Jest jednak inna River Cafe, która może nie sięga aż takich wyżyn, co ta w stolicy, ale warta jest odwiedzenia, a nawet specjalnej wyprawy. Jest ona uroczo położona na brzegu rzeki (geddit?), w małej miejscowości Glasbury, niedaleko Hay - on - Wye. Zjedliśmy tam jeden z najlepszych posiłków, a przy stoliku obok siedział Nigel Lawson, były minister finansów w rządzie Torysów, ale dziś znany głównie jako ojciec Nigelli. W czasie Festiwalu nie ma lepszego miejsca na star - spotting - to restauracja bez konkurencji na wiele mil wokół, dlatego intelektualiści, a także wszelkiej maści celebryci przybywający na Festiwal (w 2005 roku Hay odwiedził nawet Bill Clinton) przyjeżdżają na power lunches do River Cafe.
Nie ma drukowanego menu - wszystko, co szef gotuje danego dnia, jest opisane kredą na dużej i ruchomej, szkolnej tablicy. Jak w każdej dobrej restauracji, gdzie gotuje się zgodnie z najlepszym i szczęśliwie najważniejszym obecnie trendem, czyli sezonowo i miejscowo, menu jest krótkie, ale rewelacyjne, i zmienia się często z dnia na dzień. Do lamusa odchodzą wielostronicowe, laminowane karty dań, które niemal w każdym przypadku oznaczają jedno: mikrofalę, mrożonki i kucharzy, którym słowo 'trend' kojarzy się wyłącznie z pokazami mody.
Zjedliśmy pyszne makarony - małżonek ze szparagami, ja z krabem. Zgadzam się z Rickiem Steinem - świeży brytyjski krab to delikates na miarę kawioru z bieługi czy czekolady Williama Curley. Ale musi być świeży - ten, kto zawarł znajomość tylko z jego ubogim krewnym, czyli krabem z puszki, niech to przy najbliższej okazji naprawi. Nicholas zjadł fish & chips w wersji luksusowej i oczyścił talerz. Na deser mieszanka tradycyjnych brytyjskich i międzynarodowych przysmaków - małżonek treacle tart (deser godny króla, i jeden z najlepszych brytyjskich wypieków, kto nie jadł, ten nie wie, co traci), ja - najpyszniejsza, rozpływająca się w ustach panna cotta z sosem z rabarbaru, Nicholas - czekoladowa babeczka.
Mogłabym tam jeść codziennie.
Przed tym wspaniałym lunchem wybraliśmy się do istnej Nirvany dla miłośników sów, obok Hay znajduje się bowiem Small Breeds Farm Park and Owl Centre - coś w rodzaju zoo specjalizującego się w miniaturowych gatunkach zwierząt domowych: kóz, świń, osłów i kucyków itp, oraz sowach - jest tam jedna z największych kolekcji sów na świecie! Wszystkie słodkie, miniaturowe zwierzaki można dotykać i karmić (na miejscu kupuje się karmę), można nawet głaskać niektóre sowy!
To były chwile czystej ekstazy:
| Głaszczę sówkę, która mruczy prawie jak kot |
Polecam gorąco wizytę, ale także ich stronę na Facebooku - jak się można domyślać: kompletny cute overload.



















































