciekawszych brytyjskich pisarzy młodego pokolenia, to film bardzo kameralny, zabawny i doskonale zagrany (ciekawostka: w Submarine główną postać gra Craig Roberts, jego matkę zaś - Sally Hawkins. W Jane Eyre ci sami aktorzy znowu grają matkę i syna).
6. Innym filmem, którego główny bohater to nastolatek, jest Hugo w reżyserii Martina Scorsese - mnie jego wolne tempo się podobało, ale kilku znajomych narzekało, że akcja zbyt wolno się rozwija. Wielkim atutem są wspaniałe zdjęcia i w tym przypadku 3D się sprawdziło.
7. Hugo to hołd złożony kinu i jego pionierom, a stary (z 1945 roku), czarno - biały film, który jest absolutną klasyką brytyjskiego kina i do którego nieustannie znajduję odniesienia w tutejszej literaturze i prasie, to Brief Encounter - jeśli np. ktoś pisze o "wymowie w stylu Brief Encounter", wiadomo, że chodzi o dobrą dykcję i elokwencję ludzi wykształconych i zamożnych. To jeden z najpiękniejszych filmów o miłości - jeśli macie słabość do Casablanki czy Przeminęło z wiatrem, koniecznie obejrzyjcie BE.
8. 9. i 10. Wspomniałam, że uwzględnię filmy dziecięce/familijne: trzy, które mi się najbardziej podobały, to How to Train Your Dragon, Rango i Tangled (wszystkie to animacje). Przed świętami zaś zabrałam Nicholasa na również animowanego Arthur Christmas (polski tytuł to zdaje się Artur ratuje Gwiazdkę), który bardzo się nam podobał i który polecam obejrzeć w przyszłe święta całą rodziną. Film miał dla mnie kilka dodatkowych, osobistych smacznych kąsków - zaczyna się w mojej ukochanej Danii, potem akcja przenosi się do Niemiec (pada nazwa Flensburg, w którym to mieście byłam na ich pięknym Bożonarodzeniowym kiermaszu!), a następnie - do Polski.
A skoro mowa o animacjach, z niecierpliwością czekam na film pt. Brave - poniżej zajawka - posłuchajcie pięknych szkockich akcentów.

08/11/2011

Lubię jej styl - Dita von Teese

Panująca obecnie moda na burleskę sięga 1995 roku, kiedy to w jednym z teatrów Los Angeles zaczęto urządzać comiesięczny wieczór burleski. Sięgając do przeszłości, zastanawia, że ta forma rozrywki rozkwitała w czasach obyczajowej opresji: w wiktoriańskim Londynie, a potem w USA w latach 50. Dziś, gdy jesteśmy znacznie bardziej liberalni (przynajmniej w krajach Zachodu, i dzięki za to niebiosom i demokracji), burleska znowu powróciła, właśnie dlatego, że w czasach rozluźnienia obyczajów i (nadmiernej) dostępności pornografii zatęskniliśmy za tym, co oferują najlepsze tancerki: za tajemniczością i subtelnym, wyrafinowanym erotyzmem. Dita von Teese była pierwszą, która poczuła ten zeitgeist. Zrozumiała ona podstawową różnicę między burleską a striptizem czy tańcem "na rurze": w tej pierwszej chodzi przede wszystkim o glamour i o cały sztafaż z tym związany: piękna bielizna, akcesoria takie jak wachlarze, i klasyczne szpilki,  a nie seks - wśród fanów Dity i innych tancerek więcej jest kobiet (i gejów), niż mężczyzn hetero. Ani ona, ani inne tancerki nie są chude, a ich stroje sceniczne kreują figurę klepsydry, wiele jest po 30. - dla większości kobiet bardziej realistyczny i łatwiejszy do naśladowania ideał, niż ten z wybiegów, na których wciąż dominują bardzo młode, chude i wysokie "wieszaki' w typie Anji Rubik.*
Zdjęcie z nowego albumu pt "Christian Louboutin" - najczystsze shoe porn, jedyne porn, jakiego pragnę
Wybierając się na burleskę w Nowym Jorku czy Londynie, nie musisz się obawiać grup podpitych mężczyzn na wieczorze kawalerskim, z "lepkimi" rękoma i obleśnym uśmieszkiem, jak w tych smutnych przybytkach z lapdancing - publiczność stanowią w większości grupki przyjaciółek, często wystylizowane w każdym calu na lata 40. czy 50. - to  dla wielbicielek vintage jedna z najlepszych okazji, by pójść na całość. Brytyjska burleska (to tu ta forma rozrywki jest najpopularniejsza) w dużo większym stopniu niż amerykańska ociera się też o satyrę - tancerki często łączą taniec z deklamacją dowcipnych kupletów czy śpiewaniem sugestywnych piosenek. Dla wielu burleska w takiej formie, w jakiej pokazano ją w filmie Burlesque (z Cher i Christiną Aquilerą - unawany za jeden z najgorszych filmów wszechczasów) niewiele ma wspólnego z realiami tej sztuki, a francuski obraz Tournee  również ucierpiał z powodu słabego scenariusza.

Dita była na tyle bystra, że w czasach, gdy przemysł rozrywkowy wypuszczał wciąż nowe klony Pameli Anderson: opalone, wysportowane blondynki, ona postawiła na, uważany wtedy za staroświecki, typ urody: alabastrową cerę (nigdy się nie opala), czarne włosy, i makijaż pin - up girl: czerwone usta w połączeniu z czarnym eyelinerem, sztuczne rzęsy i perfekcyjnie wyregulowane brwi. Symbolicznie zdetronizowała Pamelę i jej gatunek, gdy w 2002 roku pojawiła się na okładce Playboya blada i w ciasno zasznurowanym gorsecie.

Książka Dity - na poły autobiografia, na poły poradnik nt. stylu i urody
Dita przyznaje, że makijaż, bielizna i ubrania pozwoliły jej stworzyć kogoś, kim nie była: I like the idea of artificial beauty (podoba mi się idea sztucznie wykreowanej urody). Jej perfekcyjnie dopracowany wizerunek jest przeciwieństwem "naturalnej piękności": nieumalowanej, płowowłosej "dziewczyny z sąsiedztwa". Dita, gdy jeszcze była Heather Sweet, mysią blondynką z Michigan, zakochała się w bieliźnie vintage, i w stylu ikon ekranu z czasów Złotej Ery Hollywood, i postanowiła wykreować alter ego, które będzie tak glamourous, jak to tylko możliwe. Wymaga to dużej dyscypliny i Dita przyznaje, że bez jej kosmetycznego arsenału staje się "niewidzialna" (nikt jej nie rozpoznaje) - to, jak wygląda, stanowi dużą część jej  performance.
Niewysoka, prawie 40-letnia Dita, która zbiła fortunę na swoim wyglądzie i stylu, to najlepszy przykład na to, jak wiele można zmienić/poprawić w swoim wyglądzie nie uciekając się do operacji plastycznych - a przy tym to zmiany odwracalne.





*To się zaczyna zmieniać, o czym więcej w obiecanym poście o stylu Mad Men.

01/11/2011

Dwie Książki...o pisaniu

Zawsze, gdy ktoś obdarza komplementem to, co napisałam, odczuwam a) radość b) obawę, że ten komplement podyktowany jest "tylko" sympatią czy uprzejmością. Czytam z masochistyczną przyjemnością książki Dorothy Parker i myślę: oto, jak należy pisać*, ja nigdy nie osiągnę takich wyżyn, powinnam natychmiast przestać udawać, że potrafię sklecić parę sensownych zdań, zanim ktoś odkryje, że się podszywam, i zająć się czymś, co naprawdę czyni świat lepszym, jak nasza przyjaciółka w Kambodży; ostatnią rzeczą, jakiej świat potrzebuje, to kolejny artykuł czy książka...Na tutejszym rynku nowy tytuł ukazuje się co pół minuty, a rocznie wydaje się 10 tysięcy powieści - i jak tu wybrać, jak być pewnym, że czytam to, co powinnam, a co dopiero - jak dodać mój cieniutki głosik do tej kakofonii?
Życia nie starczy na wszystko, co chciałabym przeczytać, a przy tym czasu na lekturę coraz mniej, bo coraz więcej czasu powinnam poświęcać na pisanie. Potem jednak przypominam sobie, co na ten temat napisała Jeanette Winterson, a jeśli kogoś warto w tej kwestii posłuchać, to wybitnej pisarki, która dorastała w domu tak wrogim literaturze, jak to tylko możliwe: gdzie było 6 książek, i której fanatycznie religijna matka uważała słowa pisane, oprócz tych zawartych w Biblii, za godne podejrzenia. Mrs Winterson  czytała swej adoptowanej córce "Dziwne Losy Jane Eyre", ale zmieniła zakończenie - w jej wersji Jane została misjonarką.
Jeanette Winterson radzi, by w wyborze książek do czytania "podążać za swoimi dziwactwami" (follow your eccentricities) - inaczej mówiąc, bądź sobą, i czytaj to, co chcesz, a nie to, co ci polecono, albo podsunął ci algorytm internetowej księgarni. Radzi ona w zamian: pójdź do działu w księgarni lub bibliotece, który zwykle omijasz, i wybierz coś na chybił trafił, albo tylko dlatego, że podoba ci się okładka. Twierdzi też: "nikt nie powinien panikować, że jest więcej książek na każdy temat, niż ktokolwiek zdoła przeczytać", bo mnóstwo i tak nie jest wartych przeczytania.**
Czasem też, gdy wychodzę na światło dzienne po całodziennej harówce w kopalni słowa, mam poczucie dobrze wykonanego obowiązku. I skoro już się wywnętrzam: bycie kompletnym beztalenciem w jakiejkolwiek innej dziedzinie też pomaga hołubić złudzenia o pisarskim powołaniu. Jeśli o "powołaniu" może być mowa, bo zarówno Stephen King, jak i Anne Lamott podkreślają, już w tytułach swoich książek adresowanych do tych, którzy aspirują do parania się piórem, że pisarz więcej wspólnego ma z rzemieślnikiem, niż z artystą.
To właśnie sygnalizuje twórca "Carrie", dodając podtytuł "Pamiętnik Rzemieślnika" do swojego "podręcznika" dla skrybów pt. "Jak pisać", a w środku jeszcze podkreśla, że nie jest "literackim bufonem bądź transcendentalnym głupkiem". King wierzy, że "(...)wielu ludzi ma co najmniej zaczątki talentu pisarskiego, i że talenty te można wzmocnić i wyszlifować." Ale też zastrzega, że by zostać pisarzem pełną gębą, trzeba dużo czytać i dużo pisać  i nie można się z tego wywinąć, nie ma metody "na skróty".


Z lekturami pisarza - aspiranta jest podobnie jak z odżywianiem: najważniejsza jest różnorodność. Jak najbardziej należy czytać książki "ambitne", ale też i te, na które książkowe snoby kręcą nosem. Uff, jestem rozgrzeszona z lektury licznych powieści Isabel Allende i  Marian Keyes - literatura to może jedyna dziedzina, w której nie jestem snobką, i drażnią mnie te wszystkie zarozumiałe typy miażdżące na forach czytelniczych tych, którzy ośmielą się przyznać do czytania Coehlo czy Zafona. Tak bardzo wierzymy w to, że należy się uczyć od najlepszych, iż pomijamy zwykle jedną z najważniejszych lekcji: czytanie złej prozy. King posuwa się do tego, że nie tylko podaje tytuły kiepsko napisanych powieści (np. "Co się wydarzyło w Madison County"), ale też twierdzi, że jedna horrendalnie zła powieść może nas tyle nauczyć, iż warta jest całego semestru na kierunku Creative Writing.
Wielbiciele Kinga, którzy są np. hydraulikami, porady nt. pisarstwa mogą po prostu przeskoczyć, i skupić się na wspomnieniach. Bo jest "Jak pisać" takim literackim kundlem - nie całkiem podręcznik, nie do końca autobiografia. Wystarczająco jednak dużo tu wspomnień, by legiony jego fanów nie poczuły się rozczarowane. Mnie bardzo podobały się jego uwagi nt. własnego stylu, czy też "głosu", bo King umiejętnie pokazuje na konkretnych przykładach, jak wielka jest ich różnorodność, i jak wydawcy potrafią się głęboko mylić (o czym on sam doskonale wie z autopsji) w kwestii tego, co się spodoba czytelnikom. Głos, którym on przemawia w tej książce, jest kumpelski, żartobliwy, czasem ironiczny, książka zawiera też pełen katalog przekleństw. Równie dowcipna, choć zawierająca mniej  (ale wciąż dużo) elementów autobiograficznych, jest klasyczna już w świecie anglojęzycznym książka pisarki i wykładowczyni Creative Writing, Anne Lamott - Bird by Bird. Co ciekawe, tuż zanim sięgnęłam  po nią, przeczytałam znakomitą książkę Molly Wizenberg, A Homemade Life, a czytając już książkę Anne, zobaczyłam na słynnym blogu Molly, Orangette, post o tym, jak trzeci raz czyta Bird by Bird (jak powiedział jej mąż: "Third by Third". Takich przypadków jest w moim życiu niemało).

