Showing posts with label Manolo Blahnik. Show all posts
Showing posts with label Manolo Blahnik. Show all posts

23/10/2010

Shoes, glorious shoes

Jak wspomniałam, wrzesień okazał się miesiącem, w którym wiele sieci "otworzyło" sklepy internetowe, ale także miesiącem dwóch istotnych, z punktu widzenia butoholiczki, wydarzeń.
Dom towarowy Selfridges otworzył galerię butów - Shoe Galleries. To największy taki dział z butami na świecie: przy ponad 3 tys. metrów kwadratowych większy od Turbine Hall w muzeum Tate Modern - jeśli byliście, to wiecie, jak ogromna jest ta hala. Ponad 5 tys. par od ponad 120 marek, z każdego niemal przedziału cenowego - nie jest to, szczęśliwie, przybytek wyłącznie dla bogatych; sieciówkę River Island na przykład poproszono o specjalną kolekcję, i ceny tych butów to przeciętnie 60 - 70 funtów za parę.
Uroczyste otwarcie
Drugim ważnym wydarzeniem była specjalna kolekcja Manolo Blahnika dla innego, równie wartego odwiedzenia, londyńskiego domu towarowego - Liberty. Mieszczący się w pseudo - tudorowym budynku Liberty jest bardziej angielski, niż Selfridges, i słynie z Liberty prints - wzorów, które zdobią wszelkiego rodzaju towary, od mydełek, przez porcelanę i akcesoria do ubrań, tapet i mebli. Mam taką charakterystyczną walizeczkę od Liberty, pokażę ją innym razem.
Kolekcja Blahnika obejmuje nie tylko buty, ale także różne drobiazgi, np. notesik pokryty płótnem z nadrukiem jego słynnych szkiców.
Poduszka
Hello, lover - tak w jednym z odcinków Seksu... mówi Carrie do pary Manolos na wystawie



Charakterystyczny, lekko wygięty obcas -  dzięki temu szpilki Manolo są wyjątkowo wygodne (jak na szpilki)

09/09/2010

Sole power

Kompozytor i librecista Richard Thomas uczynił przedmiotem swojej "opery" Jerry Springera - człowieka, który zbudował karierę na podsycaniu waśni ludzi, którzy oblaliby rozmowę kwalifikacyjną w McDonald'sie. Show pt. Jerry Springer: The Opera odniósł sukces zarówno na londyńskim West Endzie, jak i nowojorskim Broadwayu, i ściągnął na twórców gniew chrześcijańskich fundamentalistów, oburzonych "bluźnierczymi" piosenkami. Thomas lubi prowokować - także w najnowszym musicalu, Shoes, było kilka piosenek, które zbulwersowałyby zapewne co bardziej "moherowy" element społeczeństwa (o czym nieco dalej), dlatego, jak napisała karoLina w komentarzu pod wpisem, w którym zapowiedziałam wyjazd do teatru - show raczej nie zawita nad Wisłę. 
Ale od początku. Sadler's Wells to teatr specjalizujący się w sztuce tańca - jeśli do Londynu przyjeżdżają słynne widowiska taneczne ze świata (np. argentyńska Tanguera), zwykle występują właśnie w tej imponującej sali w dzielnicy Islington. 
Shoes to rewia: upajająca mieszanka tańca, muzyki (granej na żywo i niezwykle chwytliwej), satyry, dowcipnych gier słownych  (angielski obfituje w idiomy związane z obuwiem i stopami, nie mówiąc już o rozkoszach homofonicznych: soul - sole etc) oraz instalacji wideo. Na samym początku publiczność słyszy "Jeśli nie lubicie butów, to przed wami baardzo długi wieczór" - w tym samym czasie ja, już kompletnie zahipnotyzowana, powtarzałam w duchu za Faustem "Chwilo, trwaj". Czasem, gdy współpracuje kilkadziesiąt utalentowanych osób, następuje alchemiczna reakcja i pot i wysiłek przemieniają się w czyste artystyczne złoto. Thomasa wspomagał nagrodzony Olivierem (prestiżowe nagrody teatralne) reżyser  Stephen Mear oraz pięcioro choreografów - układy choreograficzne były fantastyczne, tańca takiej klasy nigdzie nie widziałam. Za instalacje wideo odpowiedzialny był znany reżyser teledysków. Zespół Sadler's Wells to śmietanka taneczna w kraju, w którym nie brakuje talentu w tej dziedzinie.

Richard Thomas
Już po wstępie wiedziałam, że Shoes będzie inne niż wszystko, co do tej pory widziałam, i bardzo zabawne. I tak było do końca - gdybym mieszkała w Londynie i była milionerką, kupiłabym bilety na kilka następnych terminów. Na początku otrzymaliśmy krótkie streszczenie historii obuwia, od prehistorii( "Życie było  okropne, krótkie i brutalne/ Stopy krwawiły") po współczesny diabelski wynalazek - Crocs'y.  Był też numer, w którym "Jezus" śpiewał lirycznie o sandałach Birkenstocks (pierwsza kontrowersja) - dlatego, że po angielsku tego typu sandały męskie zwie się "Jezusowymi" (Jesus sandals).  Kiedy mowa o butach i fetyszyzmie, nie można uniknąć przywołania imienia Imeldy Marcos - toteż pojawiła się i ona, nad nią na ekranie zawieszonym nad sceną zdjęcia z archiwów policji filipińskiej przedstawiające buty z jej kolekcji (która była tak monstrualna,  że gdyby Imelda zakładała trzy różne pary dziennie, spędziłaby ponad 3 lata nigdy nie zakładając tej samej pary dwa razy) i która na pytanie, dlaczego była tak pazerna, zaśpiewała "Zrobiłam to dla miłości, zrobiłam to dla... turystyki" - do końca nieskruszona (co jest ponoć zgodne z rzeczywistością). Thomas nie mógł też pominąć najsławniejszej fikcyjnej butoholiczki, Carrie Bradshaw. W numerze, który wywołał największy aplauz widowni, tancerki przebrane za zakonnice (druga kontrowersja) intonują niczym chór zakonny i w konwencji hymnu kościelnego piosenkę, której tekst to po prostu lista (litania) ikonicznych nazwisk, od których butoholiczkom miękną kolana: Manolo Blahnik, Jimmy Choo, Christian Louboutin, Miuccia Prada itd. Innemu wielkiemu mistrzowi, którego buty nosiły Sophia Loren i Marilyn Monroe, czyli Salvatore Ferragamo, poświęcono osobną piosenkę, a na scenie pojawiła się piramida pełna prawdziwych Ferragamos... Ale pokazano wszelkie rodzaje obuwia, łącznie z butami narciarskimi, baletkami, Uggs, japonkami, kaloszami i butami sportowymi.
Tak naprawdę jednak buty są w Shoes metaforą - jak w linijce, która nie pojawiła się w ostatecznej wersji show, a którą Thomas zacytował w wywiadzie w Sunday Times: Sometimes you win, sometimes you lose/The show's about life, and the metaphor is shoes. Buty, przedmiot codzienny i pospolity, a jednak wzbudzający u ludzi całą gamę emocji, od ekstazy do odrazy.



08/06/2010

Where did it all go wrong?

Just for a change - and for a bit of fun, I hope - I have decided to rant write this post in English.

Remember the days when watching Sex and the City felt refreshing and you laughed and nodded at your TV? Well, those days are loooong gone, darling. Watching Sex and The City 2, you can't believe you willingly sacrificed 2 hours of your precious time and fast-disappearing youth to be spoon-fed this crap. Instead of smart one-liners and witty dialogue you get  feeble jokes (few and far between) and a risible plot. Ah, the plot - let me sum it up for you: 4 smug rich women whining about their lot and their imaginary problems. The End. The morale: if you are not rich, just take a knife and kill yourself, right now, because, frankly, life is not worth living if you don't have at least 2 swanky apartments - one for you and one for your hubby, for when he gets on your nerves.
The fifth heroin of the TV series was always the Fashion, especially in the later seasons. You know me, so there is no use denying I am partial to a bit of Manolo here, and a bit of Oscar de la Renta there. But - ENOUGH ALREADY. The fashion is no longer fun - it is all about product placement and flogging the goods. Nor is it fresh or trend-setting - it is just, particularly in case of Carrie and Samantha, plain ridiculous. Yes, we do like ogling lovely shoes and dresses, but only IN ADDITION to an interesting, intelligent story. But what we get  (and this just shows that the producers are patronising and money-grabbing fools) are "Birkins and burkas" and very little else.  Lindy West, the writer for the Stranger  hit the nail on its head when she wrote that Sex and the City 2 is "essentially a home video of gay men playing with giant Barbie dolls". Lindy, I salute you.
Don't waste your time and money going to the cinema - watch it on DVD on a night when you had a glass too many and a lot of fun, there is nothing on TV and you are in the mood for some junk. Otherwise it might make you sick, or worse still - suicidal.



Picture via Guardian.

10/03/2010

Shoe me the money

Nie, w tytule nie ma literówki. Nawiązuję do tej znanej wszystkim butoholiczkom waluty, którą w świecie fetyszystek obcasów zwie się shoe money. Shoe money to dolary, funty, złote, słowem każda ilość dowolnej waluty przeznaczona na zakup butów, która tajemniczym sposobem ma znacznie niższą wartość, niż ta sama suma przeznaczona na zakup, dajmy na to, nowej opony samochodowej. W przeliczeniu na shoe money, pieniądze wydane na oponę to fortuna i zbędna ekstrawagancja. Z łatwością za to przyjdzie mi wydać tę samą kwotę na nową parę sandałków, bo w shoe money to iście nieznacząca suma. Opony są nudne i brzydkie i dlatego powinny być rozdawane za darmo. 
Wątek opon pojawił się nie bez kozery - w tym miesiącu musieliśmy kupić nowe, a ja odruchowo przeliczyłam, czym mogłabym w zamian upiększyć stopy i popadłam w przygnębienie, bo chyba zgodzicie się, że te Manolos są piękniejsze od  najwyższej nawet klasy Michelina. Manolos. W groszki. Chyba się rozpłaczę.



No dobrze, te powyżej, marki Victor & Rolf, kosztują 2 x tyle, co nowe opony, ale za to są do bólu trendy: cielistości i pastele, o których pisałam w zeszłym roku, w tym roku będą już trendem pełną gębą, jednym z 2 czy 3 najważniejszych, co widać już było na Oscarach.
Isabel Marant to bardzo modna w kręgach modowych paryska projektantka, której ciuchy i dodatki do niedawna bogate Brytyjki przywoziły sobie z Francji: szczególnym przebojem były jej botki, z charakterystycznymi stożkowatymi obcasami (ta figura geometryczna to już mini-trend, patrz też: biustonosze). Teraz można je już kupić w mekce każdej faszonistki, Net-a-Porter (tzn. większość jej kolekcji już jest wyprzedana, poszła niczym świeże bułeczki, ale można się zapisać na listę kolejkową i czekać, aż "rzucą towar").
Przyznam, że nie spodziewałam się, iż tak spodobają mi się buty z usztywnionego płótna:
I równie drogie monochromatyczne sandały Hermes - francuski szyk w stylu Coco Chanel, no może poza obcasami, ona wolała niższe.

01/04/2009

Louboutin, mon amour


Zważywszy na nazwę tego bloga, nietrudno się domyślić, że uwielbiam piękne buty na przyprawiających o lęk wysokości obcasach.
(Wdzięczny angielski przymiotnik vertiginous, którym często opisuje się najbardziej strome szpilki, pochodzi od rzeczownika vertigo, oznaczającego lęk wysokości; to tytuł jednego z filmów Hitchcocka)
Christian Louboutin, szewc nad szewcami, twórca najbardziej pożądanych i seksownych szpilek świata z ikoniczną czerwoną podeszwą, zaprojektuje buty dla Barbie. Barbie to faszonistka, nic dziwnego więc, że na 50-te urodziny dostanie buty-marzenie każdej szanującej się ofiary mody.
Jak to często bywa, słynna czerwona podeszwa była przypadkiem.

Louboutin, niezadowolony z dostępnej w warsztacie czarnej farby, pociągnął podeszwy butów farbą, jaka akurat była pod ręką - czerwoną. Klientka, która je kupiła, wróciła do sklepu zaaferowana, opowiadając, jaką sensację wzbudziły jej podeszwy, szczególnie wśród mężczyzn. Czerwona podeszwa szybko stała się znakiem firmowym Louboutina, zaś jego niebotycznie wysokie, superkobiece szpilki najbardziej znanymi wśród butów designerskich.
Zarówno Manolo Blahnik, jak i Jimmy Choo (który już dawno nie projektuje dla firmy noszącej jego imię) wspięli się niemal równie wysoko, ale osobiście uważam, że i Manolos i Choos ustępują Louboutin'om. Diamenty są najlepszymi przyjaciółmi kobiety, ale łatwiej pozwolić sobie na choć jedną parę naprawdę pięknych butów.


LinkWithin

Related Posts with Thumbnails