Kampanie społeczne mają w Wielkiej Brytanii bardzo długą i bogatą tradycję, i moim zdaniem do dziś twórcy takich reklam są w tym najlepsi na świecie. Najnowsza jest na to dowodem: to kampania skierowana do kobiet, zachęcająca je do uprawiania sportu. Po rewelacyjnych Igrzyskach, aktywiści ze świata sportu wyszli z różnymi inicjatywami, by nie tylko podtrzymać entuzjazm tych, którzy już uprawiali jakiś sport, a także inwestować w przyszłych zwycięzców, ale także dotrzeć do tych osób, które z różnych względów nie ćwiczą.
Z przeprowadzonych w całym kraju badań wyszło też, że znacznie więcej Brytyjczyków uprawia sport regularnie, niż Brytyjek - aż 2 miliony mniej kobiet. Różnice między płciami na "Kontynencie" (czyli w reszcie Europy) są ponoć mniejsze, ale nie wiem, jak to wygląda w Polsce. Może w ostatnich 2 dekadach coś się zmieniło, ale kiedy ja chodziłam do szkoły, podział był wyraźny - to chłopców zachęcano do uprawiania sportu, szczególnie gier zespołowych, zaś dziewczyny nie - znane mi nastolatki ruch postrzegały głównie jako sposób na schudnięcie/utrzymanie figury. W tym wieku wygląd staje się tak ważny, że związane z wysiłkiem fizycznym pocenie się, czy potarganie fryzury powstrzymuje wiele dziewcząt. Przeprowadzone w brytyjskich szkołach ankiety pokazały, że dziewczynki równie chętnie uprawiają sport, co chłopcy, aż do wejścia w okres dojrzewania, kiedy presja, by zawsze dobrze wyglądać, skutecznie je zniechęca, i tracą nawyk regularnych ćwiczeń, w który to nawyk ciężko się znowu wdrożyć, kiedy na głowie ma się pracę i dzieci -stąd taka dysproporcja między płciami.
Kampania This Girl Can atakuje zatem stereotyp, że tylko kobiety, które dobrze wyglądają ćwicząc - szczupłe, młode i już wysportowane - mogą uprawiać sport.
Do kampanii zaangażowano "zwykłe" kobiety, a nie sportsmenki - z nadwagą, widocznym celulitem itd. Żadna nie była specjalnie malowana czy stylizowana. Świetnie zrealizowany klip, nadawany w TV w primetime, pokazuje kobiety czerpiące ze sportu radość, której nie mącą troski o to, jak się prezentują, ani kto na nie patrzy.
W tym samym tygodniu, gdy ruszyła ta kampania, Reese Witherspoon otrzymała nominację do Oskara za główną rolę w filmie Wild. To także bardzo cieszy, bo bohaterka filmu wyrusza samotnie na fizycznie wyczerpującą wędrówkę. Słuchałam dziś wywiadu z Reese i Cheryl Strayed, na której autobiografii oparto ten film. Reese nie nosi w filmie makijażu - nie mówię tu o makijażu, który udaje, że go nie ma. Aktorka, która jest także producentką, naprawdę ma na twarzy tylko krem z SPF i, jak śmiejąc się podkreśliła, nie jest to nawet krem koloryzujący.
Showing posts with label UK. Show all posts
Showing posts with label UK. Show all posts
15/01/2015
15/05/2014
Przeprowadzka
Mam usprawiedliwienie, dlaczego tak rzadko pisuję. Spędzam dni na sortowaniu naszego materialnego dobytku, wystawianiu niechcianych rzeczy na sprzedaż, oddawaniu do sklepów fundacji dobroczynnych, pakowaniu, etc etc. Bo pod koniec czerwca nastąpi w moim życiu przełom: przeprowadzamy się do domu, tym razem kupionego, a nie wynajmowanego. Kto mnie zna osobiście czy w inny, pozablogowy sposób, ten wie, jak NIENAWIDZIŁAM wynajmować w UK, gdzie wynajem od osób prywatnych nie jest ściśle regulowany, i tym samym wynajmujący są traktowani jak obywatele drugiej kategorii, mimo, że płacą najwięcej w Europie (w każdym razie w Londynie i na Południu Anglii), i nieruchomości mają bardzo niski standard. Brak odpowiednich przepisów skwapliwie wykorzystują tzw. slum landlords oraz równie pasożytniczy, pozbawieni skrupułów agenci, którzy bezkarnie nie wywiązują się ze swoich obowiązków, jednocześnie żądając horrendalnych pieniędzy za byle dziury. Są dwie przyczyny tego stanu rzeczy: wzrost populacji przy jednoczesnym znacznym spadku w budowie nowych domów.
Mieszkam w jednym z najgęściej
zaludnionych regionów Europy, jakim jest południowo – wschodnia Anglia i problemy
związane z przeludnieniem obserwuję na codzień. Wielka Brytania ma dodatni przyrost,
głównie z powodu imigracji – wg ostatniego spisu powszechnego (z 2012 roku)
populacja UK w ciągu zaledwie 10 lat wzrosła o 4 miliony ludzi. Te dodatkowe 4
miliony musi gdzieś mieszkać, a problem jest tym większy, że populacja nie rozkłada się równo - wielu przybyszów osiedla się w najbogatszej, ale i pękającej w szwach części kraju, w której deficyt nieruchomości jest
szczególnie dotkliwym problemem. (Ponadto korzysta z przeciążonego państwowego
systemu służby zdrowia, szpitali, dróg, szkół itd - to odpowiedź, dlaczego antyimigracyjna prawica zyskuje coraz więcej głosów, i prawdopodobne jest, że wejdzie w znaczącej liczbie do parlamentu po przyszłorocznych wyborach). Jednocześnie coraz więcej
ludzi protestuje przeciwko budowie tak bardzo potrzebnych nowych osiedli i
dróg, obawiają się bowiem, że architektoniczne koszmary i coraz tłoczniejsze
drogi zastąpią pieczołowicie zachowane stare budownictwo, zielone przestrzenie
i cenne ekosystemy, oraz zniszczą sielski charakter wiejskich zakątków, z
których Anglia słynie. W mojej wsi propozycje budowy nawet kilku nowych domów
spotykają się zawsze z gorliwą opozycją mieszkańców. Wszędzie tam, gdzie
planuje się budowę większych osiedli, odbywają się marsze (sic!) protestacyjne,
wysyłane są petycje do posłów i prowadzone kampanie przeciwko developerom.
Inaczej niż w nieprzeludnionej, mającej niski przyrost naturalny Polsce, tu
dźwigi i koparki nie są mile widzianym zwiastunem rozwoju i lepszej
przyszłości.
Efekty kompletnie zwariowanych cen nieruchomości w Londynie, podbijanych przez kupców głównie z Chin, Rosji itd, odczuwane są także w Winchesterze, oddalonym zaledwie o godzinę pociągiem, w którym nie buduje się żadnych nowych osiedli (jedno jest planowane, i już przegłosowane, mimo petycji, protestów, marszów, tablic protestacyjnych typu "No more development!", które ludzie wystawiali w swoich ogródkach itd), w związku z czym przeprowadzamy się nieco dalej od Londynu, ale do równie historycznego miejsca, blisko Stonehenge i Salisbury, w hrabstwie Wiltshire. Będziemy mieszkać na nowym osiedlu - gdy zakupiliśmy dom, był dziurą w ziemi. Odwiedziliśmy plac budowy pod koniec kwietnia, i dom wyglądał tak:
Nie mogę się doczekać. Przeprowadzka jest stresująca i droga, a agenci oraz właścicielka domu, który wynajmowaliśmy, robią wszystko, żeby ją uczynić jeszcze bardziej stresującą i kosztowną (nie napiszę tu, co o nich myślę, ale możecie się domyślać, w każdym razie to ciąg niecenzuralnych słów), ale staram się skupiać na tym, co będzie potem - urządzanie mojego własnego kawałka podłogi, tak jak JA chcę, bez pytania się jakiejś chciwej, aroganckiej osoby, czy łaskawie pozwala na zawieszenie jednej półki. I wreszcie spełni się moje drugie marzenie - będę miała dużą kuchnię z wyspą!
28/01/2014
Na zamówienie - kurze imprezy
Z blogowego marazmu wychynęłam na prośbę pewnej, jak twierdzi wiernej, czytelniczki, która poprosiła mnie o opisanie, jak wyglądają wieczorki panieńskie w UK. Wprawdzie pisałam już o jednym takim wyjeździe (bo angielskie imprezy trwają często co najmniej cały weekend, a czasem tydzień!, a nie tylko jeden skromny wieczór), ale byłam też na kilku innych, a i słyszę, że podobnie jak Walentynki, tak i ta anglosaska tradycja przeszczepiana jest powoli i na polski grunt - czemu ja przyklaskuję.
Brytyjski hen do lub hen party (stąd kura w tytule - ich męski odpowiednik to stag do) coraz rzadziej trzyma się utartego, mało wybrednego scenariusza, wg którego wieczór przebiegał tak: drinki, taniec, męski striptiz, czekoladowe penisy i inne sprośne prezenty, jeśli mówimy o trwającej jedną noc imprezie, lub wyjazd do Benidorm, lub innego taniego "kurortu" w Hiszpanii, pełnego przedstawicieli brytyjskiej klasy robotniczej. Coraz częściej na weekend panieński wynajmowane są wiejskie posiadłości, a nawet dwory czy zamki.
Wyjazdy zagraniczne - np. do Pragi czy Krakowa - są znacznie popularniejsze wśród mężczyzn, może dlatego, że kryterium pt. tani alkohol figuruje wyżej na liście męskich priorytetów. Zarówno kobiety jak i mężczyźni często się przebierają, z tym - i to jest jedna z osobliwości tubylca płci męskiej, kto jest fanem brytyjskich komików, ten jest zaznajomiony z tą skłonnością - że chętniej i bardziej fantazyjnie przebierają się mężczyźni (często za kobiety, uczennice lub zakonnice). Hen dos mniej polegają na alkoholu i młodych, nieznajomych mężczyznach, a bardziej na różnych zabawach- my na przykład w ten wyżej wspomniany weekend bawiłyśmy się m.in. w karaoke, a na innym wieczorze miałyśmy lekcję przygotowywania koktajli (no dobrze, w tym przypadku akurat alkohol był bardzo istotny, ale przynajmniej musiałyśmy same sobie drinka przyrządzić) w wynajętym tylko dla nas całym barze - niedawno moja znajoma też była na takim właśnie hen do, połączonym z cocktail masterclass. W większych miastach modnie jest wynająć instruktora, np. ikebany czy robienia kapeluszy, i popijając szampana i jedząc ciasta nauczyć się czegoś nowego. Czasem taka impreza zaczyna się wytworną Afternoon Tea w 5-gwiazdkowym hotelu, po czym hens idą na kolację do restauracji, a następnie do klubu. Albo zaprasza się stylistkę specjalizującą w vintage, która demonstruje fryzury i makijaż vintage. Wiele hens wspólnie jedzie do spa. Możliwości jest wiele, i udana impreza zależy w dużej mierze od kreatywności i umiejętności organizacyjnych świadkowej (maid of honour) i bridesmaids (druhen - mam nadzieję, że ta tradycja też się przeniesie do Polski, i zamiast tylko pary świadków, będą także druhny i drużbowie), bo to ich obowiązek - panna młoda tradycyjnie nie powinna nawet kiwnąć palcem. To, co mi się właśnie najbardziej podoba, to to, że jest to okazja, by powspominać wspólnie spędzone chwile i celebrować kobiecą przyjaźń. Jest to także prezent, lepszy od zestawu do fondue. (Potencjalnie ciekawym tematem na osobny post byłaby analiza, dlaczego takie imprezy w gronie kobiecym nie są popularne np. we Francji, gdzie przyjęte jest imprezowanie w parach, a nie w gronie osób tej samej płci, jak mi ostatnio tłumaczyła mieszkająca na stałe tutaj Francuzka)
Ja nie miałam niestety hen do - gdybym kiedyś odnawiała śluby (bo na razie nie mam w planach kolejnego ślubu, ekhem), kusiłoby mnie wynajęcie Vintage Patisserie.
Jedyny zgrzyt, jaki czasem się pojawia, to zaporowy dla niektórych koszt - to jest jednak rzadkie, bo przyszli małżonkowie mają najczęściej przyjaciół i znajomych z podobnej sfery społecznej, o podobnym poziomie dochodów, a przy tym większość ludzi jest zwyczajnie na tyle wrażliwa i dobrze wychowana, by nie narażać bliskich osób na wydatki, na które ich nie stać. To tradycja, która pozwala okazać młodej parze, jak bardzo są ważni dla Krewnych-i-Znajomych, i warta kontynuacji.
A jak to wygląda obecnie w Polsce i innych krajach, w których mieszkacie?
Brytyjski hen do lub hen party (stąd kura w tytule - ich męski odpowiednik to stag do) coraz rzadziej trzyma się utartego, mało wybrednego scenariusza, wg którego wieczór przebiegał tak: drinki, taniec, męski striptiz, czekoladowe penisy i inne sprośne prezenty, jeśli mówimy o trwającej jedną noc imprezie, lub wyjazd do Benidorm, lub innego taniego "kurortu" w Hiszpanii, pełnego przedstawicieli brytyjskiej klasy robotniczej. Coraz częściej na weekend panieński wynajmowane są wiejskie posiadłości, a nawet dwory czy zamki.
![]() |
| To tu świętowałyśmy zamążpójście Charlie - posiadłość tę można wynająć na wakacje, a jeśli każdy zapłaci za siebie (może tam w sumie w dwóch budynkach przenocować 27 osób, nie licząc małych dzieci - prócz dworu na zdjęciu, jest mniejszy budynek - zaadaptowana stajnia, w której jest nocleg dla 8 osób, do wynajęcia razem lub osobno), to wcale nie jest astronomicznie drogo. Generalnie polecam wynajmować domki w UK na spółkę z innymi, im więcej osób, tym wychodzi taniej, no i wybór nieporównywalnie lepszy. UK to idealne miejsce na takie wakacje, w Walii, Kornwalii, Devon czy Lake District jest mnóstwo nieruchomości, w których fani Downton Abbey na pewno by się zakochali |
Wyjazdy zagraniczne - np. do Pragi czy Krakowa - są znacznie popularniejsze wśród mężczyzn, może dlatego, że kryterium pt. tani alkohol figuruje wyżej na liście męskich priorytetów. Zarówno kobiety jak i mężczyźni często się przebierają, z tym - i to jest jedna z osobliwości tubylca płci męskiej, kto jest fanem brytyjskich komików, ten jest zaznajomiony z tą skłonnością - że chętniej i bardziej fantazyjnie przebierają się mężczyźni (często za kobiety, uczennice lub zakonnice). Hen dos mniej polegają na alkoholu i młodych, nieznajomych mężczyznach, a bardziej na różnych zabawach- my na przykład w ten wyżej wspomniany weekend bawiłyśmy się m.in. w karaoke, a na innym wieczorze miałyśmy lekcję przygotowywania koktajli (no dobrze, w tym przypadku akurat alkohol był bardzo istotny, ale przynajmniej musiałyśmy same sobie drinka przyrządzić) w wynajętym tylko dla nas całym barze - niedawno moja znajoma też była na takim właśnie hen do, połączonym z cocktail masterclass. W większych miastach modnie jest wynająć instruktora, np. ikebany czy robienia kapeluszy, i popijając szampana i jedząc ciasta nauczyć się czegoś nowego. Czasem taka impreza zaczyna się wytworną Afternoon Tea w 5-gwiazdkowym hotelu, po czym hens idą na kolację do restauracji, a następnie do klubu. Albo zaprasza się stylistkę specjalizującą w vintage, która demonstruje fryzury i makijaż vintage. Wiele hens wspólnie jedzie do spa. Możliwości jest wiele, i udana impreza zależy w dużej mierze od kreatywności i umiejętności organizacyjnych świadkowej (maid of honour) i bridesmaids (druhen - mam nadzieję, że ta tradycja też się przeniesie do Polski, i zamiast tylko pary świadków, będą także druhny i drużbowie), bo to ich obowiązek - panna młoda tradycyjnie nie powinna nawet kiwnąć palcem. To, co mi się właśnie najbardziej podoba, to to, że jest to okazja, by powspominać wspólnie spędzone chwile i celebrować kobiecą przyjaźń. Jest to także prezent, lepszy od zestawu do fondue. (Potencjalnie ciekawym tematem na osobny post byłaby analiza, dlaczego takie imprezy w gronie kobiecym nie są popularne np. we Francji, gdzie przyjęte jest imprezowanie w parach, a nie w gronie osób tej samej płci, jak mi ostatnio tłumaczyła mieszkająca na stałe tutaj Francuzka)
Ja nie miałam niestety hen do - gdybym kiedyś odnawiała śluby (bo na razie nie mam w planach kolejnego ślubu, ekhem), kusiłoby mnie wynajęcie Vintage Patisserie.
Jedyny zgrzyt, jaki czasem się pojawia, to zaporowy dla niektórych koszt - to jest jednak rzadkie, bo przyszli małżonkowie mają najczęściej przyjaciół i znajomych z podobnej sfery społecznej, o podobnym poziomie dochodów, a przy tym większość ludzi jest zwyczajnie na tyle wrażliwa i dobrze wychowana, by nie narażać bliskich osób na wydatki, na które ich nie stać. To tradycja, która pozwala okazać młodej parze, jak bardzo są ważni dla Krewnych-i-Znajomych, i warta kontynuacji.
A jak to wygląda obecnie w Polsce i innych krajach, w których mieszkacie?
15/10/2013
O szkole specjalnej
Update szkolny: Nicholas zaczął czwartą już klasę (choć ma dopiero 8 lat, taki tu przeklęty system - na szczęście coraz więcej tubylców narzeka, ja już przestałam strzępić język), ale w nowej szkole. Jest to szkoła specjalna, jedyna taka w promieniu 50 mil - a my, zupełnie przypadkowo, mieszkamy o rzut oszczepem, najbliżej zapewne w całej historii tej szkoły. Dojście zajmuje nam 7 minut (mierzyłam). Wystarczy jednak mieszkać dalej niż 5 mil, a automatycznie przysługuje transport - oczywiście przystosowany do potrzeb niepełnosprawnych, z personelem z CRB (Criminal Records Bureau - w UK każdy, kto pracuje z dziećmi, jest sprawdzany na okoliczność wyroków, by wyeliminować pedofili, jeżdzących po pijanemu etc) - oprócz kierowcy, w busie czy taksówce musi też być tzw. escort, a więc opiekun/ka na czas przejazdu. Dla mnie niestety oznacza to, że nie mam szansy bliższego zapoznania się z rodzicami, bo około 90% dzieci jest dowożonych na koszt hrabstwa, i rodzice ani ich nie przywożą, ani odbierają.
Wykorzystuję więc każdą okazję, a jest ich szczęśliwie wiele, by poznać rodziców. Spotkania przy kawie, kiermasze, festyny, z których fundusze zasilają szkołę - w to wszystko jestem zaangażowana (i jak zwykle podziwiam i polecam uwadze komitetom rodzicielskim w Pl, które, kiedy ja chodziłam do szkoły, nie robiły zupełnie nic, tak chyba było wszędzie, choć moja podstawówka była wyjątkowo beznadziejna).
![]() |
| Pomagam sprzedawać podarowane przez rodziców i personel książki dziecięce w czasie kiermaszu (Summer Fete) |
Wracając jednak do szkoły: jesteśmy na 100% pewni, że podjęliśmy właściwą decyzję. Nicholas jest w grupie Maskonurów - w szkole nie ma klas, lecz grupy, liczące maksimum 10 dzieci, które mają ptasie nazwy. W każdej takiej grupie jest pedagog i trzy osoby pomagające (Learning Support Assistants): na 115 dzieci jest 85 osób personelu. Zmiana z klasy liczącej 32 uczniów, gdzie była jedna nauczycielka i jedna LSA, to ogromna poprawa. Mimo, że Nicholas miał swoją opiekunkę 25 godzin tygodniowo, i była to wspaniała osoba, nieustanne przybywanie one to one z dorosłym okazało się fiaskiem. Po naszych doświadczeniach ze szkołą "normalną" radzę wszystkim rodzicom dzieci specjalnej troski, szczególnie autystycznych: nie wysyłaj dziecka na siłę do "zwykłej" szkoły. No chyba, że mieszkasz w Finlandii, gdzie nie ma szkół specjalnych (ani prywatnych), bo szkolnictwo jest bardzo elastyczne, egalitarne i na wyższym poziomie od tutejszego (i polskiego). Zmieniłam zdanie na temat integracji, i zarówno lektury jak i rozmowy z wieloma rodzicami potwierdzają mój sceptycyzm: dla wielu, jeśli nie dla większości dzieci niepełnosprawnych, szkoła specjalna jest o wiele lepszym wyjściem. W UK dziecko z SEN (Statement of Special Educational Needs) jest 9 razy częściej zawieszane lub całkowicie wyrzucane ze szkoły zwykłej (mainstream), niż dziecko bez SEN. Integracja i motywowanie dzieci neuronietypowych przez neurotypowe to fikcja - kończy się na tym, że dziecko autystyczne spędza czas z dorosłą opiekunką, nauczyciel/ka nie mają bowiem czasu w ogóle, mając 30 neurotypowych dzieci do uczenia, na pracę ze "specjalnym", a neurotypowe dzieci bawią się między sobą, a nie z tym, który jest "inny". Jaki zatem pożytek z bycia w "normalnej" szkole? Taki, że w raporcie, w którym dziecko, którego mózg funkcjonuje inaczej, jest mierzone wg kryteriów stawianych dzieciom z mózgami typowo pracującymi, i potem miażdząco oceniane jako "poniżej oczekiwań"? Jakby powiedział ten wielki mędrzec, Homer Simpson: Doh! Apples and oranges - nie porównuj jabłek z pomarańczami. Żaden pożytek. W szkole zwykłej każda klasa ma narzucony taki sam program, dla wszystkich uczniów, a indywidualizacja dla dziecka specjalnej troski jest kolejną fikcją - i tak jest zawsze mierzone wg programu głównego, bo cały system to wielka machina, która jest mało elastyczna. Dla kontrastu, w bardzo elastycznej szkole specjalnej każde dziecko ma prawdziwie indywidualny, dostosowany nie do wieku, lecz do możliwości, program, nie ma zadań domowych, nie ma idiotycznych raportów o byciu na poziomie rozwoju"poniżej oczekiwań" (below national expectations).
Podsumowując: silenie się na integrację i walka o utrzymanie dziecka w zwykłej szkole za wszelką cenę - wg mnie nie są tego warte. Szkoła specjalna to nie wyrok i poddanie się - to często ogromna poprawa i zmiana na lepsze, szansa na to, że w przyszłości dziecko będzie bardziej pewne siebie, pełne wiary w swoje możliwości, szczęśliwsze, uniknie prześladowań i będzie bardziej niezależne.
23/01/2013
Encyklopedia Kuchni Brytyjskiej, C - Curry
"Hinduskie" curry to mięso (wszelakie - od najpopularniejszego kurzego, przez jagnięce, po baranie, a nawet koźlinę), ryby lub warzywa w pikantnym sosie z cebuli, czosnku i świeżego imbiru, z dodatkiem różnych zestawów przypraw. Słowo curry wywodzi się z tamilskiego „kari“, oznaczającego po prostu „sos“, nazywanie tej potrawy "curry z sosem" lub "w sosie", co niegdyś zobaczyłam na popularnym polskim blogu, jest zatem nietrafne (nikt w Anglii nie mówi "curry with sauce" bo sos to integralna część potrawy i nie ma "curry bez sosu"). Jest wiele rodzajów curry, mniej lub bardziej ostrych, a najczęściej jedzone nosi nazwę tikka masala. Pierwszy przepis na curry pojawił się już w 1747 roku, w książce kucharskiej Hannah Glasse. Glasse jest uważana za pierwszą pisarkę kulinarną w angielszczyźnie, stworzyła bowiem pierwszą książkę kucharską "dla ludzi" - przed nią książki zawierające przepisy były przeznaczone dla kucharzy, ergo - do użytku w kuchniach arystokratycznych. Historia Glasse jest przy tym b. ciekawa: była nieślubnym dzieckiem, a potem wdową z kilkorgiem dzieci na utrzymaniu, i choć jej książka sprzedawała się doskonale, i uczyniła ją na jakiś czas zamożną, trafiła do więzienia dla dłużników i zmarła w biedzie. Jej przepisy były pierwszymi, które były uproszczone, praktyczne i szybkie, przynajmniej na tyle, na ile było to możliwe w XVIII- wiecznej kuchni. Jej curry było potrawką z mięsa, np. królika, której mało wyrazisty smak poprawiały hinduskie przyprawy takie jak podprażone i zmielone nasiona kolendry. Wkrótce kucharze zaczęli stosować gotowe mieszanki przypraw, którymi doprawiano mdłe, bo z konieczności dokładnie gotowane, warzywa i mięsa.
Popularność curry wciąż rosła, a po upadku Imperium napływ emigrantów z Bangladeszu* i pojawienie się dużej ilości restauracji i tańszych tzw. curry houses (w Birmingham, angielskiej stolicy curry, zwane także balti houses), a więc knajpek gotujących wyłącznie curry, z dodatkami w postaci ryżu, chlebka naan, aloo gobi i innych, przyczyniło się do tego, że curry stało się jednym z ulubionych dań na wynos (take away) i dziś stanowi, obok fish & chips, narodową potrawę Wielkiej Brytanii. W samych Indiach na tego rodzaju potrawy raczej nie używa się określenia curry, a autentyczne hinduskie dania rzadko smakują tak samo, jak te podawane w restauracjach w UK, choć ze względu na to, że brytyjscy turyści w Indiach domagali się tikka masala z kurczaka, UK obecnie eksportuje to danie do Indii i Bangladeszu.
Robert Makłowicz wspominał w Guardianie, że gdy w czasie studiów dorabiał pracując przy budowie parkingu pod Londynem, płacił niewielką sumę koledze Hindusowi, by jego żona przygotowywała aromatyczne hinduskie posiłki na lunch dla nich obu. Dzięki temu nie był skazany na nieapetyczne (dla niego) kanapki z Marmite czy frytki z octem, jak jego biali koledzy, lecz jadł „po królewsku i dochowując wierności kulinarnej spuściźnie Brytyjskiego Imperium.“
My jemy curry bardzo często. By nie ograniczać się tylko do najbardziej popularnego kwartetu, czyli tikka masala, jalfrezi, korma i green thai (które Osobisty Anglik gotuje z pamięci, i które stanowią w UK lwią część wszystkich curries, zarówno w sklepach, jak i restauracjach), wykupiliśmy abonament w jednej z firm, jakich tu wiele, która dostarcza gotowe mieszanki przypraw, wraz z przepisami, prosto do domu. Dzięki temu spróbowaliśmy już pysznych curries z Goa, Sri Lanki, z różnych regionów subkontynentu indyjskiego, etc. Największym bowiem problemem, a przy tym najlepszą gwarancją sukcesu, jest skomponowanie mieszanki przypraw, których może być z łatwością 20 w samym curry, nie wspominając o przyprawach potrzebnych do zwyczajowych dodatków, takich jak dhal, aloo gobi czy raita. Osobom z UK bardzo polecam takie serwisy, choć podrażają one koszt obiadu.
Wracając do wyjątkowego miejsca curry w tutejszej kulturze kulinarnej: tak jak w Polsce w piątkowy wieczór wychodzi się po pracy na drinka czy na kawę, tak tutaj spotkania towarzyskie często łączą się z wizytą w pubie (bo wiele z nich serwuje curry czy dania kuchni tajskiej) lub restauracji, by wspólnie zjeść curry (stąd też nazwa naszych zestawów przypraw). Dla wielu osób curry na wynos i film to idealny sposób na spędzenie weekendowego wieczoru. Poniedziałkowym rytuałem Hestona Blumenthala, gdy jeszcze był żonaty (w zeszłym roku zostawił żonę po 22 latach razem) było KUPNE, gotowe curry i oglądanie filmu.
W sieci oraz książkach kucharskich brytyjskich szefów i kucharzy, znajdziecie mnóstwo receptur na curries - sprawdzone i nieskomplikowane przepisy są np. u Nigelli i Jamiego. Nie brakuje też książek dla osób bardziej zaawansowanych: polecam szczególnie dzieła Madhur Jaffrey - recenzję jej najnowszej książki znajdziecie u Bei. Jeśli nie chcecie kupować 20 przypraw i tłuc ich w moździerzu, są oczywiście gotowe sosy, choć doznania smakowe nie będą równie wysublimowane - sekret dobrego curry to dobrej jakości, niezwietrzałe przyprawy. BTW, przeraziła mnie pewna znajoma, gdy zapytała czy tikka masala ze słoika pasuje do makaronu - miałam już wizje straszliwej kulinarnej zbrodni, ale, uspokajam koneserów curry, szczęśliwie sos nie zbrukał makaronu.
*Wiele, jeśli nie większość, restauracji hinduskich w UK, prowadzą Bengalczycy z Bangladeszu.
![]() |
| Przepis Hanny Glasse, stąd |
Robert Makłowicz wspominał w Guardianie, że gdy w czasie studiów dorabiał pracując przy budowie parkingu pod Londynem, płacił niewielką sumę koledze Hindusowi, by jego żona przygotowywała aromatyczne hinduskie posiłki na lunch dla nich obu. Dzięki temu nie był skazany na nieapetyczne (dla niego) kanapki z Marmite czy frytki z octem, jak jego biali koledzy, lecz jadł „po królewsku i dochowując wierności kulinarnej spuściźnie Brytyjskiego Imperium.“
My jemy curry bardzo często. By nie ograniczać się tylko do najbardziej popularnego kwartetu, czyli tikka masala, jalfrezi, korma i green thai (które Osobisty Anglik gotuje z pamięci, i które stanowią w UK lwią część wszystkich curries, zarówno w sklepach, jak i restauracjach), wykupiliśmy abonament w jednej z firm, jakich tu wiele, która dostarcza gotowe mieszanki przypraw, wraz z przepisami, prosto do domu. Dzięki temu spróbowaliśmy już pysznych curries z Goa, Sri Lanki, z różnych regionów subkontynentu indyjskiego, etc. Największym bowiem problemem, a przy tym najlepszą gwarancją sukcesu, jest skomponowanie mieszanki przypraw, których może być z łatwością 20 w samym curry, nie wspominając o przyprawach potrzebnych do zwyczajowych dodatków, takich jak dhal, aloo gobi czy raita. Osobom z UK bardzo polecam takie serwisy, choć podrażają one koszt obiadu.
![]() |
| Nasz zestaw do copiątkowego curry (Friday Night Curry) |
W sieci oraz książkach kucharskich brytyjskich szefów i kucharzy, znajdziecie mnóstwo receptur na curries - sprawdzone i nieskomplikowane przepisy są np. u Nigelli i Jamiego. Nie brakuje też książek dla osób bardziej zaawansowanych: polecam szczególnie dzieła Madhur Jaffrey - recenzję jej najnowszej książki znajdziecie u Bei. Jeśli nie chcecie kupować 20 przypraw i tłuc ich w moździerzu, są oczywiście gotowe sosy, choć doznania smakowe nie będą równie wysublimowane - sekret dobrego curry to dobrej jakości, niezwietrzałe przyprawy. BTW, przeraziła mnie pewna znajoma, gdy zapytała czy tikka masala ze słoika pasuje do makaronu - miałam już wizje straszliwej kulinarnej zbrodni, ale, uspokajam koneserów curry, szczęśliwie sos nie zbrukał makaronu.
*Wiele, jeśli nie większość, restauracji hinduskich w UK, prowadzą Bengalczycy z Bangladeszu.
12/08/2012
Oh, Danny Boy(le)...
Nie wiem, czy Danny Boyle i jego scenarzysta, Frank Cotrell Boyce, tworząc koncepcję Ceremonii Otwarcia Igrzysk otworzyli parę słowników na B, i zaczerpnęli inspirację tylko z haseł na tę literę - bukoliczna angielska wieś, Brunel, Branagh, Bond, Mr Bean, Beatles, Bee Gees, Blur, Bonkers (piosenka Dizze Rascala i przymiotnik, jakim wielu komentatorów określiło Ceremonię, dodając brilliantly - brilliantly bonkers*, czyli genialnie odjechana) a najbardziej, oczywiście, British. I niech się Chiny schowają, co to był za show, co za wzruszenie, co za perfekcyjne ujęcie w tak krótkim czasie esencji tych Wysp! Jakże byłam dumna z mojej adoptowanej ojczyzny, jak szlachetnie i nie pompatycznie Boyle potrafił pokazać, że żaden inny kraj tak nie wpłynął na losy świata (Rewolucja Przemysłowa, sufrażystki, wynalazcy, naukowcy) a przede wszystkim nie dał tyle światu w każdej niemal dziedzinie kultury, co ten, obfitujący w ekscentryków i geniuszy, z których wielu było ekscentrykami.
O ile pozbawieni poczucia humoru i subtelności Chińczycy pokazali światu, że nim rządzą (niestety), to Boyle & Co wydestylowali to, co najlepsze i tak mi bliskie: brytyjski humor, osobliwość, ekscentryczność, dynamizm, kreatywność. Przesłanie było wyraźne: straciliśmy Imperium, ekonomia leży, ale żadna inna niewielka wyspa nie wydała tylu mistrzów słowa, tylu pisarzy dziecięcych, tylu muzyków i gatunków muzyki współczesnej, tylu wynalazców i inżynierów, tyle kultowych postaci popkultury, tylu komików, a co za tym idzie, nie zafundowała ludziom wielu, wielu godzin serdecznego śmiechu, co Wielka Brytania. A teraz, gdy Igrzyska zbliżają się ku końcowi, wiemy również, że zdobyła też najwięcej złotych medali w przeliczeniu na liczbę mieszkańców**. O tym, że jest kolebką wielu sportów, które są dziś częścią Igrzysk, wspomniano, ale moim zdaniem niedostatecznie.
Marina Hyde napisała w Guardianie, że to był show tak brytyjski, jak Marmite czy węgorze w galarecie, a więc niestrawny, poza Bondem i Fasolą, dla reszty świata - przy czym pisała to w tonie uniesienia i dumy. I dodała, że to niesamowite, iż państwo tak hilariously bonkers (znowu to słowo!) ma broń nuklearną.(Użyła też najlepszego neologizmu, nie tylko AD 2012, ale może ostatnich 5 lat - nazwała obecnych na otwarciu przedstawicieli światowej elity arseoisie).
Ja konsumuję kulturę brytyjską od tak dawna i tak zachłannie, że żadne odniesienie, żaden topos nie był dla mnie nieprzejrzysty, ale jestem ciekawa, czy ona ma wg Was rację? Moim zdaniem nie - to pierwsza Olimpiada, w której społecznościowe media, przede wszystkim Twitter, grają tak olbrzymią rolę, a te same media czynią tutejszą kulturę bardziej przystępną, i nie wierzę, że nie-Brytyjczycy załapali tylko te dwa z największych eksportowych przebojów.
Jeśli na siłę musiałabym znaleźć "ale", to zabrakło mody, ale wszak za parę godzin Ceremonia Zamknięcia, i chodzą słuchy, że podkreśli wkład WB w modę i muzykę. Bardzo chciałabym, by potwierdziła się też trudna do uwierzenia plotka, że wystąpi jedna z moich ulubionych wokalistek, bardzo angielska, cudownie ekscentryczna Kate Bush - ale skoro królowa może skoczyć ze spadochronem, to wszystko może się zdarzyć. Tak jak i to, że osoba, której ulubiona dyscyplina sportowa to leżenie z książką na kanapie, nie tylko będzie oglądać niejeden ważny dla Team GB moment (oraz, jak każdy tutaj, Bolta), ale także wzruszy się niemal za każdym razem.
Sport to nie tylko rywalizacja, ale także gloryfikacja możliwości i harmonii ludzkiego ciała, zatem na koniec uznawany za jednego z najprzystojniejszych sportowców Olimpiady francuski pływak Camille Lacourt.
*Samo to słowo jest bardzo British English, i nie sądzę, by pojawiło się w tekście Jay-Z czy Eminema.
** Na co idą w Pl pieniądze z państwowej loterii? Jaka część przeznaczana jest na sport i dobroczynność? Pytam, bo ogromny sukces WB to w dużej mierze efekt włożonych w sport pieniędzy, które pochodzą w sporej części z brytyjskiej National Lottery. Z hazardu i "podatku od głupoty" finansuje się też masę innych dobroczynnych projektów, i jest to namacalne - nawet w mojej wsi nowy plac zabaw częściowo sfinansowano z loterii. Podobnie jak w przypadku zabytków, zarządzanych i finansowanych przez prywatne organizacje, takie jak National Trust, także sport jest tu w dużej mierze finansowany z innych, niż budżet centralny, środków - tymczasem w Pl, mam wrażenie, wciąż, po tylu latach, oczekuje się w pierwszym rzędzie pieniędzy od państwa - świadczy też o tym typowa riposta Polaka "Coś (tu wstawić) nie może być osiągnięte u nas, a w UK tak, bo Wielka Brytania jest bogata, a Polska nie." Tylko że tu bardzo wiele się osiąga bez sięgania do państwowej kiesy.
O ile pozbawieni poczucia humoru i subtelności Chińczycy pokazali światu, że nim rządzą (niestety), to Boyle & Co wydestylowali to, co najlepsze i tak mi bliskie: brytyjski humor, osobliwość, ekscentryczność, dynamizm, kreatywność. Przesłanie było wyraźne: straciliśmy Imperium, ekonomia leży, ale żadna inna niewielka wyspa nie wydała tylu mistrzów słowa, tylu pisarzy dziecięcych, tylu muzyków i gatunków muzyki współczesnej, tylu wynalazców i inżynierów, tyle kultowych postaci popkultury, tylu komików, a co za tym idzie, nie zafundowała ludziom wielu, wielu godzin serdecznego śmiechu, co Wielka Brytania. A teraz, gdy Igrzyska zbliżają się ku końcowi, wiemy również, że zdobyła też najwięcej złotych medali w przeliczeniu na liczbę mieszkańców**. O tym, że jest kolebką wielu sportów, które są dziś częścią Igrzysk, wspomniano, ale moim zdaniem niedostatecznie.
Marina Hyde napisała w Guardianie, że to był show tak brytyjski, jak Marmite czy węgorze w galarecie, a więc niestrawny, poza Bondem i Fasolą, dla reszty świata - przy czym pisała to w tonie uniesienia i dumy. I dodała, że to niesamowite, iż państwo tak hilariously bonkers (znowu to słowo!) ma broń nuklearną.(Użyła też najlepszego neologizmu, nie tylko AD 2012, ale może ostatnich 5 lat - nazwała obecnych na otwarciu przedstawicieli światowej elity arseoisie).
Ja konsumuję kulturę brytyjską od tak dawna i tak zachłannie, że żadne odniesienie, żaden topos nie był dla mnie nieprzejrzysty, ale jestem ciekawa, czy ona ma wg Was rację? Moim zdaniem nie - to pierwsza Olimpiada, w której społecznościowe media, przede wszystkim Twitter, grają tak olbrzymią rolę, a te same media czynią tutejszą kulturę bardziej przystępną, i nie wierzę, że nie-Brytyjczycy załapali tylko te dwa z największych eksportowych przebojów.
Jeśli na siłę musiałabym znaleźć "ale", to zabrakło mody, ale wszak za parę godzin Ceremonia Zamknięcia, i chodzą słuchy, że podkreśli wkład WB w modę i muzykę. Bardzo chciałabym, by potwierdziła się też trudna do uwierzenia plotka, że wystąpi jedna z moich ulubionych wokalistek, bardzo angielska, cudownie ekscentryczna Kate Bush - ale skoro królowa może skoczyć ze spadochronem, to wszystko może się zdarzyć. Tak jak i to, że osoba, której ulubiona dyscyplina sportowa to leżenie z książką na kanapie, nie tylko będzie oglądać niejeden ważny dla Team GB moment (oraz, jak każdy tutaj, Bolta), ale także wzruszy się niemal za każdym razem.
Sport to nie tylko rywalizacja, ale także gloryfikacja możliwości i harmonii ludzkiego ciała, zatem na koniec uznawany za jednego z najprzystojniejszych sportowców Olimpiady francuski pływak Camille Lacourt.
*Samo to słowo jest bardzo British English, i nie sądzę, by pojawiło się w tekście Jay-Z czy Eminema.
** Na co idą w Pl pieniądze z państwowej loterii? Jaka część przeznaczana jest na sport i dobroczynność? Pytam, bo ogromny sukces WB to w dużej mierze efekt włożonych w sport pieniędzy, które pochodzą w sporej części z brytyjskiej National Lottery. Z hazardu i "podatku od głupoty" finansuje się też masę innych dobroczynnych projektów, i jest to namacalne - nawet w mojej wsi nowy plac zabaw częściowo sfinansowano z loterii. Podobnie jak w przypadku zabytków, zarządzanych i finansowanych przez prywatne organizacje, takie jak National Trust, także sport jest tu w dużej mierze finansowany z innych, niż budżet centralny, środków - tymczasem w Pl, mam wrażenie, wciąż, po tylu latach, oczekuje się w pierwszym rzędzie pieniędzy od państwa - świadczy też o tym typowa riposta Polaka "Coś (tu wstawić) nie może być osiągnięte u nas, a w UK tak, bo Wielka Brytania jest bogata, a Polska nie." Tylko że tu bardzo wiele się osiąga bez sięgania do państwowej kiesy.
11/06/2012
Urzeczywistniony sen bibliofila - Hay-on-Wye
![]() |
| Town of books - taki napis wita wszystkich wjeżdżających do miasteczka |
![]() |
| Hay - on - Wye |
![]() |
| Rose's Books. Na sąsiedniej kamienicy zielona tablica kieruje do kolejnej księgarni, mieszczącej się w podwórzu Outcast Books |
![]() |
| Murder and Mayhem |
Taką osobą jest też Peter Florence, który luźną rozmowę przy kuchennym stole o zorganizowaniu dorocznego festiwalu literackiego przekuł w czyn. Dziś odbywający się od 25 lat Hay - on -Wye Festival to największa tego typu impreza nie tylko w Wielkiej Brytanii, ale być może na świecie - zresztą formuła co roku eksportowana jest do coraz większej liczby miejsc, i Hay patronuje festiwalom literatury w tak odległych miejscach, jak Bejrut i Bogota:
Tegoroczny Festiwal rozpoczął się 31 maja, a zakończył wczoraj. Trudno mi ująć w słowa, jak wielkie wrażenie wywarło na mnie bogactwo oferty kulturalnej, dostępnej wszystkim odwiedzającym Festiwal: oprócz głównego literackiego, a więc spotkań z pisarzami takiego formatu, co Mario Vargas Llosa, Ian McEwan, Salman Rushdie czy Alain de Botton, historykami, dziennikarzami, komikami, naukowcami, artystami etc; odbywa się także Hay Fever, festiwal literatury dla dzieci, Hf2 - dla nastolatków, Hay on Earth - spotkania z naukowcami i autorami specjalizującymi się w ochronie środowiska, warsztaty Creative Writing, szereg koncertów, recitali, debat filozoficznych...w sumie ponad 900 różnych wydarzeń! Nawet osoby, które nie lubią czytać, znajdą coś interesującego.
Za wejście na teren festiwalowy się nie płaci, kupuje się bilety na każde wydarzenie osobno (polecam zakup z dużym wyprzedzeniem, ze strony festiwalowej - to samo dotyczy zakwaterowania).
![]() |
| Główny plac w Hay |
![]() |
| Ian McEwan |
![]() |
| Salman Rushdie i założyciel Festiwalu, Peter Florence |
Choć mogę już odhaczyć kolejne niezwykłe miejsce na mapie Wielkiej Brytanii, chciałabym bardzo powrócić do Hay na kolejne Festiwale. W czasie naszego (zbyt) krótkiego pobytu odwiedziliśmy też raj dla miłośników sów, jedliśmy pyszne lody oraz lunch we wspaniałej restauracji, o czym w następnym wpisie.
Zapraszam też do przeczytania obszerniejszej relacji Chihiro z jej podróży do Hay, ze znacznie lepszymi zdjęciami wielu księgarń.
Zdjęcia: 1, 3 i ostatnie moje, reszta z sieci. Pogoda niestety nie dopisała, mżyło, a potem padało, nie wzięłam też aparatu, i moje zdjęcia są bardzo kiepskiej jakości, za co przepraszam.
31/05/2012
Diamentowy Jubileusz, czyli Jubilee Fever
![]() |
| Oficjalne logo obchodów. Prawda, że mało oficjalne? |
![]() |
| Główny deptak w moim mieście |
![]() |
| Pudełko na lunch - napis na wieczku głosi: God save our gracious Queen, keep her cornflakes pristine |
![]() |
| Różności - od rozetek po specjalną edycję kosmetyku marki Benefit. Zauważcie czekoladki w kształcie drogocennych klejnotów |
![]() |
| Wszędzie można znaleźć przepisy na specjalne wypieki, szczególnie biszkopt Wiktorii (Victoria sponge) |
![]() |
| Szkło brytyjskiej (choć z polskimi korzeniami) marki LSA International |
![]() |
| Producent porcelany, Emma Bridgewater, ma całą specjalną kolekcję |
![]() |
| Z Etsy |
![]() |
| Specjalnych wydań kosmetyków kolorowych i pielęgnacyjnych jest tyle, że wystarczyłoby ich na osobny post |
![]() |
| Jadalny Buckingham Palace |
![]() |
| Być może rozpoznajecie z Sherlocka - ta porcelana Ali Miller pojawiła się w II serii |
![]() |
| Uwielbiam Pimm's z lemoniadą |
![]() |
| Jest multum gadżetów z pieskami corgi - tu chustka |
![]() |
| Kopertówka Alexander McQueen |
![]() |
Limitowana edycja kurtki Barbour - królowa często nosi Barboury
|
![]() |
| Klasyka w patriotycznym wydaniu - Mulberry |
![]() |
| Sweter Markus Lupfer |
![]() |
| Top Aubin & Wills |
![]() |
| Kufry podróżne Globe - Trotter |
![]() |
| Królowa z Lego |
![]() |
| A tu prawdziwa w obiektywie słynnego Cecila Beatona |
![]() |
| Ikona mody |
Etykiety:
Anglia,
Barbour,
jedzenie,
kawa,
królowa angielska,
moda,
Mulberry,
Psy,
sowy,
UK,
uroda,
Winchester
13/10/2011
O pisaniu. Nowy cykl: Dwie Książki
Jaka jest definicja pisarza? Dla mnie to niekoniecznie autor, którego dzieło opublikowano i który ma czytelników - gdyby spełniono ostatnie życzenia Kafki, jego rękopisy zjadłyby płomienie, a mimo to umarłby jako pisarz, przede wszystkim, a nie urzędnik*. Pisarz to ktoś, kto odczuwa przymus pisania - nie zliczę, w ilu wywiadach z piszącymi czytałam, że książka, którą napisali, "domagała" się, by on/a ją stworzyli, postacie zaczęły żyć własnym życiem, i przez myśl im nawet nie przeszło, że ktoś ich pisanie kiedyś opublikuje, ale mimo to pisali. Isabel Allende czy Arundhati Roy opowiadały, że Dom Duchów i Bóg Rzeczy Małych spadły im z nieba - obie zarzekały się, że te książki objawiły im się, gotowe, a one były tylko narzędziem. Pisanie jest doskonałym instrumentem terapeutycznym - ludzie, którzy mieli trudne dzieciństwo czy przeżyli tragedię często przekonują się, że przelanie tych wydarzeń i związanych z nimi uczuć na papier uwalnia ich od negatywnych emocji. Dziś taką funkcję spełniają także blogi.
Na polskich forach spotykam się z błędną jednak opinią, że "pisania nie można się nauczyć", trzeba mieć talent i już. Podejście tutaj jest diametralnie inne, tak jak zupełnie różny jest tu rynek wydawniczy. Ta dyskusja, w której każdy, w tym głównie aspirujący polscy autorzy, z zapałem bronili postawy "trzeba mieć talent, a nie trzymać się formułki", dotyczyła uruchomienia na polskiej uczelni kierunku Creative Writing (tak właśnie, nie ma bowiem polskiej nazwy). Takie kierunki istnieją w UK i USA od wielu lat - niektóre są tak prestiżowe i oblegane, że liczba chętnych znacznie przekracza liczbę miejsc. Zarówno wykładowcy, jak i wielu absolwentów to literacka creme de la creme: studia magisterskie Creative Writing na University of East Anglia, kierunek założony przez Malcolma Bradbury i Angusa Wilsona, miały pierwszego absolwenta w osobie... Iana McEwan'a. Za nim przyszli m.in. Kazuo Ishiguro, Erica Wagner, Trezza Azzopardi, Jane Harris, Mary Allen, Joe Dunthorne...długo by wymieniać. To nie przypadek, że najzdolniejsi, najbardziej wpływowi pisarze brytyjscy nie są "nieoszlifowanymi diamentami", którzy warsztatu uczyli się sami, metodą prób i błędów, jak autorzy w Pl. Są rzecz jasna pisarze, którzy takich studiów nie skończyli, a mimo to udało im się opublikować swoje dzieła - ale, co wielu podkreśla w wywiadach, absolwenci Creative Writing mieli łatwiej, a niektórzy, gdyby nie studia, które ujęły w karby ich kreatywną naturę, nie mieliby dyscypliny czy wytrwałości, której wymaga napisanie książki. Nie mam wątpliwości, że takie studia są przydatne i sprzyjają rozkwitowi literatury.
Ku sprawiedliwości: brytyjscy autorzy tworzą w nader sprzyjającej atmosferze. Kwitnie tu czytelnictwo, i wbrew temu, co mówią niektórzy malkontenci, książka nigdzie chyba nie ma się tak dobrze, jak tu: nowy tytuł ukazuje się co pół minuty**, książki i e- booki są cenowo przystępne, dzięki temu, że każdy niemal tytuł wychodzi w taniej wersji, istnieje też dynamiczny"drugi obieg" - ludzie masowo oddają przeczytane nowości do sklepów dobroczynnych lub tanio odsprzedają. Działy PR i marketingu w tutejszych wydawnictwach działają bardzo prężnie, żaden niemal pisarz czy ilustrator nie jest sam sobie żeglarzem i okrętem, tylko ma profesjonalnego agenta - sprzedanie książki bez pomocy agenta jest niemal niemożliwe. Biblioteki grają bardzo aktywną rolę, pomagając na przykład klubom książki: na terenie całego kraju istnieją tysiące klubów czytelniczych (book clubs), w ramach których ludzie regularnie spotykają się, by dyskutować o swoich lekturach. Poza tym w mojej bibliotece był także jednodniowy kurs Creative Writing (byłam, dużo się nauczyłam), spotkanie z wydawcą i jej wykład o tym, jak wygląda publikacja w UK (How to get published), spotkania z autorami, głośne czytanie i kluby czytelnicze dla dzieci etc etc - i moja nie jest żadnym wyjątkiem. Mnóstwo innych instytucji zaangażowanych jest zarówno w promocję czytelnictwa, jak i rozwój talentów: Guardian na przykład nie tylko znakomicie zachęca do czytania, ale także organizuje cenione warsztaty dla początkujących autorów. Więcej na ten temat możecie przeczytać u Chihiro - gorąco polecam jej znakomity post pt. Nowy sezon czytelniczy rozpoczęty.
Ten wpis jest tytułem wstępu do kolejnego cyklu - czytam dużo, ale mało piszę o moich lekturach, a ten cykl może mnie zmobilizować. W każdym odcinku chcę zrecenzować dwie książki tego samego gatunku lub o tej samej tematyce. W pierwszym: dwie książki o tym, jak pisać: "Jak pisać. Pamiętnik Rzemieślnika" Stephena Kinga, oraz Bird by Bird Anne Lamott.
*Kiedyś miałam przyjemność nocować w budynku, w którym Kafka pracował - obecnie to hotel.
** Utarła się opinia, także wśród tutejszych intelektualistów, że tłumaczy się tu za mało prozy nieanglojęzycznej. Moje doświadczenie tego nie potwierdza - zawsze znajduję angielskie tłumaczenie książki norweskiej, brazylijskiej, rosyjskiej czy chińskiej, którą mi polecono. Wydaje się tu wszystkich najważniejszych współczesnych polskich autorów - ostatnio bardzo dobre recenzje, i to w "zwykłych", a nie literackich, publikacjach, zebrało najnowsze dzieło Jacka Hugo - Badera.
Na polskich forach spotykam się z błędną jednak opinią, że "pisania nie można się nauczyć", trzeba mieć talent i już. Podejście tutaj jest diametralnie inne, tak jak zupełnie różny jest tu rynek wydawniczy. Ta dyskusja, w której każdy, w tym głównie aspirujący polscy autorzy, z zapałem bronili postawy "trzeba mieć talent, a nie trzymać się formułki", dotyczyła uruchomienia na polskiej uczelni kierunku Creative Writing (tak właśnie, nie ma bowiem polskiej nazwy). Takie kierunki istnieją w UK i USA od wielu lat - niektóre są tak prestiżowe i oblegane, że liczba chętnych znacznie przekracza liczbę miejsc. Zarówno wykładowcy, jak i wielu absolwentów to literacka creme de la creme: studia magisterskie Creative Writing na University of East Anglia, kierunek założony przez Malcolma Bradbury i Angusa Wilsona, miały pierwszego absolwenta w osobie... Iana McEwan'a. Za nim przyszli m.in. Kazuo Ishiguro, Erica Wagner, Trezza Azzopardi, Jane Harris, Mary Allen, Joe Dunthorne...długo by wymieniać. To nie przypadek, że najzdolniejsi, najbardziej wpływowi pisarze brytyjscy nie są "nieoszlifowanymi diamentami", którzy warsztatu uczyli się sami, metodą prób i błędów, jak autorzy w Pl. Są rzecz jasna pisarze, którzy takich studiów nie skończyli, a mimo to udało im się opublikować swoje dzieła - ale, co wielu podkreśla w wywiadach, absolwenci Creative Writing mieli łatwiej, a niektórzy, gdyby nie studia, które ujęły w karby ich kreatywną naturę, nie mieliby dyscypliny czy wytrwałości, której wymaga napisanie książki. Nie mam wątpliwości, że takie studia są przydatne i sprzyjają rozkwitowi literatury.
![]() |
| Publikowany co roku przewodnik dla pisarzy/artystów - zawiera m.in. dane agentów i wydawnictw |
Ku sprawiedliwości: brytyjscy autorzy tworzą w nader sprzyjającej atmosferze. Kwitnie tu czytelnictwo, i wbrew temu, co mówią niektórzy malkontenci, książka nigdzie chyba nie ma się tak dobrze, jak tu: nowy tytuł ukazuje się co pół minuty**, książki i e- booki są cenowo przystępne, dzięki temu, że każdy niemal tytuł wychodzi w taniej wersji, istnieje też dynamiczny"drugi obieg" - ludzie masowo oddają przeczytane nowości do sklepów dobroczynnych lub tanio odsprzedają. Działy PR i marketingu w tutejszych wydawnictwach działają bardzo prężnie, żaden niemal pisarz czy ilustrator nie jest sam sobie żeglarzem i okrętem, tylko ma profesjonalnego agenta - sprzedanie książki bez pomocy agenta jest niemal niemożliwe. Biblioteki grają bardzo aktywną rolę, pomagając na przykład klubom książki: na terenie całego kraju istnieją tysiące klubów czytelniczych (book clubs), w ramach których ludzie regularnie spotykają się, by dyskutować o swoich lekturach. Poza tym w mojej bibliotece był także jednodniowy kurs Creative Writing (byłam, dużo się nauczyłam), spotkanie z wydawcą i jej wykład o tym, jak wygląda publikacja w UK (How to get published), spotkania z autorami, głośne czytanie i kluby czytelnicze dla dzieci etc etc - i moja nie jest żadnym wyjątkiem. Mnóstwo innych instytucji zaangażowanych jest zarówno w promocję czytelnictwa, jak i rozwój talentów: Guardian na przykład nie tylko znakomicie zachęca do czytania, ale także organizuje cenione warsztaty dla początkujących autorów. Więcej na ten temat możecie przeczytać u Chihiro - gorąco polecam jej znakomity post pt. Nowy sezon czytelniczy rozpoczęty.
Ten wpis jest tytułem wstępu do kolejnego cyklu - czytam dużo, ale mało piszę o moich lekturach, a ten cykl może mnie zmobilizować. W każdym odcinku chcę zrecenzować dwie książki tego samego gatunku lub o tej samej tematyce. W pierwszym: dwie książki o tym, jak pisać: "Jak pisać. Pamiętnik Rzemieślnika" Stephena Kinga, oraz Bird by Bird Anne Lamott.
![]() |
| Mój stos przyłóżkowy - zdjęcie sprzed paru miesięcy, zatem stos dziś wygląda inaczej, ale jest niemniejszy |
*Kiedyś miałam przyjemność nocować w budynku, w którym Kafka pracował - obecnie to hotel.
** Utarła się opinia, także wśród tutejszych intelektualistów, że tłumaczy się tu za mało prozy nieanglojęzycznej. Moje doświadczenie tego nie potwierdza - zawsze znajduję angielskie tłumaczenie książki norweskiej, brazylijskiej, rosyjskiej czy chińskiej, którą mi polecono. Wydaje się tu wszystkich najważniejszych współczesnych polskich autorów - ostatnio bardzo dobre recenzje, i to w "zwykłych", a nie literackich, publikacjach, zebrało najnowsze dzieło Jacka Hugo - Badera.
08/10/2011
Encyklopedia Kuchni Brytyjskiej - C, część III: Cheese
Zeszły tydzień był w UK Tygodniem Sera - z tej okazji w całym kraju odbyły się rozmaite imprezy, a największa, Festiwal Brytyjskich Serów, w stolicy Walii, Cardiff. Odbyło się też rozdanie nagród British Cheese Awards - w kategorii serów pleśniowych za najlepszy uznano ser z mojego hrabstwa, Barkham Blue, produkowany przez firmę Two Hoots (czyli "dwa pohukiwania" - w logo firmy są dwie sowy), której sery już zresztą zebrały wiele innych nagród.
Do nagród zgłoszono ponad 900 serów! Liczba nowych, niezależnych producentów rośnie tu z dnia na dzień, i nie ma chyba kraju, który pod tym względem może się równać z Wielką Brytanią.
Do serów brytyjskich pałam niekłamanym afektem, dlatego pisałam o nich już kilka razy: tu o tym, jak Alex James z zespołu Blur zamienił charlie* na cheese (BTW, recenzowana w tym wpisie książka zdobyła tytuł najlepszej książki o serach na ww. rozdaniu nagród), a tu o tym, że kornwalijski ser pleśniowy Cornish Blue zdobył w 2010 roku tytuł Najlepszego Sera na Świecie. O tym, jak ważną rolę odgrywa Cheddar i prawdziwej rewolucji serowej, dzięki której Wielka Brytania to nie tyle kraj mlekiem i miodem, co serem stojący, pisałam też tutaj.
Doskonałym źródłem informacji nt. serów brytyjskich jest strona British Cheese Board, organizacji, która zrzesza producentów sera i zajmuje się jego promocją. Jeśli szukacie sklepów oferujących największy wybór gatunków, polecam dwie renomowane sieci: La Fromagerie oraz Neal's Yard Dairy - obie prowadzą też sprzedaż internetową. Jednak nawet stoiska serowe w tutejszych supermarketach (szczególnie w tym z wyższej półki, Waitrose) są przyzwoicie zaopatrzone.
Tak się składa, że do serów pasuje też kolejne hasło na C, czyli chutney (widziałam już też spolszczenie "czatnej"). To wywodzący się z subkontynentu indyjskiego gęsty dżemopodobny produkt - od dżemu różni go dodatek cebuli i/lub czosnku, musztardy, octu i pikantnych przypraw. Sporządzany z różnych owoców i warzyw, w smaku może się wahać od bardzo pikantnego do łagodnego, wręcz słodkiego. Brytyjczycy bardzo sobie czatneje upodobali i zwykle podają je do deski serów. Niektóre znakomicie komponują się też z wędlinami czy pieczonym mięsem. Przepisy na nie łatwo znaleźć, także na polskich blogach, ale tym z Was, którzy wolą kupić gotowy, polecam wyroby marki Tracklements, które są w UK łatwo dostępne.
Ta sama firma produkuje też coś w rodzaju skrzyżowania czatneja i marmolady - żeby Was jeszcze bardziej skonfudować, dodam, że ów produkt nosi nazwę... cheese. Nazwa stąd, że jest to dodatek do serów, ale jest to b. gęsta marmolada, robiona z dwóch rodzajów owoców, których nie je się nigdy na surowo: śliwek - damaszek (damsons) oraz pigwy (pigiew? quinces).
Przy okazji - czy wiecie, że "jabłko", o którym mowa w Biblii (za którego zerwanie wypędzono z Raju Adama i Ewę), to właśnie znacznie sędziwsza pigwa, a nie jabłko?
Zarówno damson cheese, jak i quince cheese bardzo polecam - czasami, z wyjątkowej okazji, urządzamy sobie ucztę serową: kilka wyśmienitych serów, do tego znakomite szkockie oatcakes i różne rodzaje krakersów (jest tu ogromny wybór), czatneje i damson lub quince cheese, plus dobre wino. I czujemy, że jesteśmy w (serowym) raju.
* Jedno z wielu kolokwialnych określeń kokainy.
![]() |
| Barkham Blue |
Do nagród zgłoszono ponad 900 serów! Liczba nowych, niezależnych producentów rośnie tu z dnia na dzień, i nie ma chyba kraju, który pod tym względem może się równać z Wielką Brytanią.
Do serów brytyjskich pałam niekłamanym afektem, dlatego pisałam o nich już kilka razy: tu o tym, jak Alex James z zespołu Blur zamienił charlie* na cheese (BTW, recenzowana w tym wpisie książka zdobyła tytuł najlepszej książki o serach na ww. rozdaniu nagród), a tu o tym, że kornwalijski ser pleśniowy Cornish Blue zdobył w 2010 roku tytuł Najlepszego Sera na Świecie. O tym, jak ważną rolę odgrywa Cheddar i prawdziwej rewolucji serowej, dzięki której Wielka Brytania to nie tyle kraj mlekiem i miodem, co serem stojący, pisałam też tutaj.
Doskonałym źródłem informacji nt. serów brytyjskich jest strona British Cheese Board, organizacji, która zrzesza producentów sera i zajmuje się jego promocją. Jeśli szukacie sklepów oferujących największy wybór gatunków, polecam dwie renomowane sieci: La Fromagerie oraz Neal's Yard Dairy - obie prowadzą też sprzedaż internetową. Jednak nawet stoiska serowe w tutejszych supermarketach (szczególnie w tym z wyższej półki, Waitrose) są przyzwoicie zaopatrzone.
Tak się składa, że do serów pasuje też kolejne hasło na C, czyli chutney (widziałam już też spolszczenie "czatnej"). To wywodzący się z subkontynentu indyjskiego gęsty dżemopodobny produkt - od dżemu różni go dodatek cebuli i/lub czosnku, musztardy, octu i pikantnych przypraw. Sporządzany z różnych owoców i warzyw, w smaku może się wahać od bardzo pikantnego do łagodnego, wręcz słodkiego. Brytyjczycy bardzo sobie czatneje upodobali i zwykle podają je do deski serów. Niektóre znakomicie komponują się też z wędlinami czy pieczonym mięsem. Przepisy na nie łatwo znaleźć, także na polskich blogach, ale tym z Was, którzy wolą kupić gotowy, polecam wyroby marki Tracklements, które są w UK łatwo dostępne.
Ta sama firma produkuje też coś w rodzaju skrzyżowania czatneja i marmolady - żeby Was jeszcze bardziej skonfudować, dodam, że ów produkt nosi nazwę... cheese. Nazwa stąd, że jest to dodatek do serów, ale jest to b. gęsta marmolada, robiona z dwóch rodzajów owoców, których nie je się nigdy na surowo: śliwek - damaszek (damsons) oraz pigwy (pigiew? quinces).
![]() |
| Często jemy właśnie tak - oatcake lub krakers, kawałek sera i damson cheese lub chutney - pyszne co nieco |
![]() |
| Pigwy |
Zarówno damson cheese, jak i quince cheese bardzo polecam - czasami, z wyjątkowej okazji, urządzamy sobie ucztę serową: kilka wyśmienitych serów, do tego znakomite szkockie oatcakes i różne rodzaje krakersów (jest tu ogromny wybór), czatneje i damson lub quince cheese, plus dobre wino. I czujemy, że jesteśmy w (serowym) raju.
* Jedno z wielu kolokwialnych określeń kokainy.
Subscribe to:
Posts (Atom)



















































