Showing posts with label Jamie Oliver. Show all posts
Showing posts with label Jamie Oliver. Show all posts

23/01/2013

Encyklopedia Kuchni Brytyjskiej, C - Curry

"Hinduskie" curry to mięso (wszelakie - od najpopularniejszego kurzego, przez jagnięce, po baranie, a nawet koźlinę), ryby lub warzywa w pikantnym sosie z cebuli, czosnku i świeżego imbiru, z dodatkiem różnych zestawów przypraw. Słowo curry wywodzi się z tamilskiego „kari“, oznaczającego po prostu „sos“, nazywanie tej potrawy "curry z sosem" lub "w sosie", co niegdyś zobaczyłam na popularnym polskim blogu, jest zatem nietrafne (nikt w Anglii nie mówi "curry with sauce" bo sos to integralna część potrawy i nie ma "curry bez sosu"). Jest wiele rodzajów curry, mniej lub bardziej ostrych, a najczęściej jedzone nosi nazwę tikka masala. Pierwszy przepis na curry pojawił się już w 1747 roku, w książce kucharskiej Hannah Glasse. Glasse jest uważana za pierwszą pisarkę kulinarną w angielszczyźnie, stworzyła bowiem pierwszą książkę kucharską "dla ludzi" - przed nią książki zawierające przepisy były przeznaczone dla kucharzy, ergo - do użytku w kuchniach arystokratycznych. Historia Glasse jest przy tym b. ciekawa: była nieślubnym dzieckiem, a potem wdową z kilkorgiem dzieci na utrzymaniu, i choć jej książka sprzedawała się doskonale, i uczyniła ją na jakiś czas zamożną, trafiła do więzienia dla dłużników i zmarła w biedzie. Jej przepisy były pierwszymi, które były uproszczone, praktyczne i szybkie, przynajmniej na tyle, na ile było to możliwe w XVIII- wiecznej kuchni. Jej curry było potrawką z mięsa, np. królika, której mało wyrazisty smak poprawiały hinduskie przyprawy takie jak podprażone i zmielone nasiona kolendry. Wkrótce kucharze zaczęli stosować gotowe mieszanki przypraw, którymi doprawiano mdłe, bo z konieczności dokładnie gotowane, warzywa i mięsa. 
Przepis Hanny Glasse, stąd
Popularność curry wciąż rosła, a po upadku Imperium napływ emigrantów z Bangladeszu* i pojawienie się dużej ilości restauracji i tańszych tzw. curry houses (w Birmingham, angielskiej stolicy curry, zwane także balti houses), a więc knajpek gotujących wyłącznie curry, z dodatkami w postaci ryżu, chlebka naan, aloo gobi i innych, przyczyniło się do tego, że curry stało się jednym z ulubionych dań na wynos (take away) i dziś stanowi, obok fish & chips, narodową potrawę Wielkiej Brytanii. W samych Indiach na tego rodzaju potrawy raczej nie używa się określenia curry, a autentyczne hinduskie dania rzadko smakują tak samo, jak te podawane w restauracjach w UK, choć ze względu na to, że brytyjscy turyści w Indiach domagali się tikka masala z kurczaka, UK obecnie eksportuje to danie do Indii i Bangladeszu. 

Robert Makłowicz wspominał w Guardianie, że gdy w czasie studiów dorabiał pracując przy budowie parkingu pod Londynem, płacił niewielką sumę koledze Hindusowi, by jego żona przygotowywała aromatyczne hinduskie posiłki na lunch dla nich obu. Dzięki temu nie był skazany na nieapetyczne (dla niego) kanapki z Marmite czy frytki z octem, jak jego biali koledzy, lecz jadł „po królewsku i dochowując wierności kulinarnej spuściźnie Brytyjskiego Imperium.“
My jemy curry bardzo często. By nie ograniczać się tylko do najbardziej popularnego kwartetu, czyli tikka masala, jalfrezi, korma i green thai (które Osobisty Anglik gotuje z pamięci, i które stanowią w UK lwią część wszystkich curries, zarówno w sklepach, jak i restauracjach), wykupiliśmy abonament w jednej z firm, jakich tu wiele, która dostarcza gotowe mieszanki przypraw, wraz z przepisami, prosto do domu. Dzięki temu spróbowaliśmy już pysznych curries z Goa, Sri Lanki, z różnych regionów subkontynentu indyjskiego, etc. Największym bowiem problemem, a przy tym najlepszą gwarancją sukcesu, jest skomponowanie mieszanki przypraw, których może być z łatwością 20 w samym curry, nie wspominając o przyprawach potrzebnych do zwyczajowych dodatków, takich jak dhal, aloo gobi czy raita. Osobom z UK bardzo polecam takie serwisy, choć podrażają one koszt obiadu.
Nasz zestaw do copiątkowego curry (Friday Night Curry)
Wracając do wyjątkowego miejsca curry w tutejszej  kulturze kulinarnej: tak jak w Polsce w piątkowy wieczór wychodzi się po pracy na drinka czy na kawę, tak tutaj spotkania towarzyskie często łączą się z wizytą w pubie (bo wiele z nich serwuje curry czy dania kuchni tajskiej) lub restauracji, by wspólnie zjeść curry (stąd też nazwa naszych zestawów przypraw). Dla wielu osób curry na wynos i film to idealny sposób na spędzenie weekendowego wieczoru. Poniedziałkowym rytuałem Hestona Blumenthala, gdy jeszcze był żonaty (w zeszłym roku zostawił żonę po 22 latach razem) było KUPNE, gotowe curry i oglądanie filmu.
W sieci oraz książkach kucharskich brytyjskich szefów i kucharzy, znajdziecie mnóstwo receptur na curries - sprawdzone i nieskomplikowane przepisy są np. u Nigelli i Jamiego. Nie brakuje też książek dla osób bardziej zaawansowanych: polecam szczególnie dzieła Madhur Jaffrey - recenzję jej najnowszej książki znajdziecie u Bei. Jeśli nie chcecie kupować 20 przypraw i tłuc ich w moździerzu, są oczywiście gotowe sosy, choć doznania smakowe nie będą równie wysublimowane - sekret dobrego curry to dobrej jakości, niezwietrzałe przyprawy. BTW, przeraziła mnie pewna znajoma, gdy zapytała czy tikka masala ze słoika pasuje do makaronu - miałam już wizje straszliwej kulinarnej zbrodni, ale, uspokajam koneserów curry, szczęśliwie sos nie zbrukał makaronu.

*Wiele, jeśli nie większość, restauracji hinduskich w UK, prowadzą Bengalczycy z Bangladeszu.

03/02/2012

Wieczór z Williamem Curley, Master Chocolatier

Było o bieliźnie, a dziś o czekoladzie, tej najbardziej wyrafinowanej. Miałam bowiem wielką przyjemność skosztowania czekoladek i deserów samego Williama Curley, zdobywcy prestiżowego tytułu Best British Master Chocolatier w latach 2007 - 2011 (nie zdziwiłabym się, gdyby i w tym roku utrzymał ten tytuł), a zatem oficjalnie najlepszego, hmm, no właśnie, jak jest po polsku master chocolatier? Bo przecież nie chodzi o masowego producenta czekolady, ani nawet o manufakturę, lecz o wysoce wykwalifikowaną i wyspecjalizowaną osobę, która na małą skalę tworzy autorskie kreacje czekoladowe, eksperymentując z różnymi, zawsze jednak najwyższej jakości, składnikami. To prawdziwe cukiernicze dzieła sztuki.
Wspaniałe czekoladki Williama w eleganckim opakowaniu
Staram się zawsze zaskoczyć Drugą Połówkę prezentem na naszą rocznicę ślubu i tak się szczęśliwie złożyło, że w okolicach tej daty bar The Black Bottle (należący do tego samego pana, który jest właścicielem doskonałego gastropubu The Black Rat) zaprosił Williama na Chocolate and Wine Evening - wieczór degustacji czekolad i dobranych do nich przez sommeliera win.  Takie łączenie czekolady i wina, a nawet czekolady i perfum, jest obecnie bardziej trendy, niż tradycyjne wieczory łączące sery i wino. Udało mi się kupić bilety i był to wieczór, który wspominać będziemy bardzo długo i z błogim uśmiechem na ustach.
The Black Bottle


Od razu powiem: to najlepsza czekolada i najlepsze wina, jakich próbowałam. 





Nasze menu przedstawiało się następująco: 


1. Na początek szampan Laurent Perrier i czekoladka z nadzieniem ze świeżej marakuji i mango.


Passion fruit and Mango Couture Chocolate- A fresh passion fruit and mango ganache enrobed in 66% Amedei chocolate
2. Wino Four Vines “Naked” Chardonnay, Kalifornia oraz czekoladka z dodatkiem japońskiego owocu cytrusowego yuzu (zapowiadany w UK na wielki przebój kulinarny tego roku).
Yuzu Couture Chocolate - An infused chocolate ganache with the Japanese citrus plant Yuzu and enrobed in  66% Amedei chocolate.
3. Wino Roaring Meg Pinot Gris, Nowa Zelandia. Ciekawostka: Roaring Meg była słynną nowozelandzką prostytutką. Do tego czekoladka - "delicja": biszkopt z  pomarańczowym ganache i marmoladą z pomarańczy.
Jaffa Cake - Genoise sponge with a homemade orange marmalade, orange ganache topped with 70% Amedei chocolate
4. Wino Geoff Merrill, Reserve Cabernet Sauvignon, Australia, z czekoladką łączącą jałowiec i galaretkę z czarnej porzeczki. Niezwykła.
 Juniper and Cassis Couture Chocolate - A juniper infused ganache with a cassis pate de fruit base
 5. Wino Finca Sophenia, Reserve Malbec, Argentyna. Czekoladka ze słonym karmelem na bazie cukru muscovado.
Muscovado Caramel - A muscovado caramel in a 70% dark chocolate shell.
Baton salted caramel

6. Wino deserowe Banyuls ‘oak aged reserve’, Cornet et Cie, Francja. Z tym winem dostaliśmy nie czekoladkę, lecz cały deser: czekoladowy mus z "sosem" czereśniowym, ciastem genueńskim i kremem z Kirschem. Bardzo wyrafinowana interpretacja tortu szwarcwaldzkiego.

Foret Noire - Layers of Toscano chocolate mousse, cherry compote and chocolate Genoise. Centred with a Kirsch crémeux
Desery Williama

7. Wino deserowe Nugan Estate, Riverina, KLN Vineyard, Australia, z czekoladką gianduja z bazą z orzechów laskowych z Piedmontu.

 Piedmont Hazelnut- Gianduja ganache with a piedmont hazelnut crunchy base.       
8. Wino musujące Deseado. Czekoladka z pomarańczowym karmelem z nutą octu balsamicznego.
Orange and Balsamic Caramel- An orange caramel hinted with balsamic vinegar in a 65% Amedei chocolate shell.
Jak widać, William używa do swoich wyrobów czekolady Amedei, uznawanej, obok Valhrony, za najlepszą na świecie. W październiku 2011 ukazała się jego książka, Couture Chocolate, która zebrała same superlatywy, i zdobyła nagrodę dla najlepszej książki o czekoladzie 2011 roku. Poniżej William opowiada, z pięknym szkockim akcentem (on pochodzi z Glasgow, jego żona zaś, która z nim pracuje - z Japonii - stąd yuzu i inne egzotyczne smaki), o swej książce, jednym z najlepszych podręczników dla tych, którzy chcą sami przygotować takie cuda i jednej z najpiękniejszych książek kucharskich w mojej pokaźnej kolekcji.  Możecie wypróbować jeden z przepisów, a ja na szczęście nie muszę go nawet tłumaczyć, bo niezawodna, utalentowana Lo już to zrobiła, korzystając z książki Williama, by przygotować największy czekoladowy przebój ostatnich lat: salted caramel - czekoladki z nadzieniem karmelowym z dodatkiem morskiej soli. Mój mąż także wypróbował kilka przepisów, za każdym razem osiągając rezultaty godne zwrotu "niebo w gębie".



W barze z niskimi, belkowymi sufitami było bardzo nastrojowo, bo za jedyne oświetlenie służyły nam świece, ale nie sprzyja to robieniu zdjęć, zatem niestety nie mam żadnych, pokażę Wam jednak dedykację Williama dla mnie, bo oczywiście zabrałam jego Couture Chocolate ze sobą w tym właśnie celu:
Z ostatniej chwili: mamy w Winchesterze już gastropub z gwiazdką Michelina, mamy restaurację i cukiernię bardzo znanego tu szefa kuchni Raymonda Blanca, delikatesy innego słynnego szefa, Jamesa Martina, a już niedługo pojawi się u nas restauracja Union Jacks Jamiego Olivera. Takiego wyboru mogą nam pozazdrościć znacznie większe miasta.

29/09/2011

Książkowy Super Czwartek

W UK tzw. Super Thursday - najważniejszy dzień dla wydawnictw i księgarni w całym roku. Dzisiaj ukazało się ponad 200 nowych tytułów, które konkurować będą o miejsce pod choinką. Kto może, ten ustawia premierę książki właśnie na jesień - tak, by zebrały recenzje przed Bożym Narodzeniem, który to okres jest dla księgarni, tak jak dla innych sklepów, czasem największych utargów. Zatem dziś ma na przykład premierę najnowszy Jamie: Jamie's Great Britain, z przepisami kuchni Wysp.
W związku z setną rocznicą publikacji ukazała się też specjalna edycja Tajemniczego Ogrodu F Hodgson - Burnett, z ilustracjami jednej z najwyżej cenionych ilustratorek, Lauren Child (wydawnictwo Penguin).
Penguin wypuścił też przepięknie wydaną serię 6 powieści Francisa Scotta - Fitzgeralda, z okładkami w stylu Art Deco:
Oraz serię Great Food w miękkich okładkach - głównie klasyczne eseje, wspomnienia i inne dzieła okołokulinarne:


Miłośnicy współczesnej prozy brytyjskiej takich autorów jak Zadie Smith czy Nick Hornby (oboje zaliczam do moich ulubieńców, Hornby'ego też dlatego, że jako ojciec syna z ASD udziela się charytatywnie na rzecz dzieci z autyzmem) mogą natomiast kupić również limitowaną serię Penguin Ink. Okładki zaprojektowali najlepsi tatuażyści na świecie:
Ja chcę oczywiście wszystko, Jamie już do mnie szybuje. A Wy?

30/06/2011

Muffinki wg Gwyneth

Gdybym jeszcze miała wątpliwości co do uczuć, jakie w tutejszej braci dziennikarskiej wzbudza Gwyneth, rozwiałby je cytat z zeszłotygodniowego Sunday Times - w recenzji pewnej książki pojawiło się zdanie: Surely she is as dry as one of Gwyneth Paltrow’s pasta bakes?  
Nie wypróbowałam jeszcze przepisu na zapiekankę makaronową, nie mogę zatem powiedzieć, czy istotnie jest sucha. Nie przepadam za amerykańską klasyką, jaką jest macaroni cheese czyli kolanka zapiekane z serem (lub serami), mlekiem i przyprawami, więc tego akurat przepisu z książki kucharskiej Gwyneth raczej nie wykorzystam. Przepisów na różne makarony jest jednak sporo, zatem inne klasyki: puttanesca czy alla vongole, pewnie mi się przydadzą.
Ale od początku: Notes From My Kitchen Table to książka równie wypielęgnowana, co złociste włosy autorki, pełna zdjęć jej samej i jej rodziny. Fani GP z pewnością będą usatysfakcjonowani, także z powodu osobistych reminiscencji*, którymi poprzedza ona poszczególne działy i przepisy. Podział jest tradycyjny: z grubsza na przystawki, dania główne, dania śniadaniowe i desery. Wszystkie potrawy są szczegółowo opisane, także pod względem tego, czy są wegańskie i wegetariańskie, ile czasu zajmują, a nawet, czy są "odświętne" (dress up meal) lub jednogarnkowe. Na początku mamy również różnego rodzaju porady: co warto mieć w spiżarni/lodówce, czym zastąpić np. mąkę gryczaną, jeśli jej nie mamy (co prawda sugestia, by syrop z agawy zastąpić syropem z brązowego ryżu nie jest zbyt przydatna, zważywszy, że oba produkty są raczej niszowe), na końcu książki są też informacje, gdzie kupić pewne trudniej dostępne, amerykańskie produkty. So far, so good. Osoby, które nic o Gwyneth nie wiedzą, będą może zdziwione naciskiem na ryby, niemal całkowitą nieobecnością czerwonego mięsa (wszystkie 3 rodzaje "hamburgerów" są wegetariańskie, i jest tylko jeden przepis na mięso wołowe - na brisket, mostek na sposób żydowski) czy tym, że w wielu przepisach pominięto mąkę pszenną i biały cukier, i zastąpiono je mąką jęczmienną czy orkiszową, oraz rozmaitymi syropami, ale przypuszczam, że większość z Was zna dietetyczne inklinacje eks-makrobiotyczki Gwyneth, zatem to zdrowotne zacięcie nie jest dla Was zaskoczeniem.  Książka z całą pewnością nie podbije serc ani żołądków zatwardziałych mięsożerców, ani osób, które szukają klasyki w wydaniu...klasycznym. Jest ona owszem pełna przepisów na klasyczne potrawy: paella, kotleciki krabowe, sałatka nicejska, pavlova itp, ale często w wydaniu "dobrze wychowanym" - z mlekiem sojowym, nie krowim, bekonem z indyka (oczywiście organicznym) a nie wieprzowym itp. Nie to, że Gwyneth idzie na całość i całkowicie eliminuje kuchennych "zbirów:  jest i makaron pszenny, i śmietana kremówka, i sery. Ale - i to jest największe "ale" - osoby z bogatą kolekcją książek kucharskich, w tym takich, które zawierają sprawdzone przepisy na klasyczne potrawy kuchni europejskich i amerykańskiej, nie znajdą tu nic nowego. 


Wypróbowałam dwa przepisy, oba na muffinki z borówkami amerykańskimi. Jeden, wg matki Gwyneth, Blythe Danner, jest tradycyjny, drugi jest zdrowszy. Różnica w smaku była, prawdę mówiąc, ledwie wyczuwalna, dlaczego zatem tracić okazję na to, by poczuć się cnotliwie ("moje ciało to świątynia")?
Podaję wersję "zdrowszą" bo daje dobre pojęcie o stylu, w jakim opracowano pozostałe przepisy w Notes from My Kitchen Table.


Na 12 muffinków: 


125ml oleju roślinnego
125ml mleka sojowego
125ml syropu klonowego (zastąpiłam taką samą ilością syropu z agawy)
4 łyżki syropu (nektaru) z agawy
100g białej mąki orkiszowej
125g pełnoziarnistej mąki orkiszowej (zastąpiłam pszenną pełnoziarnistą)
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki soli
300 borówek amerykańskich


Nagrzej piekarnik do 190 stopni, wyłóż formę do muffinków papilotkami. Wymieszaj razem mokre składniki, dodaj suche, na końcu wsyp borówki, nie mieszaj więcej niż 12 razy (to nie rada Gwyneth, wyczytałam o tej zasadzie gdzie indziej - działa). Piecz 25 -30 minut.
* Uprzedzam, że mogą wywołać mało przystojne uczucia - mnie na przykład lekko jednak skręciło, gdy przeczytałam: "Parę lat temu dostałam cudowny prezent urodzinowy - lekcję gotowania u Jamiego Olivera..."

01/04/2011

Autyzm jest trendy II - Światowy Dzień Autyzmu

Temple Grandin, jedna z najsławniejszych osób z autyzmem na świecie, a przy tym autorytet w dziedzinie zoologii i projektantka najbardziej humanitarnych rzeźni, twierdzi, że gdyby nie osoby neuro - nietypowe, ludzkość być może nadal byłaby na etapie epoki kamienia łupanego. Pisałam o telewizyjnym filmie biograficznym, w którym w postać Temple wcieliła się Claire Danes (wspomniałam też wtedy o innym filmie, w którym osobę z Zespołem Aspergera zagrał jej mąż, Hugh Dancy. Danes w niedawnym wywiadzie w Sunday Times powiedziała, że był to szczęśliwy zbieg okoliczności, oboje bowiem mogli korzystać z tych samych książek w trakcie przygotowań do swoich ról). Danes zbiera teraz nagrody za tę rolę na prawo i lewo a film zawitał już do Europy, w UK pokazany zostanie 3 kwietnia, z okazji jutrzejszego Światowego Dnia Świadomości Autyzmu (International Autism Awareness Day), mam zatem nadzieję, że i któraś z polskich stacji go zakupi. Książki Temple są klasyką, jeśli chodzi o literaturę o autyzmie, w dodatku napisane przez osobę z ASD, co jest wyjątkowe.  Niektóre z nich są także klasyką z dziedziny zoologii.
Słynna książka Thinking in Pictures, która w fascynujący sposób opisuje sposób myślenia osoby neuro-nietypowej
Tu z kolei klasyka z dziedziny psychologii zwierząt
Wracając do tezy Temple: potwierdza ją udany serial komediowy, The Big Bang Theory, którego bohater, Sheldon, zdradza klasyczne objawy Zespołu Aspergera. Wśród geniuszy nauk ścisłych mniejsza lub większa neuro - nietypowość jest...typowa - a bez nich nadal spędzalibyśmy dni na dłubaniu w ziemi w poszukiwaniu jadalnych korzonków. Gdzieś na spektrum autystycznym, na końcu bliskim neurotypowości, znajduje się być może również Mark Zuckerberg, założyciel Facebooka (jeszcze raz polecam The Social Network), o to samo podejrzewany jest Bill Gates, a także jeden z kilku zaledwie ludzi, którzy fortuną dorównali, a nawet prześcignęli Gates'a, czyli Warren Buffett - gdy czytałam w jego znakomitej biografii, The Snowball: Warren Buffett and the Business of Life o np. obsesji na punkcie kolejki (b. typowa dla chłopców z autyzmem obsesja), brzmiało mi to dziwnie znajomo.
Telewizja i literatura mają od kilku już lat obsesję na punkcie ludzi, którzy są wybitnie inteligentni i/lub utalentowani, ale społecznie nieprzystosowani. Niekoniecznie są to osoby z autyzmem - Dexter Morgan z serialu Dexter nie jest autystyczny, ale neuro - typowy na pewno nie jest. Dr Gregory House z serialu House ociera się o autyzm - zresztą w jednym odcinku Dr Wilson diagnozuje u niego Aspergera. Bohaterka genialnego duńskiego serialu Forbrydelsen, detektyw Sarah Lund, również ma niemal autystyczną osobowość - obsesyjność połączona z emocjonalnym zahamowaniem czyni z niej świetnego detektywa, ale psuje jej relacje z rodziną i w pracy.
Prawdziwi idole, tacy jak Jamie Oliver oraz Heston Blumenthal, to także obsesjonaci, którzy otwarcie przyznają się do ADD (w przypadku Jamiego także do dysleksji).
Przywołuję te wszystkie, prawdziwe i fikcyjne, postaci, by przypomnieć z okazji Światowego Dnia Autyzmu, jak wiele wszyscy zawdzięczamy temu, że niektórzy, głównie chłopcy, rodzą się z nietypowymi mózgami. I przy okazji podkreślić - autyzm nie jest "wyleczalny". Niedawno na stronie jednej z bardziej znanych polskich fundacji charytatywnych przeczytałam apel rodziców dziewczynki z ASD, z prośbą o pomoc w "wyrwaniu jej z otchłani" autyzmu dziecięcego. Chciałabym, by w polszczyźnie przestano wreszcie używać terminu "autyzm dziecięcy", jest on bowiem niepoprawny i sugeruje biednym rodzicom, że dziecko może z autyzmu "wyrosnąć". Ponieważ mózgi osób z autyzmem wyglądają i funkcjonują inaczej, niż ludzi z mózgami neurotypowymi, poprawna jest terminologia angielska, która obecnie zawsze określa autyzm jako lifelong condition - autyzm ma się do końca życia. O tym, że mózgi osób z ASD wyglądają nieco inaczej, wiedziano już od dawna, ale w zeszłym roku nastąpił prawdziwy przełom, który, mam nadzieję, zrewolucjonizuje diagnostykę autyzmu. 10 sierpnia 2010 BBC podało, iż dzięki obrazom mózgu, uzyskanym dzięki MRI (rezonansowi magnetycznemu) w przyszłości wszystkie osoby podejrzewane o ASD będą mogły uniknąć przewlekłego procesu, jakim jest diagnozowanie autyzmu na podstawie obserwacji i testów. Mimo, że ten proces diagnostyki zaburzeń neurologicznych jest w UK ujednolicony, odbywa się właściwie wyłącznie w ramach państwowej służby zdrowia (żeby było jasne - to ogromna zaleta, a nie wada) i jest skoordynowany zarówno z władzami oświatowymi, jak i pomocą społeczną, w związku z czym możliwość mylnej diagnozy jest bardzo ograniczona, to jednak perspektywa, iż można uzyskać niemal 100% pewności w ciągu 15 - minutowego badania, jest bardzo ekscytująca. MRI jest drogie, zatem na powszechne stosowanie tej metody poczekamy jeszcze trochę, ale to duży krok naprzód.
Zdjęcie przedstawiające mózg osoby z ASD

22/11/2010

Panto, Nativity plays i inne tradycje świąteczne

Wczoraj była Stir - up Sunday, ale my, jak 99.9% ludzi, kupimy gotowy Christmas Pudding. Tak naprawdę już kupiliśmy, w piątek, bo baliśmy się, że się tabuny rzucą na ten upatrzony pudding, gdyż był reklamowany w TV przez Hestona Blumenthala, który go wykreował w ramach  współpracy z górnopółkową (i w związku z tym moją ulubioną *mrugam*) siecią supermarketów Waitrose (jak Jamie O. reklamuje i kreuje przepisy dla sieci Sainsbury's, tak Heston i Delia Smith dla Waitrose - te umowy z supermarketami są bardzo lukratywne i tylko elita szefów kuchni ma na nie szansę). Pudding Hestona jest unikalny, ma bowiem w środku całą, karmelizowaną pomarańczę - o ile wiem, tylko on wpadł na taki pomysł - i wygląda tak:

Wczoraj przeczytałam, że istotnie tabuny się rzuciły, bo puddingów już prawie nie ma - ledwo więc zdążyliśmy.
W zeszłym tygodniu przybył też Advent Calendar, w formie drewnianego domku. Ta tradycja już chyba (?) się w Polsce powoli przyjmuje - jednak w czasach mojego dzieciństwa jej nie było. W tym roku szarpnęłam się na kalendarz adwentowy wielokrotnego użytku, który, mam nadzieję, posłuży nam aż Nicholas dorośnie. Pochodzi z sieci domów towarowych John Lewis, które stanowią jedną firmę z Waitrose - zatem jest także moim ulubionym miejscem na zakupy (John Lewis Partnership, bo tak się nazywa ta spółka, jest czymś w rodzaju spółdzielni - pracownicy są bowiem udziałowcami, i to wszyscy, łącznie z emerytami pracującymi na pół etatu przy kasie. Jest to jeden z najbardziej etycznych pracodawców w UK i dowodzi, że duża korporacja może postępować zgodnie z zasadami etyki, a jednocześnie osiągać zyski).
Kalendarz czeka cierpliwie na 1 grudnia, kiedy to Nicholas zacznie odliczanie do Bożego Narodzenia, otwierając kolejne okienka z ukrytymi za nimi czekoladkami.
Otrzymaliśmy ze szkoły list, który w pierwszym zdaniu powiadamiał nas, iż nasze dziecko będzie... osiołkiem (It is been decided that your child is going to be a donkey). W Bożonarodzeniowym przedstawieniu szkolnym, zwanym tu Nativity Play. Takie żywe szopki to świąteczna tradycja i przedstawienia odbywają się w niemal każdej szkole podstawowej w UK. Odetchnęliśmy z ulgą, że przynajmniej Nicholas nie będzie homarem - jak może pamiętacie, to się przytrafiło dziecku w filmie Love Actually (To Tylko Miłość) - o kostium osiołka nie jest trudno. Obiecuję, że pokażę zdjęcie "osiołka" przy żłóbku.
Inną unikalnie brytyjską tradycją świąteczną jest pantomime, skracana do panto. Bożonarodzeniowe panto nie ma nic wspólnego z tym, co my w Polsce rozumiemy pod pojęciem pantomimy. Jest to sztuka teatralna oparta na jednej z popularnych baśni (rzadziej na klasycznej książce dla dzieci, np. Piotrusiu Panie), która jest pełna żartów, czasem lekko zabarwionych seksualnie aluzji, a czasem nawet satyrycznych gagów. Jest to prawdziwa family entertainment - dla dzieci to po prostu baśń, dorosłych zaś bawią owe ukryte żarty i aluzje. Zawsze też musi być w panto aktor przebrany za kobietę i grający kobiecą rolę, np. złej macochy w Kopciuszku - tradycyjnie gra on w przesadny sposób (znowu przymiotnik camp jest w tym kontekście najlepszy), aktorzy też zaczepiają publiczność. Jeśli zetknęliście się z niezrozumiałym żartem po angielsku, w którym pada zdanie He/She is behind you!, to jego źródłem jest właśnie tradycja panto i trzeba obejrzeć takie przedstawienie, by zrozumieć, dlaczego to zdanie jest śmieszne (osoby mieszkające w UK nie muszą iść do teatru - zwykle można takie panto obejrzeć w TV). Tradycją jest też to, że występują w nich gwiazdy, których blask nieco przygasł - w brytyjskim panto pojawiła się np... Pamela Anderson. W zeszłym roku byliśmy na Pięknej i Bestii, w tym wybieramy się na Piotrusia Pana.
Kolejną tradycją, którą przeszczepiłam w moim skromnym zakresie na grunt polski, jest Secret Santa - Tajemniczy Mikołaj. W UK jest to bardzo popularne - w miejscach pracy, w szkołach, klubach, gdziekolwiek jest chętna grupa osób. Przeprowadza się losowanie  - każda osoba losuje inną, i kupuje jej prezent pod choinkę - najczęściej drobiazg za ustaloną kwotę (tym samym nikt nie jest pokrzywdzony). Ważne, by do końca nie zdradzać, kto kogo wylosował - cała zabawa w tej tajemnicy.
O kilku innych tradycjach napiszę, jak tylko uda mi się uporać z górą pracy - może zauważyliście, że mniej piszę i piętrzą się "zaległe" posty - ale ostatnio bawię się w stachanowca. Za to tym słodsze będzie świąteczne lenistwo.

09/10/2010

Wielbicielki Alana Rickmana - łączmy się!

Gdybym miała wybrać tylko 5 rzeczy, za którymi tęskniłabym, gdybym musiała opuścić UK, na pewno jedną z tych pozycji byłaby najlepsza na świecie telewizja. Wczoraj wieczorem kolejny dowód na to, że warto płacić abonament - BBC pokazało film z Alanem Rickmanem i Emmą Thompson. Film nakręcono specjalnie dla uczczenia National Poetry Day - Narodowego Dnia Poezji. Nie wiem, jaka jeszcze telewizja na świecie nakręciłaby film, z tak znanymi nazwiskami i laureatami Oskara, który jest ekranizacją... poematu. Tak - wyobraźcie sobie Rickmana, deklamującego przez ponad 40 minut najseksowniejszym głosem świata - wiem, że niektórym z Was zmiękłyby kolana (jak było w moim przypadku). The Song of Lunch to innowacyjna forma, którą po angielsku nazwano dramatisation of a narrative poem (fabularyzacja poematu narracyjnego). Poemat (arcydzieło), autorstwa Christophera Reida, jest relacją z lunchu dwojga byłych kochanków, którzy spotykają się po 15 latach - narratorem jest He (On), którego gra Rickman - She (Ona) to Emma Thompson (która wyglądała rewelacyjnie). Co za przyjemność! Co za rozkosz (i nie mówię tu tylko o erotycznych niemal doznaniach, które zapewnia głos Rickmana)! I kompletne zadośćuczynienie za te wszystkie godziny Strictly Come Dancing (Taniec z gwiazdami) i rozsyłanie zarazków takich programów po świecie (polska TV, jak zauważyłam podczas ostatniego pobytu, nie ma prawie żadnych programów nieopartych na formatach importowanych z UK, USA czy nawet Francji). Każde zdanie poematu zachwycało. Zacytuję dziennikarkę Guardiana, bo lepiej bym tego nie ujęła w jednym (choć tak naprawdę dwóch) zdaniu: It was quietly moving, clever, beautiful, sad and true. Just wonderful.
W niedziele zaś uczta dla wielbicieli filmu Gosford Park i brytyjskich seriali kostiumowych. Serial Downton Abbey opowiada o arystokratycznej rodzinie w 1912 roku (serial zaczyna się od zatonięcia Titanica, który wyruszył w podróż z pobliskiego Southampton), która może utracić swój pałac - tytułowy Downton Abbey. Scenarzystą 7- częściowego serialu jest Julian Fellowes - a zatem scenarzysta Gosford Park. Obsada znakomita, na czele ze skarbem narodowym, jakim jest Dama Maggie Smith - razem z Helen Mirren i Judi Dench najwybitniejsza aktorka swego pokolenia, i znowu niezrównana jako matriarcha rodziny. W roli Downton Abbey występuje Highclere Castle - jedna z najświetniejszych rezydencji arystokratycznych w Wielkiej Brytanii, siedziba rodu Carnarvon - tak, tego samego, którego przedstawiciel, Howard Carter aka Lord Carnarvon, odkrył grobowiec Tutenchamona (chyba tak się pisze po polsku). Jutro trzeci odcinek.
Poza tym za mną już dwa odcinki nowej serii Nigelli, która towarzyszy tej książce. Jak zawsze cierpię z powodu lifestyle envy  i pożądam nie tylko kuchni Nigelli, ale też jej spiżarni (pantry). Ale mimo to oglądam z przyjemnością.
W przyszłym tygodniu zaczyna się zaś nowa seria programów Jamie'go - 30 - minute meals. Czy muszę mówić, że książkę już mam, od wczoraj?
Książka nie jest podzielona na pojedyncze przepisy, lecz na kilkadziesiąt menus, które można w całości przygotować dla rodziny czy przyjaciół. Przystawka lub zupa, danie główne i deser - całość każdego z tych zestawów można przygotować, tak, zgadliście - w 30 minut. Już widzę, że na pewno nieraz z takiego gotowego menu skorzystamy.

30/04/2010

Kornwalia 2008

Tekst ten ukazał się w sieci po raz pierwszy w 2008 roku, w nieistniejącym dziś portalu Polot.pl.

Sądzicie, że tylko Szkoci noszą spódniczki (kilts)? Niewiele osób wie, że także Kornwalijczycy, którzy tak jak Szkoci są narodem celtyckim, mają własne kilts –niektóre są, jak szkockie, w kratę, ale, co ciekawe, narodowa barwa kornwalijskiego kiltu to czerń.
Wybierając się do Kornwalii, pamiętajmy o celtyckim dziedzictwie Kornwalii i uszanujmy jej odrębność. Kornwalijczyk - patriota powie, że jest Cornish, a nie English, i podkreśli, że Kornwalia to nie angielskie hrabstwo (county), lecz odrębne księstwo (duchy). Język kornwalijski, który jest podobny do walijskiego, jest językiem martwym, ale w wielu miejscach zobaczymy jeszcze napisy po kornwalijsku. Jak chce legenda, król Artur pochodził z Kornwalii – do dziś można oglądać ruiny zamku tego mitycznego władcy w Tintagel, choć nie ma żadnych dowodów na to, iż król mieszkał w owym zamku.

Kornwalia to jeden z najbiedniejszych regionów UK, co widać. W wielu nadmorskich miejscowościach niewielu zostało tubylców, a dawne domki rybaków to teraz letnio-weekendowe rezydencje Londyńczyków. Po upadku przemysłu wydobywczego i rybołówstwa, oprócz często słabo płatnej turystyki niewiele jest tu zajęćwięc młodzi wyjeżdżają. A zastępują ich w dużej mierze Polacy i inni przybysze z Europy Wschodniej, pracujący latem w licznych restauracjach, barach i hotelach.
Jest to jednocześnie kraina słynąca na cały świat z naturalnego piękna, mająca burzliwą i romantyczną historię, którą zresztą fanki twórczości Daphne du Maurier na pewno znają.
Du Maurier, choć urodziła się w Londynie, uważała się za Kornwalijkę. To tutaj ta niezwykle popularna pisarka spędziła większość życia. Wiele jej powieści zainspirowały kornwalijskie mity i legendy, a także dramatyczne piękno krajobrazu. Historie o piratach i przemytnikach, którzy zwabiali statki na skały a następnie rabowali ładunek*, pojawiały się także w książkach innych zafascynowanych Kornwalią pisarzy.

Kornwalia przyciąga turystów i letników także wyjątkowo łagodnym, ciepłym mikroklimatem. Przyjechaliśmy tu w pierwszym tygodniu września, ale temperatury wciąż sięgały 20 stopni C. Słynne kornwalijskie plaże okazały się tak urodziwe, jak oczekiwałam, a dodatkowo o tej porze roku były już niemal puste, na pewno tubylców zniechęciło drugie już z kolei 'najgorsze lato stulecia'. Niezwykłe jest tu swiatło, które przyciąga wielu artystów.

Ten łagodny klimat umożliwił założenie w Kornwalii jedynej w UK plantacji herbaty, Tregothnan Estate, gdzie rocznie produkuje sie zaledwie 2 tony herbaty, przy czym większość eksportuje się do... Japonii, a nawet Chin, gdzie fakt, iż jest to herbata z Anglii, czyni z niej niezwykły rarytas, wart dużych pieniędzy.
Kiedy pada, warto wybrać się  do Eden Project, zwanego nieco na wyrost Ziemią w miniaturze. Są to dwie duże biosfery, jedna tropikalna, druga śródziemnorska, zbudowane na terenie dawnego kamieniołomu.  W środku można obejrzeć zdjęcia ‚przed‘ i ‚po‘ i podziwiać, jak miejsce brzydkie i zniszczone przekształcono w jeden z najciekawszych projektów ekologicznych na świecie, które odwiedzają miliony turystów rocznie. Eden Project dowodzi, że ekologii można uczyć w niebanalny sposób, dlatego jest to miejsce szczególnie polecane starszym dzieciom i młodzieży – w ciągu jednego dnia tutaj dowiedzą się więcej, niż w ciągu wielu godzin spędzonych w szkole.
Kolejnym  powodem, dla ktorego warto spędzić urlop w Kornwalii są lody i restauracje, szczególnie te firmowane nazwiskiem znanego z telewizji szefa kuchni Ricka Steina (w UK równie znanego, co np. Nigella). Jest tu też restauracja Jamiego, z sieci Fifteen (która to sieć jest jednocześnie fundacją charytatywną).
W Kornwalii działa wiele małych, rodzinnych firm lodziarskich, oferujących wyjątkowo pyszne lody, często o nietypowym smaku, nam najbardziej przypadły do gustu lody o smaku rhubarb crumble and custard (rabarbar z kruszonką i kremem angielskim). Na plaży Chapel Porth niepozorny drewniany sklepik serwuje słynne na cały świat hedgehog ice cream, czyli lody - jeże. Są to waniliowe lody unurzane w karmelizowanych kawałkach różnych rodzajów orzechów, co trochę przypomina jeża - stąd nazwa.

W ładnej miejscowości Padstow, do której dotrzeć można na wynajętych rowerach specjalnym szlakiem rowerowym, znajduje się kilka knajp i sklepów Ricka Steina. U polskiej obsługi zamówiliśmy klasyczną wyspiarską rybę z frytkami, czyli fish & chips, które okazały się tak smaczne obawiam się, że frytki z moich miejscowych fish & chips shops już nie bedą mi smakowały...


* Podobno zła sława przemytników jest niezasłużona, w każdym razie współcześni historycy nie malują ich w tak czarnych barwach.

28/04/2010

Jedzenie mięsa

UWAGA: Wpis zawiera drastyczne treści; najlepiej nie czytać w trakcie jedzenia.

W 1946 roku amerykańscy hodowcy drobiu zwietrzyli szansę na większe zyski - "nowy, wspaniały świat" inżynierii genetycznej. W USA ogłoszono konkurs na wyhodowanie kurczaka z większą ilością mięsa na piersi, za to jedzącego mniej karmy. W latach 40. zeszłego wieku zaczęto także stosować antybiotyki i inne środki farmaceutyczne, które stymulowały wzrost, jednocześnie ograniczając infekcje - nieuchronny rezultat coraz większego ścisku i nienaturalnych warunków, w jakich hodowano drób. Już w latach 50. pojawiły się dwa rodzaje kurcząt - nioski, czyli kury przeznaczone wyłącznie do znoszenia jaj, oraz brojlery - przeznaczone na mięso. Waga tych ostatnich wzrosła między 1935 a 1995 rokiem o 65%, przy jednoczesnym zmniejszeniu spożywanej karmy o 57%. Jak to możliwe? Ano tak, że dzisiejszy amerykański kurczak żyje dużo krócej, niż kurczaki w tradycyjnych, nieistniejących już niemal, gospodarstwach; w wyniku manipulacji genetycznej ma przerost piersi, przez całe krótkie życie ma do dyspozycji tyle miejsca, co mniej więcej kartka A4, nigdy nie ogląda słońca ani nie oddycha świeżym powietrzem. Inny rodzaj drobiu, indyki, są takimi potworami Frankensteina, że praktycznie wszystkie są niezdolne do rozmnażania się - niemal każdy indyk, który pojawia się na amerykańskim stole w święto Dziękczynienia, narodził się w wyniku sztucznego zapłodnienia. Myślicie może, że tzw. factory chicken, czyli kurczak z hodowli uprzemysłowionej, to mniejszość, że ich mięso przeznacza się tylko na śmieciowe jedzenie, jak osławione chicken nuggets, którym wojnę wypowiedział Jamie Oliver? W USA 99.9% kurcząt na mięso pochodzi z hodowli uprzemysłowionych. Tak - 99.9%. 99% indyków, 95% świń oraz 78% bydła w USA, kraju, do którego emigracja wciąż jest marzeniem tylu Polaków (jak słyszę, wciąż są kolejki pod konsulatem) pochodzi z hodowli uprzemysłowionej (factory farming). A co kryje się pod tymi dwoma słowami?
Poza niehumanitarnymi, często graniczącymi z sadyzmem warunkami życia i śmierci zwierząt, kryje się pod nimi także wykorzystywanie ludzi, dehumanizująca praca w nieludzkich warunkach (dlatego w USA na farmach i rzeźniach pracują głównie nielegalni imigranci, traktowani podle i źle opłacani, którzy nie mogą dochodzić swoich praw); jeziora ekskrementów, z którymi nic się nie robi, a które przenikają do gleby, rzek i jezior, zanieczyszczają powietrze na wiele kilometrów wokół i powodują astmę i inne choroby u mieszkających w bliskości takich przemysłowych farm-gigantów ludzi; potencjalne ryzyko epidemii, szczególnie grypy, z powodu masowego faszerowania zwierząt farmaceutykami, zaniku naturalnej odporności i strasznego stłoczenia, w jakim żyją (wirus grypy hiszpanki z 1918, który zabił 25-50, a niektórzy twierdzą, że ponad 100 mln ludzi na świecie, był wirusem ptasiej grypy); mięso grożące zatruciem salmonellą i innymi bakteriami. A tymczasem popyt na mięso, już ogromny (jemy dziś o wiele więcej mięsa, niż kiedykolwiek w historii ludzkiego gatunku, przeciętny Amerykanin zjada 21 000 zwierząt w całym swoim życiu - ile z tego ląduje na wysypiskach, bo USA także przoduje w marnotrawstwie?),  jeszcze wzrośnie, bo ponad miliard Hindusów i jeszcze więcej Chińczyków (w Indiach wciąż jeszcze duży procent populacji nie je mięsa - ale niestety popyt na nie rośnie) chcą jeść więcej niż obecnie - dużo więcej. A i tak 1/3 lądu na Ziemi już jest wykorzystywana do hodowli mięsa - na uprawę pasz, pastwiska etc. Hodowla zwierząt na mięso jest w większym stopniu odpowiedzialna za zmianę klimatu, niż wszystkie linie lotnicze i inne środki transportu razem wzięte - jest to wg wielu ekspertów przyczyna nr 1.
Wszystkie statystyki i przerażające informacje zaczerpnęłam z książki Jonathana Safrana Foera pt Eating Animals. Jeśli myślicie, że to, co napisałam, jest drastyczne - to wyobraźcie sobie 150 stron wypełnionych takimi liczbami i opisami.


Książka nastraja antyamerykańsko - pamiętam, jak mój wujek, który wyemigrował do USA i mieszka obecnie na Florydzie, roztaczał nam wizje kraju, gdzie jedzenie jest tanie i każdy może (się ob)jeść do syta. Było to powiedziane w tonie niemal nabożnym. Dziś wiem, że cena za pierś kurczaka z supermarketu przy kasie jest, owszem, niska (wujek dziś cierpi na dużą nadwagę i związane z nią problemy zdrowotne), ale cena długoterminowa, którą zapłacimy prędzej czy później wszyscy, idzie w setki miliardów. Nie sądzę, by wujek przeczytał tę książkę, ale mam nadzieję, że przeczyta ją jak najwięcej ludzi na całym świecie, postulowałabym nawet czytanie fragmentów w szkołach średnich - bo choć Foer, Amerykanin, pisze o Ameryce, USA, jak zawsze, prędzej czy później eksportuje the American way na cały świat. Korporacje, które zarabiają na uprzemysłowionej hodowli, działają już na całym świecie, w tym w Polsce. Co zgrabnie przywiodło mnie do Europy - czy u nas jest też tak źle? Jest lepiej, ale daleko nam do ideału. Nasze rozwarstwienie narodowe, tradycje regionalne, ruchy takie jak Slow Food i często krytykowane, ale tak naprawdę dobroczynne, subsydia i regulacje UE, uchroniły europejskie rolnictwo od całkowitego uprzemysłowienia. Jesteśmy bardziej świadomi realiów hodowli i rzeźni, i bardziej skłonni wydać więcej na regionalne specjały czy jedzenie organiczne i tzw. Freedom Food. Gwoli sprawiedliwości, nowoczesne metody hodowli sprawiają też, że zatrucia, w tym śmiertelne, jeszcze 100 lat temu występujące często, dziś są rzadkością. A przede wszystkim: głód, niegdyś rozpowszechniony, to dziś zjawisko rzadkie, przynajmniej w "pierwszym" świecie - to wielkie osiągnięcie. Musimy jednak zadbać o to, by zamiast brnąć w kierunku wyznaczanym przez USA, wyznaczać wyższe, bardziej humanitarne standardy i - wiem, że to kontrowersyjna propozycja - kupować mniej, za to wyższej jakości, a więc droższego mięsa.
Gdybym mieszkała w USA, wiem, że po przeczytaniu Foera mogłabym zrobić tylko jedno - przejść na wegetarianizm. Mieszkam w Europie, więc nie muszę całkowicie wyrzec się mięsa - moja rodzina nie chce się go wyrzec, poza tym mój syn, jak wiele dzieci autystycznych, i tak ma ograniczony jadłospis, i nie mogę całkowicie wyeliminować mięsa z jego diety. Co muszę zrobić, to kupować mniej, i to mięso organiczne, lub od rzeźnika, któremu mogę ufać. Nie da się przeskoczyć faktu, że jeść tak jest drożej. Kurczak najwyższej jakości kosztuje w naszym supermarkecie 3 lub 4 razy tyle, co zwykły - zatem będziemy jedli go mniej. Dla mnie nie jest to wyrzeczenie - przez ok. 10 lat nie jadłam prawie w ogóle mięsa. Jestem jednak smakoszką - i dlatego, jeśli mój mąż upiecze organicznego kurczaka, to go sobie nie odmówię. Ale nie mogę już zamykać oczu na realia związane z jedzeniem mięsa - za późno na to, by uciec w ignorancję (to, jak pisze Foer, najważniejsza, obok ceny, przyczyna, dla której konsumenci napychają kabzę nieetycznym hodowcom) - to musi być mięso, które nie spowoduje wyrzutów sumienia i które nie grozi zatruciem.
Podjęłam już kroki, by być pewną, skąd pochodzi mięso, którym karmię swoje dziecko - zapisałam się do Soil Association, która w UK przyznaje certyfikaty organiczne. Będziemy kupować tylko mięso z ich certyfikatem (lub Freedom Food), oraz w miejscowym gospodarstwie - zwierzęta widzimy na pastwisku i wiemy, że są dobrze traktowane.

23/04/2010

Steve Jobs is God

Podobno atmosfera w kwaterze głównej firmy Apple przypomina tę panującą wśród wyznawców kultu. Steve Jobs jest apoteizowany nie tylko przez swych podwładnych - rzesze fanów Apple na całym świecie chylą przed nim czoła. I ja do nich należę, bowiem jestem przywiązana do mego iPhone'a w większym stopniu, niż do którejkolwiek z poprzednio posiadanych komórek, z tej prostej przyczyny, że je przewyższa pod wieloma względami.
Obiecywałam dawno temu, że napiszę o aplikacjach, a pewna osoba, świeżo upieczona właścicielka iPhone'a, niedawno mnie o to prosiła, a zatem przyszła pora.
Od razu zaznaczam, że korzystam jak dotąd wyłącznie z darmowych aplikacji - nie wypróbowałam np. najnowszej (uruchomiona w zeszłym tygodniu) aplikacji Nigelli, choć mam wielką chęć, ani bardzo przydatnej podobno aplikacji Jamiego, 20 Minutes Meals, dlatego, że są płatne. Nie gotuję codziennie, zatem nie mogę usprawiedliwić takiego wydatku (niewielkiego zresztą, ale zawsze).
Wszystkie, z których korzystam, są w języku angielskim. Kiedyś natrafiłam jednak na polską aplikację ułatwiającą zakupy, Listonic, i poleciłam koleżankom. Jedna napisała potem tak: "Specjalne podziękowania dla Anny Marii za oświecenie w temacie aplikacji na komórkę pt. lista zakupów. Dziś pierwszy raz byłam w Tesco z taką listą i zakupy świateczne jeszcze nigdy nie były taką przyjemnością. Listę układa się w domu, w internecie, trzeba ściągnąć aplikację na komórkę, w sklepie tę aplikację uruchomić i odhaczać "enterem" już zakupione produkty. Bajka!" Niewątpliwą zaletą Listonic jest to, że nie wymaga iPhone'a ani innego smartphone'a (podobno mówi się już w Pl "smartfony"?) - wystarczy "zwykła" komórka. 


Jedną z najbardziej znanych, a jednocześnie najbardziej frapujących i magicznych jest aplikacja Shazam. Ile razy zastanawialiście się słysząc coś w radiu albo w TV: kto to śpiewa? czyja to piosenka? jaki ma tytuł? Korzystając z Shazam możesz się dowiedzieć w ciągu kilku sekund - wystarczy skierować telefon w kierunku źródła dźwięku, wyrecytować "Comperio Sonos!"* a na ekranie wkrótce pojawi się nazwa wykonawcy! No dobrze, zażartowałam z zaklęciem, ale i tak jest to aplikacja rodem z Hogwarts.
Także magiczna, dla osób niewtajemniczonych w arkana nowoczesnych technologii (moi), jest modna ostatnio (i płatna) aplikacja Hipstamatic. Sprawia ona, że zdjęcia zrobione iPhonem, a więc cyfrowo, wyglądają jak zrobione aparatem starej daty (analogowym), można nawet osiągnąć efekt zbliżony do sepii, poza tym dzięki czarodziejskim mocom tej aplikacji, zdjęcia wyglądają o niebo lepiej, niż te zrobione bez.
Aplikacja, z której korzystam jak na razie najczęściej, to Vouchercloud. To aplikacja, która pokazuje wszystkie zniżki, wyprzedaże i promocje dostępne w mojej okolicy (znowu, iPhone magicznie wie, gdzie w danej chwili jestem, taki ten iPhone sprytny). Ostatnio np. dostałam 10% zniżki na czekoladki z Hotel Chocolat - wystarczyło, że pokazałam na chwilkę telefon ekspedientce. Lista zniżek jest podzielona na przydatne kategorie, np. bary i puby, sklepy z ciuchami, rekreacja itp. Nie wiem jednak, czy ta aplikacja przydałaby się komuś spoza UK. Także osobom mieszkającym tutaj mogę polecić aplikację National Trust. National Trust to instytucja, która zarządza wieloma zabytkowymi posiadłościami, zamkami etc. Dzięki aplikacji możemy się zorientować, będąc w dowolnym miejscu w Anglii i Walii, gdzie są najbliższe ciekawe obiekty NT, w jakich godzinach są otwarte, sprawdzić ich adres etc.
Liczba aplikacji sięga już 185 tysięcy (dane z 8 kwietnia tego roku) i codziennie przybywa nowych. Jedno jest pewne: czy chcemy gotować, czytać, śpiewać, uczyć się, robić zakupy, wygrać pubowy quiz (popularna w UK rozrywka),  grać - na wszystko jest app (tak się tu mówi, nikt nie używa pełnej nazwy application), i to niejedna.


* Coś w rodzaju "Znajdź dźwięk!" - moja łacina jest zardzewiała.

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails