Showing posts with label porady. Show all posts
Showing posts with label porady. Show all posts

18/04/2011

Tajemnice Paryżanki

Niełatwo lubić taką ulubienicę bogów, jak Ines de la Fressange. Kiedy ktoś, kto trafił szóstkę na loterii genetycznej, jest szczupły, wysoki, i ledwo uszczknięty zębem czasu w wieku 52 lat (i ma przy tym ruchome czoło), mówi, że uwielbia batoniki Crunchie marki Cadbury*, to osoby mniej pobłogosławione przez los mają w oczach mord. Dodajmy do tego karierę, jakich mało: przez lata muza Karla Lagerfelda i modelka Chanel, Ines była ambasadorką najbardziej ikonicznej marki w historii mody, a także, jako Marianna, symbolem swego kraju. Teraz Ines jest dyrektorką kreatywną we wskrzeszonym z martwych domu mody Roger Vivier, który też radzi sobie całkiem dobrze.
W niedawnym wywiadzie na żywo w programie śniadaniowym BBC Ines wyglądała właśnie tak - na  35 lat, ale jednocześnie naturalnie.
A jednak Ines udało się zyskać moją sympatię (i parę moich funtów, o czym poniżej). Nie wszystko w jej życiu układało się gładko: jej własny dom mody zbankrutował, a ona straciła prawo do używania swojego imienia i nazwiska -  ktoś inny został właścicielem znaku firmowego "Ines de la Fressange". We wszystkich wywiadach z nią wyczuwam, że Ines nie bierze siebie i mody zbyt serio (brytyjska raczej, niż francuska cecha), często mówi o tym, że trzeba dbać o to, by "w życiu był element lekkości i frywolności". Dlatego gdy tylko pojawił się angielski przekład jej książki pt. Parisian Chic. A Style Guide by Ines de la Fressange with Sophie Gachet (współautorką jest dziennikarka francuskiej edycji ELLE), trafił do mego koszyka.

Już przedmowa i jej własne, lekko satyryczne rysunki (w stylu powyższego "autoportretu" na okładce) przekonują, że czytając ten przewodnik, będziemy się po prostu dobrze bawić, a przy okazji dowiemy się, gdzie w Paryżu można dobrze zjeść, i gdzie ubrania i dodatki kupują Paryżanki pokroju Ines, bowiem duża część książki to przewodnik nie tyle po paryskim stylu, co po restauracjach, sklepach, hotelach, muzeach, salonach fryzjerskich i innych wartych odwiedzenia miejscach - przydatnych zwłaszcza, jeśli mamy czas i pieniądze na dłuższe rozkoszowanie się "miastem świateł". Jeśli chcesz wiedzieć, gdzie w Paryżu jest największy wybór świec zapachowych albo gdzie kupić najbardziej urocze ubranka dla maluchów - Ines is your woman. Nie znam Paryża dobrze, a zwiedzałam to miasto jako biedna polska studentka, żywiąc się głównie bagietką, dlatego przewodnik Ines, mam nadzieję, przyda mi się, gdy udam się tam jako bogata burżujka w wieku balzakowskim. Przeglądając tę książkę, snuję takie marzenia, a Parisian Chic w tym pomaga, jest bowiem ładnie wydana i zawiera aż 350 zdjęć i ilustracji  - każde z opisanych miejsc sfotografowano. Zresztą nie wszystkie te miejsca są drogie - hotele na przykład są raczej z kategorii interesujących, czy godnych uwagi ze względu na lokalizację lub historię, niż luksusowych. Jednym słowem, jeśli liczysz na poradnik w stylu tych, które produkują Trinny & Susannah czy Gok Wan, będziesz zawiedziona. Ines nie pisze właściwie nic o typach figury czy dobieraniu kolorów, zatem jeśli szukasz informacji o tym, jakie fasony pasują kobiecie o figurze np gruszki, albo czy turkus pasuje do Twojego typu urody, odsyłam do przewodników wspomnianych brytyjskich stylistów. Przeczytawszy takich poradników na kopy, ja braku takich porad nie żałowałam i nie czułam się też rozczarowana tym, iż niemal wszystkie "tajemnice stylu", o których Ines pisze, były mi już znane - ostatecznie tym się zajmuję. Z przyjemnością przeczytałam o tych samych zasadach, o których czytałam już wcześniej, bo okraszone są spostrzeżeniami Ines, które są świeże, czasem zabawne, i w których wyczuwa się nutkę tej typowo paryskiej nonszalancji, która stanowi tak ważną część allure Paryżanek. Ines np. uważa, że podstawa garderoby to siedem rzeczy - czyli tak samo, jak Donna Karan, nie jest zatem oryginalna, ale Ines pisze o nich z punktu widzenia Paryżanki, podając od razu nazwy sklepów, w których można je kupić (np. najlepszą, i wcale nie dizajnerską, tank, czyli koszulkę bez rękawów, można znaleźć we francuskiej sieci Petit Bateau lub amerykańskiej Abercrombie & Fitch). Do zdjęć demonstrujących różne "żelazne zestawy" szykownej Paryżanki pozowała młodziutka córka Ines - równie szczupła i wysoka, a przy tym śliczna, nie jest to zatem poradnik, który zaprojektowano z naciskiem na realizm, a grupą docelową są osoby, które lubią i interesują się modą, a nie te, którym jest obojętna - te może nawet zniechęcić.
Wyznam, że książka podoba mi się także dlatego, że zawsze miło uzyskać potwierdzenie od osoby uznawanej za chodzące wcielenie dobrego gustu, iż co nieco już o dobrym stylu wiem. Podzielam też jej skłonność do pedanterii - tu np. Ines entuzjazmuje się doskonale zorganizowaną garderobą:

Nie uda mi się uciec od banału: styl Paryżanki to ponadczasowa klasyka, ze szczyptą najnowszych trendów. To przy tym styl wcale nie tak trudny do naśladowania, nawet przy ograniczonym budżecie - pod warunkiem, że zakupy będziemy starannie planować, a w ubieranie się włożymy nieco "wysiłku" (bo to ma być przyjemność, a nie katorga - Ines nawet radzi, jakiej piosenki słuchać, ubierając się, by poczuć odpowiedni nastrój). Od dawna wierzę w to, że tak naprawdę o tym, czy ktoś wygląda stylowo i "kosztownie" decyduje w znacznie większym stopniu zadbanie (zęby, włosy, cera, paznokcie), niż bardzo drogie ubrania i dodatki - i tę "tajemnicę" Ines też "zdradza". Czego Paryżankom może z mojego punktu siedzenia brakować, to indywidualizmu i odwagi - bo w tym celują Angielki, o których stylu już wkrótce, przy okazji kolejnej recenzji książki - tej po prawej stronie:

Po prawej: Przewodnik Luelli (Bartley) po Angielskim Stylu

*To wyznanie Ines poczyniła w książce zamieszkałej we Francji Brytyjki, Two Lipsticks and a Lover. Książkowa guilty pleasure: lekka i przyjemna lektura na temat różnic w stylu życia i mentalności Francuzek i Brytyjek.

31/03/2011

Czerwień a pory roku

Jaką ja jestem porą roku? - z tym pytaniem spotkałam się ostatnio kilka razy, zarówno zawodowo, jak i w gronie wirtualnych znajomych. Podział typów urody wg pór roku jest przydatny, uważam jednak, że nie należy się niewolniczo trzymać zasad, wg których Wiośnie na przykład wolno założyć to, a absolutnie nie może założyć tamtego. Jeśli czujesz się dobrze w jakimś odcieniu, mimo, że zgodnie z regułami nie powinnaś, to bez skrupułów złam zasady. Sama to robię - wygrałam kiedyś w konkursie (mam na imię Ania i jestem konkursoholiczką) taką sesję z konsultantką popularnej sieci stosującej analizę kolorystyczną, Colour Me Beautiful (kosztowna przyjemność, na którą nie byłoby mnie stać, gdybym miała płacić z własnej kieszeni), i niektórych z zaleconych mi odcieni nie lubię i nie noszę. Inne były trafione, zatem nie była to zupełna strata czasu, ale pożytek był niewspółmierny do kosztów - gdybym sama musiała zapłacić za tę konsultację, uznałabym ją jednak za stratę pieniędzy. Radzę zatem, jeśli kusi Was, by poddać się takiej konsultacji czy makeover, by najpierw zasięgnąć opinii o konsultantce/cie. Inna, moim zdaniem lepsza opcja, o ile masz ochotę i pieniądze na większe zakupy oraz wymianę przynajmniej części zawartości szafy, to zarezerwowanie popołudnia z personal shopper w dobrym, dużym domu towarowym - w UK wszystkie sieci domów towarowych, a także niektóre sieciówki typu Topshop, świadczą taką usługę. Jest ona wliczona w sumę, którą zostawisz w sklepie kupując choćby tylko część wybranej dla ciebie garderoby (nie musisz kupować wszystkich zaproponowanych ubrań i dodatków), a dobry personal shopper jest i tak przeszkolony pod kątem analizy kolorystycznej, upieczesz więc dwie pieczenie na jednym ogniu.
Analiza kolorystyczna jest o tyle przydatna, że dowodzi, iż nie ma kolorów "zakazanych". Każdy typ urody może nosić każdy kolor, POD WARUNKIEM, że to właściwy odcień tego koloru. I tak, gdy słyszę od wielu osób, że w zielonym czy czerwonym wyglądają jak śmierć, a żółty to kolor tylko dla ognistych brunetek, to myślę sobie, że ta osoba po prostu nie znalazła jeszcze "swojego" odcienia czerwieni czy zieleni. A żółty noszę nawet ja, choć przyznaję, że rzadko, i to bardzo bladą wersję.
To samo dotyczy czerwonych szminek. I w zeszłym, i w tym roku z okazji Dnia Czerwonej Szminki słyszę, że ktoś "nie może" malować ust na czerwono, albo że ktoś inny  z czerwonymi ustami wygląda niczym parająca się najstarszym zawodem świata* "profesjonalistka". Otóż - dla każdego coś miłego, czyli każda kobieta może nosić czerwień (i ubrania, i szminki), tylko musi znaleźć TEN odcień.
Odcienie czerwieni można podzielić na trzy grupy: różowe, pomarańczowe i tzw. prawdziwe, czy też czyste, czerwienie (true reds). Różowe odcienie czerwieni pasują osobom o bardzo jasnej karnacji. Taka czerwień daje też złudzenie bielszych zębów. Pomarańczowe czerwienie pasują osobom o oliwkowej lub złocistej karnacji, mogą jednak podkreślać żółte zęby. Czerwienie czyste pasują wszystkim, jednak jeśli masz cienkie usta, zmieszaj szminkę o takim odcieniu z błyszczykiem, który złagodzi jej intensywność.
Szminki mają obecnie różne konsystencje, w zależności od efektu, jaki chcemy osiągnąć: dramatyczny efekt dają szminki matowe, zaleca się je więc tylko tym osobom, które są już przyzwyczajone do takiego makijażu i znalazły swój odcień, lub na wieczór. Szminki nawilżające i z połyskiem (shimmer) dają łagodniejszy efekt, bardziej odpowiedni za dnia. Najlżejszy efekt dają błyszczyki - jeśli jednak nie lubisz błyszczyków, możesz go zastąpić tzw. stain (dosłownie: plama) - to najczęściej kosmetyk w płynie (rzadziej w żelu), który wysycha na ustach i daje naturalny, a przy tym trwały efekt. Najsłynniejszy taki stain to kultowy już Benetint marki Benefit.


Na rynku mamy mnóstwo pięknych odcieni, i wierzcie mi, naprawdę każda kobieta znajdzie "swój". Ja przedstawiam tylko małą próbkę tego, co oferują firmy kosmetyczne. Na zdjęciu powyżej znajdziemy legendarny Ruby Woo firmy MAC (inne popularne odcienie czerwieni z MAC to Russian Red i Lady Danger); Rouge Coco marki Chanel, odcień Gabrielle (to prawdziwa czerwień, jeśli wolisz różową, wybierz Rouge Coco Paris); Clinique High Impact Lip Colour, odcień Red-y to Wear (uwielbiam to, jak anglosaskie firmy niemal zawsze bawią się angielszczyzną, nadając dowcipne nazwy poszczególnym odcieniom szminek czy cieni do powiek, a szczególnie lakierów do paznokci); bardzo trwała (przetestowałam) szminka Double Wear Estee Lauder, odcienie czerwone to Stay Scarlet i Stay Ruby; stosunkowo nowy, ale już b. popularny odcień Old Hollywood (nazwa mówi sama za siebie, to b. "gwiazdorska" czerwień, w stylu Avy Gardner) z linii Rich Lip Colour świetnej amerykańskiej marki Bobbi Brown; odcień Red Cancan szminki Rouge Interdit firmy Givenchy; Rouge Pur Couture firmy Yves Saint Laurent - u góry jest odcień Le Rouge, ale cała linia szminek Rouge Pur Couture składa się z odcieni czerwonych, pomarańczowych i fuksji, linię tę stworzono właśnie dla osób poszukujących własnej czerwieni - kolory opracowano tak, by zachęcić kobiety do mieszania kilku odcieni, aż do znalezienia właściwej mieszanki. Stoisko YSL w dobrej perfumerii powinno Wam takie eksperymenty umożliwić. Pozostałe szminki to klasyczny, mający jedwabistą konsystencję Revlon Red marki Revlon (linia Superlustrous) - inny lubiany przez gwiazdy i modelki (m.in Claudię Schiffer i Gwyneth Paltrow) odcień czerwieni tej marki to Toast of New York. No i szczyt luksusu, najdroższa szminka w tym gronie, czyli Tom Ford Private Blend - odcienie czerwone to Cherry Lush lub Smoke Red.
Od najdroższych po bardziej przystępne cenowo, ale również piękne odcienie czerwieni popularnych marek:
1. Gosh, Velvet Touch Lipstick, odcień 60 Lambada:

2. Maybelline, Colour Sensational Lipstick, Hollywood Red:
3. Rimmel London, Moisture Renew, Diva Red:


Pamiętajcie jednak, jeśli chcecie się kierować podziałem na pory roku, że po pierwsze, wiele kobiet to mieszanki pór roku, i co będzie pasować jednej Zimie, może nie pasować drugiej. Po drugie, nic nie zastąpi po prostu eksperymentowania przed lustrem. Po trzecie - wiele kobiet, które twierdzą, że czerwień im nie pasuje, może odkryć, że jednak im pasuje, jeśli właściwie ją nałożą - czerwień wymaga bowiem szczególnej staranności. Przejrzałam kilkanaście lekcji malowania ust na czerwono, i moim zdaniem najlepsze są niezawodnej Lisy Eldridge - tu jest filmik- lekcja pt."klasyczne, matowe czerwone usta", tu zaś look walentynkowy - b. seksowny, ale nie "zdzirowaty", także z czerwonymi ustami, ale lżejszymi (BTW, Lisa używa w tej lekcji kilku kosmetyków polskiej marki Inglot).
A tu umalowana przez Lisę polska modelka Ania Jagodzińska - jak widać, czerwone usta jak najbardziej pasują do słowiańskiego typu urody.

Jeszcze raz zachęcam do zabawy czerwienią i wysyłania mi dowodów w postaci zdjęć do kolażu na Dzień Czerwonej Szminki, czekamy do 11 kwietnia.

* Moim zdaniem najstarszy zawód świata to położna, ale wiadomo, utarło się inaczej.

26/02/2011

Pastelowo, prosto - wiosenna moda cz. II

Jeśli w kontekście mody można mówić o duszy i duchowości, minimalizm jest w świecie mody tym, czym buddyzm Zen lub wiara Kwakrów są wśród wyznań. Minimalizm zakłada bowiem oszczędność, skromność, odrzucenie jednosezonowych trendów, i wyzbycie się sroczego pędu do błyskotek. Powiedzmy jednak otwarcie: ostatnią rzeczą, jakiej pragnie przemysł modowy jest to, by klienci przestali kupować nowe ubrania, zatem minimalizm w takim znaczeniu, w jakim propagują go od dawna Armani, Calvin Klein, Jil Sander, Helmut Lang, a ostatnio także Celine, Chloe, Stella McCartney, Jonathan Saunders, Alexander Wang i Phillip Lim, to uświadamianie masom, że zamiast 10 ciuchów marek masowych powinny kupić jedną, perfekcyjną w swej prostocie rzecz z ich metką. Bo, paradoksalnie, minimalizm to najwyższy szczebel drabiny luksusu. Ubrania minimalistyczne wymagają perfekcji, zarówno na etapie kroju, jak i wykonania, a to kosztuje. Surowa w kroju bluzka wymaga od krawcowej wyjątkowej staranności, bo żadna ozdoba, żaden wzór nie odciągną wzroku od linii szwu. To poważna wada minimalizmu, który jest jak bardzo krótka fryzurka - obnaża wszelkie niedoskonałości. Na wysokie ceny wpływ mają także tkaniny: minimalizm dostaje wysypki od poliestru, i otula się w kaszmiry i jedwabie. Dlatego prawdziwie minimalistycznych ubrań próżno szukać w tanich sieciówkach, choć z powodzeniem można znaleźć je w sklepach sieci takich doskonałych brytyjskich marek jak Whistles, Reiss czy amerykańskiej J. Crew, które są owszem sieciowe, i nie - dizajnerskie, lecz stanowią średnią półkę - pomost między tanią masówką typu H&M a markami luksusowymi. Zara także ostatnio nieźle się spisuje.
Ja mam niezdrową** już wręcz obsesję na punkcie japońskiej marki Uniqlo, która oferuje minimalizm w przystępnych cenach, w dużej mierze dzięki unikalnej umowie z Jil Sander. Uniqlo zaoferowało tej firmie dostęp do najnowocześniejszych technologii, nawet wybudowało supernowoczesne studio projektowe obok domu Jil Sander w Szwajcarii. Bardzo polecam zakupy w sklepie tej sieci, jeśli będziecie za granicą (niestety sklep internetowy nie wysyła do Pl). Oprócz tego, że ubrania są porządnie uszyte, z dobrych materiałów, i niedrogie, obsługa to często bardzo uprzejmi i cierpliwi Japończycy.
Jonathan Saunders - zauważcie czerwone usta
Wyraźny hołd dla Jil Sander - T-shirt i spódnica maxi Reiss
Linia Jil Sander dla Uniqlo pod nazwą +J
+J

W trawionej kryzysem Europie Zachodniej prostota i brak ostentacji to niemal patriotyczny obowiązek (dzisiejsze nagłówki to np."Irlandia jest bankrutem"). Tak naprawdę tylko biedni  i "średniacy" zbiednieli, a bogaci jeszcze się wzbogacili ("nic nowego pod Słońcem..."), trend na minimalizm jest zatem znakomitą wymówką, by wydawać pieniądze bez wyrzutów sumienia.
Minimalizm i pastele, cielistości oraz monochromatyczność to match made in heaven. Ten trend kocha beże, wszelkie odcienie bieli, szarości. Niezastąpiona dla wyznawczyń tego trendu pozostaje czerń i granat.
Michael Kors
Celine
Celine
Blezer z kieszeniami ze skóry z Zary


Reiss - granatowa jedwabna szmizjerka, założona do dżinsów, dostępna też w karmelowym beżu
Spódnica marki LNA

Minimalizm ma mimo wszystko więcej zalet niż wad. Jestem często pytana o tzw. bazę (capsule wardrobe), bo wiele kobiet chce raz na zawsze pożegnać problem pt. "nie mam co na siebie włożyć, a szafa pęka w szwach". Donna Karan uważa, że ta baza to 7 rzeczy, Gok Wan - że 24. Ja uważam, że ta magiczna liczba będzie różna dla różnych kobiet, przede wszystkim zależy bowiem od zawodu i stylu życia. Niemal każda jednak kobieta może oprzeć się na następującej bazie:  kilka par spodni, w tym dżinsowych; żakiet, kurtka i płaszcz; parę bluzek, w tym koszulowa; kilka spódnic i sukienek; kilka par butów i dwie lub trzy torebki (jedna na dzień, jedna na wieczór, jedna weekendowa). To moim zdaniem minimum. Radzę też stosować "zasadę siedmiu" (w wersji mniej minimalistycznej to "zasada trzech"): zanim zaniesiesz wybrany ciuch/dodatek do kasy, zrób w myślach przegląd zawartości swojej szafy i upewnij się, że nowy nabytek będzie pasował do siedmiu (trzech) rzeczy, które już masz. Jeśli nie - odłóż.
W następnym odcinku: powrót lat 70.

* Czy obsesja może być zdrowa?

22/01/2011

Słowniczek mody - część III. Przewodnik po dżinsach

Kilkakrotnie proszono mnie o udzielenie porad na temat fasonów dżinsów oraz o przybliżenie obfitości angielskich terminów ich dotyczących. Dżinsów mamy obecnie tyle krojów, że można mówić, z przymrużeniem oka, o dżinsologii (denimology). Ta mnogość fasonów oraz marek sprawia, że w UK są już sklepy specjalizujące się w dżinsach, a dom towarowy Selfridges oferuje  (dość kosztowną) usługę pod nazwą Bodymetrics - to w skrócie skan figury w specjalnym urządzeniu i dobór (a nawet uszycie) takich dżinsów, które zakamuflują to, co trzeba zatuszować, jednocześnie eksponując zalety sylwetki. W Kalifornii, szczególnie w Los Angeles, mnóstwo jest firm, które konkurują na zatłoczonym już rynku dżinsów dizajnerskich (które można zdefiniować jako te, które kosztują powyżej 100 funtów za parę - większość kosztuje 150 - 200 funtów, i więcej). Zeszły rok był pierwszym, w którym moda odnotowała nowy fenomen: It-jeans. Mieliśmy It-girls, potem It-bags*, teraz, dzięki dżinsowym bojówkom (combats lub combat trousers) pod nazwą Houlihans słynnej marki J Brand, noszonych zeszłego lata przez wszystkie celebrytki i redaktorki pism o modzie, mamy także dżinsy, które świadczą o statusie i wtajemniczeniu w arkana mody.
W nadchodzącym sezonie najmodniejsze fasony dżinsów to flares, czyli dzwony, w związku z powrotem lat 70., oraz przykrótkie dżinsy - rurki (cropped skinny jeans), które są dłuższe, niż rybaczki (Capri) i kończą się nie w połowie łydki, lecz tuż nad kostką.
Flares (dzwony) marki Made in Heaven
Kolejny hit J Brand - model Agnes, cropped skinny jeans (przykrótkie rurki)
Nie znaczy to, że policja modowa przyjdzie Was zaaresztować, jeśli założycie dżinsy o innym fasonie - nadal można je nosić, tyle, że nie będą one superzgodne z trendami.
Wszystkie powyższe modele są marki Oasis

Od lewej:1. skinny (rurki), 2. boyfriend (boyfriend) czyli dżinsy podwijane, typu bootcut, czyli z lekko rozszerzonymi nogawkami 3. klasyczne dżinsy boyfriend, a więc luźne i z prostymi nogawkami (straight leg), z zakładkami i przetarciami 4. jeggings, zwane jeggingsami - to dżinsowe leggingsy, jeszcze bardziej obcisłe, niż rurki 5. cropped skinny, czyli przykrótkie rurki 6. najbardziej popularny od lat krój, czyli bootcut - klasyczne dżinsy - biodrówki, z lekko rozszerzonymi w łydkach nogawkami, po to, by mieściły się pod nimi kozaki (boots - botki, kozaki, cut - krój, cięcie).
Jeszcze jeden ważny fason to straight leg - a więc dopasowane dżinsy z prostymi, nierozszerzanymi, nogawkami. Świetny przykład tego fasonu, spodnie o nazwie, której trudno się oprzeć: Perfect Shape Jeans, oferuje moja ulubiona japońska firma Uniqlo. Są to biodrówki z kieszeniami na pupie umieszczonymi nieco wyżej, niż w większości dżinsów - prosta, ale efektywna sztuczka, dzięki której nogi wydają się dłuższe (przy okazji, fason boyfriend optycznie skraca nogi).


O czym informuje nas opis dżinsów po angielsku pokażę na przykładzie tego modelu poniżej.




Czarne rurki Acne

Na metce znajdziemy opis: High - waisted stretch jeans, W28 Reg. High - waisted oznacza, że to dżinsy, które mają pas sięgający talii. Ten krój jest mniej popularny od mid- rise, czyli dżinsów z pasem na poziomie pępka, i low- rise, czyli z pasem na biodrach, a więc biodrówek. Następnie wspomniano o stretch - jako że to rurki, fakt, że dżinsy mają dodatek elastanu i dzięki temu są nieco bardziej rozciągliwe, niż klasyczne dżinsy, poprawia wygodę noszenia, spodnie lepiej też leżą. W28 - W to skrót od waist czyli talia, zaś 28 to liczba cali. W28 to zatem dżinsy przeznaczone dla osób, które mają ok. 70 cm w talii. Reg to skrót od regular, a więc oznacza, że spodnie mają nogawki o standardowej długości - często w opisie nogawek znajdziemy po prostu literkę R (Standardowe) lub L od Long (Długie). Jeśli stałyście w kolejce, w której rozdawano smukłość, i macie nogi niczym gazela (długie, nie owłosione), możliwe że zamiast Regular a nawet Long musicie wybrać model Tall, czyli dla wysokich. Wiele zachodnich sieci oferuje dżinsy w trzech wersjach, oprócz Regular i Tall,  także linię dla osób "kieszonkowych" pod nazwą Petite (i nie tylko dżinsy, ale także inne ciuchy).
Mamy też rozmaite wariacje głównych fasonów - możecie zetknąć się np. z określeniem tapered, które oznacza, że nogawki zwężają się u dołu, carrot (marchewka - czyli znowu nogawki szersze u góry i zwężone u dołu, fason dla młodych, wysokich i szczupłych), peg leg - coś jak skrzyżowanie haremek i marchewek, to też fason, w którym niewiele osób czułoby się swobodnie.
Na koniec zaś szminka marki Lipstick Queen o nazwie Jean Queen, której odcień stworzono tak, by podkreślała ten specyficzny błękit tradycyjnych dżinsów (denim blue, o odcieniach (washes) dżinsów można by napisać osobny post). Szminka pasuje ponoć wszystkim typom urody - trochę trudno mi w to uwierzyć, ale sprzedaje się znakomicie, wykreowała ją wszak "królowa szminki", Australijka Poppy King, która swojego bzika na punkcie pomadek przekuła w międzynarodową karierę i dobrze prosperującą firmę, produkującą wyłącznie kosmetyki kolorowe do ust.


* Wbrew temu, co jeszcze czasem można przeczytać na różnych forach, astronomicznie drogie modele torebek marek dizajnerskich, które są symbolami statusu, czyli It-bags, tylko przejściowo, w mrokach najgłębszej recesji, przestały być przedmiotem pożądania. Wkrótce przyszła Alexa marki Mulberry i It-Bags powróciły triumfalnie do łask, a szefowie Mulberry, której zyski wzrosły nie o kilka, lecz o kilkaset procent w ciągu 12 miesięcy, tarzają się w pieniądzach. Najnowszy model Mulberry, Tillie, już jest rozchwytywany.

10/01/2011

Jak kupować: styczniowe wyrzedaże

Wiem, że wiele z Was lubi ten adrenalinowy skok, jaki zapewnia kupno czegoś ładnego po obniżonej cenie. Zwłaszcza, jeśli ostrzyłyście sobie pazurki na jakąś rzecz i właśnie ta upatrzona nie tylko jest nadal dostępna w waszym rozmiarze, ale także w niższej cenie. Jako weteranka przecen, zamieszczam poniżej kilka sprawdzonych zasad, których warto się trzymać, z nadzieją, że się Wam przydadzą.
1. Tradycyjnie największe wyprzedaże w UK odbywają się w sierpniu i tuż po Bożym Narodzeniu - z każdym rokiem jednak początek się przesuwa, i w ostatnich latach niektóre sklepy obniżały ceny tuż przed Bożym Narodzeniem i w lipcu. Ponadto są tzw. mid-season sales, czyli wyprzedaże w środku sezonu - np. kolekcje wiosenne są obniżane już w marcu, by zrobić miejsce kolekcji letniej. Zwykle najlepsze kąski są na samym początku wyprzedaży, ale są wyjątki, zwłaszcza jeśli nasz rozmiar nie jest popularny - np. nosimy malutki rozmiar 34 (brytyjska 6) lub duży rozmiar buta. To, co zawsze warto kupować jak tylko wyprzedaż się zaczyna, to obuwie popularnych marek w popularnych rozmiarach, bo to schodzi najszybciej - nie warto zwlekać z zakupem np. klasycznych szpilek Dune czy Office w rozmiarze 37 czy 38, bo na takie okazje czyha wiele osób.
2. Jeśli chodzi o ubrania marek dizajnerskich, tu często warto zaryzykować i trochę odczekać - te rzeczy często obniżane są najpierw o 20 - 30%, ale jeśli nie sprzedają się szybko, obniżane są ponownie o kolejne 20, 30, a nawet 40% (znowu - często jednak najtańsze są nietypowe rozmiary).
3. Warto zapisać się na newsletter ulubionego sklepu (moja skrzynka pęka od nich w szwach, *mrugam*)- My - Wardrobe np. daje prenumeratorom preferencje i mogą oni skorzystać ze zniżek wcześniej, niż inni. To samo dotyczy często stałych klientek, które dostają zaproszenie na tzw. sale preview.
4. Jeśli kupujesz w tradycyjnym butiku, zaprzyjaźnij się z właścicielką/sprzedawczyniami - jak wszędzie, bycie miłym nic nie kosztuje, a może nam potencjalnie zaoszczędzić pieniądze, bo osoba, z którą jesteśmy na "ty" chętniej odłoży nam upatrzoną rzecz, a nawet zadzwoni, by dać ci znać, że ubrania twojej ulubionej marki będą wkrótce przecenione.
5. Nie kupuj czegoś tylko dlatego, że jest przecenione. Tak, wiem, pokusa jest niemal nie do odparcia ("ale przecież ja OSZCZĘDZAM!"), ale obiecuję ci - za pół roku znajdziesz tę rzecz upchniętą na dnie szafy, jeszcze z metką, i będziesz miała kaca (buyer's remorse), bo wydałaś ciężko zarobione pieniądze na coś, czego nigdy nie założyłaś. Kup na wyprzedaży wyłącznie to, co kupiłabyś nawet, gdyby nie było przecenione...
6...co prowadzi mnie gładko do następnej zasady - wypatruj rzeczy klasycznych, ponadczasowych i odpornych na trendy: białych T-shirtów i koszul dobrej jakości, wełnianych, klasycznie skrojonych spodni i żakietów oraz płaszczy (np. beżowy trencz). Style, które nigdy nie wychodzą z mody, to styl marynarski (np. topy bretońskie i granatowe blezery) oraz dodatki "zwierzęce": paski, chustki, torebki i buty w rozmaite cętki i paski. "Mała czarna", klasyczne szpilki, najlepiej typu peep - toe,  letnia sukienka maxi (znowu długość bardzo modna w tym roku) oraz dżinsy ulubionej marki, o fasonie, który ci pasuje, to także trofea, na które warto polować na wyprzedaży.
Pochwalcie się proszę, jeśli udało się Wam coś ciekawego upolować, a to moja zdobycz:
Pantofle peep - toe Jigsaw
Jigsaw to świetna górnopółkowa brytyjska marka (pracowała w niej przez krótki czas narzeczona księcia Williama, Kate Middleton) i buty te to nie tylko czysto przyjemny, bo zapłaciłam połowę ceny wyjściowej, ale też etyczny zakup, bo zrobiono je w UK, z brytyjskiego tweedu (miały certyfikat autentyczności).

22/11/2009

Stir up Sunday

Trzecia niedziela w listopadzie to Stir Up Sunday (dosłownie: niedziela mieszania)  - niedziela poświęcona na przygotowanie puddingu bożonarodzeniowego (Christmas pudding). Dawniej przyrządzało się go używając jelita zwierzęce, gdyż te, w przeciwieństwie do płótna, były szczelne. Dodawało się także wywaru z wołowiny. Dziś już tylko najzatwardzialsze Zosie-Samosie przygotowują go same - w sklepach jest takie zatrzęsienie gotowych, w każdym przedziale cenowym, o najróżniejszych smakach, że naprawdę nie warto się wysilać. Planuję w tym roku kupić pudding przypominający bardziej włoskie panetone. Pudding tradycyjnie okrasza się alkoholowym brandy butter, polewa alkoholem i podaje płonący, jak Sambucę. Ja wolę gęstą słodką śmietanę z dodatkiem alkoholu - jest tu ich wiele rodzajów i są przepyszne.

W zeszłym roku kupiłam ozdoby choinkowe w kształcie puddingu kilku bliskim koleżankom rozsianym po świecie, i wszystkie były zachwycone - taki drobiazg, a jednak oryginalny, bo do kupienia tylko tutaj. Dziś zatem o prezentach dla smakoszy. Prezenty jadalne to zawsze dobre wyjście, bo nawet jeśli obdarowana osoba nie jest foodie, to wszyscy musimy jeść, są to zatem idealne prezenty dla tych osób, które a) wszystko już mają b) nie znamy ich tak dobrze i nie wiemy za bardzo, co mogłoby ich ucieszyć. Ponadto to prezent, który można zrobić samemu i niezbyt dużym kosztem.
Własnoręcznie upieczone i udekorowane pierniczki w kształcie choinek czy gwiazdek, zapakowane w dekoracyjną puszkę, to upominek, który ucieszy każdego. Jeśli chcemy się bardziej przyłożyć, możemy przygotować kosz (hamper). Wariacji na ten temat jest mnóstwo. Jeśli np. znamy czekoholiczkę, do kosza wkładamy kilka saszetek z rozpuszczalną gorącą czekoladą lub małą puszkę takiej (mieszkającym tu polecam czekoladę pitną Green&Black's), ładny kubek (są specjalne kubki do czekolady pitnej, wyższe i cieńsze, niż zwykłe, ale mogą być standardowe ), czekoladki (mogą być kupne lub własnoręcznie zrobione), książeczkę z przepisami czekoladowymi itp.
Tradycyjne świąteczne kosze tutaj zawierają zazwyczaj butelkę wina, likieru czy porto, czekoladki lub inne słodycze, krakersy do sera i dobrej jakości ser, czatnej, dżem, marmoladę lub pikle. Można też zrobić kosze dla koneserów herbaty, kawy, serów (tu można dorzucić jakiś gadżet do sera, typu specjalny nóż, na zdjęciu są etykietki, którymi ozdabia się deskę serów - dzięki nim wiadomo, czym się raczymy).
Taki kosz wystarczy już ładnie zapakować - sprawdza się wyścielenie wiórkami i opakowanie całego kosza dużą ilością przezroczystego celofanu, przewiązanego ładną wstęgą - i mamy niepowtarzalny, zawsze mile widziany prezent. Więcej o tym, jak pakować, gdy cdn.

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails