Nie wiem, czy Danny Boyle i jego scenarzysta, Frank Cotrell Boyce, tworząc koncepcję Ceremonii Otwarcia Igrzysk otworzyli parę słowników na B, i zaczerpnęli inspirację tylko z haseł na tę literę - bukoliczna angielska wieś, Brunel, Branagh, Bond, Mr Bean, Beatles, Bee Gees, Blur, Bonkers (piosenka Dizze Rascala i przymiotnik, jakim wielu komentatorów określiło Ceremonię, dodając brilliantly - brilliantly bonkers*, czyli genialnie odjechana) a najbardziej, oczywiście, British. I niech się Chiny schowają, co to był za show, co za wzruszenie, co za perfekcyjne ujęcie w tak krótkim czasie esencji tych Wysp! Jakże byłam dumna z mojej adoptowanej ojczyzny, jak szlachetnie i nie pompatycznie Boyle potrafił pokazać, że żaden inny kraj tak nie wpłynął na losy świata (Rewolucja Przemysłowa, sufrażystki, wynalazcy, naukowcy) a przede wszystkim nie dał tyle światu w każdej niemal dziedzinie kultury, co ten, obfitujący w ekscentryków i geniuszy, z których wielu było ekscentrykami.
O ile pozbawieni poczucia humoru i subtelności Chińczycy pokazali światu, że nim rządzą (niestety), to Boyle & Co wydestylowali to, co najlepsze i tak mi bliskie: brytyjski humor, osobliwość, ekscentryczność, dynamizm, kreatywność. Przesłanie było wyraźne: straciliśmy Imperium, ekonomia leży, ale żadna inna niewielka wyspa nie wydała tylu mistrzów słowa, tylu pisarzy dziecięcych, tylu muzyków i gatunków muzyki współczesnej, tylu wynalazców i inżynierów, tyle kultowych postaci popkultury, tylu komików, a co za tym idzie, nie zafundowała ludziom wielu, wielu godzin serdecznego śmiechu, co Wielka Brytania. A teraz, gdy Igrzyska zbliżają się ku końcowi, wiemy również, że zdobyła też najwięcej złotych medali w przeliczeniu na liczbę mieszkańców**. O tym, że jest kolebką wielu sportów, które są dziś częścią Igrzysk, wspomniano, ale moim zdaniem niedostatecznie.
Marina Hyde napisała w Guardianie, że to był show tak brytyjski, jak Marmite czy węgorze w galarecie, a więc niestrawny, poza Bondem i Fasolą, dla reszty świata - przy czym pisała to w tonie uniesienia i dumy. I dodała, że to niesamowite, iż państwo tak hilariously bonkers (znowu to słowo!) ma broń nuklearną.(Użyła też najlepszego neologizmu, nie tylko AD 2012, ale może ostatnich 5 lat - nazwała obecnych na otwarciu przedstawicieli światowej elity arseoisie).
Ja konsumuję kulturę brytyjską od tak dawna i tak zachłannie, że żadne odniesienie, żaden topos nie był dla mnie nieprzejrzysty, ale jestem ciekawa, czy ona ma wg Was rację? Moim zdaniem nie - to pierwsza Olimpiada, w której społecznościowe media, przede wszystkim Twitter, grają tak olbrzymią rolę, a te same media czynią tutejszą kulturę bardziej przystępną, i nie wierzę, że nie-Brytyjczycy załapali tylko te dwa z największych eksportowych przebojów.
Jeśli na siłę musiałabym znaleźć "ale", to zabrakło mody, ale wszak za parę godzin Ceremonia Zamknięcia, i chodzą słuchy, że podkreśli wkład WB w modę i muzykę. Bardzo chciałabym, by potwierdziła się też trudna do uwierzenia plotka, że wystąpi jedna z moich ulubionych wokalistek, bardzo angielska, cudownie ekscentryczna Kate Bush - ale skoro królowa może skoczyć ze spadochronem, to wszystko może się zdarzyć. Tak jak i to, że osoba, której ulubiona dyscyplina sportowa to leżenie z książką na kanapie, nie tylko będzie oglądać niejeden ważny dla Team GB moment (oraz, jak każdy tutaj, Bolta), ale także wzruszy się niemal za każdym razem.
Sport to nie tylko rywalizacja, ale także gloryfikacja możliwości i harmonii ludzkiego ciała, zatem na koniec uznawany za jednego z najprzystojniejszych sportowców Olimpiady francuski pływak Camille Lacourt.
*Samo to słowo jest bardzo British English, i nie sądzę, by pojawiło się w tekście Jay-Z czy Eminema.
** Na co idą w Pl pieniądze z państwowej loterii? Jaka część przeznaczana jest na sport i dobroczynność? Pytam, bo ogromny sukces WB to w dużej mierze efekt włożonych w sport pieniędzy, które pochodzą w sporej części z brytyjskiej National Lottery. Z hazardu i "podatku od głupoty" finansuje się też masę innych dobroczynnych projektów, i jest to namacalne - nawet w mojej wsi nowy plac zabaw częściowo sfinansowano z loterii. Podobnie jak w przypadku zabytków, zarządzanych i finansowanych przez prywatne organizacje, takie jak National Trust, także sport jest tu w dużej mierze finansowany z innych, niż budżet centralny, środków - tymczasem w Pl, mam wrażenie, wciąż, po tylu latach, oczekuje się w pierwszym rzędzie pieniędzy od państwa - świadczy też o tym typowa riposta Polaka "Coś (tu wstawić) nie może być osiągnięte u nas, a w UK tak, bo Wielka Brytania jest bogata, a Polska nie." Tylko że tu bardzo wiele się osiąga bez sięgania do państwowej kiesy.
Showing posts with label muzyka. Show all posts
Showing posts with label muzyka. Show all posts
12/08/2012
22/06/2011
Koncert Sade w Polsce...
...odbędzie się 11 listopada tego roku w Łodzi (Atlas Arena). Mam nadzieję, że te z Was, którym uda się wybrać, będą się równie dobrze bawiły, jak ja. Za informację serdecznie dziękuję czytelniczce o nicku Casoledelsa.
07/06/2011
Człowiek uczy się każdego dnia...
....czyli czego nauczyłam się dzięki obecności na koncercie Sade.
1. Sade ma niechybnie na strychu zakurzony portret, który starzeje się zamiast niej. I wygląda bosko w czerwonej szmince. 52- letnia "Żołnierka Miłości" (Soldier of Love, piosenka, która otworzyła koncert) wygrywa wojnę ze starzeniem i wygląda jak rówieśniczka swojej przeciętnej fanki, która ma średnio 35 lat. Dawno nie byłam na koncercie muzyki współczesnej, na którym widownia byłaby równie leciwa - większość po 30., wiele par w średnim wieku, na oko połowa cudzoziemców, w tym z Polski. Co prowadzi mnie do punktu...
...2. Na własne oczy zobaczyłam to, o czym wcześniej czytałam: że choć uważana na świecie za jeden z największych brytyjskich talentów ostatnich 30 lat, Sade ma znacznie więcej fanów zagranicą, niż w UK. To jedna z przyczyn, dla których głównie koncertuje w Stanach, gdzie ma wiernych i bardzo licznych wielbicieli/ek, którzy darzą ją Niepospolitym Uczuciem (No Ordinary Love). Dowodem na to, że Brytyjczycy jej nie doceniają, jest porażający fakt, iż "mój" koncert był pierwszym koncertem w UK po 18 (sic!) latach, mimo że, pół-Nigeryjka, pół-Szkotka, Sade mieszka na stałe na angielskiej wsi, i ma też dom w Londynie. Gdyby nie jeszcze bardziej skryta Kate Bush (którą, BTW, również wielbię), Sade zyskałaby pewnie miano największej pustelnicy w historii brytyjskiej muzyki. Dla mnie to, że wyszła z ukrycia, było zatem The Sweetest Gift (Najsłodszym Podarunkiem). Z jednej strony mam, jak brytyjscy krytycy, wiele szacunku dla Sade za to, że gardzi sławą, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdy wszystko jest na sprzedaż; z drugiej strony samolubnie chciałabym jeszcze jej posłuchać na żywo, i to z 10 razy, a szanse na to są mizerne.
3. Czego się jeszcze dowiedziałam, to to, że Sade pewnie wchodzi do studia nagraniowego, śpiewa piosenkę raz, i idzie do pubu na piwo. Brzmi dokładnie jak na płytach, a nawet lepiej - ten głos jest "like the deepest ocean" (I couldn't love you more), pełen prawdziwych, płynących prosto z serca emocji (emotional tour de force, jak napisano w jednej recenzji). Czuło się, że słowa opowiadające o miłości, stracie, smutku, niepewności siebie, zazdrości, pożądaniu, szczęściu, euforii, słowem wszystkich uczuciach związanych z miłością i związkami płynęły prosto z jej duszy. Melorecytująca Madonna, cyfrowo podrasowana Britney, nawet Lady Gaga - one wszystkie pod względem głębi i czystości głosu odpadają w przedbiegach, ale przede wszystkim słuchając tych wokalistek nie ma się tego poczucia wspólnoty doświadczeń. I dlatego można Sade wybaczyć, że jest wcieleniem niesprawiedliwości losu - tyle talentu, sex-appealu i urody w jednej osobie.
4. I utwierdziłam się w przekonaniu, że najdoskonalszy nawet sound system nie dorówna koncertowi. Słuchanie ukochanej muzyki na żywo to niemal mistyczne przeżycie - tamtego wieczoru naszym opium nie była religia, lecz harmonia dźwięków zagranych przez niesamowitych, od 1982 tych samych, muzyków (ten erotyczny saksofon w Smooth Operator! - i co z tego, że niektórzy podkpiwają, iż taki seksowny jazzo - pop strasznie trąci latami 80.) oraz mądrych słów zaśpiewanych niezwykłym głosem. Is it a crime? było lepiej, dramatyczniej zaśpiewane niż na płycie - znowu, jeden recenzent napisał, że było to najlepsze wykonanie w karierze Sade, nie tylko tej piosenki, ale w ogóle, i zebrało owacje, dało się też słyszeć okrzyki z widowni: Marry Me! i I love you!
5. Wyszpiegowałam dwóch kamerzystów, zatem mam nadzieję, że będzie DVD - wypatrujcie.
6. Dowiedziałam się też, jak wielkie jest 02 Arena - od głównego wejścia do sali koncertowej spacer jest tak długi, że mało sprawni mogą dostać zadyszki. I jak doskonale takie koncerty są zorganizowane - nikt nikogo nie popychał, po koncercie wszyscy grzecznie pomaszerowaliśmy do metra, gdzie włączono specjalne światła i napis obwieszczający, że podlegamy crowd managament - choć nie wykluczam, że było tak grzecznie z powodu zaawansowanego wieku publiczności.
Lista piosenek:
SOLDIER OF LOVE
YOUR LOVE IS KING
SKIN
KISS OF LIFE
LOVE IS FOUND
IN ANOTHER TIME
SMOOTH OPERATOR
JEZEBEL
BRING ME HOME
IS IT A CRIME
STILL IN LOVE
All ABOUT OUR LOVE
PARADISE/NOTHING CAN COME BETWEEN US
MORNING BIRD
KING OF SORROW
SWEETEST TABOO
MOON AND SKY
PEARLS
NO ORDINARY LOVE
BY YOUR SIDE
Thank you, Sade, it was an amazing evening. "I couldn't love you more, not if I tried."
Wszystkie zdjęcia, oprócz pierwszego, moje.
1. Sade ma niechybnie na strychu zakurzony portret, który starzeje się zamiast niej. I wygląda bosko w czerwonej szmince. 52- letnia "Żołnierka Miłości" (Soldier of Love, piosenka, która otworzyła koncert) wygrywa wojnę ze starzeniem i wygląda jak rówieśniczka swojej przeciętnej fanki, która ma średnio 35 lat. Dawno nie byłam na koncercie muzyki współczesnej, na którym widownia byłaby równie leciwa - większość po 30., wiele par w średnim wieku, na oko połowa cudzoziemców, w tym z Polski. Co prowadzi mnie do punktu...
...2. Na własne oczy zobaczyłam to, o czym wcześniej czytałam: że choć uważana na świecie za jeden z największych brytyjskich talentów ostatnich 30 lat, Sade ma znacznie więcej fanów zagranicą, niż w UK. To jedna z przyczyn, dla których głównie koncertuje w Stanach, gdzie ma wiernych i bardzo licznych wielbicieli/ek, którzy darzą ją Niepospolitym Uczuciem (No Ordinary Love). Dowodem na to, że Brytyjczycy jej nie doceniają, jest porażający fakt, iż "mój" koncert był pierwszym koncertem w UK po 18 (sic!) latach, mimo że, pół-Nigeryjka, pół-Szkotka, Sade mieszka na stałe na angielskiej wsi, i ma też dom w Londynie. Gdyby nie jeszcze bardziej skryta Kate Bush (którą, BTW, również wielbię), Sade zyskałaby pewnie miano największej pustelnicy w historii brytyjskiej muzyki. Dla mnie to, że wyszła z ukrycia, było zatem The Sweetest Gift (Najsłodszym Podarunkiem). Z jednej strony mam, jak brytyjscy krytycy, wiele szacunku dla Sade za to, że gardzi sławą, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdy wszystko jest na sprzedaż; z drugiej strony samolubnie chciałabym jeszcze jej posłuchać na żywo, i to z 10 razy, a szanse na to są mizerne.
![]() |
| Widok za moimi plecami - siedziałam w drugim rzędzie od sceny |
![]() |
![]() |
| Ten gitarzysta naprawdę wie, jak grać |
6. Dowiedziałam się też, jak wielkie jest 02 Arena - od głównego wejścia do sali koncertowej spacer jest tak długi, że mało sprawni mogą dostać zadyszki. I jak doskonale takie koncerty są zorganizowane - nikt nikogo nie popychał, po koncercie wszyscy grzecznie pomaszerowaliśmy do metra, gdzie włączono specjalne światła i napis obwieszczający, że podlegamy crowd managament - choć nie wykluczam, że było tak grzecznie z powodu zaawansowanego wieku publiczności.
Lista piosenek:
SOLDIER OF LOVE
YOUR LOVE IS KING
SKIN
KISS OF LIFE
LOVE IS FOUND
IN ANOTHER TIME
SMOOTH OPERATOR
JEZEBEL
BRING ME HOME
IS IT A CRIME
STILL IN LOVE
All ABOUT OUR LOVE
PARADISE/NOTHING CAN COME BETWEEN US
MORNING BIRD
KING OF SORROW
SWEETEST TABOO
MOON AND SKY
PEARLS
NO ORDINARY LOVE
BY YOUR SIDE
Thank you, Sade, it was an amazing evening. "I couldn't love you more, not if I tried."
Wszystkie zdjęcia, oprócz pierwszego, moje.
28/05/2011
Koncert i skamieliny, czyli
...dlaczego mnie nie będzie, przez chwilę.
We wtorek czeka mnie wyprawa do Londynu na koncert the one and only Sade. To jedyny jej koncert w Londynie (bilet kupiłam pół roku temu, pierwszego dnia sprzedaży, z obawy, że zostaną wykupione), przy tym w UK będą zaledwie 3 koncerty. Choć Brytyjka (osiadła zresztą na wsi, w hrabstwie Gloucestershire) Sade niezwykle rzadko koncertuje na Wyspach - ostatni raz kilkanaście lat temu, więc to nie lada gratka. Promuje ona nową płytę: Sade: the Ultimate Collection (największe przeboje + 4 nowe piosenki):
Będzie to moja pierwsza wyprawa do słynnej O2 Arena, dawniej zwanej Millennium Dome. Jako fanka - weteranka, jestem bardzo podekscytowana.
Przyszły tydzień to kolejne ferie (dzieci mają tu bardzo dużo wolnego, za dużo moim zdaniem), zatem zabieramy Nicholasa... pod namioty, na jurajskie plaże hrabstwa Dorset, gdzie być może znajdziemy skamieliny. Jako kobieta, która zaczyna hiperwentylować na widok prysznica i toalety użytku publicznego, będę musiała się zmagać z wewnętrznymi demonami, i nie wiem, czy zostanie mi siły, by zachować zrównoważony stan ducha, jeśli w dodatku słynna angielska pogoda pokaże swe kapryśne oblicze w pełnej krasie... Mam nadzieję, że nie będę musiała traktować bloga jako terapii po traumie brytyjskiego campingu. Miłego tygodnia!
We wtorek czeka mnie wyprawa do Londynu na koncert the one and only Sade. To jedyny jej koncert w Londynie (bilet kupiłam pół roku temu, pierwszego dnia sprzedaży, z obawy, że zostaną wykupione), przy tym w UK będą zaledwie 3 koncerty. Choć Brytyjka (osiadła zresztą na wsi, w hrabstwie Gloucestershire) Sade niezwykle rzadko koncertuje na Wyspach - ostatni raz kilkanaście lat temu, więc to nie lada gratka. Promuje ona nową płytę: Sade: the Ultimate Collection (największe przeboje + 4 nowe piosenki):
Będzie to moja pierwsza wyprawa do słynnej O2 Arena, dawniej zwanej Millennium Dome. Jako fanka - weteranka, jestem bardzo podekscytowana.
Przyszły tydzień to kolejne ferie (dzieci mają tu bardzo dużo wolnego, za dużo moim zdaniem), zatem zabieramy Nicholasa... pod namioty, na jurajskie plaże hrabstwa Dorset, gdzie być może znajdziemy skamieliny. Jako kobieta, która zaczyna hiperwentylować na widok prysznica i toalety użytku publicznego, będę musiała się zmagać z wewnętrznymi demonami, i nie wiem, czy zostanie mi siły, by zachować zrównoważony stan ducha, jeśli w dodatku słynna angielska pogoda pokaże swe kapryśne oblicze w pełnej krasie... Mam nadzieję, że nie będę musiała traktować bloga jako terapii po traumie brytyjskiego campingu. Miłego tygodnia!
04/03/2010
The many faces of love
Już po Walentynkach, ale lektura Committed, oraz różne perypetie uczuciowe w gronie bliższych i dalszych znajomych sprawiły, że dużo myślę o miłości. Chciałabym podzielić się z Wami wierszem cudownej poetki Carol Ann Duffy (nazywanej tutaj, zasłużenie, superstar of poetry) która piastuje zaszczytną funkcję Poet Laureate. Jest przy tym pierwszą kobietą (i pierwszą lesbijką), której przyznano ten tytuł. Poet Laureate i Children's Laureate to unikalne na skalę światową instytucje (choć inne kraje, głównie dawne kolonie, przejęły ten zwyczaj). Ten tytuł przyznawany jest najlepszym poetom i pisarzom dziecięcym. Pierwszego poet laureate czyli oficjalnego nadwornego poetę mianował Charles II (mój ulubiony angielski król, wybitnie inteligentny kobieciarz i sybaryta) - do dziś tytuł ten oficjalnie nadaje monarcha. Laureates cieszą się specjalnymi przywilejami - np. Children's Laureate mieszka za darmo w Savoy'u (sic!), tzn. Savoy im to funduje, a nie podatnicy - ale mają też obowiązki, głównie promocję czytelnictwa, ale i "pisanie na zadany temat": Carol Ann Duffy np. napisała ostatnio wiersz o I wojnie światowej, by upamiętnić ostatnich weteranów tej wojny - bo ostatni brytyjscy weterani zmarli w zeszłym roku, nie ma już żadnego.
Przepraszam, ale nie sądzę, by było już polskie tłumaczenie tego wiersza - jest on jednak zachwycająco prosty i zrozumiały, jeśli zna się angielski nawet na średnim poziomie.
Valentine by Carol Ann Duffy
Not a red rose or a satin heart.
I give you an onion.
It is a moon wrapped in brown paper.
It promises light
like the careful undressing of love.
Here.
It will blind you with tears
like a lover.
It will make your reflection
a wobbling photo of grief.
I am trying to be truthful.
Not a cute card or a kissogram.
I give you an onion.
Its fierce kiss will stay on your lips,
possessive and faithful
as we are,
for as long as we are.
Take it.
Its platinum loops shrink to a wedding-ring,
if you like.
Lethal.
Its scent will cling to your fingers,
cling to your knife.
I jeszcze jedna z najpiękniejszych współczesnych piosenek o miłości - mogę jej słuchać bez końca.
Przepraszam, ale nie sądzę, by było już polskie tłumaczenie tego wiersza - jest on jednak zachwycająco prosty i zrozumiały, jeśli zna się angielski nawet na średnim poziomie.
Valentine by Carol Ann Duffy
Not a red rose or a satin heart.
I give you an onion.
It is a moon wrapped in brown paper.
It promises light
like the careful undressing of love.
Here.
It will blind you with tears
like a lover.
It will make your reflection
a wobbling photo of grief.
I am trying to be truthful.
Not a cute card or a kissogram.
I give you an onion.
Its fierce kiss will stay on your lips,
possessive and faithful
as we are,
for as long as we are.
Take it.
Its platinum loops shrink to a wedding-ring,
if you like.
Lethal.
Its scent will cling to your fingers,
cling to your knife.
I jeszcze jedna z najpiękniejszych współczesnych piosenek o miłości - mogę jej słuchać bez końca.
23/01/2010
The Music is back!
Miałam dziś pisać o czymś zupełnie innym, ale MUSZĘ podzielić się wielką radością, jaką sprawiła mi wiadomość o nowym albumie Sade, Soldier of Love, który ukaże się 8 lutego (już zamówiłam), po ośmiu (!) latach od ostatniego. Sade wydaje albumy rzadko, czym dręczy spragnionych jej muzyki fanów, ale za to każdy jej album, dopracowany w najdrobniejszym szczególe, jest wzlotem - jej kariera pozbawiona jest upadków. Mam wielką nadzieję, że Sade, w końcu pół-Angielka zamieszkała tutaj, tym razem zagra też koncerty w UK - przy ostatnich trasach dawała koncerty prawie wyłącznie w USA. Jeśli taki koncert się odbędzie, stanę na głowie, by zdobyć bilet, mam wśród znajomych kilku niemal równie fanatycznych wielbicieli Sade, więc możemy zorganizować wspólną eskapadę.
Muzyka Sade jest ponadczasowa, nawet wytrawny znawca trendów w muzyce popularnej nie mógłby umieścić jej piosenek w jakiejś konkretnej dekadzie. Brzmienie jej zespołu wykracza poza ramy czasowe i trendy, i nie podlega procesowi starzenia się, którego ofiarą padają bardziej konwencjonalne zespoły.
Jej głos to niezwykły instrument, a ona sama chyba też posiadła sekret wiecznej młodości, bo jest wciąż niezwykle urodziwa. Ma poza tym własny styl i pod tym względem także ją podziwiam. Jest zresztą absolwentką słynnej szkoły modowej, St Martin's, w Londynie, i sama projektuje swoje kostiumy sceniczne.
Muzyka Sade jest ponadczasowa, nawet wytrawny znawca trendów w muzyce popularnej nie mógłby umieścić jej piosenek w jakiejś konkretnej dekadzie. Brzmienie jej zespołu wykracza poza ramy czasowe i trendy, i nie podlega procesowi starzenia się, którego ofiarą padają bardziej konwencjonalne zespoły.
Jej głos to niezwykły instrument, a ona sama chyba też posiadła sekret wiecznej młodości, bo jest wciąż niezwykle urodziwa. Ma poza tym własny styl i pod tym względem także ją podziwiam. Jest zresztą absolwentką słynnej szkoły modowej, St Martin's, w Londynie, i sama projektuje swoje kostiumy sceniczne.
22/12/2009
Merry Christmas!
Słucham niekonwencjonalnie pięknych "kolęd" Tori Amos i mam nadzieję, że i Was ogarnął już prawdziwie bożonarodzeniowy nastrój. W naszym domu, choć jeszcze nie tym wymarzonym, jest już bardzo nastrojowo, pachnie urzekająco, i nawet pies jest niemożliwie czysty i puszysty po kąpieli.
Oto nasze kartki świąteczne - pierwsza z poprzedniego roku, druga najnowsza - od kilku lat mąż samodzielnie je projektuje.
Życzę Wam Świąt Bożego Narodzenia wypełnionych radością i miłością, a Nowy Rok niech będzie tym, w którym spełnią się Wasze marzenia i plany!
Oto nasze kartki świąteczne - pierwsza z poprzedniego roku, druga najnowsza - od kilku lat mąż samodzielnie je projektuje.
Życzę Wam Świąt Bożego Narodzenia wypełnionych radością i miłością, a Nowy Rok niech będzie tym, w którym spełnią się Wasze marzenia i plany!
01/12/2009
Nie ma róży bez kolców
Ani ludzi bez wad, choć od sześciu lat usiłuję przekonać męża, że jestem wyjątkiem potwierdzającym regułę - niestety nie do końca mi się udaje. Jeśli jednak mam wady, to nie należy do nich skąpstwo - uważam dusigroszostwo za jedną z paskudniejszych ludzkich ułomności. Nie należy go jednak mylić z gospodarnością i umiejętnością obchodzenia się z pieniędzmi - marnotrawstwo i rozrzutność są równie paskudne. Staram się nie marnować jedzenia, dlatego zawsze szukam sposobów na wykorzystanie nakrapianych brązem bananów, których nie zdążyliśmy zjeść. W ramach mojej kuchennej edukacji wypróbowałam dwa przepisy, które są proste, szybkie i pozwalają zużyć bardzo dojrzałe banany.
Oto pierwszy, ze wspaniałej debiutanckiej książki kucharskiej Sophie Dahl, Miss Dahl's Voluptous Delights:
Chlebek bananowy
4 spore dojrzałe banany rozgnieść w misce widelcem. Przełożyć tę papkę do większej misy, dodać jedno rozbełtane jajko, 75 g masła (miękkiego, nie z lodówki!), 200 g (one cup) brązowego cukru trzcinowego (rodzaj nieważny, ja używam różnych), jedną łyżkę
ekstraktu waniliowego, zamieszać, dodać szczyptę soli i łyżeczkę sody oczyszczonej (baking
soda), zamieszać, na koniec wsypać 170 g (1 and 1/2 cup) zwykłej mąki (plain flour, może być też np mąka orkiszowa, czyli spelt flour), wymieszać, gotowe. Piecz równo godzinę w rozgrzanym do 160 stopni piecyku, jeśli masz piecyk z termoobiegiem (jak nie, to w 180), w wysmarowanej masłem prostokątnej formie, takiej do chlebków.
Od kiedy się ochłodziło, piekłam go wielokrotnie - nie tylko zawsze się udaje, ale jest doskonałym comfort food (pociechą) w słotne dni.
Zgadzam się z Sophie, że najlepiej smakuje na ciepło - ona jeszcze radzi smarować masłem, ale dla mnie to już rozpusta.
Książka Sophie również nadaje się dla osób stawiających pierwsze kroki w kuchni - Sophie nie jest wszak zawodową kucharką, i jej przepisy są w większości proste. Wróżę jej karierę w stylu Nigelli - podobno już pracuje nad swoim pierwszym kulinarnym programem telewizyjnym dla BBC. Ma przy tym te same atuty, co Nigella: jest posh (co znaczy, że pochodzi z dobrej rodziny z koneksjami, jest wnuczką wspaniałego pisarza, jednego z najlepszych autorów książek dla dzieci, Roalda Dahla), jest piękna (ta cera!), elokwentna, ma narzeczonego, który ma talent (jeden z moich ulubionych muzyków, Jamie Cullum, i cieszy, że nie przeszkadza mu to, że jest niższy od Sophie o ok. 10 cm) - a wszystkie te składniki złożyły się na sukces Nigelli. To sprawdzony przepis na telewizyjną "boginię domowego ogniska".
Książka ma dodatkowy smaczek dla osób interesujących się modą, gdyż Sophie przeplata przepisy ze wspomnieniami z czasów, gdy była modelką, sławną najpierw z krągłości i rozbieranych sesji, potem oskarżaną o zaburzenia łaknienia. Jej opowieści nie ograniczają się jednak do świata mody - ciepło opowiada też o swoim dzieciństwie i dorastaniu. Tu można przeczytać wywiad o tym, jak ważne było i jest dla niej gotowanie.
Drugi przepis, tym razem na bananowe muffiny Nigelli, gdy cdn.
Oto pierwszy, ze wspaniałej debiutanckiej książki kucharskiej Sophie Dahl, Miss Dahl's Voluptous Delights:
Chlebek bananowy
4 spore dojrzałe banany rozgnieść w misce widelcem. Przełożyć tę papkę do większej misy, dodać jedno rozbełtane jajko, 75 g masła (miękkiego, nie z lodówki!), 200 g (one cup) brązowego cukru trzcinowego (rodzaj nieważny, ja używam różnych), jedną łyżkę
ekstraktu waniliowego, zamieszać, dodać szczyptę soli i łyżeczkę sody oczyszczonej (baking
soda), zamieszać, na koniec wsypać 170 g (1 and 1/2 cup) zwykłej mąki (plain flour, może być też np mąka orkiszowa, czyli spelt flour), wymieszać, gotowe. Piecz równo godzinę w rozgrzanym do 160 stopni piecyku, jeśli masz piecyk z termoobiegiem (jak nie, to w 180), w wysmarowanej masłem prostokątnej formie, takiej do chlebków.
Od kiedy się ochłodziło, piekłam go wielokrotnie - nie tylko zawsze się udaje, ale jest doskonałym comfort food (pociechą) w słotne dni.
Zgadzam się z Sophie, że najlepiej smakuje na ciepło - ona jeszcze radzi smarować masłem, ale dla mnie to już rozpusta.
Książka Sophie również nadaje się dla osób stawiających pierwsze kroki w kuchni - Sophie nie jest wszak zawodową kucharką, i jej przepisy są w większości proste. Wróżę jej karierę w stylu Nigelli - podobno już pracuje nad swoim pierwszym kulinarnym programem telewizyjnym dla BBC. Ma przy tym te same atuty, co Nigella: jest posh (co znaczy, że pochodzi z dobrej rodziny z koneksjami, jest wnuczką wspaniałego pisarza, jednego z najlepszych autorów książek dla dzieci, Roalda Dahla), jest piękna (ta cera!), elokwentna, ma narzeczonego, który ma talent (jeden z moich ulubionych muzyków, Jamie Cullum, i cieszy, że nie przeszkadza mu to, że jest niższy od Sophie o ok. 10 cm) - a wszystkie te składniki złożyły się na sukces Nigelli. To sprawdzony przepis na telewizyjną "boginię domowego ogniska".Książka ma dodatkowy smaczek dla osób interesujących się modą, gdyż Sophie przeplata przepisy ze wspomnieniami z czasów, gdy była modelką, sławną najpierw z krągłości i rozbieranych sesji, potem oskarżaną o zaburzenia łaknienia. Jej opowieści nie ograniczają się jednak do świata mody - ciepło opowiada też o swoim dzieciństwie i dorastaniu. Tu można przeczytać wywiad o tym, jak ważne było i jest dla niej gotowanie.
Drugi przepis, tym razem na bananowe muffiny Nigelli, gdy cdn.
31/03/2009
The joys of Spotify

Nieprzyzwoicie wręcz entuzjazmuję się Spotify. To taki program, który pozwala słuchać muzyki za darmo, z milionami albumów na wyciągnięcie myszy, właściwie nowe wcielenie Napstera - BTW, kto jeszcze pamięta Napstera, niegdyś tak znaną markę?
Trzeba w zamian słuchać reklam, ale na szczęście nie co chwila i na krótko. Można też zapłacić i nie mieć reklam.
Doświadczyłam na własnej skórze niedawno zdefiniowanego fenomenu zwanego Spotify effect- w konfrontacji z tak ogromnym wyborem ludzie nagle zapominają nazw swoich ulubionych zespołów/artystów i tytuły piosenek.
Po jakimś czasie otrząsnęłam się jednak i rzuciłam się szukać 'moich' piosenek - i tak po raz enty słucham She works hard for the money Donny Summer oraz Good luck Basement Jaxx - piosenki, którą zilustrowano ostatnie sceny w ostatnim odcinku ostatniej serii Sex and the City, kiedy Carrie i Big wreszcie są znów razem - and good luck to them...Obie umieściłabym na ścieżce dźwiękowej mojego życia.
Żeby jednak nie było, że tylko słucham tego, co już znam (pod względem muzyki i filmów cierpię w coraz większym stopniu na syndrom inżyniera Mamonia - objaw starzenia się), odkryłam, pod wpływem artykułu w Sunday Times, nową artystkę - Melody Gardot. Jestem zachwycona. Przypomina Dianę Krall i Norah Jones, ale jest wystarczająco inna, by brzmieć świeżo.
Kiedy miała 19 lat, Melody miała bardzo ciężki wypadek - kierowca samochodu, który zignorował czerwone światło, staranował ją i jej rower.
Melody była tak połamana, że spędziła rok w szpitalu, i po wstaniu z łóżka musiała od nowa uczyć się chodzić i do dziś (ma teraz 25 lat) musi uczestniczyć w różnych rodzajach terapii. Przed wypadkiem grała na pianinie, i gdy ktoś zasugerował terapię muzyczną kiedy leżała w szpitalu, Melody nauczyła się grać na gitarze leżąc na plecach.
Ten ból jest w jej piosenkach, ale jest w nich też wola życia, miłość, liryzm.
Subscribe to:
Posts (Atom)













