Showing posts with label ekologia. Show all posts
Showing posts with label ekologia. Show all posts

12/07/2011

Jak ocalić pszczoły

Byłam zdziwiona odzewem, jaki wzbudził mój post o losie pszczół. Przekonałam się wtedy, że wiele osób jest zaniepokojonych ginięciem pszczół i że śledzą medialne doniesienia na ten temat. O tym, że świadomość społeczna problemu rośnie z każdym miesiącem, przekonałam się w minioną sobotę, kiedy to miałam przyjemność odwiedzić jedną z dorocznych imprez ogrodnicznych Royal Horticultural Society (kolejnej niesamowitej Wyspiarskiej organizacji o długiej i bogatej tradycji): Hampton Court Flower Show. O ile odbywająca się wcześniej Chelsea Flower Show, wystawa pełna VIP-ów, otwierana przez królową, jest bardziej znana, to jednak prawdziwi pasjonaci ogrodnictwa uważają wystawę w Hampton Court za lepszą: odbywa się na większym terenie, bez celebrytów i ekip TV (w każdym razie znacznie mniej jest blichtru, jak z naciskiem mówili mi wszyscy bywalcy), w spektakularnym sąsiedztwie pałacu Tudorów (gdzie są, obok Petworth, najwspanialsze kuchnie i gdzie odbywają się arcyciekawe pokazy historycznego gotowania), i można obejrzeć dokładnie te same ogrody, co w Chelsea.
Widok z góry: na pierwszym planie "ogród jadalny" (Edible Garden), w tle - pałac Hampton Court
Wszystkie te wystawy razem składają się na największą imprezę ogrodniczą na świecie - zważywszy na tubylcze umiłowanie grzebania w ziemi i wkład w botanikę, gdzież indziej? O samej wystawie napiszę jednak w innym miejscu - wspominam o niej dlatego, że motywem przewodnim dla wielu wystawców było ocalenie pszczół i innych owadów zapylających i tak wielu bee - friendly gardens chyba jeszcze w historii tej imprezy nie było.
Bardzo, bardzo chciałabym mieć kiedyś własny przyjazny pszczołom ogród. Pocieszam się, że ogród za płotem, moich sąsiadów, z którymi jesteśmy bardzo zaprzyjaźnieni, jest pod tym względem wręcz ideałem - sąsiadka (towarzyszyła mi w ostatnią sobotę) od lat świadomie sadzi takie rośliny, które przyciągają pszczoły i bąki. To oznacza, że miesza takie kwiaty, jak lawenda i wiciokrzew, z drzewami i krzewami owocującymi: pszczoły potrzebują bowiem i pyłku, i nektaru. Słowo "pestycydy" to w jej słowniku najszpetniejsze przekleństwo - szkodniki zwalczane są w sposób organiczny, choćby nawet ręcznie, a na obrzeżach ogrodu rosną sobie przyjazne pszczołom "chwasty", np. pokrzywy. W UK są już firmy, które specjalizują się w takich ogrodach: zakładając nowy, można kupić gotowe mieszanki nasion, z ktorych wyrosną ogrody- łąki, imitujące prawdziwe łąki, najprzyjaźniejsze zapylaczom środowisko. 
Na wielkim show rolniczym, The New Forest Show, odbywającym się u nas co roku, swoje stoiska miało kilka takich firm.
Nicholas reklamuje pszczelolubny ogród
Na innym stoisku
Jeśli nie masz ogrodu, firmy kosmetyczne Burt's Bees i Melvita (obie oferują dobrej jakości, naturalne produkty) wspierają różne projekty pomagające pszczołom - Melvita nawet hoduje pszczoły w ...Covent Garden!

30/07/2010

7 polskich osobliwości i niedorzeczności

Tylko 7?! No wiem, to zdecydowanie za mało, ale ponieważ obgadując Anglików ograniczyłam się do 7, to niech będzie sprawiedliwie. Listę opracowałam w oparciu o zupełnie nienaukowe badania opinii publicznej, na którą złożył się osobisty Anglik, inni znajomi Anglicy, którzy w Polsce byli lub mają częste kontakty z Polakami, oraz forum dla Polek w Anglii na portalu Gazety. Ciekawymi obserwacjami na temat Polski i Polaków dzieli się też Anglo-Australijczyk Michael Moran (chyba jedyny cudzoziemiec mieszkający w Polsce i o niej piszący, który nie ma w żyłach ani kropli polskiej krwi - nawet mój osobisty Anglik miał prababkę Polkę) w książce pod znamiennym tytułem Kraj z Księżyca
(ja mam wydanie w oryginale, czyli po angielsku).

Spodziewam się, że po tym poście spadną na mnie gromy, bo jednej rzeczy uczy się szybko każdy polski emigrant - jak nie mieszkasz w Polsce, to wara ci od krytykowania czegokolwiek. Jak pisał parę lat temu The Economist w artykule o Polakach, pod wiele mówiącym tytułem Prickly to a Fault (w wolnym tłumaczeniu - Obrażalscy), cudzoziemiec, który ośmieli się powiedzieć o Polsce coś, co nie jest pełnym zachwytów komplementem, naraża się na wysłuchanie monologu - litanii polskich krzywd i usprawiedliwień (Niemcy, Ruscy, Powstanie, komuna, Stalin, Hitler, bla, bla) dla wszystkiego, co jest w Polsce nie tak. Polacy, którzy wyjechali z Polski na stałe, nie muszą słuchać lekcji historii (choć i to się zdarza), ale też absolutnie nie wolno im krytykować kraju, który "porzucili". O nie, ta narodowa przyjemność (narzekanie) zarezerwowana jest dla Polaków, którzy heroicznie wybrali zmaganie się z polską rzeczywistością. Jestem zatem w pełni przygotowana na pouczające komentarze.
1. Wiele osób z zagranicy, zwłaszcza mających obsesję na punkcie health and safety Brytyjczyków, poraża polska nieumiejętność przewidywania konsekwencji i lekceważenie bezpieczeństwa. W wielu krajach czujniki dymu są obowiązkowe, w UK lecą nawet telewizyjne spoty, przypominające o wymianie baterii w czujnikach. Co roku dzięki czujnikom tysiące ludzi unika śmierci w płomieniach. W każdym miejscu pracy i w każdym miejscu publicznym drogi ewakuacji są wyraźnie oznaczone a pracownicy regularnie szkoleni. Nawet dzieci wiedzą, że w raziu pożaru NIE należy korzystać z windy. Ile osób mieszkających w polskich blokach ma czujniki lub wie, co robić, gdyby na ich piętrze wybuchł pożar? Ta sama postawa, zwana czasem eufemistycznie "ułańską fantazją" pokutuje na drogach, latem nad rzekami i jeziorami etc. W UK nie ma gniazdek w łazience, dla bezpieczeństwa, tymczasem w Pl niejedna osoba, w tym była Miss Polski (czy Polonia) zakończyła życie w wannie, bo im do wody wpadła włączona do prądu suszarka.
2. To, że mimo narzekań na biedę, Polacy generalnie rzecz biorąc nie oszczędzają energii czy wody i nie segregują śmieci - tu akurat przyznaję, że winny jest częściowo brak infrastruktury i brak edukacji. W całej dużej wsi moich rodziców nie ma ani jednego pojemnika do recyklingu (mają wozić puszki czy butelki do Krakowa?!) - w Anglii każdy dom ma taki pojemnik w obejściu, każdy supermarket na parkingu ma też duże pojemniki na szkło, ubrania etc, rzeczy, których nie recykluje się w przydomowych pojemnikach. I, jako że mówimy o kraju, gdzie ludzie uciekają NA wieś, a nie do miasta (tytuł programu TV: Escape to the country), infrastruktura na wsi dorównuje miejskiej. 25 mln Brytyjczyków regularnie robi zakupy online, to też ułatwia życie na wsi.
3. Kobiety "w wojennych barwach i pełnym rynsztunku" już o 6 rano, nawet jeśli wychodzą tylko wynieść śmieci. Przebieranie się za każdym razem, kiedy wychodzą z domu - nawet jeśli tylko do kiosku (sama instytucja kiosku też niektórych dziwi, zwłaszcza ich okratowanie). Mnie osobiście dziwią powszechne komentarze, sprowadzające się często do, cyt. "ochyda" (pisownia oryginalna), gdy na portalach modowych, z którymi współpracuję, pokazujemy obuwie wygodne i popularne w innych krajach: FitFlops, sandały typu MBT, nawet mokasyny (!), ostatnio szalenie w Anglii modne drewniaki  - liczba negatywnych komentarzy zawsze przewyższa pozytywne. W Polsce obuwie "ładne" to zawsze szpilki, ewent. kozaki na szpilce. Jak wiadomo, sama szpilki lubię, ale kocham też moje FitFlops, poza tym szpilki to nie jest  obuwie odpowiednie na każdą okazję. Moja znajoma, która zarabia na życie obserwując trendy, twierdzi, że w Polsce znacznie bardziej lubiana jest estetyka włoska, która stawia na seksowny wygląd, niż anglosaska, która stawia na wygodę i indywidualizm. Barbour i Hunter jeszcze długo nie będą w Polsce sprzedawać swoich kurtek i kaloszy.
4. Całowanie się mężczyzn w policzki, całowanie kobiet w rękę. Starszym kojarzy się ze słynnymi cmokami sowieckich grubych ryb - do dziś pokazuje się tu zdjęcia Breżniewa, siarczyście całującego w usta innego oficjała.
5. Dziwactwa związane z jedzeniem: jest ich długa lista, poczynając od popijania posiłku czystą wódką*, poprzez to, że miłość do ziemniaków połączona jest z kompletną niewiedzą na temat różnych gatunków, i to, że są podpisane "ziemniaki" (w UK każdy gatunek jest opisany z nazwy i do tego z instrukcją, czy nadaje się na piuree czy na frytki), do dyskutowania o dietach PRZY obfitym obiedzie.
6. Puszczanie psów samopas, trzymanie ich w obejściu na łańcuchu(!), trzymanie bernardyna w M3 na 10 piętrze.  W UK zwierzę to "pet", ulubieniec, który mieszka w domu, i którego opiekunowie to "mummy" i "daddy", a nie "pan" i "pani", z całą pewnością też nie jest od ujadania na przechodniów przy ogrodzeniu. NIE MA tu bezpańskich psów i jest to jeden z powodów, dla którego nie ma tu też wścieklizny.
7. Wszystkie napisy w miejscach publicznych są w groźnym, wrogim tonie: Zabrania się! Nie wolno! Nie siadać na trawie! etc. W UK tego typu napisy są często w tonie proszącym: Please, do not... A na trawie wszędzie można siadać i piknikować.

* Moi przyjaciele Duńczycy przybyli kiedyś na polskie wesele spragnieni, był gorący letni dzień. Na stołach stały dzbanki z przezroczystym płynem. "O, nareszcie woda" - pomyśleli. Oczywiście, jak zgadliście zapewne, była to wódka - o wodę musieli poprosić.

28/06/2010

Ogłoszenia parafialne

Dziś kilka "ogłoszeń parafialnych" na różne tematy często tu poruszane, a które, jak wiem, mogą Was zainteresować.




Jesteśmy dziś w żałobie, dlaczego - patrz wyżej (w dodatku głównie z powodu dwóch obywateli niemieckich z Polski rodem), a zatem poprawiamy sobie humor truskawkami prosto z pola. Uwielbiam popularny tu od lat 70. system zwany pick your own (PYO) czyli "nazbieraj sam/a". Wielu rolników, zwłaszcza tych uprawiających owoce, pozwala klientom własnoręcznie je zbierać. Cena zebranych truskawek czy porzeczek jest zwykle nieco wyższa, niż w sklepie, ale zbierając można się też najeść do syta aromatycznych owoców prosto z krzaczka, poza tym mamy pewność, że są one świeże (owoce w supermarkecie często przywożone są z odległych krajów i przechowywane tygodniami). Truskawki z mojego lokalnego pola są tak pyszne, jak polskie, jest ich kilka gatunków do wyboru, no i nie muszę chyba mówić, że są o niebo smaczniejsze, niż te z supermarketu. Taka wyprawa na farmę to też doskonała zabawa dla dzieci. Nicholas wrócił z wyprawy pokryty truskawkowym sokiem, zafascynował go też obracający się strach na ptaki. Osobom mieszkającym tutaj polecam, powyżej podlinkowałam stronę, gdzie można sprawdzić, czy takie PYO jest w okolicy. Nasze mieści się naprzeciwko Hillier Gardens, pięknego arboretum światowej klasy, o którym napiszę przy okazji opowieści o tym, jakie jeszcze atrakcje mamy wokół Winchesteru.
Piłka tenisowa dlatego, że truskawki z bitą śmietaną to symbol trwającego właśnie Wimbledonu - publiczność zjada je tonami.


Pisałam we wrześniu zeszłego roku o Wizarding World of Harry Potter - park właśnie otwarto i wszystkie doniesienia w brytyjskich mediach, zarówno prasowe, jak i telewizyjne,  pełne zachwytów, bardzo mnie zachęciły. Bardzo chciałabym zabrać tam Nicholasa. 


Z frontu książkowo-kucharskiego: już idzie do mnie Flavour Thesaurus autorstwa Niki Segnit. Aż nie chce się wierzyć, że nikt przed nią nie wpadł na ten pomysł. Thesaurus to słownik synonimów - w tej książce nie chodzi oczywiście o słowa, lecz o sugestie, jakie smaki są "synonimami", czyli dobrze się łączą, jaki aromat podkreśla i wydobywa inny itd. Czyli np. masz w domu dużo ogórków - zaglądasz do tego "słownika" pod hasło "ogórek" i masz sugestie, z czym możesz je połączyć, i przepisy na to, jak wykorzystać nadurodzaj. Genialne.


Z frontu konkursowego: wygrałam kolejny, czwarty czy piąty już w tym roku konkurs: nagroda to dwa bilety na Festival of Speed w Goodwood na piątek (festiwal trwa od czwartku do niedzieli w tym tygodniu). Jest to jedna z największych i najbardziej prestiżowych  imprez motoryzacyjnych na świecie, gdzie co roku pojawiają się gwiazdy Formuły I (w tym roku mają być zarówno Jenson Button, jak i Lewis Hamilton), oraz celebryci związani z motoryzacją, np. trójka z Top Gear, w tym mój ulubiony Jeremy Clarkson. Bilety są drogie - co czyni tę wygraną jeszcze milszą niespodzianką jest fakt, że tydzień temu mąż powiedział z nutą przygnębienia w głosie, że chciałby kiedyś pojechać na Goodwood. Spełnianie marzeń  to jest to, co Tygrysy lubią najbardziej. 






O naszym dniu w Goodwood napiszę po powrocie, postaram się też sfotografować jak najwięcej samochodów, z których większość, jeśli nie wszystkie, kosztuje więcej, niż ja zarobię w ciągu całego życia.



03/06/2010

Kanarek w kopalni?

Nie wiem, czy w polskich kopalniach górnicy też zabierali ze sobą kanarka w klatce, schodząc w dół. Tak robili angielscy, kornwalijscy i walijscy - przed nadejściem nowoczesnych technologii to kanarek swoim zgonem obwieszczał podwyższony poziom niebezpiecznych gazów, czasem na tyle w porę, by górnicy zdążyli się ewakuować. Stąd powiedzenie: a canary in a coal mine, używane w odniesieniu do wymierających gatunków.
Niektórzy dziś w roli kanarka obsadzają pszczoły i bąki - tylko, że ich śmierć zwiastuje... koniec świata, w każdym razie takiego, jaki znamy. Jak powiedział Albert Einstein ( już cytowany) -  przetrwanie gatunku ludzkiego zależy od przetrwania pszczół i innych owadów zapylających (pollinators). Ocenia się, że ponad 1/3 całej żywności, którą zjadamy, uzyskiwana jest dzięki pracy pszczół. Demografowie roztaczają wizje konieczności podwojenia produkcji żywności, jeśli chcemy wyżywić rosnącą liczbę ludzi*, a tymczasem pszczoły, niezbędne ogniwo w tym procesie, zaczynają ginąć. Jest to zjawisko ogólnoświatowe. W UK w zeszłym roku liczba rojów zmniejszyła się o ok. 18%, choć rzeczywistość może być jeszcze gorsza: brytyjscy pszczelarze alarmują, że ginie im nawet jeden rój na każde trzy. Podobna sytuacja jest w USA, gdzie wielu naukowców ściga się o ustalenie przyczyny. Bo jak na razie nikt nie wie, dlaczego pszczoły zaczęły umierać, nie wiadomo też, czy jest  tylko jedna, główna przyczyna, czy też powodów jest cały szereg . Wielu wskazuje na pestycydy i chemikalia używane w ogrodnictwie do kontroli niepożądanych "gości". Inni podejrzewają, że urbanizacja i rolnictwo zabierają najbardziej sprzyjające pszczołom ekosystemy - dzikie łąki. Jeszcze inna teoria dotyczy chorób. Na szczęście wielu naukowców pracuje już nad tym problemem. Co może jednak zrobić przeciętny Kowalski i Smith? W UK British Beekepers Association zorganizowało akcję Adopt a Beehive (Zaadoptuj ul). Nie każdy może zostać pszczelarzem (chociaż są tacy, co trzymają ule na dachach w Londynie - można już kupić miód londyński), ale każdy może być "udziałowcem". Działa to na tej samej zasadzie, co adopcja drzewa oliwnego (może słyszeliście) - w zamian za roczną opłatę otrzymujesz kilka litrów oliwy z "twojego" drzewa lub miodu z ula - nic więcej nie musisz robić, Twoje i innych opłaty finansują gaje oliwne i nowe ule i zarobki ludzi nimi się zajmujących. Uważam, że to znakomite prezenty i zamierzam kupić taki "udział" pod choinkę mężowi.
Wiele firm wspiera też badania nad pszczołami i pszczelarstwo.  Kupując od nich, pośrednio pomagasz pszczołom.
Założona przez biologa i pszczelarza francuska marka Melvita to moje ostatnie kosmetyczne odkrycie. Ich kosmetyki są organiczne, doskonałej jakości, a część z nich wykorzystuje miód, propolis i mleczko pszczele. Próbowałam, polecam.

Na zdjęciu wisiorek jednego z najsławniejszych projektantów biżuterii w UK, Alexa Monroe. B. lubię jego biżuterię.

Wszystkie dane zaczerpnęłam z materiałów Soil Association, organizacji, do której należę.

*Jak wielu zwolenników organicznych upraw, nie zgadzam się z tym poglądem. Zamiast koncentrować się na intensywnych uprawach, genetycznych modyfikacjach i uprzemysłowionej hodowli, Amerykanie i w coraz większym stopniu także Europejczycy powinni przede wszystkim ograniczyć karygodne marnotrawstwo żywności i skończyć z przejadaniem się i jedzeniem mięsa kilka razy dziennie każdego dnia.

27/05/2010

Chelsea Flower Show

Jednym z najważniejszych objawów Syndromu Wyspiarskiego, na który cierpią Brytyjczycy i Japończycy, jest obsesja na punkcie ogrodnictwa. Ma ona wiele zalet - to ona sprawia, że w Kew Gardens przechowuje się ogromny bank nasion, dzięki czemu wiele roślin już ocalono i w przyszłości będzie można ocalić od całkowitego wyginięcia. Nie sposób przecenić wkład Brytyjczyków w botanikę a także w sztukę ogrodniczą. Co roku o tej porze w Londynie odbywa się organizowana przez Royal Horticultural Society wielka impreza ogrodnicza, Chelsea Flower Show - bilety na nią są rozchwytywane, i z łatwością uwierzyłabym, gdyby ktoś mi powiedział, że ten show przyciąga tylu celebrytów, co żaden inny w UK. Zaczynając od królowej i innych członków rodziny królewskiej, przez Jamiego O. i innych znanych szefów kuchni po gwiazdy filmu, muzyki i TV - jeśli chcecie brylować w towarzystwie elit, zapomnijcie o klubach i premierach, w Londynie to pokaz ogrodów jest najlepszą wejściówką w mieście. Oczywiście, w zgodzie z tradycją, która mi się tak bardzo podoba, jest to też okazja, by dać zarobić organizacjom charytatywnym  (o tym, jak prężnie działa tu filantropia, napiszę osobno) i często fundacje pokazują własne ogrody, w tym roku np. można obejrzeć dedykowany Stephenowi Hawkingowi ogród Motor Neuron Disease Association.
Co wieczór BBC pokazuje wybrane ogrody, możecie je także obejrzeć na stronie RHS.
Poniżej kilka, które mi się najbardziej spodobały.

Japoński ogród Waterless Water Garden, który szczególnie dobrze sprawdziłby się jako ogród na dachu:
Ogród zainspirowany wiktoriańskim umiłowaniem ptaków, Victorian Aviary Garden - bogaci Wiktorianie często mieli ptaszarnie.
Ogród przyjazny pszczołom - Bee-Friendly Garden, ze słynnym zdaniem Alberta Einsteina o tym, że gdyby wszystkie pszczoły wyginęły, ludziom zostałyby tylko 4 lata życia przed totalną zagładą (ogród ma szerzyć świadomość, że to zagrożenie b. realne, niestety - pszczoły zaczynają ginąć, o czym napiszę osobno).

Coś dla faszonistek - ogród Christian before Dior - czyli zainspirowany nastoletnimi latami Christiana Diora, którego fascynacja kwiatami i ich zapachem zaprowadziła go ostatecznie na wyżyny mody. Marynarka na ławce jest oczywiście marki Dior.


I na koniec coś z okolic Zmysłowej Karoliny - Welcome to Yorkshire Rhubarb and Custard Garden - zwróćcie uwagę na wielką "michę rabarbaru z custard", tradycyjnego angielskiego połączenia smaków.

30/04/2010

Kornwalia 2008

Tekst ten ukazał się w sieci po raz pierwszy w 2008 roku, w nieistniejącym dziś portalu Polot.pl.

Sądzicie, że tylko Szkoci noszą spódniczki (kilts)? Niewiele osób wie, że także Kornwalijczycy, którzy tak jak Szkoci są narodem celtyckim, mają własne kilts –niektóre są, jak szkockie, w kratę, ale, co ciekawe, narodowa barwa kornwalijskiego kiltu to czerń.
Wybierając się do Kornwalii, pamiętajmy o celtyckim dziedzictwie Kornwalii i uszanujmy jej odrębność. Kornwalijczyk - patriota powie, że jest Cornish, a nie English, i podkreśli, że Kornwalia to nie angielskie hrabstwo (county), lecz odrębne księstwo (duchy). Język kornwalijski, który jest podobny do walijskiego, jest językiem martwym, ale w wielu miejscach zobaczymy jeszcze napisy po kornwalijsku. Jak chce legenda, król Artur pochodził z Kornwalii – do dziś można oglądać ruiny zamku tego mitycznego władcy w Tintagel, choć nie ma żadnych dowodów na to, iż król mieszkał w owym zamku.

Kornwalia to jeden z najbiedniejszych regionów UK, co widać. W wielu nadmorskich miejscowościach niewielu zostało tubylców, a dawne domki rybaków to teraz letnio-weekendowe rezydencje Londyńczyków. Po upadku przemysłu wydobywczego i rybołówstwa, oprócz często słabo płatnej turystyki niewiele jest tu zajęćwięc młodzi wyjeżdżają. A zastępują ich w dużej mierze Polacy i inni przybysze z Europy Wschodniej, pracujący latem w licznych restauracjach, barach i hotelach.
Jest to jednocześnie kraina słynąca na cały świat z naturalnego piękna, mająca burzliwą i romantyczną historię, którą zresztą fanki twórczości Daphne du Maurier na pewno znają.
Du Maurier, choć urodziła się w Londynie, uważała się za Kornwalijkę. To tutaj ta niezwykle popularna pisarka spędziła większość życia. Wiele jej powieści zainspirowały kornwalijskie mity i legendy, a także dramatyczne piękno krajobrazu. Historie o piratach i przemytnikach, którzy zwabiali statki na skały a następnie rabowali ładunek*, pojawiały się także w książkach innych zafascynowanych Kornwalią pisarzy.

Kornwalia przyciąga turystów i letników także wyjątkowo łagodnym, ciepłym mikroklimatem. Przyjechaliśmy tu w pierwszym tygodniu września, ale temperatury wciąż sięgały 20 stopni C. Słynne kornwalijskie plaże okazały się tak urodziwe, jak oczekiwałam, a dodatkowo o tej porze roku były już niemal puste, na pewno tubylców zniechęciło drugie już z kolei 'najgorsze lato stulecia'. Niezwykłe jest tu swiatło, które przyciąga wielu artystów.

Ten łagodny klimat umożliwił założenie w Kornwalii jedynej w UK plantacji herbaty, Tregothnan Estate, gdzie rocznie produkuje sie zaledwie 2 tony herbaty, przy czym większość eksportuje się do... Japonii, a nawet Chin, gdzie fakt, iż jest to herbata z Anglii, czyni z niej niezwykły rarytas, wart dużych pieniędzy.
Kiedy pada, warto wybrać się  do Eden Project, zwanego nieco na wyrost Ziemią w miniaturze. Są to dwie duże biosfery, jedna tropikalna, druga śródziemnorska, zbudowane na terenie dawnego kamieniołomu.  W środku można obejrzeć zdjęcia ‚przed‘ i ‚po‘ i podziwiać, jak miejsce brzydkie i zniszczone przekształcono w jeden z najciekawszych projektów ekologicznych na świecie, które odwiedzają miliony turystów rocznie. Eden Project dowodzi, że ekologii można uczyć w niebanalny sposób, dlatego jest to miejsce szczególnie polecane starszym dzieciom i młodzieży – w ciągu jednego dnia tutaj dowiedzą się więcej, niż w ciągu wielu godzin spędzonych w szkole.
Kolejnym  powodem, dla ktorego warto spędzić urlop w Kornwalii są lody i restauracje, szczególnie te firmowane nazwiskiem znanego z telewizji szefa kuchni Ricka Steina (w UK równie znanego, co np. Nigella). Jest tu też restauracja Jamiego, z sieci Fifteen (która to sieć jest jednocześnie fundacją charytatywną).
W Kornwalii działa wiele małych, rodzinnych firm lodziarskich, oferujących wyjątkowo pyszne lody, często o nietypowym smaku, nam najbardziej przypadły do gustu lody o smaku rhubarb crumble and custard (rabarbar z kruszonką i kremem angielskim). Na plaży Chapel Porth niepozorny drewniany sklepik serwuje słynne na cały świat hedgehog ice cream, czyli lody - jeże. Są to waniliowe lody unurzane w karmelizowanych kawałkach różnych rodzajów orzechów, co trochę przypomina jeża - stąd nazwa.

W ładnej miejscowości Padstow, do której dotrzeć można na wynajętych rowerach specjalnym szlakiem rowerowym, znajduje się kilka knajp i sklepów Ricka Steina. U polskiej obsługi zamówiliśmy klasyczną wyspiarską rybę z frytkami, czyli fish & chips, które okazały się tak smaczne obawiam się, że frytki z moich miejscowych fish & chips shops już nie bedą mi smakowały...


* Podobno zła sława przemytników jest niezasłużona, w każdym razie współcześni historycy nie malują ich w tak czarnych barwach.

Marzę o wakacjach - część trzecia

Ekologiczne może być nie tylko jedzenie. Ubrania, kosmetyki, a także nieruchomości - moje największe marzenie to wybudowanie domu ekologicznego, w ogóle nie konsumującego energii - tzw. passive house. Turystyka to często zagrożenie dla ekosystemów pięknych miejsc, ale powstają już ekologiczne hotele. W zeszłym roku w jednym z najbardziej malowniczych zakątków UK, Kornwalii, otwarto ekologiczny hotel Scarlet. Na pomysł wybudowania hotelu, który udowodni, że by wypoczywać bez obciążania środowiska nie trzeba wyrzekać się wygody i luksusu, wpadły trzy siostry. W hotelu zainstalowano panele słoneczne, dzięki którym podgrzewana jest woda w basenie; bojler, który zapewnia resztę ogrzewania, przetwarza biomasę; obsługa zachęcana jest do car -share (podwożenia się, dzielenia samochodu - jest to zresztą system coraz bardziej propagowany także w dużych miastach); niemal wszystkie odpadki są recyclowane lub kompostowane - nawet resztki świec są oddawane do fabryczki świec, która przetapia je na nowe świece; wentylacja jest w pełni naturalna - sprytne zaprojektowanie budynku wyeliminowało  konieczność instalowania klimatyzacji.
Wnętrza urządzono wykorzystując miejscowe materiały i ozdobiono dziełami lokalnych artystów - w St Ives w Kornwalii od lat  mieszka i tworzy wielu artystów, ze względu na niezwykłe światło.
Dorzućmy do tego malownicze widoki z okien (co widać na trzecim zdjęciu), ajurwedyczne spa i zajęcia jogi, a także zdrową kuchnię - to hotel moich marzeń.
W Kornwalii spędziliśmy wakacje latem 2008 roku - napisałam wtedy relację dla polonijnego portalu. Niestety portal poległ w starciu z kryzysem i tekstu nie ma już w necie, zamieszczam go więc w osobnym poście, bo Kornwalia to miejsce warte odwiedzin.



28/04/2010

Jedzenie mięsa

UWAGA: Wpis zawiera drastyczne treści; najlepiej nie czytać w trakcie jedzenia.

W 1946 roku amerykańscy hodowcy drobiu zwietrzyli szansę na większe zyski - "nowy, wspaniały świat" inżynierii genetycznej. W USA ogłoszono konkurs na wyhodowanie kurczaka z większą ilością mięsa na piersi, za to jedzącego mniej karmy. W latach 40. zeszłego wieku zaczęto także stosować antybiotyki i inne środki farmaceutyczne, które stymulowały wzrost, jednocześnie ograniczając infekcje - nieuchronny rezultat coraz większego ścisku i nienaturalnych warunków, w jakich hodowano drób. Już w latach 50. pojawiły się dwa rodzaje kurcząt - nioski, czyli kury przeznaczone wyłącznie do znoszenia jaj, oraz brojlery - przeznaczone na mięso. Waga tych ostatnich wzrosła między 1935 a 1995 rokiem o 65%, przy jednoczesnym zmniejszeniu spożywanej karmy o 57%. Jak to możliwe? Ano tak, że dzisiejszy amerykański kurczak żyje dużo krócej, niż kurczaki w tradycyjnych, nieistniejących już niemal, gospodarstwach; w wyniku manipulacji genetycznej ma przerost piersi, przez całe krótkie życie ma do dyspozycji tyle miejsca, co mniej więcej kartka A4, nigdy nie ogląda słońca ani nie oddycha świeżym powietrzem. Inny rodzaj drobiu, indyki, są takimi potworami Frankensteina, że praktycznie wszystkie są niezdolne do rozmnażania się - niemal każdy indyk, który pojawia się na amerykańskim stole w święto Dziękczynienia, narodził się w wyniku sztucznego zapłodnienia. Myślicie może, że tzw. factory chicken, czyli kurczak z hodowli uprzemysłowionej, to mniejszość, że ich mięso przeznacza się tylko na śmieciowe jedzenie, jak osławione chicken nuggets, którym wojnę wypowiedział Jamie Oliver? W USA 99.9% kurcząt na mięso pochodzi z hodowli uprzemysłowionych. Tak - 99.9%. 99% indyków, 95% świń oraz 78% bydła w USA, kraju, do którego emigracja wciąż jest marzeniem tylu Polaków (jak słyszę, wciąż są kolejki pod konsulatem) pochodzi z hodowli uprzemysłowionej (factory farming). A co kryje się pod tymi dwoma słowami?
Poza niehumanitarnymi, często graniczącymi z sadyzmem warunkami życia i śmierci zwierząt, kryje się pod nimi także wykorzystywanie ludzi, dehumanizująca praca w nieludzkich warunkach (dlatego w USA na farmach i rzeźniach pracują głównie nielegalni imigranci, traktowani podle i źle opłacani, którzy nie mogą dochodzić swoich praw); jeziora ekskrementów, z którymi nic się nie robi, a które przenikają do gleby, rzek i jezior, zanieczyszczają powietrze na wiele kilometrów wokół i powodują astmę i inne choroby u mieszkających w bliskości takich przemysłowych farm-gigantów ludzi; potencjalne ryzyko epidemii, szczególnie grypy, z powodu masowego faszerowania zwierząt farmaceutykami, zaniku naturalnej odporności i strasznego stłoczenia, w jakim żyją (wirus grypy hiszpanki z 1918, który zabił 25-50, a niektórzy twierdzą, że ponad 100 mln ludzi na świecie, był wirusem ptasiej grypy); mięso grożące zatruciem salmonellą i innymi bakteriami. A tymczasem popyt na mięso, już ogromny (jemy dziś o wiele więcej mięsa, niż kiedykolwiek w historii ludzkiego gatunku, przeciętny Amerykanin zjada 21 000 zwierząt w całym swoim życiu - ile z tego ląduje na wysypiskach, bo USA także przoduje w marnotrawstwie?),  jeszcze wzrośnie, bo ponad miliard Hindusów i jeszcze więcej Chińczyków (w Indiach wciąż jeszcze duży procent populacji nie je mięsa - ale niestety popyt na nie rośnie) chcą jeść więcej niż obecnie - dużo więcej. A i tak 1/3 lądu na Ziemi już jest wykorzystywana do hodowli mięsa - na uprawę pasz, pastwiska etc. Hodowla zwierząt na mięso jest w większym stopniu odpowiedzialna za zmianę klimatu, niż wszystkie linie lotnicze i inne środki transportu razem wzięte - jest to wg wielu ekspertów przyczyna nr 1.
Wszystkie statystyki i przerażające informacje zaczerpnęłam z książki Jonathana Safrana Foera pt Eating Animals. Jeśli myślicie, że to, co napisałam, jest drastyczne - to wyobraźcie sobie 150 stron wypełnionych takimi liczbami i opisami.


Książka nastraja antyamerykańsko - pamiętam, jak mój wujek, który wyemigrował do USA i mieszka obecnie na Florydzie, roztaczał nam wizje kraju, gdzie jedzenie jest tanie i każdy może (się ob)jeść do syta. Było to powiedziane w tonie niemal nabożnym. Dziś wiem, że cena za pierś kurczaka z supermarketu przy kasie jest, owszem, niska (wujek dziś cierpi na dużą nadwagę i związane z nią problemy zdrowotne), ale cena długoterminowa, którą zapłacimy prędzej czy później wszyscy, idzie w setki miliardów. Nie sądzę, by wujek przeczytał tę książkę, ale mam nadzieję, że przeczyta ją jak najwięcej ludzi na całym świecie, postulowałabym nawet czytanie fragmentów w szkołach średnich - bo choć Foer, Amerykanin, pisze o Ameryce, USA, jak zawsze, prędzej czy później eksportuje the American way na cały świat. Korporacje, które zarabiają na uprzemysłowionej hodowli, działają już na całym świecie, w tym w Polsce. Co zgrabnie przywiodło mnie do Europy - czy u nas jest też tak źle? Jest lepiej, ale daleko nam do ideału. Nasze rozwarstwienie narodowe, tradycje regionalne, ruchy takie jak Slow Food i często krytykowane, ale tak naprawdę dobroczynne, subsydia i regulacje UE, uchroniły europejskie rolnictwo od całkowitego uprzemysłowienia. Jesteśmy bardziej świadomi realiów hodowli i rzeźni, i bardziej skłonni wydać więcej na regionalne specjały czy jedzenie organiczne i tzw. Freedom Food. Gwoli sprawiedliwości, nowoczesne metody hodowli sprawiają też, że zatrucia, w tym śmiertelne, jeszcze 100 lat temu występujące często, dziś są rzadkością. A przede wszystkim: głód, niegdyś rozpowszechniony, to dziś zjawisko rzadkie, przynajmniej w "pierwszym" świecie - to wielkie osiągnięcie. Musimy jednak zadbać o to, by zamiast brnąć w kierunku wyznaczanym przez USA, wyznaczać wyższe, bardziej humanitarne standardy i - wiem, że to kontrowersyjna propozycja - kupować mniej, za to wyższej jakości, a więc droższego mięsa.
Gdybym mieszkała w USA, wiem, że po przeczytaniu Foera mogłabym zrobić tylko jedno - przejść na wegetarianizm. Mieszkam w Europie, więc nie muszę całkowicie wyrzec się mięsa - moja rodzina nie chce się go wyrzec, poza tym mój syn, jak wiele dzieci autystycznych, i tak ma ograniczony jadłospis, i nie mogę całkowicie wyeliminować mięsa z jego diety. Co muszę zrobić, to kupować mniej, i to mięso organiczne, lub od rzeźnika, któremu mogę ufać. Nie da się przeskoczyć faktu, że jeść tak jest drożej. Kurczak najwyższej jakości kosztuje w naszym supermarkecie 3 lub 4 razy tyle, co zwykły - zatem będziemy jedli go mniej. Dla mnie nie jest to wyrzeczenie - przez ok. 10 lat nie jadłam prawie w ogóle mięsa. Jestem jednak smakoszką - i dlatego, jeśli mój mąż upiecze organicznego kurczaka, to go sobie nie odmówię. Ale nie mogę już zamykać oczu na realia związane z jedzeniem mięsa - za późno na to, by uciec w ignorancję (to, jak pisze Foer, najważniejsza, obok ceny, przyczyna, dla której konsumenci napychają kabzę nieetycznym hodowcom) - to musi być mięso, które nie spowoduje wyrzutów sumienia i które nie grozi zatruciem.
Podjęłam już kroki, by być pewną, skąd pochodzi mięso, którym karmię swoje dziecko - zapisałam się do Soil Association, która w UK przyznaje certyfikaty organiczne. Będziemy kupować tylko mięso z ich certyfikatem (lub Freedom Food), oraz w miejscowym gospodarstwie - zwierzęta widzimy na pastwisku i wiemy, że są dobrze traktowane.

20/12/2009

I po urodzinach

Ostatnie dni upływają pod znakiem różnych przyjemności. W piątek, dzięki uprzejmości naszych wspaniałych sąsiadów (dobry sąsiad to prawdziwy skarb), którzy pełnili obowiązki babysitter, mogliśmy wybrać się wspólnie do kina - rzadka gratka. Obejrzeliśmy, oczywista, Avatar - piszę oczywista, bo to największy obecnie blockbuster. Film obejrzeliśmy w 3D, choć w tym samym kinie można go też było obejrzeć w 2D - polecam jednak trójwymiarową wersję.


Film jest fe-no-me-nalny. Owszem, sama historia, jak we wszystkich filmach Camerona, jest na poziomie przeciętnym, ale chyba nikt nie oczekiwał fabuły na miarę Obywatela Kane czy Ojca Chrzestnego? Kto widział Terminatora czy Titanica, ten wie, że Cameron wydeptuje nowe ścieżki, jeśli chodzi o efekty i stronę techniczną kina, za to jego scenariusze sięgają do motywów znanych i sprawdzonych (no zresztą słynna teoria głosi, że tak jak w literaturze, w kinie jest tylko 7 main (or basic) plots  czyli 7 podstawowych historii, cała literatura piękna i scenariusze to wariacje na tych 7 tematów)*. Mamy zatem historię zderzenia chciwości i drapieżności naszego gatunku ze stylem życia innej rasy, który opiera się na harmonii z przyrodą. Mogę się założyć, że Avatar więcej zdziała dla podniesienia świadomości ekologicznej u setek milionów ludzi, niż wszystkie doniesienia medialne ze szczytu w Kopenhadze razem wzięte. Są też w filmie wcale niezaowalowane odniesienia do Bushowej wojny z terrorem (war on terror). Ale to ekologiczne przesłanie jest największym osiągnieciem tego filmu.
Efekty są istotnie spektakularne, a 3D sprawiało, że oboje odczuliśmy nieraz lęk wysokości. Mimika i ruchy Na'vi, czyli mieszkańców planety Pandora, są niezwykle sugestywne i nietrudno uwierzyć w ich alternatywny świat. Polecam.
Wczoraj obchodziliśmy 40tkę męża. Obudziłam się rano i stwierdziłam, że koło mnie pochrapuje jakiś stary facet! Sernik okazał się wyśmienity i wart swojej ceny. Wieczorem poszliśmy na wspólne urodzinowe drinki do pubu - tak się składa, że dwie osoby z naszego kręgu znajomych także miały 40. urodziny, 18 i 20 grudnia, więc postanowiliśmy celebrować wspólnie. Było jak zawsze, wesoło, mam szczęście, że wraz z mężem zyskałam cały gotowy zestaw przyjaciół - w zeszłym tygodniu byłam na przykład na dorocznym babskim Christmas party - żony i narzeczone z naszej paczki co jakiś czas spotykają się tylko w damskim gronie i jestem na te sabaty zapraszana - często wtedy, gdy mężowie i narzeczeni robią coś wspólnie.

* Tym którzy chcą się dowiedzieć, jakie to tematy, polecam książkę Christophera Bookera pt. The 7 Basic Plots: Why we tell stories. Informacje na ten temat można też znaleźć w necie.

17/12/2009

Kopenhaga


Wczoraj pisałam o ukochanej Danii, stali czytelnicy wiedzą też, że ekologia to jedno z moich licznych zainteresowań, nie mogę więc nie napomknąć o szczycie. Po pierwsze, brawa dla Duńczyków za zorganizowanie tak dużego przedsięwzięcia, z właściwą dla Duńczyków gościnnością i brakiem ostentacji. Wiem, że są krytykowani, ale ręka do góry ci, którzy zorganizowaliby to lepiej. To właśnie Skandynawia wiedzie prym w ekologii i reszta krajów mogłaby się od Duńczyków wiele nauczyć.
Oczy świata skierowane są na "moją"  Kopenhagę, gdzie wszyscy chcą osiągnąć jakieś rozwiązanie, a jednocześnie każdy ogląda się na innych, i czeka, aż ktoś inny zrobi pierwszy krok. To frustrujące. Ale moim skromnym zdaniem w przyszłości (o ile jakaś przyszłość będzie) ten moment zostanie uznany za przełomowy (tipping point*), moment, kiedy wszyscy, którzy się liczą i mają wpływ na losy świata, zajęli stanowisko, że klimat rzeczywiście się zmienia. Głosy opozycjonistów i idiotów w rodzaju Sarah Palin przestały się liczyć. Ci, którzy kwestionują zmiany klimatyczne, mają prawo do swego zdania, ale to nie ich będą słuchali politycy. Nawet jeśli szczyt okaże się teraźniejszym fiaskiem, w dłuższej perspektywie będzie początkiem wielkich zmian, mam nadzieję, że na lepsze.
Najpilniejszym problemem jest osiągnięcie "optymalnej" populacji - świat już jest przeludniony a do 2050 ma nas być 9 miliardów. Najwięcej w krajach takich jak Chiny i Indie, które chcą konsumować na poziomie co najmniej zachodnioeuropejskim, jeśli nie amerykańskim. Dlaczego mieliby nie chcieć? Tylko że dla wszystkich nie starczy, albo starczy, ale kosztem lasów, puszcz i przyrody. Nieprzypadkowo to znany przyrodnik i dokumentalista, który w UK jest człowiekiem - instytucją, i który robi najlepsze filmy przyrodnicze na świecie, David Attenborough, jest patronem Optimum Population Trust, fundacji, której misją jest propagowanie niskiego wzrostu naturalnego.
Przeludnienie odczuwam na własnej skórze, bo na południu Anglii gęstość zaludnienia dorównuje gęstości w niektórych miastach Chin. Stąd m.in. astronomiczne ceny nieruchomości i wzrost ksenofobicznych, wręcz faszystowskich sentymentów - partie nacjonalistyczne i antyimigranckie, które kiedyś miały kilkuset zwolenników w całym kraju i nie grały żadnej roli na arenie politycznej, teraz mają swoich przedstawicieli w parlamentach (krajowym i europejskim). Jeszcze gorzej jest w takich krajach jak Austria.
Nie chcę jednak kończyć tego posta na smutno, wklejam więc zdjęcie znanego działacza ekologicznego, który ze względu na walory osobiste (ekhem) i fakt, że jest bardzo bogatym potomkiem rodu Rotszyldów stał się "poster boy" ruchu ekologicznego. David de Rotschild - the thinking woman's crumpet (ciacho dla kobiety myślącej):

*Jeśli ktoś chce zgłębić teorię punktu przełomowego, polecam słynną na świecie książkę Malcolma Gladwella pt. The Tipping Point.

26/11/2009

Sugestie dla świętego Mikołaja - część jedenasta

Podobno węch to najwcześniejszy z ludzkich zmysłów - najpierw wyewoluowaliśmy węch, dopiero później wzrok, słuch i dotyk. Czuły węch był bardziej przydatny w przetrwaniu, niż zawodny wzrok - to głównie węch ostrzega nas przed zepsutym jedzeniem, i dlatego kobiety w ciąży, które natura stara się chronić przed zatruciem, mają węch niczym owczarki (co dla mnie było bardziej przekleństwem, niż błogosławieństwem, gdy w ciąży musiałam skorzystać z metra - ten atak smrodliwego podziemnego "powietrza" był nieznośny). Jest najbardziej atawistycznym zmysłem - nic tak nie przywołuje wspomnień, jak zapachy, i to wonie, bardziej niż obrazy czy dźwięki, wywołują w nas tak niekontrolowane, fizyczne reakcje jak mdłości, ale też błogość i miłosną tęsknotę. Dlatego i zapach potraw, i perfum, wywołuje w nas tak silne uczucia.

Moje dzieciństwo to zapach "zielonego jabłuszka", szamponu pokrzywowego i kremu Nivea. Nie mogę powiedzieć, bym za tymi niezwykle sztucznie i tanio woniejącymi (bo zawierały głównie jak najtańsze syntetyczne substancje) kosmetykami tęskniła. Dziś szukam kosmetyków zawierających jak największe stężenie ekstraktów roślinnych oraz substancji czynnych, takich jak kwasy czy retinoidy. Dokładnie czytam etykietki i nie chcę płacić za mieszanki wody, konserwantów, silikonów i barwników, z reklamowanym na opakowaniu wyciągiem gdzieś na szarym końcu składników (im dalej na liście, tym mniejsza ilość w kosmetyku) skoro mogę kupić takie, które zawierają wyłącznie naturalne olejki i ekstrakty. Poza tym, że jest to bardziej eko, nie bez znaczenia jest fakt że jest to po prostu lepsza VFM (value for money).W UK jest już duży wybór kosmetyków organicznych, wiele z nich to marki rodzime. Przy czym są to rzeczywiście kosmetyki eko, z odpowiednimi certyfikatami, a nie tzw. naturalne. Słowo "naturalne" to często li tylko marketing, a ponieważ prawnie można reklamować kosmetyk jako "naturalny", mimo, że wcale nie jest ekologiczny, wiele wcale nieekologicznych marek to wykorzystuje.
Ja używam wielu kosmetyków niemieckich marek Weleda i Lavera. Ze sprawdzonego źródła wiem, że kosmetyków pielęgnacyjnych do ciała Weledy używają Demi Moore i Claudia Schiffer (naprawdę używają, nie jest to, jak często bywa w takich przypadkach, wymysł redakcji jednego z magazynów kobiecych) i ja również mogę polecić kultowy krem na suche miejsca Skin Food oraz serię brzozową do ciała - szczególnie peeling. Są one dostępne w Polsce.
Z brytyjskich marek mogę polecić np. Neal's Yard Remedies. Jest to firma z długą tradycją, której kosmetyki są świetnej jakości, a jednocześnie nie są zbyt drogie. Ich nowa linia Power Berry wykorzystuje modne owoce jagodowe: acai, borówki amerykańskie i winogrona. Bardzo przyjemne w użyciu i skuteczne.

Bardzo lubię też kosmetyki greckiej firmy Korres. W UK pojawiły się one stosunkowo niedawno, ale już są dostępne w wielu sklepach internetowych, i to najlepiej świadczy o ich jakości. Korres oferuje oprócz pielęgnacji także przyzwoitą kolorówkę.


Do tematu zapachu wrócę, gdy cdn.
P.S. Jeśli możecie polecić polskie marki ekologiczne, chętnie skorzystam z Waszych rekomendacji.

15/09/2009

Things I like III

Na koniec chciałam zrehabilitować symbol zacofania i ciemnogrodu, czyli moherowy beret. Ten na zdjęciu firmuje Alberta Ferretti, a więc marka znana z wyrafinowanej elegancji, a beret kosztuje 75 funtów, jest więc raczej poza zasięgiem polskich słuchaczek RM, ale dowodzi, że nie każdy moherowy beret jest be (na stronie sklepu My Wardrobe jest zdjęcie modelki w tym berecie, gdyby ktoś chciał się przekonać, jak ten beret wygląda na żywej osobie. Mnie się podoba, zwłaszcza fioletowy choć jest i czarny)



Skoro mowa o rehabilitacji przedmiotów, które są lub były bardzo uncool, wskrzeszono Trabanta. Trabant 2009 ma nie tylko nową, "wypasioną" karoserię, ale przede wszystkim jest nowiutki i ekologiczny w środku, jest bowiem elektryczny. Podejrzewam, że mój idol Jeremy Clarkson nie zostawi na nim suchej nitki w Top Gear. Elektryczny i niemiecki - dwa słowa, które działają na Jeremiego jak czerwona płachta na byka. Będzie wesoło.

05/07/2009

Etyczny labirynt


O ekologii słyszał każdy, kto nie spędził ostatnich 20 lat w jaskini w Afganistanie. Znacznie mniej osób słyszało jednak o Fairtrade (Sprawiedliwym Handlu), carbon footprint czy carbon offset. Te ostatnie pojęcia odnoszą się do "odcisku stopy" (carbon footprint to "odcisk" jaki nasza konsumpcja zasobów zostawia na środowisku naturalnym) oraz do równoważenia tego negatywnego odcisku. Zachodnie linie lotnicze od dawna oferują możliwość dodania do ceny biletu carbon offset payment - latanie jest bardzo szkodliwe dla środowiska, zatem są już wyspecjalizowane organizacje, które obliczą, ile drzew trzeba posadzić, by zrównoważyć ilość dwutlenku węgla, jaką nasza podróż do np Australii przysporzyła środowisku. I płacąc za bilet, można, a raczej powinno się, zapłacić za posadzenie tych drzew.
O etyczności naszej konsumpcji mówi się w tutejszych mediach nieustająco. Świadomy klient ma jednak często do czynienia z prawdziwym moralnym labiryntem. Bo czy lepiej kupić mięso nieorganiczne, ale brytyjskie, czy może nowozelandzkie, ale organiczne (prawidłowa odpowiedź: miejscowe jest zawsze bardziej etyczne)? Czy lepiej wybrać Tshirt firmowany znaczkiem Fairtrade (czyli gwarantujący rolnikom i robotnikom z trzeciego świata sprawiedliwe stawki) czy może z organicznej bawełny (nieorganicznie uprawiana bawełna to jeden z najbardziej toksycznych plonów)? Dylematy te (na które zresztą można znaleźć odpowiedź na stronach organizacji ekologicznych) wynikają z faktu, że niewiele towarów spełnia wszystkie warunki, by być produktem w 100% etycznym. Tym bardziej zaciekawiła mnie ulotka o kawie Miya (co znaczy"córcia" w kolumbijskiej hiszpańszczyźnie), znaleziona w miejscowej knajpce. Miya to pierwsza na świecie kawa, która jest w 100% organiczna, w 100% Fairtrade i Footprint Friendly. To ostatnie to przyrzeczenie, że podróż z Kolumbii, gdzie ziarna zebrano i przygotowano do sprzedaży, oraz produkcja i druk materiałów reklamowych są zawsze równoważone np. przez sponsorowanie zalesiania Parku Narodowego Kibali w Ugandzie.
Właściciele firmy (lokalny patriotyzm każe mi podkreślić, że Miya ma siedzibę w pobliskim mieście Southampton) mówią wprost, że ich kawa jest nieco droższa, niż wiele innych na rynku, ale nie ze względu na chęć wyższych zysków, lecz dlatego, że ochrona środowiska i godziwa zapłata dla dostawców mają swoją cenę. Cynik powie, że to tylko marketingowa sztuczka, ale nawet przyjmując, że to sprytny PR, to nie ma wszak nic złego w chwaleniu się etycznością swego biznesu. Zdecydowanie wolę to, niż reklamę opierającą się wyłącznie na najniższej cenie.

10/05/2009

Fajfy, czyli angielska herbatka


Z okazji urodzin mąż zabrał mnie na tradycyjną angielską afternoon tea. Uwielbiam tę tradycję, choć jest zgubna dla linii. Poszliśmy do dawnego dworu, obecnie hotelu, Lainston House, malowniczo położonego wśród pól i łąk Hampshire.
O tym, że Wyspiarze kochają herbatę, wie chyba każde dziecko.
Nasza popołudniowa herbatka składała się z małych kanapek z ogórkiem, łososiem i drobno posiekanym jajkiem z odrobiną majonezu; scones czyli słodkich, kruchych babeczek, oraz różnych ciast, a także, oczywiście, czarnej herbaty (wybraliśmy Earl Grey). Do scones podano dżem malinowy, lemon curd i clotted cream zamiast masła. Clotted cream to bardzo gęsta i tłusta śmietana, która konsystencją i smakiem przypomina masło, i tradycyjnie powinna pochodzić z Kornwalii lub Devonu. To właśnie ten region w UK wyjątkowo upodobał sobie popołudniową herbatkę, i często słyszy się tam o cream tea lub Cornish tea. Lemon curd zaś to słodki sos, kręcony z żółtek, cukru i soku z cytryny, z dodatkiem skórki cytrynowej - nakłada się go na scones zamiast dżemu.
Panuje tu obecnie moda na kupowanie wyłącznie lokalnych produktów i tych, które są w sezonie. Na menu mieliśmy zatem podane, gdzie hotel kupił łososia, jajka, a nawet, z którego młyna pochodziła mąka na ciasta i ciastka. Wszystkie produkty były brytyjskie, a niektóre nawet miejscowe - np. jajka pochodziły z gospodarstwa znajdującego się zaledwie o parę mil od hotelu. Jest to nie tylko istotne ze względu na świeżość produktów, ale przede wszystkim ze względu na to, że jest ekologiczne i etyczne. Jak tu mówią - można zabić dwa ptaki jednym kamieniem (kill two birds with one stone) czyli po polsku upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Hotel wspiera miejscowych rolników, a żywność nie podróżuje tysiące kilometrów zanieczyszczającymi powietrze samolotami i ciężarówkami.

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails