Showing posts with label nieruchomości. Show all posts
Showing posts with label nieruchomości. Show all posts

21/01/2015

Wolf Hall na ekranie

... już dzisiaj wieczorem!

Wolf Hall to jeden z najbardziej oczekiwanych seriali 2015 roku, i pierwszy odcinek BBC pokaże dziś wieczorem. Nakręcono go na podstawie dwóch pierwszych części trylogii o Tomaszu Cromwellu, Wolf Hall i Bring Up The Bodies, autorstwa jednej z najlepszych współczesnych pisarek angielskich, Hilary Mantel. Obie otrzymały prestiżową nagrodę The Man Booker, trzecia część ukaże się w tym roku, i jest na wszystkich listach najbardziej antycypowanych książek 2015. Oparte na książkach sztuki teatralne odniosły ogromny sukces - bilety były wyprzedane, a krytycy nie szczędzili pochwał.
W rolę Cromwella wcieli się mało jak dotąd znany poza Wielką Brytanią Mark Rylance - tu jest on jednak prawdziwym tytanem sceny, jednym z najlepszych aktorów teatralnych, uwielbianym zarówno przez publiczność, jak i krytyków.
W związku z serialem media brytyjskie są pełne obecnie Henryka Ósmego i Tudorów. Ta synchronizacja to jeden z powodów, dla którego tak cenię BBC - dużej wagi wydarzenia kulturalne są analizowane i dyskutowane na różnych kanałach BBC, choć Wolf Hall jest tak ważny, że biorą w tym udział także pozostałe media, np The Times zamieścił specjalny, świetnie opracowany dodatek o Tudorach, napisany w głównej mierze przez ekspertów, nie pracowników redakcji. Nie jest to czysta promocja, ograniczająca się do wywiadów z aktorami - w moim ulubionym radiu, BBC4, słuchałam na przykład rozmowy z kompozytorką muzyki do serialu (sądząc z fragmentów, doskonałej), która fascynująco opowiadała o tworzeniu współcześnie muzyki, która ma oddać ducha epoki.
Inna moja ulubiona brytyjska instytucja, National Trust, podała też informacje o tym, które z należących do nich nieruchomości wykorzystano w serialu. Z sześciu odwiedziłam dwie (jeśli jednak doliczyć posiadłości wymienione w książkach, zaliczyłam ich więcej - często bywałam w The Vyne w Hampshire).
Nicholas i ja w ogrodzie Montacute House
Te, które wystąpią w serialu, a które miałam szczęście zwiedzić, to imponujący Montacute House w hrabstwie Somerset oraz Lacock Abbey w Wiltshire.
Moje zdjęcie Montacute House


Nicholas i ja przed Lacock Abbey w Wiltshire - obecnie mieści się tu światowej sławy muzeum fotografii, bo tu mieszkał jeden z jej wynalazców
Lacock Abbey




Wieś Lacock, w której kręcono też m.in. Dumę i Uprzedzenie (serial), Cranford, oraz sceny do dwóch filmów z cyklu Harry Potter

20/06/2014

Pożądanie w cieniu lipy

Astronomiczne ceny nie tylko nieruchomości, ale także ziemi, sprawiają, że Wielka Brytania zajmuje niechlubne pierwsze miejsce w Europie pod względem powierzchni nowych domów - są one najmniejsze. Nawet wydzierający ziemię morzu Holendrzy budują większe nieruchomości, nie mówiąc już o Niemczech czy Polsce, gdzie także procent prywatnych budów jest znacznie większy - około 50%, podczas gdy w Wielkiej Brytanii tylko niecałe 10% nowych domów budowanych jest prywatnie (tzw. self-builds), głównie przez architektów i ludzi ponadprzeciętnie zamożnych. Ma to związek nie tylko z cenami, ale także bardzo rygorystycznymi przepisami dotyczącymi stylu i estetyki. Dzięki temu w Wielkiej Brytanii nie ma, jak w Polsce, neonów szpecących stare kamienice, ani talerzy satelitarnych na zabytkowych budynkach, nie ma naćkanych wszędzie billboardów ani bazarowej pstrokacizny, albo plastikowych, XXI- wiecznych okien w  XIX- wiecznym domu. Nie ma baraków psujących piękne krajobrazy, rdzewiejących wraków samochodów w obejściach, nie ma całej tej architektonicznej anarchii i podejścia "wolnoć- Tomku-w -swoim-domku" - tu każdy właściciel, jeśli chce np. rozbudować dom, musi nie tylko dostać na to pozwolenie, po uprzednim przedstawieniu dokładnych planów, ale też poinformować o tym bezpośrednich sąsiadów, którzy mogą te plany oprotestować.
Takie przepisy są zatem obosieczną bronią, bo choć chronią nas wszystkich od brzydoty, budowa domu od podstaw wymaga spełnienia ostrych wymagań, i to wyjaśnia, dlaczego tak niski procent Brytyjczyków decyduje się na budowę, i dlaczego tak wielu z nich to architekci lub właściciele firm budowlanych. Znakomita większość*, która chce kupić nowy dom, zdana jest na developerów. W dodatku tutaj właściwie wszystkie nowe nieruchomości sprzedawane są "pod klucz" - z pełną armaturą w łazienkach i meblami kuchennymi. Owszem, możesz zażyczyć sobie niestandardowe wykończenie i wybrać wszystko z katalogu, ale developer dolicza sobie taki narzut na takie materiały, że to się zupełnie nie opłaca. Zatem i nasz dom będzie miał standardowe krany, zlewy, kolor ścian itp.

I stąd tytułowe pożądanie w cieniu lipy (w ogrodzie mamy drzewo lipowe, nie wiązy) - indywidualny charakter mogę osiągnąć dzięki meblom itp, ale wiele z nich jest poza moim zasięgiem. Mam jednak nadzieję, że będzie to dom ciepły i przytulny, z dużą dozą duńskiego hygge. A na pewno będzie w nim dużo książek, oraz książek kucharskich i sów - te dwie moje kolekcje to najważniejsza część mego ziemskiego dobytku, oprócz ubrań, bo, jak powiedziała Carrie Bradshaw, patrząc na swą pękającą w szwach graderobę: I like my money right where I can see it - in my closet.
Duże drzewo w nowym ogrodzie to w UK rzadkość - ale my mamy taką lipę


*Która jest jednocześnie mniejszością - Brytyjczycy wolą stare nieruchomości, szczególnie z epoki georgiańskiej, mniejsza z tym, że kiepsko ocieplone, pełne przeciągów, wilgotne i że każdą zimę spędzają w pięciu swetrach: dla większości stare jest zawsze lepsze od nowego, i najwyższe ceny osiągają nieruchomości pamiętające czasy Jane Austen.

19/06/2014

Nowe poletko

Jeszcze piszę z Hampshire, ale za nieco ponad tydzień - przeprowadzka do Wiltshire. Hampshire jest pięknym hrabstwem, a Winchester, leżący na skraju najmłodszego Parku Narodowego South Downs, i niedaleko drugiego, tym razem najstarszego, Parku Narodowego New Forest, poszczycić się może swoim wyjątkowym miejscem w historii i wieloma atrakcjami. To miasto przyciąga młode rodziny, które opuszczają Londyn (tubylcy z klasy średniej uważają, że stolica nie jest odpowiednim miejscem dla dzieci), bo niemal wszystkie szkoły, państwowe i prywatne, mają wysoki poziom, i dobre wyniki, co w kraju, gdzie system edukacyjny jest szalenie nierówny (kompletnie przy tym nieporównywalny z polskim czy skandynawskimi, ale także na przykład francuskim czy amerykańskim) jest bardzo istotnym elementem decyzji, dokąd się przeprowadzić - do tego stopnia, że agencje nieruchomości podają szkoły w ogłoszeniach, i nieruchomości mają wyższe ceny w rejonie dobrych (tym samym pogłębiając nierówności społeczne, bo jak nie stać cię na droższy dom - nie możesz posłać dziecka do dobrej szkoły państwowej).
Ponadto w okolicy jest masa atrakcji dla dzieci: zoo, planetarium, park rozrywki, doskonale zaopatrzona, organizująca różne imprezy dla dzieci biblioteka, urządzająca także co dwa lata, na społy z teatrem, festiwal książki dziecięcej, kino, wspomniany teatr, cieszący się sławą w całej Europie międzynarodowy festiwal teatrów ulicznych Hat Fair - a to wszystko w niewielkim mieście.
Z żalem pożegnam zatem Winchester, ale po pierwsze nie wyprowadzamy się daleko (2 dni temu dojazd do nowego domu zajął nam niecałe 40 minut), a po drugie - większe, a przy tym równie historyczne i zabytkowe Salisbury również obfituje w atrakcje, o których na pewno będę tu pisać. Winchester jest mało znany polskim turystom (popularny jednak wśród przybyszów z innych krajów), ale każdy słyszał o Stonehenge  - my będziemy mieszkać bardzo blisko. Nie tylko Salisbury, ale całe hrabstwo Wiltshire pełne jest uroczych miejsc - wieś Lacock uznawana jest za jedną z najpiękniejszych w całej Wielkiej Brytanii - kręcono tam wspaniały serial Cranford, oraz niektóre sceny z filmów o Harrym Potterze. Ponadto to w Wiltshire znajduje się jeden z najpiękniejszych ogrodów krajobrazowych na świecie - Stourhead.
Buzzfeed znalazło zresztą aż 42 powody, dla których Wiltshire jest najlepszym hrabstwem. Ja dodam jeszcze nr 43 - niedawno przeczytałam, że to w Wiltshire produkowany jest najsmaczniejszy, najbardziej "dziewiczy" miód w całym UK, a to z tego powodu, że pszczoły mają do dyspozycji nieskażone łąki leżące odłogiem od zawsze, takie, jakie zniknęły już z reszty Wysp Brytyjskich - bo to należące do Ministerstwa Obrony poligony.
Lacock Abbey
Stourhead

15/05/2014

Przeprowadzka

Mam usprawiedliwienie, dlaczego tak rzadko pisuję. Spędzam dni na sortowaniu naszego materialnego dobytku, wystawianiu niechcianych rzeczy na sprzedaż, oddawaniu do sklepów fundacji dobroczynnych, pakowaniu, etc etc. Bo pod koniec czerwca nastąpi w moim życiu przełom: przeprowadzamy się do domu, tym razem kupionego, a nie wynajmowanego. Kto mnie zna osobiście czy w inny, pozablogowy sposób, ten wie, jak NIENAWIDZIŁAM wynajmować w UK, gdzie wynajem od osób prywatnych nie jest ściśle regulowany, i tym samym wynajmujący są traktowani jak obywatele drugiej kategorii, mimo, że płacą najwięcej w Europie (w każdym razie w Londynie i na Południu Anglii), i nieruchomości mają bardzo niski standard. Brak odpowiednich przepisów skwapliwie wykorzystują tzw. slum landlords oraz równie pasożytniczy, pozbawieni skrupułów agenci, którzy bezkarnie nie wywiązują się ze swoich obowiązków, jednocześnie żądając horrendalnych pieniędzy za byle dziury. Są dwie przyczyny tego stanu rzeczy: wzrost populacji przy jednoczesnym znacznym spadku w budowie nowych domów.

Mieszkam w jednym z najgęściej zaludnionych regionów Europy, jakim jest południowo – wschodnia Anglia i problemy związane z przeludnieniem obserwuję na codzień. Wielka Brytania ma dodatni przyrost, głównie z powodu imigracji – wg ostatniego spisu powszechnego (z 2012 roku) populacja UK w ciągu zaledwie 10 lat wzrosła o 4 miliony ludzi. Te dodatkowe 4 miliony musi gdzieś mieszkać, a problem jest tym większy, że populacja nie rozkłada się równo - wielu przybyszów osiedla się w najbogatszej, ale i pękającej w szwach części  kraju, w której deficyt nieruchomości jest szczególnie dotkliwym problemem.  (Ponadto korzysta z przeciążonego państwowego systemu służby zdrowia, szpitali, dróg, szkół itd - to odpowiedź, dlaczego antyimigracyjna prawica zyskuje coraz więcej głosów, i prawdopodobne jest, że wejdzie w znaczącej liczbie do parlamentu po przyszłorocznych wyborach). Jednocześnie coraz więcej ludzi protestuje przeciwko budowie tak bardzo potrzebnych nowych osiedli i dróg, obawiają się bowiem, że architektoniczne koszmary i coraz tłoczniejsze drogi zastąpią pieczołowicie zachowane stare budownictwo, zielone przestrzenie i cenne ekosystemy, oraz zniszczą sielski charakter wiejskich zakątków, z których Anglia słynie. W mojej wsi propozycje budowy nawet kilku nowych domów spotykają się zawsze z gorliwą opozycją mieszkańców. Wszędzie tam, gdzie planuje się budowę większych osiedli, odbywają się marsze (sic!) protestacyjne, wysyłane są petycje do posłów i prowadzone kampanie przeciwko developerom. Inaczej niż w nieprzeludnionej, mającej niski przyrost naturalny Polsce, tu dźwigi i koparki nie są mile widzianym zwiastunem rozwoju i lepszej przyszłości.
Efekty kompletnie zwariowanych cen nieruchomości w Londynie, podbijanych przez kupców głównie z Chin, Rosji itd, odczuwane są także w Winchesterze, oddalonym zaledwie o godzinę pociągiem, w którym nie buduje się żadnych nowych osiedli (jedno jest planowane, i już przegłosowane, mimo petycji, protestów, marszów, tablic protestacyjnych typu "No more development!", które ludzie wystawiali w swoich ogródkach itd), w związku z czym przeprowadzamy się nieco dalej od Londynu, ale do równie historycznego miejsca, blisko Stonehenge i Salisbury, w hrabstwie Wiltshire. Będziemy mieszkać na nowym osiedlu - gdy zakupiliśmy dom, był dziurą w ziemi. Odwiedziliśmy plac budowy pod koniec kwietnia, i dom wyglądał tak:

Nie mogę się doczekać. Przeprowadzka jest stresująca i droga, a agenci oraz właścicielka domu, który wynajmowaliśmy, robią wszystko, żeby ją uczynić jeszcze bardziej stresującą i kosztowną (nie napiszę tu, co o nich myślę, ale możecie się domyślać, w każdym razie to ciąg niecenzuralnych słów), ale staram się skupiać na tym, co będzie potem - urządzanie mojego własnego kawałka podłogi, tak jak JA chcę, bez pytania się jakiejś chciwej, aroganckiej osoby, czy łaskawie pozwala na zawieszenie jednej półki. I wreszcie spełni się moje drugie marzenie - będę miała dużą kuchnię z wyspą!



17/06/2010

Urzędnicze absurdy

Dziś się nieco zdenerwowałam w związku z tym, że mieszkam w UK, a pracuję dla polskiej spółki. Mimo, że Unia to niby "swobodny przepływ ludzi i pracowników", w praktyce polska biurokracja, będąc kilka dekad do tyłu, tej swobody nie zapewnia.  W UK właściwie wszystko można załatwić przez internet, telefonicznie, ostatecznie listownie. Bardzo niewiele okazji wymaga osobistego stawienia się do urzędu. Defaultowe podejście państwa brytyjskiego to zaufanie, że obywatel chce postąpić w zgodzie z prawem. Defaultowe podejście polskiego urzędu: obywatel chce oszukać, nie można mu ufać, należy traktować jak dziecko. Dlaczego np. brytyjski akt małżeństwa z obywatelem brytyjskim trzeba umiejscowić w polskim urzędzie i taki z polskiej pipidówy od urzędniczki, która na oczy mnie nie widziała, bo nie wychodziłam za mąż w Pl, trzeba przynieść, osobiście rzecz jasna, do polskiego konsulatu w Londynie? Polskie placówki zatrudniają chyba ludzi, którzy znają angielski (choć jak się zastanowić, to wcale nie takie pewne bo jak wiadomo, jeszcze niedawno sekretarki w polskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych nie znały żadnych języków, nawet angielskiego) i potrafią ocenić, czy to akt małżeński brytyjski przed nimi, czy pokwitowanie od hydraulika? Ale nie, brytyjski akt (na którym, BTW, nie ma oświadczenia o nazwisku po ślubie, co też się polskim urzędnikom nie mieści w głowie, bo jak to tak, nigdzie nie deklarujesz, jak się będziesz nazywać?) jest nic niewarty, ważny jest polski.
Nie mówiąc już o papierach, których w Pl wymaga zawarcie małżeństwa w ogóle, a tym bardziej z obcokrajowcem - generalnie trzeba udowodnić, że nie zamierza się popełnić poligamii. W brytyjskim urzędzie - sama radość, gratulacje, uśmiechy, 10 minut maksymalnie wypełniania formularzy, okazanie paszportu i tzw. proof of address (dwie koperty z naszym adresem), i już, w wyznaczonym terminie można się pobrać. Apropos adresu - nie ma oczywista meldunku, piszę "oczywista", bo meldunek to pozostałość po komunie, wprowadzony po to, by mieć kontrolę nad obywatelami, i w związku z komunalizacją nieruchomości. W państwach obywatelskich, gdzie większość nieruchomości jest prywatną własnością i gdzie ludzie mogli zawsze swobodnie wybierać miejsce zamieszkania, meldunku nie ma. W Polsce nadal, mimo zniesienia opresyjnego ustroju, obowiązuje, bo państwo lubi wiedzieć, gdzie i kto mieszka. Jakoż i dowody osobiste - w UK właśnie nowy rząd ogłosił, że nie będzie ID's, ku wielkiej radości większości Brytyjczyków i organizacji broniących praw obywatelskich (civil liberties).
I tak wspomniane wyżej organizacje pomstują, że Wielka Brytania jest najbardziej monitorowanym krajem na świecie - jest tu najwięcej kamer CCTV na głowę. Mój idol Jeremy Clarkson grzmi, że żyjemy w nanny state (niańczącym państwie), które chce decydować o tym, co obywatele jedzą i jak spędzają czas. Wszyscy, oprócz inspektorów BHP, narzekają na to, że przepisy health and safety (BHP, choć nie chodzi tylko o miejsca pracy, ale wszystkie miejsca użyteczności publicznej) są tak surowe, że czasem graniczą z absurdem. Ale powiem szczerze, że wolę spoty w TV przypominające o tym, by jeść 5 porcji warzyw i owoców dziennie, oraz to, że wszyscy ludzie pracujący z dziećmi są sprawdzani na okoliczność wyroków sądowych (tzw. CRB check - Criminal Records Bureau) niż stanie w kolejce do pani Zosi pijącej kawkę -zalewajkę i przekładającej papierki z jednego stosika na drugi.

Uff, ulżyłam sobie *mrugam*, już mi lepiej.
I nieco off topic (choć ten po prawej jednak trochę on topic) - zabawne ilustracje Alexa Noriegi.

30/04/2010

Marzę o wakacjach - część trzecia

Ekologiczne może być nie tylko jedzenie. Ubrania, kosmetyki, a także nieruchomości - moje największe marzenie to wybudowanie domu ekologicznego, w ogóle nie konsumującego energii - tzw. passive house. Turystyka to często zagrożenie dla ekosystemów pięknych miejsc, ale powstają już ekologiczne hotele. W zeszłym roku w jednym z najbardziej malowniczych zakątków UK, Kornwalii, otwarto ekologiczny hotel Scarlet. Na pomysł wybudowania hotelu, który udowodni, że by wypoczywać bez obciążania środowiska nie trzeba wyrzekać się wygody i luksusu, wpadły trzy siostry. W hotelu zainstalowano panele słoneczne, dzięki którym podgrzewana jest woda w basenie; bojler, który zapewnia resztę ogrzewania, przetwarza biomasę; obsługa zachęcana jest do car -share (podwożenia się, dzielenia samochodu - jest to zresztą system coraz bardziej propagowany także w dużych miastach); niemal wszystkie odpadki są recyclowane lub kompostowane - nawet resztki świec są oddawane do fabryczki świec, która przetapia je na nowe świece; wentylacja jest w pełni naturalna - sprytne zaprojektowanie budynku wyeliminowało  konieczność instalowania klimatyzacji.
Wnętrza urządzono wykorzystując miejscowe materiały i ozdobiono dziełami lokalnych artystów - w St Ives w Kornwalii od lat  mieszka i tworzy wielu artystów, ze względu na niezwykłe światło.
Dorzućmy do tego malownicze widoki z okien (co widać na trzecim zdjęciu), ajurwedyczne spa i zajęcia jogi, a także zdrową kuchnię - to hotel moich marzeń.
W Kornwalii spędziliśmy wakacje latem 2008 roku - napisałam wtedy relację dla polonijnego portalu. Niestety portal poległ w starciu z kryzysem i tekstu nie ma już w necie, zamieszczam go więc w osobnym poście, bo Kornwalia to miejsce warte odwiedzin.



05/04/2010

Marzę o wakacjach - część druga

Po weekendzie na wsi sielskiej-anielskiej miałabym apetyt na odrobinę wielkomiejskiej dekadencji. Do Big Smoke, czyli Londynu, nie mam tak daleko - przy naszej ulicy znajduje się kamień milowy (prawdziwy, nie metaforyczny), na którym podano, że dokładnie 66 mil - tylko nie wiem, do którego miejsca w Londynie, zakładam, że jest jakiś konkretny punkt w centrum - bo przecież ta metropolia rozciąga się na wiele mil, i znam osoby mieszkające np. w północnym Londynie, które w całym swym życiu wybrały się może kilka razy do dalszych dzielnic Londynu wschodniego, i lepiej znają np. zakątek Francji, w którym spędzają wakacje, niż swe rodzinne miasto.
Marzy mi się weekend spędzony na modłę Carrie Bradshaw i jej przyjaciółek: na wizytach w ulubionych muzeach, sklepach, restauracjach, plus modne przedstawienie (obecnie największy buzz jest wokół sztuki Enron) w teatrze - słowem hedonizm bogatego mieszczucha. Gdybym miała taki nieograniczony budżet, zatrzymałabym się w jednym z modnych, kameralnych hoteli. Wielkie identyczne sieciowe hotele, z kilkuset pokojami, są niemodne.
Od kilku lat największy trend w hotelarstwie to jak najmniejsze hotele - do tego stopnia, że jeden z najbardziej trendy hoteli w Londynie, mieszczący się w zabytkowej kamienicy 40 Winks (idiom oznaczający "drzemkę") ma zaledwie 2 pokoje. 
Właściciele chcą, by goście czuli się naprawdę jak w domu – pokoje są duże i luksusowo wyposażone, goście mają też do dyspozycji salon, kuchnię i inne pomieszczenia w kamienicy oraz ogród, ale nie ma room service, sztabu pracowników, recepcji, basenu itp. Ceny są bardzo atrakcyjne, jak na pokoje o takim standardzie bardzo blisko stacji metra: mniejszy pokój kosztuje 65 funtów za dobę, większy – 80. Przy takich cenach trzeba je rezerwować z dużym wyprzedzeniem.




Inny taki tzw. butikowy hotel, mający tylko 14 pokoi, to High Road House w Chiswick w zachodnim Londynie. Należy on do tej samej sieci, do której należą ulubione ekskluzywne kluby londyńskich i nowojorskich celebrytów, Soho House (jeśli czytacie anglojęzyczną prasę plotkarską, to ta nazwa nie powinna być wam obca).






28/03/2010

Smorgasbord programów kulinarnych

Co zostanie, jeśli z głównych kanałów TV w UK usuniemy wszystkie programy o gotowaniu i okołokulinarne, oraz wszystkie o nieruchomościach i urządzaniu wnętrz? Niewiele, a w każdym razie szefowie tych kanałów skrobaliby się w głowę, usiłując wymyślić, czym zapełnić wolne połacie primetime.
W tym tygodniu zadebiutowała z własnym programem nowa bogini domowego ogniska, Sophie Dahl. Sophie kreowana jest na następczynię Nigelli. Piękna "angielska róża", pochodząca z dobrej rodziny, ze sławnym nazwiskiem (ojciec Nigelli jest znanym w UK politykiem, matka pochodziła z bogatej i wpływowej rodziny, dziadek Sophie to oczywiście Roald Dahl), zmysłowa (Sophie wyznaje w pewnym momencie, z nutą flirtu w głosie: "Fantazjuję o mozarelli") - wszystkie przymioty Nigelli plus urok nowości. Podobnie jak programy Nigelli, The Delicious Miss Dahl (taki jest tytuł tej serii) to nie tyle pokaz gotowania, co lifestyle show. Wyrafinowane składniki, kuchenne gadżety, których pożąda każda przedstawicielka angielskiej klasy średniej, na czele z ikonicznym mikserem KitchenAid, piękna zastawa, wspaniałe wnętrza - styl życia Nigelli i Sophie to ideał, do którego aspirują miliony. Dom w północnym Londynie, w którym nakręcono programy Sophie, został właśnie wystawiony na sprzedaż, można zatem cząstkę tego stylu życia kupić (za jedyne 1.45 miliona funtów).
Trzeba wybaczyć debiutantce Sophie wpadki: omlet Arnold Bennett przygotowuje się z serem gruyere i sosem beszamelowym, a Sophie zamieniła je na parmezan i kwaśną śmietanę (czy raczej creme fraiche), co, jak twierdzi mój kulinarny guru, krytyk AA Gill, zmienia tę klasyczną potrawę z pysznej w ledwie jadalną. Pod tym względem Sophie pozostaje daleko w tyle za Nigellą, ale też jej doświadczenie jest znacznie skromniejsze. Będę oglądać następne odcinki z nadzieją, że Sophie z czasem się wyrobi...
... Niczym chleb, o którym było dużo w drugim odcinku niezwykle ciekawej serii kulinarnej pt. Fat Man in a White Hat. Amerykański food writer (pisarz kulinarny, nie kucharz) Bill Buford przeprowadził się z całą rodziną do kulinarnej stolicy Francji, a więc i Europy, Lyonu, by chłonąć wiedzę o kuchni francuskiej.

Nie tylko o gotowaniu, ale także o jej historii, znanych postaciach itp. Bill Buford to, jak tu się mówi, acquired taste, jak kawior, oliwki czy ostrygi. Nie każdemu spodoba się jego styl prezentacji, który, choć nie pozbawiony humoru ("W tym sosie jest duuuużo śmietany. Kiedy go jem, myślę o swoim pogrzebie."), jest może nieco zbyt "natchniony". Ale założę się, że mało kto nie śliniłby się pożądliwie patrząc, jak słynny szef kuchni Patrick Henriroux w jeszcze słynniejszej La Pyramide przygotowuje kurczaka, poulet de Bresse (kurczaki Bresse są tak znakomite i jedyne w swoim rodzaju, że mają appellation controle, jak wina) z foie gras i truflami. Albo nie chciałby spróbować bagietek i croissantów Boba, przed którego piekarnią ustawiają się długie kolejki. Patrząc, z jakim kunsztem ten piekarz nie tylko piecze klasyczne rodzaje chleba i ciastek, ale także wymyśla nowe, wzdychałam z zazdrością, choć albo piekę chleb sama (w maszynie) albo kupuję dobrej jakości chleb w delikatesach - bagietki Boba były jednak piekarniczym arcydziełem (restauracje podające jego pieczywo skarżą się, że klienci kradną je między daniami i wynoszą na potem). Chleb potrzebuje czasu, by stać się prawdziwym chlebem, tymczasem supermarketowy chleb wypieka się w 35 minut (!), sztucznie go napowietrzając i wypełniając "polepszaczami" - nic dziwnego, że ludzie twierdzą, że mają "alergię" na pszenicę i że chleb im szkodzi. Słyszę od niejednej osoby, że coś, z czego do niedawna mogliśmy być w Polsce dumni, gwałtownie się pogorszyło - chleb jest w Pl coraz gorszy, podczas gdy tu zaczyna się polepszać - jest coraz więcej niezależnych piekarni i ludzie coraz częściej skłonni są zapłacić więcej za pieczywo lepszej jakości. Bill poznaje też najsłynniejszego szefa kuchni we Francji, Paula Bocuse, odbywa praktyki w jego akademii kulinarnej, odwiedza alpejskich serowarów oraz lyońskie "bouchon" - typowe dla tego miasta bistro, robi zakupy na  tamtejszym rynku, pije świeżą krew właśnie ubitej świni, itd. itp.
Konkluzja może być tylko jedna: kuchnia francuska, a także jakość francuskiej żywności to wciąż gastronomiczny złoty standard.
Dziś z kolei w Sunday Times artykuł o królu gastronomii molekularnej: Ferranie Adrii. Lektura obowiązkowa dla każdego foodie.

18/01/2010

Wnętrza filmowe

Wiele osób komentujących mój post o nieruchomościach mówiło w komentarzach o tym, że podobają im się stare angielskie, georgiańskie lub wiktoriańskie, domy i wnętrza - może i hulają w nich przeciągi, ale mają swój klimat. Brytyjskie kino i TV ma do dyspozycji wielką różnorodność zabytkowych dworów, pałaców, kamienic czy po prostu domów wiejskich, i to sprawia, że cudzoziemcy, karmieni kostiumowymi dramatami w rodzaju Gosford Park czy serialami takimi jak Znowu w Brideshead, są zaznajomieni ze specyficznym angielskim stylem.
Agencja 1st Option specjalizuje się w wyszukiwaniu i wynajmowaniu lokali dla ekip filmowych, telewizyjnych i na sesje zdjęciowe. Są to głównie domy prywatne w Londynie, ale i wyjątkowej urody, niezależne sklepy czy np. herbaciarnie. Świadomość, że zaglądamy do prawdziwych, zamieszkanych na codzień przez zwykłe (choć bardzo zamożne) rodziny, domów, a nie na sztucznie wykreowany plan zdjęciowy, dodaje szczypty pikantnej przyjemności, bo kto z nas nie chciałby pomyszkować po cudzych domach? Na stronie agencji można pozachwycać się do woli, ja wybrałam kilka wnętrz, które mi wpadły w oko. Co prawda nie są to rezydencje wiejskie, tak popularne jako miejsce akcji angielskich filmów (ostatnio np. w Easy Virtue, po polsku Wojna Domowa), ale wszystko w swoim czasie. Enjoy!








05/01/2010

Powiedz mi, jak mieszkasz...

Brrr, jak zimno.Temperatury zeszły poniżej zera i pada śnieg, panuje, jak mawia mąż, Polish cold (polskie zimno, sroższe od tutejszego). Kraj powoli pogrąża się w chaosie, a my zakładamy kolejne swetry. Jak to w kraju, gdzie większość nieruchomości pochodzi z czasów georgiańskich, wiktoriańskich lub edwardiańskich, a więc często nadal pozbawionych nowoczesnej izolacji, często z bylejakimi oknami, trudno zatrzymać ulatniające się ciepło. Z powodu swego wieku, domy angielskie są często nieekologiczne, ochoczo tracą ciepło, i zapraszają zimno i wilgoć. Mimo tego, największym marzeniem Anglika jest dom jak najstarszy, najwyższe ceny osiągają nieruchomości georgiańskie (ze względu na panujący w tamtym okresie styl architektoniczny), nierzadko wydają też miliony na odrestaurowanie domów z czasów elżbietańskich czy epoki Tudorów. Dlatego też domów nie sprzedaje się tu wg metrażu, często zresztą ludzie nie wiedzą, jaką dokładnie powierzchnię ma nieruchomość, w której mieszkają. Domy sprzedaje się wg ilości pomieszczeń, szczególnie sypialni (przy czym tzw. podwójna sypialnia jest droższa niż pojedyncza - chodzi o wielkość łóżka, jakie się zmieści w tej sypialni).


Rynek nieruchomości jest tu zupełnie inny niż w Pl, zresztą jest unikalny na skalę światową. Jest on podstawą narodowej gospodarki, wart niezliczone miliardy, a wiadomości z property market podawane są niemal codziennie jako część głównych serwisów gospodarczych, zaś ceny nieruchomości i rynek kredytów hipotecznych to najczulszy chyba barometr stanu tutejszej gospodarki. Nieruchomości są narodową obsesją (słynne: An Englishman's home is his castle), własność nieruchomości (property ownership) sięga 80% i tylko Włochy dorównują UK pod tym względem. Niemal wszystkie główne kanały telewizyjne nadają od lat programy o kupowaniu i sprzedawaniu nieruchomości oraz urządzaniu wnętrz - tzw. property porn (chyba nie muszę tłumaczyć?).  Co najmniej jeden taki program dziennie. Kto czytał Sagę Rodu Forsytów (jedna z moich ukochanych lektur), ten wie, że nie jest to obsesja nowa - pierwsza część nosi tytuł Man of Property (Posiadacz).
Oczywiście to "posiadanie" jest umowne - znakomita większość "właścicieli" jest tak naprawdę "zakładnikami" banków, kredyt hipoteczny spłaca się całe życie, i jest to największa pozycja w domowym budżecie. Pamiętam jak pod koniec lat 90. mój polski eks-narzeczony zdecydował się na zaciągnięcie kredytu hipotecznego na kupno mieszkania w W-wie - był wyjątkiem, większość znajomych pożyczyła lub dostała pieniądze od rodziny, odziedziczyła mieszkania lub wynajmowała, posprzedawała uwłaszczone mieszkania pokomunalne i za to kupiła nowe, i tak dalej. Eks był postrzegany jako ryzykant i awangarda. Myślę, że wraz ze wzrostem cen to się zmieniło, ale do dziś różnica pozostaje. Nieruchomości w Anglii należą do najdroższych na świecie w stosunku do przeciętnej pensji - owszem, zarabia się tu 5 razy więcej, niż w Pl, ale za to nieruchomości są wielokrotnie droższe. Od lat 60. zeszłego wieku cena przeciętnej nieruchomości w UK wzrosła o...12 tysięcy procent! Oczywiście nie muszę dodawać, że pensje nie wzrosły w takim samym tempie. Ten wzrost przyczynia się do pogłębiającej się przepaści między biednymi a bogatymi - ten podział jest obecnie większy, niż w latach 50.!
Ponadto w UK także podział na "dobre" i "złe" dzielnice jest dużo wyraźniej zaznaczony, niż w Pl (choć Pl jest na tej drodze). Osiedla komunalne są w oczach większości siedliskiem marginesu społecznego, a mieszkanie w tego typu mieszkaniu oznacza w hierarchii społecznej upadek niemal na dno, od którego gorsza jest tylko bezdomność. Niemal wszystko ma wpływ na cenę domu, ocenia się np. że dom w rejonie dobrej szkoły (obowiązuje tu rejonizacja) kosztuje nawet o 15% więcej, niż identyczny znajdujący się parę metrów za granicą tego rejonu. Ostatnio symbolem tzw. gentrification (gdy dzielnica poprzednio kiepska staje się pożądana i ceny nieruchomości  zaczynają rosnąć) jest pojawienie się sklepu sprzedającego relatywnie drogie cupcakes (kolorowe babeczki)! Nie żartuję - niektórzy agenci nieruchomości jak najbardziej serio traktują takie oznaki - jeśli ktoś na danej ulicy otwiera cupcake shop, to automatycznie oznacza że będzie można więcej zarobić na nieruchomościach stojących przy tej ulicy. Zresztą, w getcie pełnym narkomanów niewielu będzie chętnych na drogie wypieki, więc jest to całkiem racjonalne.

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails