Showing posts with label sowy. Show all posts
Showing posts with label sowy. Show all posts

07/01/2015

Przypadłość literata

Pierwsze święta Bożego Narodzenia w nowym, własnym domu spędziłam, jak tradycja nakazuje, w stylu sybarytycznym: jedząc, pijąc, zamiast lulek świece paląc. Każdego dnia pławiłam się w błogiej świadomości, że jestem u siebie, że nikt mi nie zadzwoni z absurdalnymi żądaniami, ani nie będzie domagał się podwyższenia i tak astronomicznie wysokiego czynszu, ani ignorował moje z kolei grzeczne prośby o minimalne choćby ulepszenia (nie jesteśmy pod tym względem żadnym wyjątkiem - złe warunki i poniewieranie przez właścicieli i agentów to dla setek tysięcy mieszkańców południowej Anglii codzienność). Świąteczne wizyty gości, spotkania i wypady zapewniły niejedną wymówkę, by nie zasiąść do pisania. I tak, kiedy wreszcie wymówek zabrakło, odkryłam, że mój tzw. writing muscle (mięsień pisarski) co nieco sflaczał. To określenie wzięło się stąd, że pisanie, nie tylko Prawdziwej Literatury, ale także na skromnym poziomie, wymaga przede wszystkim praktyki, nie talentu. Największym wrogiem pisarza jest nie blokada czy brak natchnienia, ale odkładanie pisania na później i wynajdowanie sobie czynności zastępczych - jedna z moich ulubionych felietonistek ma najczystszy dom wtedy, gdy nagli ją termin (deadline) - taktyka dobrze mi znana, niestety. Kiedy w Polsce miał powstać pierwszy wydział przyjmujący studentów na kierunek pod nazwą Creative Writing - dyscyplina o wieloletniej i ugruntowanej tradycji w USA i Wielkiej Brytanii, której absolwentami są twórcy takiego formatu, jak Kazuo Ischiguro czy Ian McEwan - na forum Gazety zaraz odezwało się wielu piszących, że po co, że nie potrzeba, bo"pisania się nie da nauczyć, najważniejszy jest talent". Otóż nie - nawet twórczość artystyczna to w 90% wysiłek, w 10% - talent. Inni te proporcje nawet zaostrzają, twierdząc, że 99% to pot, a tylko 1% - "iskra boża".
Nie wiem, na ile w polskich kręgach inteligenckich znane jest pojęcie "10 000 godzin" - tu ta teoria, którą w książce pt. Outliers wyłożył Malcolm Gladwell*, jest bardzo znana, i cytowana w tysiącach artykułów. Jest to uwspółcześnione i poparte, jak to u Gladwella, wieloma faktami i przykładami, rozwinięcie starożytnego: "Praktyka czyni mistrza" czy też staropolskiego "Bez pracy nie ma kołaczy" *mrugam*: w skrócie teoria ta zakłada, że by osiągnąć poziom kompetencji w danej dziedzinie (w grze na instrumencie, dyscyplinie sportowej, języku obcym - w każdej nowej umiejętności), trzeba spędzić  ucząc się jej/ćwicząc przynajmniej 10 000 godzin. Ta teoria jest tak popularna, że stanowi niemal ortodoksję, choć bywa co jakiś czas podważana. Jedno jest pewne - bez pracy nie ma nie tylko kołaczy, ale nawet suchara, i dlatego postanowiłam poćwiczyć moje "mięśnie twórcze", pisząc tu do końca stycznia CODZIENNIE. To mnie powinno kreatywnie rozruszyć i przyzwyczaić do spędzania przed ekranem wielu godzin każdego dnia.
A Wam jak mija styczeń?
Ostatnie zdjęcie naszej choinki, tuż przed rozebraniem


*Gladwell jest także autorem teorii pod nazwą Tipping Point (taki był tytuł jego książki - po polsku to "punkt przełomowy" (niedoskonałe, ale najlepsze tłumaczenie) - tipping point to dziś powszechnie używane wyrażenie.

21/06/2012

River Cafe i sowy, sowy, sowy!

River Cafe w Londynie to absolutna legenda londyńskiej gastronomii, do dziś uważana za jedną z najlepszych restauracji włoskich i na zawsze zapisana w annałach historii, nie tylko kulinarnej, dzięki temu, że to tam zauważono i zwerbowano do TV pewnego chłopca z pasją do gotowania, dziś jednego z najsłynniejszych szefów kuchni na świecie - Jamiego O.
Jest jednak inna River Cafe, która może nie sięga aż takich wyżyn, co ta w stolicy, ale warta jest odwiedzenia, a nawet specjalnej wyprawy. Jest ona uroczo położona na brzegu rzeki (geddit?), w małej miejscowości Glasbury, niedaleko Hay - on - Wye. Zjedliśmy tam jeden z najlepszych posiłków, a przy stoliku obok siedział Nigel Lawson, były minister finansów w rządzie Torysów, ale dziś znany głównie jako ojciec Nigelli. W czasie Festiwalu nie ma lepszego miejsca na star - spotting - to restauracja bez konkurencji na wiele mil wokół, dlatego intelektualiści, a także wszelkiej maści celebryci przybywający na Festiwal (w 2005 roku Hay odwiedził nawet Bill Clinton) przyjeżdżają na power lunches do River Cafe.
Nie ma drukowanego menu - wszystko, co szef gotuje danego dnia, jest opisane kredą na dużej i ruchomej, szkolnej tablicy. Jak w każdej dobrej restauracji, gdzie gotuje się zgodnie z najlepszym i szczęśliwie najważniejszym obecnie trendem, czyli sezonowo i miejscowo, menu jest krótkie, ale rewelacyjne, i zmienia się często z dnia na dzień. Do lamusa odchodzą wielostronicowe, laminowane karty dań, które niemal w każdym przypadku oznaczają jedno: mikrofalę, mrożonki i kucharzy, którym słowo 'trend' kojarzy się wyłącznie z pokazami mody.

Zjedliśmy pyszne makarony - małżonek ze szparagami, ja z krabem. Zgadzam się z Rickiem Steinem - świeży brytyjski krab to delikates na miarę kawioru z bieługi czy czekolady Williama Curley. Ale musi być świeży - ten, kto zawarł znajomość tylko z jego ubogim krewnym, czyli krabem z puszki, niech to przy najbliższej okazji naprawi. Nicholas zjadł fish & chips w wersji luksusowej i oczyścił talerz. Na deser mieszanka tradycyjnych brytyjskich i międzynarodowych przysmaków - małżonek treacle tart (deser godny króla, i jeden z najlepszych brytyjskich wypieków, kto nie jadł, ten nie wie, co traci), ja - najpyszniejsza, rozpływająca się w ustach panna cotta z sosem z rabarbaru, Nicholas - czekoladowa babeczka.
Mogłabym tam jeść codziennie.
Przed tym wspaniałym lunchem wybraliśmy się do istnej Nirvany dla miłośników sów, obok Hay znajduje się bowiem Small Breeds Farm Park and Owl Centre - coś w rodzaju zoo specjalizującego się w miniaturowych gatunkach zwierząt domowych: kóz, świń, osłów i kucyków itp, oraz sowach - jest tam jedna z największych kolekcji sów na świecie! Wszystkie słodkie, miniaturowe zwierzaki można dotykać i karmić (na miejscu kupuje się karmę), można nawet głaskać niektóre sowy!
To były chwile czystej ekstazy:
Głaszczę sówkę, która mruczy prawie jak kot
Tu filmik, nie mój, ale daje pojęcie, jakie to uczucie:




Polecam gorąco wizytę, ale także ich stronę na Facebooku - jak się można domyślać: kompletny cute overload.

31/05/2012

Diamentowy Jubileusz, czyli Jubilee Fever

U nas jutro rozpoczyna się 4 - dniowy weekend (hurra!), w poniedziałek tzw. Bank Holiday, we wtorek dodatkowy dzień dla uczczenia Diamentowego Jubileuszu królowej, która miłościwie panuje od 60 lat - tym samym niewiele jej brakuje do pobicia rekordu królowej Wiktorii. Podobnie jak z okazji Zaślubin Stulecia, kraj świętuje jak długi i szeroki, organizując rozmaite jarmarki i uliczne przyjęcia (street parties). Dziś dzieci w klasie Nicholasa miały przynieść własnoręcznie wykonane korony, a jutro mogą przyjść bez mundurka, ale ubrane w kolory Union Jacka.
Oficjalne logo obchodów. Prawda, że mało oficjalne?

Główny deptak w moim mieście
Okolicznościowych gadżetów jest jeszcze więcej, niż rok temu - gdybym chciała Wam pokazać choć połowę, spędziłabym te całe 4 dni na wrzucaniu zdjęć, czuję się jednak zobowiązana pokazać kilkanaście najlepszych.
Pudełko na lunch - napis na wieczku głosi: God save our gracious  Queen, keep her cornflakes pristine

Różności - od rozetek po specjalną edycję kosmetyku marki Benefit. Zauważcie czekoladki w kształcie drogocennych klejnotów
Wszędzie można znaleźć przepisy na specjalne wypieki, szczególnie biszkopt Wiktorii (Victoria sponge)
Szkło brytyjskiej (choć z polskimi korzeniami) marki LSA International
Producent porcelany,  Emma Bridgewater, ma całą  specjalną kolekcję
Z Etsy
Specjalnych wydań kosmetyków kolorowych i pielęgnacyjnych jest tyle, że wystarczyłoby ich na osobny post
Jadalny Buckingham Palace
Być może rozpoznajecie z Sherlocka - ta porcelana Ali Miller pojawiła się w II serii
Uwielbiam Pimm's z lemoniadą
Jest multum gadżetów z pieskami corgi - tu chustka
Kopertówka Alexander McQueen

Limitowana edycja kurtki Barbour - królowa często nosi Barboury


Klasyka w patriotycznym wydaniu - Mulberry
Sweter Markus Lupfer



Top Aubin & Wills

Kufry podróżne Globe - Trotter
Królowa z Lego
A tu prawdziwa w obiektywie słynnego Cecila Beatona
Ikona mody
Dużo więcej znajdziecie na moim wirtualnym scrapbooku - Pinterest to moja nowa obsesja.

11/05/2012

Veneficus ago hic* czyli The Making of Harry Potter

Miejsce, w którym mieszkamy, rozpieszcza nas po względem rozmaitych rozrywek dla dzieci: w promieniu 20 mil od domu mamy wspaniałe, wielkie zoo Marwell, planetarium i science centre InTech, gdzie dzieci mogą przeprowadzać eksperymenty z dziedziny nauk ścisłych i słuchać ciekawych wykładów o astronomii i astrofizyce, jedyny na świecie Świat Świnki Peppy, piękne lasy, obecnie pełne bluebells, itd. itp. To jedna z przyczyn, dla której rodziny z klasy średniej, które nie chcą wychowywać dzieci w Londynie (jest to powszechna wśród wykształconych i średnio zamożnych tubylców niechęć - Londyn jest postrzegany jako mało przyjazne dzieciom miejsce), masowo przeprowadzają się tutaj. Jednak miejsce, o którym dziś napiszę, znajduje się o 1,5 godz. jazdy od nas, w Hertfordshire - to studio filmowe Warner Bros, w którym nakręcono znaczną część wszystkich 8 filmów o Harrym Potterze. 6 tygodni temu w jednym z budynków otwarto tam stałą wystawę pod nazwą The Making of Harry Potter.
Bilety (drogie - dla naszej trójki koszt to niemal £80) kupiłam już w przedsprzedaży, a więc ponad 4 miesiące temu, a i tak miałam trudności z rezerwacją na wybrany dzień - jeśli zatem chcecie się tam wybrać, polecam kupić bilety ze znaaacznym wyprzedzeniem. Uprzedzam też, że na tym wydatku prawdopodobnie się nie skończy, znajduje się tam bowiem jeden z najlepiej zaopatrzonych sklepów 'pamiątkarskich' jakie kiedykolwiek widziałam, a jestem koneserką takich przybytków. Poza tym to jeden z niewielu tego typu sklepów, gdzie sprzedaje się różne sowie gadżety, możecie być jednak ze mnie dumne, bo zachowałam wstrzęmięźliwość (no dobrze, zaporowe ceny mnie powstrzymały).
Dla fanów książek i filmów o HP Warner Bros Studio Tour to jak Lourdes dla fanatycznych katolików, i nie wyobrażam sobie lepszego celu pielgrzymek - nawet park rozrywki The Wizarding World of Harry Potter w Orlando wydaje mi się mniej "autentyczny": w końcu JK Rowling zrobiła wszystko, by amerykańskie studio nie zamerykanizowało Pottera, i pozostaje on bardzo brytyjski (jeden z powodów, dla których ją podziwiam).
Zwiedzanie studia trwa około 3 godzin - i są to bardzo, bardzo magiczne godziny. Naprawdę warto się tam wybrać - ilość zachowanych planów i rekwizytów usprawiedliwia wysokie koszty wstępu i pozwala docenić mistrzowski poziom wszystkich pracujących nad filmami, a dbałość o najdrobniejsze szczegóły oszałamia.
Tu zaczęła się przygoda Harry'ego - cupboard under the stairs
The Great Hall (wybaczcie oryginalne nazwy, nie znam polskich tłumaczeń)

Nicholas w The Great Hall, który wygląda tak, jak w filmach, choć niestety bez lewitujących świec



To nie kopie, lecz autentyczne różdżki z filmów - przy każdej podano właściciela
Gryffindor Common Room and Spiral Staircase









Sklep z sowami!


* Tu mieszka magia.

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails