February 09, 2010

Chińską, indyjską czy cejlońską, Sir?


Wg UK Tea Council, niezależnej organizacji dbającej o jakość sprzedawanej w UK herbaty i promującej jej picie, Irlandczycy to jedyny naród na świecie, który wypija więcej herbaty, niż Brytyjczycy. Choć zwyczaj picia herbaty pochodzi z Chin, to właśnie tutaj, z dala od plantacji krzewów herbacianych, herbata zyskała status napoju narodowego*. Ponad 70% mieszkańców UK pije herbatę regularnie, przeciętnie prawie 4 filiżanki w ciągu doby, w sumie konsumując aż 165 milionów filiżanek dziennie. Po otrzymaniu ważnej nowiny, zarówno dobrej, jak i złej, pierwszą rzeczą, jaką odruchowo robi niemal każdy mieszkaniec UK, to nastawienie wody na herbatę i zaparzenie cuppa (skrót od cup of tea). 

„Dużo“ nie znaczy jednak „dobrze“. Aż 96% całej wypijanej herbaty to herbata w torebkach. Picie herbaty liściastej postrzegane jest jako snobizm (a wiecie już, jak bardzo typowi Anglicy unikają wszystkiego, co może być poczytane za snobizm). Wyżyny w tej dziedzinie osiągnął baron Alfred de Rotszyld, ze słynnej bankierskiej rodziny. Jego goście wspominali, że wcześnie rano do sypialni przybywał lokaj, który eleganckim tonem pytał: „Czy życzy Pan sobie herbaty czy może świeżą brzoskwinię, Sir?” Jeśli gość wybrał herbatę, lokaj pytał: „Chińską, indyjską czy cejlońską, Sir?”. Następne pytanie służącego brzmiało: “Z cytryną, ze śmietanką czy z mlekiem, Sir?” Jeśli z mlekiem, lokaj pytał o rasę krowy, od której miało pochodzić to mleko. „Jersey, Hereford czy Shorthorn, Sir?”
Dziś dla większości Brytyjczyków „tea“ oznacza jedno - napar z torebki, zaparzany w kubku, z dodatkiem mleka i czasem cukru. Odwieczny spór o to, co powinno być pierwsze w filiżance, mleko czy herbata, trwa nadal, ale wydaje się, że frakcja opowiadająca się za tym, by mleko wlewać do herbaty, ma obecnie przewagę. Jak niemal każdy aspekt życia w UK, spór ten ma swoje źródło w systemie klasowym – ponieważ mleko zawsze było tańsze niż herbata, biedni dodawali herbatę do mleka, a bogaci – odwrotnie (niższe klasy określano pogardliwie mianem MIFs - milk in first). Puryści twierdzą też, że dodatek cytryny zabija subtelny aromat i smak herbaty i jest to z pewnością jedna z przyczyn, dla których dodawanie cytryny nigdy się tu nie przyjęło. Prosząc o herbatę w niesieciowej, lokalnej kafejce, trzeba zamówić black tea – jeśli o tym zapomnisz, dostaniesz herbatę z mlekiem. Preferowana jest herbata mocna, tzw. builder’s tea. Określenie to związane jest z powszechnie znanym faktem, iż budowlaniec czy malarz pokojowy (a także glazurnik i tapeciarz oraz każdy inny przedstawiciel profesji, zbiorczo nazywanej painting decorating), by dobrze wykonać swą pracę, musi się pokrzepiać niezliczoną ilością kubków mocnej herbaty, zwykle marki PG Tips. Zobaczcie ostatnią z serii słynnych w UK reklam PG Tips - szczególnie, jeśli jak ja, kochacie film Kiedy Harry poznał Sally.
Wzdychając ze smutkiem, którym napełnia mnie świadomość, że nigdy nie dorównam baronowi, muszę jednak przyznać, że Winchester to  miejsce, gdzie taki herbaciany snob jak ja może ulegać swoim anty-równościowym instynktom - niedawno ktoś nazwał mnie nawet szczęściarą, bo jest u nas franszyza Whittard's *mrugam*. W Anglii mało kto używa pełnej nazwy: Whittard of Chelsea.
Oprócz tego mamy też niezależny specjalistyczny sklep herbaciany Char, w którym można kupić wyłącznie wysokiej jakości (wyższej niż w Whittard's) herbaty liściaste oraz wszelkie gadżety herbaciane. Właściciele chwalą się własnymi, unikalnymi mieszankami - można tu, i tylko tu, kupić mieszankę pod nazwą Winchester Evening. To mi przypomina, że kiedyś na forum polonijnym parę osób psioczyło na jakość herbaty i kawy w UK (sic! dostało się nawet Whittard's) i przyznało się do przywożenia obu z Polski... Nie ma dla mnie lepszej ilustracji na porzekadło o wożeniu drewna do lasu, czy, jak mówią tubylcy, węgla do Newcastle. A także innego powiedzenia: szukajcie, a znajdziecie...
Porcelana poniżej pochodzi od małego, niezależnego producenta z Londynu, We Love Kaoru -wszystkie wzory ich pięknych zastaw herbacianych produkowane są w Wielkiej Brytanii.



* W Anglii istnieje już jedna plantacja herbaty. Tregothnan Estate leży w Kornwalii i miałam okazję kupić puszkę wyhodowanej tam herbaty – niestety, nie jest tak dobra, jak wysokiej jakości gatunki importowane z Chin czy Indii.

February 07, 2010

Girls' Night Out

Jedną z większych przyjemności życia w Anglii jest to, że niemal każde zebranie towarzyskie to okazja do przysłuchiwania się wartko płynącej, iskrzącej się dowcipem konwersacji. Nikt tu nie smęci, nie kłóci się na tematy polityczne, nie przechwala się osiągnięciami dzieci czy egzotycznym urlopem - przynajmniej nie w naszym kręgu znajomych, który jest, przyznam, dość homogeniczny (klasa średnia, 30- i 40-latki). Jednym z podstawowych składników angielskości jest self-deprecation (dosłownie: samo-dezaprobata) czyli umniejszanie własnej wiedzy i pozycji połączone z  umiejętnością śmiania się z siebie. Drugim - poczucie humoru (sense of humour), ale także wit czyli dowcip, błyskotliwa kpina, cięta riposta. Towarzyskie faux -pas to branie siebie zbyt serio, użalanie się nad sobą czy autorytatywnym tonem wygłaszane wywody na temat tego, jak uzdrowić rząd/gospodarkę/służbę zdrowia/edukację, etc, etc.
Myślałam o tym w czwartek, kiedy spotkałam się z zaprzyjaźnionym gronem Angielek na kolacji w restauracji. Urządzamy takie sabaty co 2,3 miesiące (plus okazje typu weeked panieński) i każdy wspominam b. mile. Tematy, które kobiety poruszają od czasów, gdy siedziały wokół ogniska przed jaskinią, czekając, aż mężczyźni przyniosą (albo i nie) mamuta*, a więc niesforność dzieci czy niereformowalność mężczyzn, oczywiście się pojawiają, ale z reguły jest to okazja, by przede wszystkim dobrze się bawić i dobrze zjeść.
Czy to nam się podoba, czy nie, deptaki brytyjskich miast zdominowały knajpy sieciowe. Nie brakuje tu zresztą znakomitych niezależnych restauracji, problem w tym, że są one z reguły (sporo) droższe niż sieciówki.  Te ostatnie przyciągają też klientów specjalnymi promocjami i zniżkami. Z tego względu, ponieważ żadna z nas nie jest skłonna wydać aż 50 funtów na wieczór z przyjaciółkami, zwykle wybieramy restaurację sieciową. Tym razem padło na Zizzi. To sieć istniejąca od zaledwie 1999 roku, ale mająca już nieco ponad 100 lokali w całym UK.

W menu znajdziemy wszystko, co poza Italią uznaje się za "kuchnię włoską": makarony, pizze i desery w rodzaju tiramisu. Jako że mamy do czynienia z sieciówką, nie możemy liczyć na to, że znajdziemy tu autentyczne regionalne potrawy, bo klientela nie spodziewa się specjałów z Lombardii czy Toskanii - klienci oczekują "międzynarodowej listy przebojów" kuchni włoskiej: spaghetti bolognese, pizza fiorentina, tricolore, risotto, lasagne, tiramisu itd. To taki pick & mix - mieszanka najpopularniejszych potraw wybranych z różnych regionów i przykrojona do gustów nie-Włochów.
Ze względu na to, że natychmiast po przybyciu do Zizzi zatopiłam się w rozmowie, byłam nieco rozkojarzona, gdy przyszło do zamawiania, co będzie dla mnie lekcją na przyszłość.
Na przystawkę wybrałam arancini: kulki risotto z zielonym groszkiem, obtoczone w bułce tartej, z serem grana padano i mozarellą, podawane z małą podstawką pomidorowego sosu. Ponieważ byłam b. głodna (było już po 8.00, a w ciągu dnia niewiele jadłam, szykując się na obżarstwo), arancini smakowały mi bardziej, niż na to zasługiwały. Mało wyrafinowana potrawa, kojarząca mi się z repertuarem stołówki przedszkolnej, ze względu na roztopiony ser, groszek i pomidorowy sos - wszystko to lubi Nicholas, a i inne 4-latki.
Na główne danie wybrałam calzone clarissa, czyli zawijaną pizzę z nadzieniem z warzyw i sera koziego, grana padano i mozarelli. Calzone, które przybyło, miało rozmiary i wygląd gigantycznego pieroga. Tak jak w przypadku pierogów,  dobra calzone powinna mieć dużo farszu i cienkie, delikatne ciasto. Pizza Zizzi była dość cienka, ale niewystarczająco chrupiąca, największym rozczarowaniem był jednak farsz - za mało i za mdły. Dziewczyny, które wybrały pizze czy makaron, chyba lepiej trafiły. Porcje dań z działów "pizza" i "pasta" (makarony) są hojne, nawet za bardzo - na naszych talerzach zostawiłyśmy niemal wszystkie co najmniej jedną trzecia dania, mimo, że przystawki były znacznie skromniejsze.
Wystrój jest nowoczesny i miły dla oka, choć krzesła nie były zbyt wygodne. Obsługa była miła, ale sprawiała wrażenie niedoświadczonej, poza tym przerwa między przystawkami a drugim daniem była za długa. Choć był czwartek, restauracja była pełna, na ulicy było też sporo ludzi, tak jakby już był weekend. To chyba najpewniejsza oznaka, że UK, jako ostatni kraj europejski, ale jednak, mozolnie gramoli się z recesji.
Do Zizzi jeszcze wrócę  i dam jej kolejną szansę - ale tym razem na pewno wybiorę bardziej starannie.
W czwartkowy wieczór jakość konwersacji na pewno przewyższała jakość gotowania kuchni w Zizzi w Winchesterze.


* Niektórzy antropolodzy twierdzą obecnie, że większość kalorii spożywanych przez ludzi prehistorycznych zapewniały kobiety, mięso zwierząt upolowanych przez mężczyzn było raczej dodatkiem, niż podstawą diety.

February 03, 2010

Potwory i spółka

Czy czasem zastanawiacie się, jak to się stało, że pilot do TV, który zostawiliście w jednym miejscu, odnajduje się w zupełnie innym? Albo gdzie podziewają się wszystkie zagubione skarpetki? Wg Ruth Ashton, brytyjskiej ilustratorki książek i projektantki tkanin, te wszystkie zjawiska nie są wytworem naszej wyobraźni czy zapominalstwa, lecz sprawką domowych potworów (monsters of the household variety). Jest taki, który specjalizuje się w podkradaniu skarpetek, inny znowuż woli miedziaki; jeden zawsze zjada ostatki, a znowuż inny niczego nie kocha bardziej, niż chować klucze. Whatwasthatus odpowiedzialny jest za wszystkie niewyjaśnione skrzypnięcia, szumy, szmery i stuki:
Obrazy przedstawiające te nieco uciążliwe, lecz mimo wszystko dające się lubić potworki (razem z ich "łacińskimi nazwami" i "naukowym" opisem), można kupić w sieci Anthropologie




A także tę niesamowitą księgę - katalog (atlas?) potworków:
Zajrzyjcie na stronę Ruth  - można się przekonać, jak kunsztownie wykonane są te dzieła - to nie tylko rysunki, ale często kombinacja haftu, metalu, materiału, drewna i piór.
Szczęśliwie Nicholas nie boi się ciemności ani czających się w niej dziwnych stworów, wszyscy za to kochamy film Potwory i Spółka.




February 02, 2010

All the tea in China

Czy już pisałam, że jestem pasożytem?
Czytam sobie różne blogi (powoli moje życie forumowe i portalo-społecznościowe zastępuję życiem blogowym - nie dam rady wieść podwójnego) i tu sobie jakiś pomysł uszczknę, tam coś podejrzę...Poza tym niejeden już pomysł zaczerpnęłam z  Waszych komentarzy, moi kochani czytelnicy, so please, keep them coming. Wszystkie sprawiają mi wielką przyjemność i bardzo Wam dziękuję za ciepłe słowa oraz wnikliwe spostrzeżenia. Mój mąż podejrzliwie na mnie spogląda, kiedy nie siedzę przed ekranem Maca, bo niemal kompulsywnie sprawdzam pocztę na Iphone - a ja całkiem niewinnie chcę zobaczyć, czy przyfrunął jakiś nowy komentarz.
Na blogu Lu podpatrzyłam "kulinarną" biżuterię barcelońskiej projektantki Any Garcii i to mi przypomniało, że parę tygodni temu natknęłam się na biżuterię Brytyjki Claire Lowe, której projekty wykorzystują...herbatę. Zatapia ona listki herbaty w żywicy, którą oprawia w srebro i tak powstają kolczyki.
Albo formuje bransolety:

I wisiorki:



Tytuł posta nawiązuje do angielskiego idiomu for all the tea in China -  ciekawe, że polska wersja "za Chiny" lub w wersji bardziej dobitnej "za Chiny Ludowe" pomija herbatę i zostawia same Chiny.

Related Posts with Thumbnails