Tytuł to zdanie, które ojciec Anne, pisarz, wygłosił do jej dziesięcioletniego brata, gdy ten, cały we łzach, był przygnieciony ogromem pracy domowej, na którą miał trzy miesiące, ale do której zasiadł dzień przed terminem oddania (ekhem, skądś to znacie?) - raportu opisującego różne gatunki ptaków. Lamott Sr usiadł przy synu i powiedział: Bird by bird, buddy, czyli opisz po kolei ptaka po ptaku. Tym samym raport został napisany i doręczony na czas. To jest istotnie najlepsza rada dla początkującego pisarza, bo wizja napisania 250 czy więcej stron, całego czasu, wysiłku, frustracji i kreatywnych katuszy itd, których to wymaga, to jest właśnie powód, dla których tak niewielu z tych, którzy marzą o napisaniu i opublikowaniu książki, wprowadza te marzenia w czyn. Lamott zapewnia, że znakomita większość pisarzy zaczynając nową książkę nie ma pojęcia, jak się skończy, i ma zaledwie bardzo mglisty zarys fabuły, i tylko wyjątkowo niesprawiedliwie obdarowani przez los nie muszą poprawiać i zmieniać pierwszego manuskryptu. Nie dziwię się, że Molly, pisząca swoją drugą książkę, szuka oparcia i inspiracji w Bird by Bird: głos Anne jest mądry, ciepły i bardzo zabawny - nie raz chichotałam na głos. To jest książka, do której będę wracała, pełna nie tylko naprawdę przydatnych, praktycznych porad, ale przede wszystkim bardzo motywująca.
Przenosząc się na moment do świata filmu: jestem zachwycona historią, którą opowiada Limitless (polski tytuł: Jestem Bogiem. OMG). Wspominam o tym, bo bohaterem filmu jest cierpiący na niemoc twórczą pisarz, co od razu mnie zaintrygowało. Film to adaptacja książki pt. The Dark Fields Alana Glynna (choć teraz tytuł zmieniono na Limitless) - i bez czytania zaliczam ją do kategorii "Książka, którą sama chciałabym napisać" (Books you wish you have written? to popularne tutaj pytanie zadawane pisarzom).
I jeszcze jedno: dziś zaczyna się w świecie anglojęzycznym Novel Writing Month. Ta bardzo prosta inicjatywa - napisz książkę w jeden miesiąc: 30 dni, 50 tys. słów, liczy sobie już ładnych parę lat, i z tego, co wiem, zmobilizowała niejedną osobę do poważnego zajęcia się pisarstwem - zobaczcie zresztą, jeśli jesteście ciekawe, jak aktywne jest forum uczestników.


*Samą Parker często targały wątpliwości i powiedziała kiedyś: If you have any young friends who aspire to become writers, the second greatest favor you can do them is to present them with copies of The Elements of Style***. The first greatest, of course, is to shoot them now, while they’re happy.
** Trochę o dzieciństwie Winterson wiecie już, jeśli czytałyście "Nie tylko pomarańcze..." Właśnie ukazała się tu jej autobiografia, pod genialnym tytułem Why be happy if you can be normal?, która dowodzi, że jej dorastanie było tak naprawdę dużo, dużo trudniejsze - książka zbiera doskonałe recenzje, ja jeszcze nie czytałam.
*** O The Elements of Style pisze we wstępie do "Jak Pisać" także Stephen King. To biblia anglojęzycznych pisarzy: zarówno on, jak i Anne Lamott uczyli się podstaw właśnie z tej książki.

15/09/2011

Reader, I married him

Tytułowe zdanie rozpozna każdy, kto czyta dużo po angielsku. To cytat z Jane Eyre, niemal tak często tu używany i parafrazowany, co Być, albo nie być...? A może nawet częściej - Google znalazło to zdanie w 136 milionach wyników. Dobicie do 200 nie powinno być trudne - 2011 to nieoficjalnie rok sióstr Brontë*. Moja krajanka Jane Austen, mieszkanka plebanii w Hampshire, ustępuje miejsca mieszkankom plebanii w Yorkshire. Trochę mi żal, ale choć nie są one mi tak drogie jak Jane z powodu geograficznej bliskości, kocham  bardziej "gotycki"** styl sióstr z Północy niemal tak bardzo, jak wysublimowanie Jane. Charlotte zresztą narzekała, że Austen była zbyt pruderyjna w opisach "porywów serca". Najnowsza ekranizacja Jane Eyre owe porywy przedstawia w sposób, który zyskałby, jak sądzę, aprobatę Charlotte.
Mia Wasikowska (Jane Eyre) i Michael Fassbender (Rochester)
Międzynarodowa ekipa (reżyser: Amerykanin japońskiego pochodzenia, Jane: Australijka polskiego pochodzenia, Rochester: pół - Niemiec, pół - Irlandczyk) miała się z czym zmierzyć: powieść Brontë sfilmowano 16 razy na duży ekran i 9 razy na mały (ostatni serial TV, ze wspaniałymi kreacjami Ruth Wilson i Toby Stephens'a, syna niezrównanej Maggie Smith, nieustająco polecam), i wybrnęła z tarczą. To najlepsza moim zdaniem adaptacja. 
Ruth Wilson i Toby Stephens
Film nakręcono w Peak District (park narodowy) i w Oxfordshire, Mia Wasikowska zagrała rewelacyjnie i z nienagannym akcentem (w odróżnieniu od biednej Anne Hathaway, która w One Day używa akcentu nieznanego tubylcom), Judi Dench jak zwykle gra jak na "skarb narodowy" przystało (national treasure - tak określa się tu najbardziej kochane przez publiczność osobistości ze świata kultury) zaś Michael Fassbender... Jego Rochester nie uwiódł mnie może tak, jak mógłby, ale z przyjemnością dostrzegłam przebłyski mrocznego erotyzmu - Katie Muir, recenzentka The Times, dała się uwieść, bo napisała, że "Fassbender dał nam Rochestera, jakiego pożądałyśmy". Tak ikoniczna rola, podobnie jak Mr Darcy, Rhett Butler czy Heathcliff, jest niezwykle trudna: a to z powodu tego, że kobiety kochają się w mężczyznach istniejących jedynie na kartach powieści. Zauważcie, że mężczyźni nigdy nie snują fantazji o Cathy z Wichrowych Wzgórz czy Marianne z Rozważnej i Romantycznej - męski gatunek podkochuje się w kobietach z krwi i kości, aktorkach czy modelkach. Tylko kobiety marzą o kochankach z książek. Może dlatego męski recenzent The Sunday Times był nieco chłodniejszy w pochwałach Fassbendera?



Fukunadze (reżyser) udało się stworzyć film nasycony bardzo angielską, gotycką atmosferą. Cieszy to, że w głównych rolach nie obsadzono jakiejś amerykańskiej gwiazdy, by przypodobać się publiczności w USA (znowu - to jest główny problem z ekranizacją tak kochanej przez miliony książki, jak One Day) ani nie filmowano dla oszczędności na Węgrzech (jak bardzo kiepskie Filary Ziemi).
Podrzućcie dzieci niańkom, męża/partnera wyślijcie do pubu, zaproście koleżankę - anglofilkę, i idźcie i się rozkoszujcie.

*Niedługo pojawi się w kinach nowa ekranizacja Wichrowych Wzgórz - krążą pogłoski, że równie udana.
** Gothic - nie w sensie architektury, lecz stylu, popularnego w literaturze angielskiej w II połowie XVIII i w XIX wieku. Teraz tego terminu używa się także w stosunku do wnętrz, wystroju a także atmosfery.

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails