
W ostatnim odcinku Jamie poznawał kulinarny tygiel Nowego Jorku, i robił to, jak to on, w stylu cheeky chappie (chłopaka z tupetem): udał się do nielegalnie prowadzonej przez Peruwiańczyków na parterze ich domu restauracji peruwiańskiej i na kolację urządzoną w ramach supper club. To najnowszy trend w nowojorskiej gastronomii - zamiast do restauracji, ludzie przychodzą zjeść do czyjegoś, całkiem obcego, domu, ale za to płacą, gotówkę do ręki. Fiskus zapewne nie jest tak całkiem przychylny takim przedsięwzięciom, ale w czasach kryzysu przyzwyczajeni do jedzenia "na mieście"Nowojorczycy przędą, jak mogą. Adresy i menu ogłaszane są z niewielkim wyprzedzeniem w internecie i trzeba się spieszyć, by się na taką kolację wkręcić. Taka kolacja ma też przewagę nad restauracją, jeśli chodzi o atmosferę - nikt nie pogania gości, bo nie czeka na następnych klientów. Zainspirowany, Jamie rownież ogłosił taki supper club w internecie w swoim wynajętym mieszkaniu i 10 wybranych Nowojorczyków, zupełnych nieznajomych, jadło kolację przygotowaną przez szefa kuchni, który gotował dla premiera Wielkiej Brytanii, prezydenta USA i królowej angielskiej - z pewnością zapamiętają ten wieczór na długo.
Tez ogladalam. Wogole Jamie Oliver jest moim ulubionym kucharzem z UK, ale jego przepisy niekoniecznie :) Po obejrzeniu tego odcinka nabralam ochoty na ceviche, ktore na pewno niedlugo zrobie :)
ReplyDeleteA ja właśnie co do ceviche nie jestem przekonana - chyba muszę spróbować jeszcze raz, bo jadłam tylko raz, i średnio mi smakowało.
ReplyDelete