Showing posts with label Jeremy Clarkson. Show all posts
Showing posts with label Jeremy Clarkson. Show all posts

05/03/2014

Lubię jej styl: Claire Underwood

W dzisiejszym odcinku*: przyznaję się do schizofrenii; po raz pierwszy piszę o postaci fikcyjnej; i nie mam najlepszych wieści.

Zdiagnozowałam u siebie modową schizofrenię: bo z jednej strony aspiruję do stylu Emmanuelle Alt/Ines de la Fressange, a najbardziej do stylu fikcyjnej bohaterki dzisiejszego wpisu, czyli Claire Underwood z serialu House of Cards. Stylu szlachetnego, wyrafinowanego, eleganckiego, godnego czterdziestki. Z drugiej strony wciąż ciągnie mnie do innych stylów:  boho i rock'n'roll, głównie za sprawą amerykańskiej marki Free People, od pewnego czasu dostępnej w UK; oraz vintage, który do mnie znacznie lepiej pasuje, niż romantyczno-cygański boho, bo choć w marzeniach jestem wiotka i wysoka, to zarówno z uwagi na wzrost (jego brak), figurę klepsydry, oraz wiek, nie dla mnie zwiewne maxi i strzępiące się, króciutkie spodenki dżinsowe. Jednego dnia wzdycham do peasant top (dosłownie: bluzka wieśniaczki, to bluzka o luźnym kroju, o np taka), a następnego do nobliwie seksownych (sic!) spódnic ołówkowych L'Wren Scott w Net-a-Porter. Ciężkie jest życie schizofreniczki stylistycznej.
Claire Underwood, w którą w roli swego życia wcieliła się 47-letnia (i związana obecnie z 33-latkiem, hurra!) Robin Wright, to kobieta wybitnej urody, i nie każda aktorka wyglądałaby równie dobrze w niekończącej się paradzie shift dresses (princesek), spódnic ołówkowych (pencil skirts) i koszul typu Oksford (Oxford shirts). Ta współczesna Lady Macbeth i "królowa lodu" (ice queen) to mistrzowski popis stylu formalnego, ale kobiecego. I wiem, że nie ja jedna myślałam sobie, że gdybym tak się ubierała i wyglądała, osiągnęłabym dużo więcej pod względem zawodowym. To fantazja tym silniejsza, że pracuję w domu, gdzie tylko pies z kotem mogą oceniać mój wygląd, i mogę spędzić dzień w szlafroku poplamionym jajkiem - pies to nawet by się ucieszył, bo mógłby to jajko zlizać (nie jest to wyznanie winy - nie jestem AŻ tak leniwa).



Claire hipnotyzuje swoim wyglądem, ale i zachowaniem: jej uroda, szyk, gracja, z jaką się porusza, elokwencja, delikatne gesty i ton uwiodłyby każdego, i łatwo uwierzyć, że Frank Underwood kocha ją "jak rekin krew". Jej prawdziwą, lodowatą, mroczną naturę symbolizują kolory: to bardzo wąska paleta i ogranicza się głównie do trzech: czerni, szarości i granatu. Rzadziej pojawiają się: biel, błękit i beż, oraz odcienie metaliczne (srebro). Nieprzypadkowo w I serii Claire piastuje stanowisko szefowej fundacji, która finansuje projekty oczyszczania wody - symbolika czystej, nieskażonej wody jest bardzo czytelna. Chyba spadłabym z kanapy, gdyby Claire w którejś scenie pojawiła się w czerwieni, albo w sukience w kwiaty. Wzory, żywe kolory, bardzo kobiece detale typu falbanki czy kokardki są absolutnie zakazane (chociaż dopatrzyłam się malutkiej kokardki na czapce, w której biega, ha!). Jej minimalistyczny styl na papierze prezentuje się nudnie: kilka odcieni, te same fasony, ale ten, kto oglądał serial, wie, że Claire wygląda zjawiskowo, i wiem również, że wiele kobiet ogląda serial nie tylko ze względu na fabułę, ale także po to, by delektować się jej stylem.  Podkreśla on jej wysokie stanowisko i jej rolę jako partnerki bezwzględnego polityka: nikt nie ma wątpliwości, że mamy do czynienia z prawdziwym graczem (power player), której ubrania komunikują: to ja decyduję (I'm in charge), nikt mną nie rządzi. To jedna z największych zalet serialu: Claire nie jest stereotypową, wspierającą i głównie ozdobną żoną polityka, której rola sprowadza się do udowadniania, że a) nie jest gejem b) jest pro-rodzinny.



