UWAGA: Wpis zawiera drastyczne treści; najlepiej nie czytać w trakcie jedzenia.
W 1946 roku amerykańscy hodowcy drobiu zwietrzyli szansę na większe zyski - "nowy, wspaniały świat" inżynierii genetycznej. W USA ogłoszono konkurs na wyhodowanie kurczaka z większą ilością mięsa na piersi, za to jedzącego mniej karmy. W latach 40. zeszłego wieku zaczęto także stosować antybiotyki i inne środki farmaceutyczne, które stymulowały wzrost, jednocześnie ograniczając infekcje - nieuchronny rezultat coraz większego ścisku i nienaturalnych warunków, w jakich hodowano drób. Już w latach 50. pojawiły się dwa rodzaje kurcząt - nioski, czyli kury przeznaczone wyłącznie do znoszenia jaj, oraz brojlery - przeznaczone na mięso. Waga tych ostatnich wzrosła między 1935 a 1995 rokiem o 65%, przy jednoczesnym zmniejszeniu spożywanej karmy o 57%. Jak to możliwe? Ano tak, że dzisiejszy amerykański kurczak żyje dużo krócej, niż kurczaki w tradycyjnych, nieistniejących już niemal, gospodarstwach; w wyniku manipulacji genetycznej ma przerost piersi, przez całe krótkie życie ma do dyspozycji tyle miejsca, co mniej więcej kartka A4, nigdy nie ogląda słońca ani nie oddycha świeżym powietrzem. Inny rodzaj drobiu, indyki, są takimi potworami Frankensteina, że praktycznie wszystkie są niezdolne do rozmnażania się - niemal każdy indyk, który pojawia się na amerykańskim stole w święto Dziękczynienia, narodził się w wyniku sztucznego zapłodnienia. Myślicie może, że tzw.
factory chicken, czyli kurczak z hodowli uprzemysłowionej, to mniejszość, że ich mięso przeznacza się tylko na śmieciowe jedzenie, jak osławione
chicken nuggets, którym wojnę wypowiedział Jamie Oliver? W USA 99.9% kurcząt na mięso pochodzi z hodowli uprzemysłowionych. Tak -
99.9%. 99% indyków, 95% świń oraz 78% bydła w USA, kraju, do którego emigracja wciąż jest marzeniem tylu Polaków (jak słyszę, wciąż są kolejki pod konsulatem) pochodzi z hodowli uprzemysłowionej (
factory farming). A co kryje się pod tymi dwoma słowami?
Poza niehumanitarnymi, często graniczącymi z sadyzmem warunkami życia i śmierci zwierząt, kryje się pod nimi także wykorzystywanie ludzi, dehumanizująca praca w nieludzkich warunkach (dlatego w USA na farmach i rzeźniach pracują głównie nielegalni imigranci, traktowani podle i źle opłacani, którzy nie mogą dochodzić swoich praw); jeziora ekskrementów, z którymi nic się nie robi, a które przenikają do gleby, rzek i jezior, zanieczyszczają powietrze na wiele kilometrów wokół i powodują astmę i inne choroby u mieszkających w bliskości takich przemysłowych farm-gigantów ludzi; potencjalne ryzyko epidemii, szczególnie grypy, z powodu masowego faszerowania zwierząt farmaceutykami, zaniku naturalnej odporności i strasznego stłoczenia, w jakim żyją (wirus grypy hiszpanki z 1918, który zabił 25-50, a niektórzy twierdzą, że ponad 100 mln ludzi na świecie, był wirusem ptasiej grypy); mięso grożące zatruciem salmonellą i innymi bakteriami. A tymczasem popyt na mięso, już ogromny (jemy dziś o wiele więcej mięsa, niż kiedykolwiek w historii ludzkiego gatunku, przeciętny Amerykanin zjada
21 000 zwierząt w całym swoim życiu - ile z tego ląduje na wysypiskach, bo USA także przoduje w marnotrawstwie?), jeszcze wzrośnie, bo ponad miliard Hindusów i jeszcze więcej Chińczyków (w Indiach wciąż jeszcze duży procent populacji nie je mięsa - ale niestety popyt na nie rośnie) chcą jeść więcej niż obecnie - dużo więcej. A i tak 1/3 lądu na Ziemi już jest wykorzystywana do hodowli mięsa - na uprawę pasz, pastwiska etc. Hodowla zwierząt na mięso jest w większym stopniu odpowiedzialna za zmianę klimatu, niż wszystkie linie lotnicze i inne środki transportu razem wzięte - jest to wg wielu ekspertów
przyczyna nr 1.
Wszystkie statystyki i przerażające informacje zaczerpnęłam z książki
Jonathana Safrana Foera pt Eating Animals. Jeśli myślicie, że to, co napisałam, jest drastyczne - to wyobraźcie sobie 150 stron wypełnionych takimi liczbami i opisami.
Książka nastraja antyamerykańsko - pamiętam, jak mój wujek, który wyemigrował do USA i mieszka obecnie na Florydzie, roztaczał nam wizje kraju, gdzie jedzenie jest tanie i każdy może (się ob)jeść do syta. Było to powiedziane w tonie niemal nabożnym. Dziś wiem, że cena za pierś kurczaka z supermarketu przy kasie jest, owszem, niska (wujek dziś cierpi na dużą nadwagę i związane z nią problemy zdrowotne), ale cena długoterminowa, którą zapłacimy prędzej czy później wszyscy, idzie w setki miliardów. Nie sądzę, by wujek przeczytał tę książkę, ale mam nadzieję, że przeczyta ją jak najwięcej ludzi na całym świecie, postulowałabym nawet czytanie fragmentów w szkołach średnich - bo choć Foer, Amerykanin, pisze o Ameryce, USA, jak zawsze, prędzej czy później eksportuje
the American way na cały świat. Korporacje, które zarabiają na uprzemysłowionej hodowli, działają już na całym świecie, w tym w Polsce. Co zgrabnie przywiodło mnie do Europy - czy u nas jest też tak źle? Jest lepiej, ale daleko nam do ideału. Nasze rozwarstwienie narodowe, tradycje regionalne, ruchy takie jak Slow Food i często krytykowane, ale tak naprawdę dobroczynne, subsydia i regulacje UE, uchroniły europejskie rolnictwo od całkowitego uprzemysłowienia. Jesteśmy bardziej świadomi realiów hodowli i rzeźni, i bardziej skłonni wydać więcej na regionalne specjały czy jedzenie organiczne i tzw.
Freedom Food. Gwoli sprawiedliwości, nowoczesne metody hodowli sprawiają też, że zatrucia, w tym śmiertelne, jeszcze 100 lat temu występujące często, dziś są rzadkością. A przede wszystkim: głód, niegdyś rozpowszechniony, to dziś zjawisko rzadkie, przynajmniej w "pierwszym" świecie - to wielkie osiągnięcie. Musimy jednak zadbać o to, by zamiast brnąć w kierunku wyznaczanym przez USA, wyznaczać wyższe, bardziej humanitarne standardy i - wiem, że to kontrowersyjna propozycja - kupować mniej, za to wyższej jakości, a więc droższego mięsa.
Gdybym mieszkała w USA, wiem, że po przeczytaniu Foera mogłabym zrobić tylko jedno - przejść na wegetarianizm. Mieszkam w Europie, więc nie muszę całkowicie wyrzec się mięsa - moja rodzina nie chce się go wyrzec, poza tym mój syn, jak wiele dzieci autystycznych, i tak ma ograniczony jadłospis, i nie mogę całkowicie wyeliminować mięsa z jego diety. Co muszę zrobić, to kupować mniej, i to mięso organiczne, lub od rzeźnika, któremu mogę ufać. Nie da się przeskoczyć faktu, że jeść tak jest drożej. Kurczak najwyższej jakości kosztuje w naszym supermarkecie 3 lub 4 razy tyle, co zwykły - zatem będziemy jedli go mniej. Dla mnie nie jest to wyrzeczenie - przez ok. 10 lat nie jadłam prawie w ogóle mięsa. Jestem jednak smakoszką - i dlatego, jeśli mój mąż upiecze organicznego kurczaka, to go sobie nie odmówię. Ale nie mogę już zamykać oczu na realia związane z jedzeniem mięsa - za późno na to, by uciec w ignorancję (to, jak pisze Foer, najważniejsza, obok ceny, przyczyna, dla której konsumenci napychają kabzę nieetycznym hodowcom) - to
musi być mięso, które nie spowoduje wyrzutów sumienia i które nie grozi zatruciem.
Podjęłam już kroki, by być pewną, skąd pochodzi mięso, którym karmię swoje dziecko - zapisałam się do
Soil Association, która w UK przyznaje certyfikaty organiczne. Będziemy kupować tylko mięso z ich certyfikatem (lub Freedom Food), oraz w miejscowym gospodarstwie - zwierzęta widzimy na pastwisku i wiemy, że są dobrze traktowane.