A teraz złe wieści: to, co najprostsze, np. "mała czarna", musi być najwyższej jakości, by wyglądać równie dobrze, co na Claire, a jakość, jak powtarzam do znudzenia, kosztuje, dlatego niełatwo skopiować jej styl, kupując w masówkach. Garderoba Claire, projektowana w I serii przez Toma Broeckera (niestety nie pracował w II serii i to widać), jest niemal w stu procentach dizajnerska. Wspomniane już spódnice pochodzą od L'Wren Scott, ale także Dolce & Gabbana, sukienki od Theory, Zac Posen, Antonio Berardi, The Row, Narciso Rodriguez, Armani, Gucci, Ralph Lauren i Calvin  Klein. Dwie torebki, które Claire nosi na przemian, to model Muse od Saint Laurent, oraz Bayswater marki Mulberry. Buty firmuje Christian Louboutin. Jedyna marka masowa to Banana Republic, od której pochodzą koszule Oksford. Oprawki także nie są najdroższe, bo to Ray-Bany.

W UK jest jednak kilka marek ze średniej półki, oprócz Banana Republic i J. Crew, w których można kupić przyzwoitej jakości ubrania w stylu Claire, i przyznam, że kolejne zakupy będę planować zainspirowana właśnie nią - goodbye Emmanuelle and Ines, goodbye Dita *mrugam*.






*Fani Top Gear zauważą, że parodiuję tradycyjny wstęp Clarksona.

26/05/2011

Petrolheads'*heaven

Spośród wielu, wielu wspaniałych miejsc, które przyciągają turystów z całego świata do Winchesteru i Hampshire, jest i takie, którego nazwa powoduje przyspieszenie tętna u każdego automaniaka. To Beaulieu National Motor Museum, unikalne w skali światowej muzeum motoryzacji i jedna z największych atrakcji na południu Anglii. Beaulieu (wymawia się Biuuli) to malownicza wieś a także wielka posiadłość w New Forest, należąca do ekscentrycznego i prominentnego rodu Montagu. Pałac, który nadal jest w części zamieszkany przez Lorda Montagu i jego rodzinę, można zwiedzać, i oczywiście wybrałam się tam skuszona perspektywą historycznych kuchni.
Palace House

Ale dla znakomitej większości odwiedzających Beaulieu to przede wszystkim bogata kolekcja samochodów oraz innych pojazdów, od najstarszych, zabytkowych modeli, po najnowsze pojazdy Formuły I. Mnóstwo znajdujących się tu wehikułów to niezwykle rzadkie i cenne egzemplarze (mówimy tu o sumach nie sześcio-, lecz siedmiocyfrowych), w dodatku to oryginały, a nie kopie.
Muzeum jest wielkie, ale całą posiadłość można zwiedzić dzięki miniaturowej kolejce, Monorail (to kolejna unikalna rzecz), która kursuje wysoko nad głowami zwiedzających, i to nie tylko na zewnątrz, ale także w środku głównego budynku z samochodami.
Nicholas w wagoniku Monorail

To także miejsce, które spodoba się fanom filmu: znajdują się tu niektóre słynne wehikuły Jamesa Bonda (oryginały) w specjalnym James Bond Experience, oraz pamiętne pojazdy z filmów i seriali, np. latający Ford Anglia z filmów o Harrym Potterze czy też Mini Jasia Fasoli:

Jaguar Bonda z Die Another Day

Jest też World of Top Gear - maniacy tego programu, których są miliony (każdy odcinek ogląda średnio 350 mln widzów na całym świecie**), mogą zobaczyć jak zawsze histerycznie śmieszną prezentację oraz różne wraki z pamiętnych challenges (wyzwań). W naszym domu oglądanie Top Gear to uświęcony rodzinny rytuał, zatem była to świetna zabawa.
Świat Top Gear (zdjęcie zrobione z Monorail)

* Petrolhead  (petrol - paliwo, benzyna w British English, Amerykanie na benzynę mówią gas; head - głowa) - nie mam pojęcia, jak ten neologizm oznaczający automaniaka jest tłumaczony na polski, a jakoś być musi, bo to słowo pojawia się w najpopularniejszym programie telewizyjnym świata, czyli Top Gear. Trójka prezenterów to oczywiście ultimate petrolheads, i tak są często opisywani w tutejszych mediach. Chyba już pisałam, że Jeremy Clarkson, wyłączając pasję samochodową, jest moim soulmate, moim duchowym "jednojajowym bliźniakiem" - co niedzielę, czytając jego felieton, stwierdzam, że mamy dokładnie te same poglądy i spostrzeżenia względem niemal wszystkiego. Jeśli chcecie wiedzieć, co myślę o Kubusiu Puchatku,  Rosjanach, polityce, angielskiej obsesji na punkcie nieruchomości i wszystkiego, co stare, etc, etc, poczytajcie Clarksona.

** Choć podejrzewam, że za granicą niektóre dowcipy są ucinane, i to nawet nie dlatego, że zagubiłyby się w tłumaczeniu (jak mi donoszą szpiedzy, tłumaczenie polskie i tak kuleje), ale że nawiązują do osób i aktualnych wydarzeń w UK - trzeba tu mieszkać, by je załapać.

Wszystkie zdjęcia, poza czwartym, mojego autorstwa.

25/08/2010

Proste przyjemności (simple pleasures)

Dziękuję zarówno Wiedźmie z Pracowni Alchemicznej, jak i Nicole z Polish Cookbook za zaproszenia do zabawy pod hasłem "10 rzeczy, które lubię". Backwards in High Heels to w dużej mierze nieustająca opowieść o tym, co lubię (i okazyjnie o tym, czego nie lubię), zatem zrobienie listy, która nie byłaby nudna i przewidywalna, okazało się trudniejsze, niż przypuszczałam. Ponieważ wywnętrzyłam się już na temat wstydliwych przyjemności (guilty pleasures), postanowiłam zaproszenie potraktować jako pretekst do napisania o prostych, czy też drobnych, przyjemnościach (life's simple pleasures) czyli o tym, co "małe, a cieszy".
1. Uwielbiam ten moment, kiedy w dawno nieużywanej torebce znajduję w bocznej kieszonce zapomniany, zachomikowany tam banknot - ostatnio w taki właśnie sposób stałam się bogatsza o całe 5 funtów.
2. Kocham przelotne chwile małżeńskiej telepatii- np. kiedy mąż wraca ze sklepu z czymś, co jemy rzadko, a na co ja właśnie miałam ochotę. Albo gdy otwieram usta, by coś powiedzieć, a wtedy on zaczyna mówić - dokładnie o tym, o czym właśnie myślałam.
3. Kubek gorącej czekolady z przyprawami i mini-marshmallows w zimowy wieczór. (Osobom z UK polecam użycie kakao Maya Gold marki Green & Blacks i sproszkowanej czekolady Williego).

Na zdjęciu szwedzki kubek do czekolady ze sklepu Bob by Post.

4. Zakupy pod choinkę. Prezenty gwiazdkowe zaczynam kupować już w lipcu; tym samym dawkuję sobie przyjemność wyszukiwania rzeczy wyjątkowych i, prozaiczniej, rozkładam koszt, zwłaszcza, że w grudniu mamy także rocznicę ślubu i są urodziny małżonka.
5. Spacery z psem, a szczególnie pierwsze spacery wśród bluebells - wiosna na południu Anglii to orgia kwiatów, która zaczyna się wcześniej i trwa dłużej, niż w Pl.
6. Gdy na wycieraczce, oprócz zwykłej porcji rachunków i reklam, ląduje pocztówka, nowy katalog sklepu, który lubię, lub, co najbardziej cieszy - zupełnie niespodziewana przesyłka, jak ostatnio wygrane bilety na Goodwood.
7. Babskie spotkania - girls' nights out.
8. Gdy nowa książka ulubionego autora lub autorki nie tylko nie rozczarowuje, ale sprawia, że kocham jego/ją jeszcze bardziej. Patrz także: filmy ulubionych reżyserów i kolekcje projektantów/tek mody.
9. To, co się tu zbiorowo określa słowem foraging - czyli zbieranie dziko rosnących grzybów, ziół, owoców. Pyszna I darmowa przyjemność!
10. Niedzielna "prasówka", na czele z Sunday Times - cotygodniowe "spotkanie" z ulubionymi felietonistami: Jeremy Clarksonem, Indią Knight, AA Gill'em, no i oczywiście sekcja STYLE, bez której niedziela nie byłaby niedzielą.

Podobno mam nominować teraz 10 bloggerek/ów do wzięcia udziału w zabawie, ale chyba policja blogowa nie przyjdzie mnie zaaresztować, jeśli się ograniczę do 5:
1. Pistacjowa Lo, której wirtuozeria kulinarna niesłychanie mi imponuje.
2. Mała Mi, której "myśli, pasje, obserwacje" zachęcają do refleksji.
3. Wsamrazik, która mieszka w pięknym Oregonie, i jest nową, ale bardzo mile widzianą przybyszką w blogosferze.
4. Truflowa Patrycja, której kulinarny blog jest nie tylko inspirujący, ale też ciepły i optymistyczny.
5. Fiołkowa Dragonfly - z przyjemnością śledzę perypetie "mamy, żony, nauczycielki, początkującej kucharki", okraszone humorem, ciepłem i przepisami.

03/08/2010

Serowarką być...

Kiedy byłam mała, chciałam, gdy dorosnę, być piosenkarką (*szepcząco*: a jak byłam jeszcze mniejsza, to chciałam "zostać" księżniczką, ale ku memu bolesnemu rozczarowaniu okazało się, że nie można nią zostać, trzeba się księżniczką urodzić - każdy taki moment to utrata odrobiny niewinności). Ooohhh, how things have changed...Bo teraz fantazjuję o tym, by zostać producentką sera - a to za sprawą kolejnej okołokulinarnej książki, przewodnika po serach pt. World Cheese Book, autorstwa Juliet Harbutt (ma kobieta szczęście, że nie ma literki "d" po "har"). Od kilku lat już zresztą marzę o tym, by poznać Aleksa Jamesa. Ten były basista zespołu Blur jest obecnie farmerem i producentem serów, a to właśnie Juliet jest "serową konsultantką", dzięki której udało mu się stworzyć kilka nagrodzonych prestiżowymi (w świecie koneserów sera) nagrodami serów.

Alex był największym hedonistą w swoim zespole i niejeden Kolumbijczyk do dziś go pewnie błogosławi - jak sam ocenia, w okresie gdy sława Blur sięgała szczytu, wydał ok. miliona funtów na alkohol i narkotyki, głównie kokainę. Fast forward parę lat i zamiast z 400 adorującymi go fankami, Alex spędza czas z 400 owcami, wymyśla nowe sery, i wychowuje wraz z żoną piątkę(!) dzieci w gospodarstwie położonym w bukolicznym regionie Cotswolds (nazywanym czasem Disneylandem angielskości), za sąsiadów mając Jeremy'ego Clarksona, Kate Moss i Elizabeth Hurley* (która także prowadzi organiczne gospodarstwo) - nieprzypadkowo jest to okręg wyborczy obecnego premiera. Zatem z rockowego boga Alex przedzierzgnął się w big cheese** bardzo dynamicznego i liczącego już sobie ponad 700 różnych rodzajów brytyjskiego rynku serów.
Książka Juliet, która ma godny pozazdroszczenia zawód pt. cheese expert, to nic innego, jak wspaniale ilustrowana encyklopedia sera. Każdy z ponad 750 najlepszych gatunków świata jest opisany: krótki rys historyczny, najlepsi producenci, smak i zapach, z czym się komponuje. Sery podzielono na kontynenty i kraje - z przykrością stwierdzam, że Europa Wschodnia reprezentowana jest nader skromnie, przez Słowaków i Węgrów, i autorka nie uwzględniła ani jednego polskiego sera. Są za to sery... japońskie, bo choć tradycyjnie Japończycy jedzą mało nabiału, coraz więcej wśród nich wielbicieli serów.
Z brytyjskich serów obszernie opisano Cheddar, Stilton, Cheshire, Leicester, Wensleydale, Gloucester (Single i Double), znany z ostatniego filmu z cyklu Wallace i Grommit Stinking Bishop (jadłam, w istocie b. wonieje, ale pyszny) ale także pomniejsze, wschodzące gwiazdki, takie jak Farleigh Wallop, kogóż by, jak nie Aleksa:

Na końcu książki podano adresy sklepów, także internetowych, dla poszczególnych krajów, nie tylko UK.
Przeglądając tę książkę, a także natchniona niedawno przeczytanym artykułem o tym, jak wielką pasją dla wielu Brytyjczyków jest trzymanie własnych kur, oddaję się marzeniom o domu na wsi, z kilkoma ozdobnymi kurkami, ulami wśród polnych kwiatów na własnej łące (niedługo pokażę zdjęcia takiej łąki i ogrodu, bo byliśmy na wielkim festynie rolniczym) oraz z własną... serowarnią. Wyprodukować ser jest zaskakująco łatwo; stworzyć jednak nowy, smakowo ambitny i wyróżniający się ser - to wymaga już dużej ekspertyzy - techniki produkcji i rodzaje serów są opisane na początku książki. Ale może Juliet pomogłaby i mnie? (w zamian za wysokie honorarium, to pewne. Ech, że też nie przykładałam się do zajęć w szkole muzycznej...).


*Od setek lat Anglicy, którzy się wzbogacili, kupują rezydencję na wsi - to jedna z pierwszych rzeczy, którą Anglik robi, jeśli Fortuna się do niego uśmiechnie. Kamienica lub apartament w Londynie i dom na wsi oznaczają, że odniosłeś sukces. Dlatego firma Hunter oferuje nawet specjalne torby na transport kaloszy (oczywiście ich produkcji) z domu miejskiego do domu na wsi - for travelling in style between town and country *Delie, mrugam*
** Gra słów - big cheese to dosłownie wielki ser, a wyrażenie to oznacza szychę, grubą rybę.

07/07/2010

Goodwood bis



Prosiaczek ma przygody niczym krasnal z Amelie:




Some say... that this show is Top Gear's fans' heaven. To tylko jedno ze stanowisk związanych z tym najbardziej piratowanym (ergo - najpopularniejszym), programem telewizyjnym świata - można też było zobaczyć np. samochód, w którym prezenterzy wybrali się na biegun. Sprzedawca ma koszulkę z napisem I am the Stig's fat cousin. Na szczęście nie natknęłam się na Clarksona, May'a czy Hammonda, bo niechybnie skompromitowałybym się, chichocząc jak trzpiotka (przy moim kolorze włosów to katastrofa). Program jest możliwy tylko dlatego, że wszyscy tu w UK za niego płacimy i producenci nie muszą się martwić o sponsorów - realizuje go BBC, a więc telewizja utrzymywana de facto z podatków obywateli brytyjskich (bo abonament jest egzekwowany jak podatek i nie warto unikać płacenia go) - żadna inna TV na świecie nie byłaby w stanie wyprodukować czegoś podobnego, choć wiele próbuje.
Na marginesie: nigdy jeszcze nie byłam na imprezie tak jednoznacznie zdominowanej przez angielską białą klasę średnią - nie tylko cudzoziemców, ale także mniejszości było jak na lekarstwo. Było to też chyba pierwsze duże skupisko ludzi, gdzie ani razu nie usłyszałam polskiego.
Teraz wiem, że jeśli spytać, jakie hobby jednoczy middle England, odpowiedź to "sporty motoryzacyjne".

Viva Veloce! Viva Goodwood!

Kto by pomyślał, że ja, motoryzacyjna niemota, tak się zachwycę samochodową orgią, jaką okazał się Festival of Speed w arystokratycznej posiadłości Goodwood, malowniczo położonej wśród łąk i wiosek rodem z angielskiego stereotypu w hrabstwie Sussex? Gdyby nie to, że bilety wygrałam w konkursie Sunday Times (główny sponsor show), na pewno nie kupilibyśmy ich sami; teraz jednak, gdy przekonaliśmy się, jak fantastyczna to impreza, planujemy wykosztować się w przyszłym roku.
Ten "największy show motoryzacyjny na świecie" odbywał się w tym roku pod hasłem Viva Veloce! (Niech żyje szybkość!), dla uczczenia setnych urodzin firmy Alfa Romeo i wkładu Włoch w sporty motoryzacyjne. Komentatorzy, których można było słuchać z megafonów (wszędzie są też olbrzymie telebimy), zgodnie stwierdzili, że tegoroczna impreza była największa do tej pory, zaś wartość niesłychanie rzadkich i najdroższych samochodów świata, jakie zebrały się w tym miejscu, przekroczyła 50 mln funtów. Można było m. in. zobaczyć 2 różne modele Bugatti Veyron, w tym w wersji chromowanej, których to samochodów wyprodukowano tylko pięć ( i mimo zawrotnej ceny wszystkie egzemplarze "zeszły" w 24 godz) i który jest być może najlepszym i najdroższym samochodem świata (wg Jezzy na pewno - Jezza to Jeremy "Petrolhead" Clarkson). Wszyscy jego konkurenci do tego tytułu też tam zresztą byli. Oglądanie przedmiotów tak cennych i rzadkich z odległości 10 cm przeszyło mnie, jako zadeklarowaną snobkę, przyjemnym dreszczykiem.
 
Cały dzień (wstęp jest o 7am, zamknięcie - 7pm) zszedł nam jak z bicza trzasł, bo było tyle do zobaczenia. Oprócz nowoczesnych supercars, także pokazy jazdy samochodów Formuły 1, od zabytkowych po współczesne, motocykli, samochodów rajdowych (rally), stoiska poszczególnych producentów, gdzie sprzedawcy nęcili np. tym Astonem Evorą (za drobne 50 tyś):
Z pewnością nie mielibyśmy takiej zabawy, gdyby lało, ale pogoda nam sprzyjała. Jak widać, rośnie nam petrolhead (automaniak):
Zdjęcia moje, oprócz Veyrona, bo otaczające go zewsząd pożądliwe hordy nie pozwoliły zrobić dobrego zdjęcia.
W następnym poście fotorelacji ciąg dalszy.

28/06/2010

Ogłoszenia parafialne

Dziś kilka "ogłoszeń parafialnych" na różne tematy często tu poruszane, a które, jak wiem, mogą Was zainteresować.




Jesteśmy dziś w żałobie, dlaczego - patrz wyżej (w dodatku głównie z powodu dwóch obywateli niemieckich z Polski rodem), a zatem poprawiamy sobie humor truskawkami prosto z pola. Uwielbiam popularny tu od lat 70. system zwany pick your own (PYO) czyli "nazbieraj sam/a". Wielu rolników, zwłaszcza tych uprawiających owoce, pozwala klientom własnoręcznie je zbierać. Cena zebranych truskawek czy porzeczek jest zwykle nieco wyższa, niż w sklepie, ale zbierając można się też najeść do syta aromatycznych owoców prosto z krzaczka, poza tym mamy pewność, że są one świeże (owoce w supermarkecie często przywożone są z odległych krajów i przechowywane tygodniami). Truskawki z mojego lokalnego pola są tak pyszne, jak polskie, jest ich kilka gatunków do wyboru, no i nie muszę chyba mówić, że są o niebo smaczniejsze, niż te z supermarketu. Taka wyprawa na farmę to też doskonała zabawa dla dzieci. Nicholas wrócił z wyprawy pokryty truskawkowym sokiem, zafascynował go też obracający się strach na ptaki. Osobom mieszkającym tutaj polecam, powyżej podlinkowałam stronę, gdzie można sprawdzić, czy takie PYO jest w okolicy. Nasze mieści się naprzeciwko Hillier Gardens, pięknego arboretum światowej klasy, o którym napiszę przy okazji opowieści o tym, jakie jeszcze atrakcje mamy wokół Winchesteru.
Piłka tenisowa dlatego, że truskawki z bitą śmietaną to symbol trwającego właśnie Wimbledonu - publiczność zjada je tonami.


Pisałam we wrześniu zeszłego roku o Wizarding World of Harry Potter - park właśnie otwarto i wszystkie doniesienia w brytyjskich mediach, zarówno prasowe, jak i telewizyjne,  pełne zachwytów, bardzo mnie zachęciły. Bardzo chciałabym zabrać tam Nicholasa. 


Z frontu książkowo-kucharskiego: już idzie do mnie Flavour Thesaurus autorstwa Niki Segnit. Aż nie chce się wierzyć, że nikt przed nią nie wpadł na ten pomysł. Thesaurus to słownik synonimów - w tej książce nie chodzi oczywiście o słowa, lecz o sugestie, jakie smaki są "synonimami", czyli dobrze się łączą, jaki aromat podkreśla i wydobywa inny itd. Czyli np. masz w domu dużo ogórków - zaglądasz do tego "słownika" pod hasło "ogórek" i masz sugestie, z czym możesz je połączyć, i przepisy na to, jak wykorzystać nadurodzaj. Genialne.


Z frontu konkursowego: wygrałam kolejny, czwarty czy piąty już w tym roku konkurs: nagroda to dwa bilety na Festival of Speed w Goodwood na piątek (festiwal trwa od czwartku do niedzieli w tym tygodniu). Jest to jedna z największych i najbardziej prestiżowych  imprez motoryzacyjnych na świecie, gdzie co roku pojawiają się gwiazdy Formuły I (w tym roku mają być zarówno Jenson Button, jak i Lewis Hamilton), oraz celebryci związani z motoryzacją, np. trójka z Top Gear, w tym mój ulubiony Jeremy Clarkson. Bilety są drogie - co czyni tę wygraną jeszcze milszą niespodzianką jest fakt, że tydzień temu mąż powiedział z nutą przygnębienia w głosie, że chciałby kiedyś pojechać na Goodwood. Spełnianie marzeń  to jest to, co Tygrysy lubią najbardziej. 






O naszym dniu w Goodwood napiszę po powrocie, postaram się też sfotografować jak najwięcej samochodów, z których większość, jeśli nie wszystkie, kosztuje więcej, niż ja zarobię w ciągu całego życia.



17/06/2010

Urzędnicze absurdy

Dziś się nieco zdenerwowałam w związku z tym, że mieszkam w UK, a pracuję dla polskiej spółki. Mimo, że Unia to niby "swobodny przepływ ludzi i pracowników", w praktyce polska biurokracja, będąc kilka dekad do tyłu, tej swobody nie zapewnia.  W UK właściwie wszystko można załatwić przez internet, telefonicznie, ostatecznie listownie. Bardzo niewiele okazji wymaga osobistego stawienia się do urzędu. Defaultowe podejście państwa brytyjskiego to zaufanie, że obywatel chce postąpić w zgodzie z prawem. Defaultowe podejście polskiego urzędu: obywatel chce oszukać, nie można mu ufać, należy traktować jak dziecko. Dlaczego np. brytyjski akt małżeństwa z obywatelem brytyjskim trzeba umiejscowić w polskim urzędzie i taki z polskiej pipidówy od urzędniczki, która na oczy mnie nie widziała, bo nie wychodziłam za mąż w Pl, trzeba przynieść, osobiście rzecz jasna, do polskiego konsulatu w Londynie? Polskie placówki zatrudniają chyba ludzi, którzy znają angielski (choć jak się zastanowić, to wcale nie takie pewne bo jak wiadomo, jeszcze niedawno sekretarki w polskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych nie znały żadnych języków, nawet angielskiego) i potrafią ocenić, czy to akt małżeński brytyjski przed nimi, czy pokwitowanie od hydraulika? Ale nie, brytyjski akt (na którym, BTW, nie ma oświadczenia o nazwisku po ślubie, co też się polskim urzędnikom nie mieści w głowie, bo jak to tak, nigdzie nie deklarujesz, jak się będziesz nazywać?) jest nic niewarty, ważny jest polski.
Nie mówiąc już o papierach, których w Pl wymaga zawarcie małżeństwa w ogóle, a tym bardziej z obcokrajowcem - generalnie trzeba udowodnić, że nie zamierza się popełnić poligamii. W brytyjskim urzędzie - sama radość, gratulacje, uśmiechy, 10 minut maksymalnie wypełniania formularzy, okazanie paszportu i tzw. proof of address (dwie koperty z naszym adresem), i już, w wyznaczonym terminie można się pobrać. Apropos adresu - nie ma oczywista meldunku, piszę "oczywista", bo meldunek to pozostałość po komunie, wprowadzony po to, by mieć kontrolę nad obywatelami, i w związku z komunalizacją nieruchomości. W państwach obywatelskich, gdzie większość nieruchomości jest prywatną własnością i gdzie ludzie mogli zawsze swobodnie wybierać miejsce zamieszkania, meldunku nie ma. W Polsce nadal, mimo zniesienia opresyjnego ustroju, obowiązuje, bo państwo lubi wiedzieć, gdzie i kto mieszka. Jakoż i dowody osobiste - w UK właśnie nowy rząd ogłosił, że nie będzie ID's, ku wielkiej radości większości Brytyjczyków i organizacji broniących praw obywatelskich (civil liberties).
I tak wspomniane wyżej organizacje pomstują, że Wielka Brytania jest najbardziej monitorowanym krajem na świecie - jest tu najwięcej kamer CCTV na głowę. Mój idol Jeremy Clarkson grzmi, że żyjemy w nanny state (niańczącym państwie), które chce decydować o tym, co obywatele jedzą i jak spędzają czas. Wszyscy, oprócz inspektorów BHP, narzekają na to, że przepisy health and safety (BHP, choć nie chodzi tylko o miejsca pracy, ale wszystkie miejsca użyteczności publicznej) są tak surowe, że czasem graniczą z absurdem. Ale powiem szczerze, że wolę spoty w TV przypominające o tym, by jeść 5 porcji warzyw i owoców dziennie, oraz to, że wszyscy ludzie pracujący z dziećmi są sprawdzani na okoliczność wyroków sądowych (tzw. CRB check - Criminal Records Bureau) niż stanie w kolejce do pani Zosi pijącej kawkę -zalewajkę i przekładającej papierki z jednego stosika na drugi.

Uff, ulżyłam sobie *mrugam*, już mi lepiej.
I nieco off topic (choć ten po prawej jednak trochę on topic) - zabawne ilustracje Alexa Noriegi.

22/12/2009

Świątecznie II

Czasem się zastanawiam, podobnie jak mój idol Jeremy Clarkson, jak to się stało, że Anglicy pobili swego czasu wszystkich najeźdźców- hiszpańską Armadę, Francuzów, Hunów (dwa razy), a wystarczy odrobina śniegu, by wszystko zaczęło się walić. Jak w odcinku mego ukochanego Hotelu Zacisze (Fawlty Towers), kiedy niemieccy goście mówią na koniec o angielskich gospodarzach: However did they win? (Jakim cudem wygrali wojnę?). Wczoraj padał gęsty śnieg, a my wybraliśmy się na ostatnie świąteczne zakupy. Oprószony śniegiem Winchester, pięknie oświetlony w zapadającym zmierzchu, zasłużył na miano Winter Wonderland (jak w piosence). Całe szczęście, że mogliśmy dojść do parkingu na obrzeżach miasta na piechotę (tzw. Park and Ride - parkujesz i płacisz za parking, ale kursujące często autobusy za darmo dowożą cię do centrum), bowiem transport miejski odmówił współpracy i po południu autobusy przestały kursować. Na razie mamy więc White Christmas.


Mąż ułożył już menu na Wigilię i pierwszy dzień świąt - prawie wszystkie przepisy z bożonarodzeniowej książki Nigelii. Zamiast karpia będą bliny z łososiem, które uwielbiam. Ja karpia nigdy nie lubiłam, a Anglicy uważają tę rybę za niejadalną, nie umknął też ich uwadze aliteracyjny humor zestawienia crap (nieeleganckie określenie śmieci) - carp. Oprócz łososia, będzie też sałatka ziemniaczana, aromatyczna pieczona szynka, dwa rodzaje czatneja (chutney), żeberka w marynacie z bourbona (amerykańska whisky), potrawa zwana dowcipnie drunken devils on horseback (pijane diabły na koniach), sernik z syropem klonowym oraz tarta frangipane z morelami - ta ostatnia ze świetnej książki z przepisami wyłącznie na słone i słodkie tarty znanej tu pisarki kulinarnej, Tamasin Day -Lewis (siostry Daniela) pt. The Art of the Tart.

Będą też oczywiście Christmas crackers i wyjęte z nich papierowe korony, choć niestety nie będzie bożonarodzeniowych swetrów, muszę pomyśleć o takich w przyszłym roku. Takie swetry to już tradycja w UK - zresztą jak pamiętacie scenę, w której Bridget Jones poznaje Marka Darcy, to wiecie, o jakich  swetrach mówię.

20/11/2009

Piękne Polki, brzydkie Angielki

Dziś przerwa w nadawaniu serialu o prezentach, do której skłoniły mnie z lubością cytowane przez polskie media wieści z internetowego serwisu randkowego Beautiful People. Otóż wg użytkowników serwisu, który nie ukrywa, a nawet czyni główny USP (unique selling point ) z faktu, że jest "lookist" (dyskryminuje ze względu na wygląd), mieszkam z najszpetniejszymi kobietami w Europie (ale w kategorii męskiej, co, jak zauważyłam, większość polskich mediów już pominęło, polscy i rosyjscy mężczyźni wypadli gorzej niż Brytyjczycy i to oni są wg beautiful people najbrzydsi. Polek w zestawieniu nie było, dlatego, że do serwisu zgłaszają się z Polski głównie mężczyźni). Jest to woda na młyn tych moich rodaków, którzy często dyskusję o różnych polskich bolączkach kończą tym,"że przynajmniej dziewczyny mamy piękne, nie to co te (tu wstawić narodowość, często przytacza się Angielki)". Skoro ani w nauce, ani w sztuce, ani w biznesie nie jesteśmy najlepsi, to się zawsze możemy pocieszyć pszeniczą urodą Polek. Temat ten jest wałkowany od lat na różnych forach, przy czym ostatnio pojawiają się dyskusje o tym, czy uroda Polek nie jest kolejnym narodowym mitem, którego trzymamy się kurczowo, by poprawić sobie niską samoocenę. Jeśli podejść do sprawy czysto statystycznie, Polki i większość nacji europejskich wciąż ma przewagę nad Brytyjkami, jeśli chodzi o figury - w Pl kilkanaście procent populacji ma dużą nadwagę, w UK - ponad 40%. Sylwetka jest niewątpliwie ważna w ocenie wyglądu, ale nie jest wszak jedynym kryterium, uroda to także inne atrybuty. Te jednak dużo trudniej zmierzyć, choć naukowcy badający niemowlęta dowiedli, że już maluchy potrafią oceniać ludzką atrakcyjność, i to bez względu na rasę i kulturę - jednym słowem, Claudia Schiffer postrzegana jest jako urodziwa przez dzieci mieszkające w wiosce w Indiach czy w Kenii, choć brak tam posągowych Niemek z blond włosami. * Stawia to popularne powiedzenie: nie to ładne co ładne, lecz to, co się komu podoba (beauty is in the eye of the beholder), pod znakiem zapytania. Z drugiej strony, prawdą jest, że ludziom zaczynają się podobać osoby, z którymi przebywają, jeśli spędzają w tym środowisku wystarczająco dużo czasu, nawet jeśli na początku tak nie było - stąd romanse biurowe wśród prawników korporacyjnych i bankierów pracujących po 18 godzin na dobę. Podoba nam się to, co znamy - to też pewnie częściowo wyjaśnia, dlaczego w tym założonym przez Skandynawów serwisie najwyższe noty, poza Brazylijczykami, mają właśnie Skandynawowie.
Ale najważniejszym powodem, dla którego Angielki są postrzegane jako mało atrakcyjne, to fakt, że nie przejmują się tak wyglądem, jak kobiety z innych krajów. Angielki wiedzą, że atrakcyjny wygląd to w dużej mierze sztafaż i że od przemijającej urody ważniejsza jest "umiejętność usmażenia jajecznicy na kacu, pokonanie włamywacza lewym sierpowym, wypicia pinty piwa, opowiedzenia dowcipu, śmiania się z samej siebie, bycia kumpelką, bycia mamą." (cytat z artykułu AA Gilla w Sunday Times).

Jak powiedział jeden z właścicieli serwisu Beautiful People, Brytyjczyk: Angielki wolą się dobrze bawić, niż katować dietą czy ćwiczeniami. Nie bez znaczenia jest też to, że nie ma tu takiej społecznej presji i tyranii krytycznych spojrzeń, jak w Polsce. Pewna mieszkająca w UK Polka napisała w komentarzu pod artykułem o Wielkiej Brytanii w Wysokich Obcasach: “(…)po przyjeździe do UK uderzył mnie mentalnym łokciem szok kulturowy. Brak nacisku na konieczność odchudzania się i wyglądania tak jak wszyscy naokoło i zakupy zakończone torbami wypełnionymi ciuchami, a nie płaczem, był wręcz rewelacyjny. Tutaj dziewczyny czują się swobodniej i łatwiej im się żyje bez ciągłej presji otoczenia.”



*Zainteresowanym zgłębieniem tematu polecam książkę Nancy Etkoff pt. Przetrwają Najpiękniejsi.


PS. Na zdjęciu Angielka Kristin Scott-Thomas, bo uważam, podobnie jak podkochujący się w niej Jeremy Clarkson, że wśród pięknych kobiet jest niczym Bugatti Veyron wśród samochodów - klasa sama w sobie.


15/09/2009

Things I like III

Na koniec chciałam zrehabilitować symbol zacofania i ciemnogrodu, czyli moherowy beret. Ten na zdjęciu firmuje Alberta Ferretti, a więc marka znana z wyrafinowanej elegancji, a beret kosztuje 75 funtów, jest więc raczej poza zasięgiem polskich słuchaczek RM, ale dowodzi, że nie każdy moherowy beret jest be (na stronie sklepu My Wardrobe jest zdjęcie modelki w tym berecie, gdyby ktoś chciał się przekonać, jak ten beret wygląda na żywej osobie. Mnie się podoba, zwłaszcza fioletowy choć jest i czarny)



Skoro mowa o rehabilitacji przedmiotów, które są lub były bardzo uncool, wskrzeszono Trabanta. Trabant 2009 ma nie tylko nową, "wypasioną" karoserię, ale przede wszystkim jest nowiutki i ekologiczny w środku, jest bowiem elektryczny. Podejrzewam, że mój idol Jeremy Clarkson nie zostawi na nim suchej nitki w Top Gear. Elektryczny i niemiecki - dwa słowa, które działają na Jeremiego jak czerwona płachta na byka. Będzie wesoło.

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails